Nie doceniają Lewego

Robert Lewandowski w minionym roku strzelił 46 goli w 47 meczach. Te statystyki nie robią już widać większego wrażenie, bo różnych plebiscytach „Lewy” przegrywa z konkurentami mającymi znacznie gorsze osiągnięcia.

Branżowy niemiecki tygodnik „Kicker” zwrócił się do piłkarzy Bundesligi z prośbą o wskazanie najlepszego piłkarza w rundzie jesiennej. Swoje typy przesłało 214 zawodników, czyli mniej niż połowa zgłoszonych do rozgrywek graczy 18 klubów występujących w niemieckiej ekstraklasie. Rok temu w tym plebiscycie najlepszy był Lewandowski, na którego zagłosowało 27 procent biorących udział w ankiecie graczy Bundesligi. Tym razem zwyciężył Marco Reus z Borussii Dortmund, który otrzymał od swoich kolegów i rywali z boiska 44 procent głosów. Dwaj kolejni w zestawieniu, jego klubowy kolega Axel Witsel i Luka Jović z Eintrachtu Frankfurt, otrzymali po 9 procent. Co ciekawe, na dalszych miejscach Lewandowskiego także zabrakło – czwartą lokatę zajął kolejny gracz Borussii Dortmund Jadon Sancho (8 procent), piątą Sebastien Haller z Eintrachtu Frankfurt (6 procent), a szóstą Thorgan Hazard z Borussii Moenchengladbach (5 procent głosów).

29-letni Reus w tym sezonie jest liderem zespołu z Dortmundu. Jesienią we wszystkich rozgrywkach strzelił czternaście goli i zaliczył dziewięć asyst. To niewątpliwie znakomite osiągnięcia, ale dla porównania – „Lewy” w rundzie jesiennej zdobył we wszystkich rozgrywkach 22 bramki i zaliczył pięć asyst. W Bundeslidze zdobył co prawda tylko 10 bramek, ale w Lidze Mistrzów aż osiem i jest w tym sezonie najskuteczniejszym strzelcem tych rozgrywek,. Polski napastnik ma więc prawo czuć się niedoceniany. Lewandowski jest już jednak wystarczająco długo w piłkarskim biznesie żeby nie wiedzieć, że w plebiscytach o wynikach nie decydują głosujący, lecz ci, którzy głosy liczą.

 

Anglicy szastają forsą na transfery

W tegorocznym letnim oknie transferowym znów najbardziej rozrzutne był kluby angielskiej Premier League, które na zakup nowych piłkarzy wydały ponad miliard euro. Na drugim miejscu uplasowała się włoska Serie A.

 

Największe wydarzenie transferowego tego lata w Europie było niewątpliwie przejście Cristiano Ronaldo z Realu Madryt do Juventusu Turyn. 33-letni portugalski gwiazdor nie pobił rekordu Brazylijczyka Neymara, za którego rok temu Paris Saint-Germain zapłacił Barcelonie 222 mln euro. Nie przebił też kwoty transferowej zapłaconej AS Monaco przez paryski klub za wschodzącą gwiazdę światowego futbolu Kyliana Mbeppe (180 mln euro). Juventus pozyskał Cristiano Ronaldo „tylko” za 112 mln euro, co jednak jest rekordem włoskiej ligi. Ale nie tylko turyński klub szalał na transferowym rynku, inne kluby Serie A też nie szczędziły pieniędzy i w sumie wydały na nowych graczy równy miliard euro, czyli tylko sto milionów euro mniej od krezusów z angielskiej Premier League.

Trzecie miejsce w tym zestawieniu przypadło klubom z hiszpańskiej Primera Division, które tego lata wydały w sumie na transfery 690 mln euro. W gronie potentatów najbiedniejsza okazała się niemiecka Bundesliga, bo jej kluby na nowych zawodników wydały w sumie 446 mln euro, a najgłośniejszym transferem okazało się jak na razie przejście Belga Axela Witsela z chińskiego zespołu do Borussii Dortmund za 20 mln euro.

Działacze niemieckich klubów narzekaj, że maja do dyspozycji takich pieniędzy, jak ich konkurenci w Anglii, Włoszech i Hiszpanii. Lada moment mogą też spaść na piąte miejsce w tym zestawieniu, bo coraz większe sumy pojawiaj się w ofertach francuskich klubów. Europejska hierarchia futbolowych potentatów nie jest ustalona raz na zawsze.