Balet – katorga w kwiatach

Miałem wielką pokusę, by przywłaszczyć ten zeszyt. Leżał zapomniany na parapecie jak ranny ptak. Przez uchylone okno wiatr bawił się jego kartkami. Wyraźnie dziewczęce pismo z nieprawidłowym nachyleniem w lewo – już nie dziecięce, ale jeszcze nie dorosłego.

Balet pochłania nas niezależnie od naszej woli…
Balet to wyższe stadium ewolucji ludzkiego ciała.
Balet to nie technika, to dusza!

Zeszyt nie był podpisany. Na okładce jednym pociągnięciem precyzyjnie narysowano balerinę. Oczywiście w locie… Dziennik przyszłej primabaleriny?

Szczęście to motylek, który w mgnieniu oka wzbudza zachwyt i odlatuje.
Cierpliwość to sztuka ufności. Zdolny do cierpienia jest zdolny osiągnąć wszystko, czego zapragnie. Na każdy ból jest lekarstwo – cierpliwość.
Prawdziwa artystka powinna poświęcić się swojej sztuce.

Dzięki zapomnianemu na parapecie korytarza zeszytowi dotknąłem tajemnic zawodu. Właściwie po to tu przyszedłem. Obok przeszły dwie japońskie studentki. Nie po japońsku wysokie, długonogie. Zachwyciłem się. Odpowiedziały mi uśmiechem i dygnęły. Wyszło im w wyćwiczonym rytmie. Tak tu jest przyjęte – witając się ze starszym, nawet nieznajomym, dziewczęta dygają lub robią ukłon, a chłopcy zatrzymują się i kłaniają. Ostatni raz widziałem coś takiego w kinie.

– Szkoła baletowa przy Teatrze Wielkim – to akademia choreografii. Przez dwa i pół wieku, ściślej 247 lat, w jego murach stopniowo zbierano, przesiewano, szlifowano i pielęgnowano wszystko, co było i jest najlepsze w rosyjskim balecie. Co sprawia, że jest on „wizytówką” Rosji – opowiada rektor Moskiewskiej Państwowej Akademii Choreografii (znanej też jako Akademia Baletu Bolszoj) kiedyś primabalerina Teatru Wielkiego profesor Marina Leonova.

To inny świat. Ludzie niezwiązani z baletem nie są w stanie się tu zaadaptować. „Akademia” brzmi dumnie, ale panuje tu atmosfera dużej i zgodnej rodziny, w której początkujący i gwiazdy są sobie równi. Tancerze rozgrzewają się, rozciągają mięśnie już na korytarzu.

Gibka młoda tancerka rozciąga nogi w szpagacie poprzecznym równolegle z sufitem. Można ją ominąć, można ją przeskoczyć, zastygłą w pozie niewyobrażalnej dla „normalnego człowieka”. Inna, leżąc pod ścianą wzdłuż korytarza, zarzuciła lewą nogę na głowę, dotykając noskiem baletki podłogi. Jednocześnie udaje jej się rozmawiać przez telefon. Czy ci ludzie nie mają kości?

– Wydaje się, że wszystko robi się łatwo. W rzeczywistości trzeba przezwyciężać ból. Zachowywać dyscyplinę we wszystkim, co dla milionów innych dziewcząt stanowi główną część ich życia – rozrywki, dyskoteki, nocne kluby, ciasta i koktajle – mówi nauczycielka tańca Alla Gołowko. – Stracić formę i zostać przez to wyrzuconym, to dla dziewczynek katastrofa.

„Balet to katorga w kwiatach” – przypominam sobie słowa z zostawionego na parapecie zeszytu. Na całej ścianie sali prób zawieszone są lustra, w których odbija się talent uczniów, ich wdzięk, świeżość, piękno, ale też ich błędy. Ręcznie polerowane balustrady wzdłuż ścian są jak warsztat. W jego centralnej części pracują przede wszystkim soliści. Ci, którzy ćwiczą z boku próbują awansować na solistów.

– Préparations… Pierwsza pozycja… Prawy łokieć do góry… Jeszcze mocniej… Mocno całą stopą… Battement tendu… Battement frappe… Dobrze… Battement tendu jeté… Glissade… Podnoszenie się na pół palce… Battement retiré… Ręka okrągło… – słychać w sali ćwiczeń.

W XVII w. Francuz Raoul Feuillet stworzył system opisujący elementy tańca klasycznego. Wszyscy choreografowie na świecie nadal używają jego terminów.

– Dziewczyny, nie zapominajcie, czym jest ciało: to widoczna część duszy. Allongé… Port de bras… Dobrze… – instruuje Alla Nikołajewna Gołowko, która uczy tu od 17 lat i podobnie jak wielu innych pedagogów uczelni, ukończyła tę akademię.

W lustrze odbija się „cebulka” koka. Kobiety wiedzą co to, ale wyjaśnię mężczyznom. Kok to fryzura, jedna z najbardziej bezpretensjonalnych. Włosy są przyczesane do tyłu, zebrane na czubku głowy, skręcone w ciasny węzeł i spięte szpilkami lub niewidocznymi spinkami. W akademii obowiązuje całkowity zakaz rozpuszczania włosów.

Nina Naumowski jest absolwentką akademii. Jej mama pochodzi z Białorusi, a ojciec jest Francuzem. Rodzice poznali się w Mińsku, gdzie oboje studiowali, ale Nina urodziła się w Nantes i przez sześć lat mieszkała w Lille. Tańczyła przed telewizorem, kiedy tylko usłyszała muzykę. Mama zaprowadziła córkę do klubu tanecznego. Potem rodzina przeniosła się do Mińska i Nina poważnie zajęła się tańcem. Poszła do szkoły baletowej. W wieku 14 lat wstąpiła do akademii.

– Marzę o odegraniu roli Sylfidy – mówi Nina, poprawiając kok. – To manifest baletowego romantyzmu. Podoba mi się ten temat: rozdźwięk między marzeniami a rzeczywistością. Niezgodność poezji i prozy życia, sprzeczność między ideałem duchowym a ziemską egzystencją. Ulubione baleriny? Smirnowa, Zacharowa, Wiszniewa, Osipowa…

Aleksiej Szakuro, rodak Niny, jakby podsłuchując naszą rozmowę, wyznaje, że również chciałby zatańczyć w „Sylfidzie”. Urodził się w Brześciu i zaczął tańczyć w wieku trzech lat:

– Po prostu czuję się Jamesem z „Sylfidy” – mówi Aleksiej.

Bohater baletu „Sylfida” – wieśniak James chce zrealizować marzenia, ryzykując utratę wszystkiego. Aleksiej Szakuro jest do niego podobny: pewien że zostanie słynnym tancerzem baletowym…

Na stoliku rektora uczelni Mariny Leonovej stoi brązowa rzeźba Rudolfa Nuriejewa. Brąz oddaje gwałtowny, niezłomny i nieokiełznany charakter wielkiego tancerza i… grzesznika. Nuriejew podczas prób ścierał nogi do krwi. Zdarzało się, że ze zmęczenia dosłownie padał i znoszono go ze sceny.

– Ile prawdy jest w „opowieściach grozy”, że baleriny, rywalizując, przecinają sobie wstążki, wsypują potłuczone szkło do pointów, psują kostiumy? – pytam.

– Jest to jeden z mitów. Przez ostanich 20 lat mojej pracy w Teatrze Wielkim ani razu nie spotkałam się z podobnymi podłościami. Mitem jest również, że najlepsi tancerze głodzą się i chorują z wyczerpania. Powiedzenie „Bez baletu nie ma bufetu” wymyśliły właśnie baletnice. Żeby być w formie, jak odważnie i trafnie powiedziała jedna z najwybitniejszych tancerek Maja Plisiecka, po prostu „nie trzeba żreć!”. Jeśli już na obiad jest mięso, to bez ziemniaków i makaronu. Kasze, twaróg, owoce, warzywa… Wszystko z umiarem. Mama oddała mnie do kółka baletowego tylko dlatego, że jako powojenne dziecko, byłam bardzo chuda. Chciała, żebym dzięki tańcowi nabrała mięśni. Baleriną również została moja córka. Tańczy w Teatrze Wielkim.

– Proszę wymienić przyszłe gwiazdy światowego baletu.

– Dmitrij Wyskubienko, w wieku 18 lat został laureatem przynajmniej dziesięciu międzynarodowych konkursów. Iroczka Awierina – dziewczyna o niezwykłych zdolnościach. Anastasia Strachowa – baletnica uniwersalna, która potrafi bardzo dużo.

– Rosyjska szkoła baletowa jest nadal najlepsza na świecie?

– Tak. Nasz balet wytrzymał wszystkie wstrząsy. Powinniśmy być z niego dumni.

Przełożyła Marta Hofman

SIERGIEJ SŁONIMSKI (1932-2020)

Był jedną z najważniejszych postaci muzyki rosyjskiej ostatniego z górą półwiecza, w epoce po Szostakowiczu najbardziej znanym kompozytorem Petersburga, do tego cenionym muzykologiem, pedagogiem, animatorem życia muzycznego. Był wielkim przyjacielem Polski. Odszedł 9 lutego, cztery dni później spoczął obok swoich rodziców na cmentarzu w podpetersburskim Komarowie, gdzie też leży m. in. Anna Achmatowa.

Miał polskie korzenie – jego prapradziadkiem był urodzony w Hrubieszowie i czynny w Warszawie polski Żyd Abraham Stern (1769-1842), niezwykle utalentowany wynalazca, który skonstruował młockarnię i konną żniwiarkę, a przede wszystkim maszynę rachunkową wykonującą cztery podstawowe działania arytmetyczne i do tego wyciągającą pierwiastki kwadratowe; upamiętnia Sterna m. in. Muzeum Polin.
Korzenie
Ród Sternów-Słonimskich rozszczepił się potem na kilka gałęzi i rozlał się po świecie. Gałąź polska wygasła wraz ze śmiercią poety, prozaika i felietonisty Antoniego Słonimskiego (1895-1976). Gałąź amerykańska wydała m. in. znakomitego muzykologa Nicolasa Slonimsky’ego (1894-1995, w swoim czasie publikowaliśmy w Polsce jego autobiografię „Słuch absolutny”), gałąź francuską zaś zapoczątkował Piotr Słonimski (1922-2009), światowej sławy genetyk, odkrywca i badacz dziedziczenia mitochondrialnego, różnego od dziedziczenia jądrowego.
W Rosji osiadł Ludwik (Leonid) Słonimski (1850-1918), znany zwłaszcza ze swej publicystyki ekonomicznej; jego najmłodszy syn Michaił (1897-1972) jako członek głośnego ugrupowania literackiego „Bracia Serafiońscy” wnet stał się jednym z popularniejszych rosyjskich prozaików (publikowano u nas także jego, i w międzywojniu, i w latach Polski Ludowej, i ostatnio, kiedy za Rafała Skąpskiego PIW wydał jego zbiór opowiadań pt. „Warszawa”). Gdy Michaiła w 1932 roku odwiedzał w Leningradzie polski kuzyn Antoni (później napisał o tym spotkaniu piękny wiersz ‘”Hamletyzm”), sposobiło się tam do przyjścia na świat jedyne dziecko rosyjskiego pisarza – właśnie Siergiej.
Przy tej samej, gdzie zamieszkiwali Słonimscy, ulicy Marata, zaledwie trzy domy dalej mieszkał wówczas jeszcze młody, ale już bardzo znany Szostakowicz.
Odwilż
Głośno zaczęło być o Siergieju Słonimskim na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to dał o sobie znać jako jeden z czołowych muzycznych „szestidiesiatników”, pokolenia młodych twórców, które na fali chruszczowowskiej odwilży poczęło gruntownie przeobrażać oblicze radzieckiej kultury artystycznej, odnawiając i wzbogacając jej środki wyrazu, otwierając ją na świat.
Język
Szczególnie ciekawe rezultaty osiągnął wówczas Słonimski kojarząc posługiwanie się nowoczesnym językiem kompozytorskim z inspiracjami muzyką ludową, w wyniku czego poczęto go postrzegać jako jednego z inicjatorów i głównych przedstawicieli wiele wówczas w muzyce rosyjskiej znaczącej tzw. „nowej fali folklorystycznej”, obok m. in. Rodiona Szczedrina czy Walerija Gawrilina.
Z nowymi technikami twórczymi eksperymentował przy tym wówczas Słonimski coraz odważniej: napisana w 1960 roku Sonata na skrzypce pierwsza w powojennej muzyce rosyjskiej używała ćwierćtonów.
W latach późniejszych ulubionymi gatunkami wypowiedzi Słonimskiego stały się wielkie formy – symfonia i opera. W symfoniach, których skomponował aż trzydzieści cztery (sic!), stopniowo dochodził do głosu idiom neoromantyczny – jak np. w pochodzącej z 1987 roku Dziewiątej, której słuchałem kilka lat później w Moskwie, ocienionej przy tym jakimś głuchym, mglistym smutkiem, chwilami nawet bólem; skądinąd na przepełniający wiele dzieł Słonimskiego nastrój głębokiego tragizmu zwracano uwagę niejeden raz, a sam kompozytor powiadał o tym tak: „kulminacje prawie wszystkich moich dużych utworów – to katastrofy, a kody – to umieranie, ciche egzekwie, uchodząca pamięć”.
Opery
Osiem napisanych przez Słonimskiego oper – to dyskurs o władzy; „swe sympatie – to znowu słowa samego twórcy – lokuję w nich zawsze po stronie jednostki, zawsze przeciwstawiam się tyraniom”. Najważniejsza jest zapewne druga z tej ósemki – ukończona w roku 1972, zaledwie pięć lat po pierwszym rosyjskim wydaniu powieści, opera kameralna „Mistrz i Małgorzata” według Bułhakowa.
Drogę do słuchacza miała zaiste cierniową – przyjęta z dezaprobatą przez leningradzkich decydentów, ujrzała światło dzienne dopiero w czasach pieriestrojki, najpierw w wersji koncertowej, potem w 1991 roku w scenicznej, wykonana w Moskwie przez zespół Teatru Muzycznego Forum; nowoczesna w języku, przekonywająca w dramaturgii, zrobiła na mnie wtedy naprawdę duże wrażenie, także dzięki kreacji wtedy jeszcze studentki, a dziś wielce utytułowanej Tatiany Monogarowej jako Małgorzaty.
Po „Mistrzu i Małgorzacie” nastąpiły „Maria Stuart” według Stefana Zweiga, potem „Hamlet” i „Król Lir” według Szekspira, a pomiędzy nimi „rosyjska tragedia” „Widzenia Iwana Groźnego”, pomyślana jako seria majaków umierającego cara-despoty, w których znów stają mu przed oczyma najstraszniejsze popełnione przezeń zbrodnie (prapremierę miały „Widzenia” w 1999 roku w Samarze, dyrygował Mstisław Rostropowicz, reżyserował Robert Sturua); ostatnia była „Antygona” według Sofoklesa, zaprezentowana w 2008 roku w Petersburgu w reżyserii Aleksandra Sokurowa.
Balet
Nie można też zapominać o trzech skomponowanych przez Słonimskiego pełnospektaklowych baletach.
Dane mi było poznać ten pierwszy, z 1970 roku – pokazywanego w Teatrze Wielkim w Moskwie (ściślej w służącym mu wówczas jako druga scena Kremlowskim Pałacu Zjazdów) „Ikara”, gdzie młody syn Dedala rzucał wyzwanie nie tyle naturze, ile ludziom – konserwatywnemu Archontowi i jego świcie, dla których poryw zuchwalca niósł groźbę zaburzenia ustalonego porządku rzeczy i jako taki musiał zostać udaremniony.
Rzecz przygotował debiutujący tu jako choreograf legendarny tancerz Władimir Wasiljew, a występowały największe gwiazdy Teatru z tymże Wasiljewem na czele.
Choć Polska i polska kultura były Siergiejowi Słonimskiemu zawsze bardzo bliskie, zrządzeniem losu gościł u nas zaledwie dwa razy, przyjeżdżając w latach sześćdziesiątych na festiwal „Warszawska Jesień” (skądinąd podróżować, zwłaszcza za granicę, nie bardzo lubił). Poznał wtedy Antoniego, czego następstwem stały się niebawem skomponowane do jego tekstów „Polskie strofy” na mezzosopran i flet; i ten, i inne utwory Siergieja były potem na warszawskim festiwalu wykonywane i dobrze przyjmowane.
Fryderyk
Z polskiej muzyki szczególną admiracją darzył Chopina; w 2001 roku został honorowym przewodniczącym petersburskiego Towarzystwa Chopinowskiego; w roku 2010 podczas obchodów 200-lecia urodzin Chopina, zbulwersowany brakiem nowych rosyjskich monografii o kompozytorze (choć Rosjanie przetłumaczyli wtedy monumentalną pracę Mieczysława Tomaszewskiego), chwycił za pióro sam, publikując błyskotliwe studium „O nowatorstwie Chopina”.
A w roku 2018, o czym już kiedyś na tych łamach pisałem, na jubileusz stulecia polskiej niepodległości skomponował Słonimski poemat symfoniczny „Wstąpienie i triumf” („Woschożdienije i triumf”), wykonany najpierw w Kazaniu, a zaraz potem w Teatrze Maryjskim w Petersburgu, gdzie zagrała go orkiestra Konserwatorium im. Rimskiego-Korsakowa, w którym nauczał przez sześćdziesiąt lat.
Dziennikarzowi agencji TASS mówił wtedy: „Fakt, iż stosunki między politykami naszych krajów są niedobre i napięte, w niczym nie dotyczy ludzi sztuki, a zwłaszcza muzyki, gdyż żyjemy w przyjaźni; wysoko ceniąc polską kulturę muzyczną od Chopina poczynając, uznałem za swój obowiązek napisać utwór, specjalnie poświęcony jubileuszowi tego wielkiego państwa”.