Kapsułki pamięci

Kontynuuję swoje kapsułkowe wspominki. Nie są notkami biograficznymi o charakterze encyklopedycznym, z informacjami o datach czy najważniejszych pełnionych funkcjach. Są zapisem subiektywnych wrażeń.

Pan Włodzimierz
Z Włodzimierzem Sokorskim spotkałem się w jego mieszkaniu przy Alei Róż w grudniu 1995 roku. Ciągle był pełen swady, jowialny, czarujący, elokwentny, opowiadający chętnie o wszystkim, o polityce, komunizmie, kulturze, kobietach.
Już na wstępie ten łysy jak kolano blisko dziewięćdziesięcioletni (rocznik 1908) pan poczęstował mnie solidną szklanką whisky, co od razu wprowadziło naszą rozmowę na wysoki poziom temperatury i dynamiki. Sam też wypił z lubością swoją porcję trunku, powodując kaszel, który przywołał z sąsiedniego pokoju dużo młodszą małżonkę.
Wspominki przedwojenne mojego gospodarza splatały się z powojennymi, z czasami gdy w latach 1956-1972 był szefem Radiokomitetu. Materiału do zadawania pytań mi nie brakowało, bo czerpałem je z kilku książek, wywiadów-rzek z Sokorskim, a także z opublikowanych przez niego w 1990 roku obszernych wspomnień z całego życia. W pewną konfuzję wprowadziły mnie jednak jego fantazje o UFO, które pojawiły się w końcowej fazie spotkania.
Byli tacy, którzy sceptycznie i z niedowierzaniem reagowali na otaczający go – i tworzony przez jego samego – nimb uwodziciela i kobieciarza. Byli i tacy, którzy wątpili w prawdziwość jego relacji o nocnym spotkaniu ze Stalinem. Tę część jego opowieści wykorzystałem w tytule relacji ze spotkania, którą opublikowałem („Piłem wódkę ze Stalinem”) w jednej z gazet.
„Młody sekretarz” w starości poznany
Nazwisko Władysława Matwina znałem z artykułów wspomnieniowych, z syntez i z podręcznikowych rozdziałów o Październiku 1956, jako jednego z tzw. młodych sekretarzy włączonych w proces antystalinowskiego fermentu, obok Jerzego Albrechta i Jerzego Morawskiego.
Znałem tylko nazwisko, bez wizerunków, bez fotografii, czyli właściwie samo brzmienie, dźwięk i kilka suchych faktów. Nawet nie wiedziałem czy Władysław Matwin w ogóle jeszcze żyje, było to właściwie poza ówczesnym horyzontem mojej uwagi.
I oto na promocji książki Teresy Torańskiej „Oni” która odbyła się na początku 2005 roku w jednej z sal w gmachu byłego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Warszawie zobaczyłem drobnego, bardzo starszego pana, powitanego jako jeden z uczestników spotkania, ale nie jeden z bohaterów edycji, bo mimo wieloletniej rozmowy z dziennikarką nie zgodził się na publikację. Gdyby go nie przedstawiono publiczności, nigdy bym się o jego obecności nie dowiedział. Oczywiście podszedłem do niego po promocji i poprosiłem o spotkanie, bodaj jako publicysta miesięcznika „Dziś”.
Zgodził się chętnie, przy czym emanował staromodną, serdeczną uprzejmością. Niewiele później zadzwoniłem do niego na podany numer telefonu i zostałem zaproszony do obszernego mieszkania przy Alei Róż, pod któryś z adresów starych, przedwojennych kamienic, gdzie od czasów powojennych mieszkali dygnitarze partyjno-rządowi, wydaje mi się, że w tej samej, w której gościłem u Włodzimierza Sokorskiego, pod numerem czwartym lub szóstym. Pan Władysław, wtedy blisko dziewięćdziesięcioletni (rocznik 1916) przyjął mnie serdecznie, z szerokim uśmiechem, kawą i ciastem, które własnoręcznie przyniósł na tacy.
Przez krótki fragment naszego spotkania pojawiła się jego żona, mocno od gospodarza młodsza Niemka (nazwiska nie pomnę), którą przedstawił jako tłumaczkę literatury niemieckiej. W rozmowie najbardziej interesowały mnie polityczne wspomnienia Matwina, jako bardzo młodego przedwojennego komunisty i ciągle jeszcze relatywnie młodego sekretarza partii w latach 50-tych. Sporo mi o tym opowiedział, w tym o aresztowaniu przez polską „defę” czyli kontrwywiad w 1936 roku, a później, po zwolnieniu, o tym jak schronił się w Czechosłowacji.
Pytałem go także o odegraną przez niego rolę w 1956 roku, ale w obu przypadkach był, jak na człowieka z tak bogatą biografią, bardzo skąpy w narracji. Martwiło mnie to, bo właśnie tymi wspomnieniami byłem najbardziej zainteresowany, przy czym bardziej ich klimatem, prywatnymi wrażeniami i odczuciami, niż suchymi faktami znanymi z syntez i podręczników.
Spisałem skrupulatnie wszystko, ale mój rozmówca bardziej niż wspomnieniami historycznymi bardziej zainteresowany był czynieniem dywagacji n.p. o polskich zasobach kopalin naturalnych, o perspektywach polskiego przemysłu i tym podobnych kwestiach, które przedstawiał z pasją, posługując się (był z wykształcenia matematykiem) rozmaitymi, opatrzonymi danymi liczbowymi wykresami graficznymi. Mnie akurat ta część narracji Matwina mało interesowała, więc potraktowałem ją w moim zapisie bardzo skrótowo.
Po pewnym czasie umówiliśmy się na ponowne spotkanie, na które przyniosłem zapis poprzedniej rozmowy do wspólnego przepracowania. Ku mojemu rozczarowaniu, po macoszemu potraktował całą część historyczno-wspomnieniową, a akcent położył na swoją futurologię gospodarczą wspomaganą modelami matematycznymi. Dla mnie Władysław Matwin był przede wszystkim ciekawą postacią polskiego ruchu komunistycznego, a nie jakimś ekspertem gospodarczym.
Ten jego rys, który nakazywał mu milczenie lub daleko idącą wstrzemięźliwość we wspomnieniach był trudny do zrozumienia i z trudnością szukałem dla niej wyjaśnienie.
Pierwotnie myślałem, że jego dystans do dziennikarki związanej z ruchem solidarnościowym motywowany jest względami ideowymi i że publicyście związanym z lewicą okaże większą „hojność”, ale pomyliłem się. To, co mogłem, pomieściłem w nieautoryzowanym zapisie wywiadu („Byłem komunistą z innej bajki”) w książce „Bigos polski” (2013). Niestety, Władysław Matwin nie pozostawił po sobie pamiętników, co oznacza wielką stratę z uwagi na jego bogaty życiorys, więc pozostał tylko ten wywiad i powyższa garstka wspomnienia w moim skrajnie subiektywnym i dość pokracznym zapisie.
Nie pozostawił ich zresztą także bohater moich poprzednich kapsułek, Kazimierz Barcikowski. W przywołanym tomie „Bigos polski” pomieszczony został zapis tej rozmowy pod tytułem „Człowiek szczecińskiego Sierpnia”.
Król życia
Był jednym z najbliższych współpracowników Władysława Gomułki, złośliwi nazywali go jednym z „paladynów”. Kiedy spotkał się ze mną w swoim mieszkaniu przy Świętojerskiej w 2007 roku miał 90 lat, ale dawało się zauważyć na jego twarzy rysy dawnej męskiej urody. Czuło się, że musiał mieć kiedyś coś z „króla życia”, była w nim jakaś pewność siebie i dezynwoltura.
Mniej więcej w okresie kiedy się spotkaliśmy przeczytałem w jednej z prawicowych gazet krótki wywiad z nim. Ubrany był w czerwoną, bajerowaną koszulę, „puszył” się swoją sportową limuzyną, a także opowiadał o swoim związku z artystką Magdaleną Abakanowicz.
Wyraźnie dawało się wyczuć, że „robi sobie jaja” ze swojego młodego rozmówcy, który próbował go odpytywać z „grzechów komunistycznych”. Ze mną rozmawiał zupełnie na serio, sporo mi opowiedział, choć nie odmówił sobie podkreślenia, że regularnie chadza na pływalnię. Witalizm miał we krwi. Wyszedł z tego tekst wywiadu zatytułowany „Pamiętniki, które nie powstaną”.
I rzeczywiście nie powstały, więc ich namiastką musi pozostać ów wywiad, który także został pomieszczony w moim, wspomnianym zbiorze „Bigos polski”.
Nazwisko jak dźwięk werbla
Profesor Andrzej Werblan kończy w tym roku 96 lat. Gdy w PRL przywoływano jego nazwisko, brzmiało ono dla mnie bardzo dźwięcznie i – co oczywiste – kojarzyło mi się z dźwiękami werbla. Był jednym z czołowych działaczy PZPR, członkiem najwyższych władz partii, zawiadował m.in. Wydziałem Nauki KC PZPR, ale to przede wszystkim intelektualista człowiek nauki, uczony, intelektualista i ze swoją pracą naukową przede wszystkim się identyfikujący.
Powierzchowność i sposób bycia Profesora, w tym jego wschodni akcent kojarzą się z dobrodusznością, ale to przenikliwy myśliciel, komentator zjawisk politycznych i historycznych. W 2006 roku, przeprowadziłem z nim wywiad z okazji 50 rocznicy Października 1956, w których uczestniczył jako 32-letni młody pracownik KC towarzyszący najważniejszym protagonistom po stronie władz PZPR z Józefem Cyrankiewiczem i Edwardem Ochabem (dokumentuje to jedna z fotografii pomieszczonych w książce Wiesława Władyki poświęconej tym wydarzeniom).
Wywiad ukazał się w „Trybunie” opatrzony krótką notką biograficzną. Zapamiętałem, że Profesor miał za złe, że położyłem w niej akcent na jego rolę polityczną, a nie na dokonania naukowe.
Ja jednak uważam, że profesorów historii jest bez liku, a takich inteligentnych, światłych działaczy jak Werblan niewielu, a już sam taki Werblan tylko jeden, niepowtarzalny. Nie zmienia to faktu, że jego niewielka książka „Stalinizm polski” pozostaje jedną z najlepszych prac poświęconych temu tematowi, podobnie jak znakomite, krytyczne opracowanie pamiętników Władysława Gomułki.

Kapsułki pamięci

Dziennikarskie zajęcia stwarzały mi przez lata nie tak łatwo dostępną bez spełnienia tego warunku okazję do spotkań i przeprowadzenia długich nieraz rozmów z wieloma interesującymi postaciami, głównie artystami i politykami. Wśród tych drugich szczególnie interesowali mnie ci, którzy byli protagonistami, uczestnikami czy choćby tylko obserwatorami ważnych wydarzeń historycznych.
Zawsze frapowali mnie ludzie PRL, często potocznie, acz nie zawsze trafnie nazywani „komunistami”. Większość z nich pozostała postaciami właściwie na wpół anonimowymi, nie tylko dlatego, że działali i zakończyli działalność przed czasami nowych wszędobylskich mediów, ale przede wszystkim dlatego, że w czasach Polski Ludowej modus obecności polityków, funkcjonariuszy, działaczy partyjnych w radiu, telewizji i prasie był diametralnie odmienny, a właściwie nieporównywalny do tego, z jakim mamy do czynienia w obecnych czasach.
Tylko postaci najwyższej rangi politycznej, jak Władysław Gomułka, Edward Gierek, Stanisław Kania czy Wojciech Jaruzelski, o których można powiedzieć, że stale, z racji wiodącej roli, byli „na tapecie”, działacze usytuowani rangą o stopień niżej byli na ogół znani tylko z nazwisk, a ich wizerunki rzadko pojawiały się nawet w partyjnej prasie. Poza wystąpieniami na gremiach partyjno-rządowych bardzo rzadko pojawiali się publicznie, jeśli zabierali głos, to w trybie oficjalnym, a wywiadów właściwie nigdy nie udzielali.
Poza tym w tych czasach nie było w kręgach politycznych mody na zwierzenia dotyczące prywatności. Sytuacja zmieniła się nieco dopiero w połowie lat osiemdziesiątych, nie bez wpływu Mieczysława Franciszka Rakowskiego i Jerzego Urbana, dwóch wybitnych dziennikarzy, którzy weszli do najwyższych gremiów władzy.
Ukazały się wtedy m.in. dwa zbiory wywiadów z szeregiem czynnych wtedy polityków partyjno-rządowych. Jednak większość działaczy nigdy nie wypowiedziała się szerzej, choćby na temat swojej, także prywatnej ,biografii, a nic też nie wskazuje na to, by pozostawili po sobie wspomnienia, więc pozostają jako ludzie postaciami właściwie nieprzeniknionymi.
Garść swobodnych wrażeń i spostrzeżeń, którymi podzielę się poniżej, tej luki oczywiście nie wypełnia w najmniejszym nawet stopniu, ale zawsze jest to jakiś okruch śladu wspomnień po tych ludziach.
Generał autoryzuje wywiad
Zacznę jednak od postaci należącej do wyjątkowych w tym gronie – od Generała Wojciecha Jaruzelskiego. On akurat, jako intelektualista i urodzony człowiek pióra, postać historyczna, pozostawił po sobie bogatą spuściznę piśmienniczą.
W lipcu 2008 roku redakcja „Trybuny” powierzyła mi zadanie przeprowadzenia z Generałem wywiadu okolicznościowego, z okazji 85-lecia jego urodzin. Rzecz jasna wywiad taki miał funkcję przede wszystkim „uroczystą”, niejako „rytualną”, bo przecież trudno było oczekiwać, że mój znakomity rozmówca ujawni przy tej okazji jakieś nowe fakty czy interpretacje, a też i ograniczona z oczywistych względów objętość takiego wywiadu na łamach gazety codziennej nie pozwalała liczyć na szerokie rozwinięcie tematów.
Mimo to wywiad z Generałem okazał się nie tylko dla mnie wydarzeniem „hardcorowym”, ale dopiero następnego dnia. Generał był człowiekiem nieco staromodnie czarującym, tzw. przedwojenną kindersztubą.
Przyjął mnie w swoim domu przy ulicy Ikara 5, poczęstował herbatą, kieliszkiem nalewki, a w czasie naszej przeszło trzygodzinnej rozmowy od czasu do czasu kręcił się w pobliżu mały, jasno umaszczony kundelek. Z wielostronicowym tekstem spisanego po zakończeniu rozmowy wywiadu pojawiłem się nazajutrz wczesnym popołudniem w biurze Generała przy Alejach Jerozolimskich.
Miny pracowników sekretariatu mówiły, że „teraz dopiero się zacznie”. Jednym bowiem z najbardziej charakterystycznych rysów Generała był jego pedantyczny, drobiazgowy perfekcjonizm, szczególnie, choć nie tylko, w sferze jego aktywności piśmienniczej. Budził on prawdziwy popłoch wśród tych jego współpracowników, którym przypadała w udziale konieczność współuczestniczenia w procesach redagowania, korygowania, adiustacji wszelakiego rodzaju tekstów.
I rzeczywiście, zaczął się istny „ciąg technologiczny”. Pani sekretarka po zaniesieniu Generałowi do gabinetu pierwszej, przyniesionej przeze mnie wersji, co rusz, w zmiennych odstępach, zanosiła mu i wynosiła kolejne poprawione komputeropisy, nanosiła poprawki i zanosiła kolejne wersje, generał czynił poprawki i uzupełnienia.
I tak w kółko trwało to przez kilka godzin, a poprawionych wersji było kilkanaście. Momentami robiło się nerwowo, bo w atmosferze pośpiechu i napięcia nie mogło być inaczej. Od pewnego momentu Generał zaczął wychodzić z gabinetu i włączać się bezpośrednio do procesu nanoszenia poprawek, co też nie rozrzedzało atmosfery. Nie pamiętam dokładnie ile godzin to trwało, ale dopiero późnym popołudniem mogłem udać się do redakcji z tekstem ostatecznie przez Generała zaakceptowanym.
Przyjąłem to z ulgą, choć Generał nie wydawał się być do końca usatysfakcjonowany ostatecznym efektem, Perfekcjoniści tak mają – nigdy nie doznają stuprocentowej satysfakcji. Przyjemność i zaszczyt krótkich spotkań z Generałem miałem okazję przeżyć kilkakrotnie, zarówno przed wspomnianym wywiadem jak i po nim.
Podzielił się ze mną m.in., dla celu publikacji w „Trybunie”, spostrzeżeniami i wrażeniami z jednej ze swoich wizyt we Francji, konkretnie na konferencji w Lyonie. Był zawsze bardzo interesującym rozmówcą o wysokiej kulturze i dużej erudycji. Jako autoryzator budził popłoch, ale nobody is perfect….
MFR
O ile w sposobie bycia i w mowie ciała Generała były łatwo zauważalne rysy swoistej wojskowo-harcerskiej sztywności, pewnej konwencjonalności, o tyle uważny obserwator mógł zauważyć, że Mieczysław Franciszek Rakowski pod nieco kostyczną powierzchownością i sposobem bycia miał w sobie rysy specyficznego dziennikarskiego luzu, nonszalancji, swoistej dziennikarskiej zawadiackości.
Łączył luz z chłopską twardością. Taki klimat jego osobowości stwarzała jego pozycja wpływowego publicysty, ale przede wszystkim współzałożyciela i wieloletniego redaktora naczelnego legendarnej „Polityki”, człowieka przez wiele lat funkcjonującego w sposób nieco paradoksalny na granicy pomiędzy światem władzy a sferą krytycyzmu w stosunku do tejże władzy.
Po wywiadzie jaki z nim przeprowadziłem na początku lat dziewięćdziesiątych zaproponował mi pisanie do redagowanego przez niego lewicowego miesięcznika społeczno-politycznego „Dziś”. Spotykaliśmy się bardzo rzadko, a te bezpośrednie spotkania bardzo ceniłem.
Rakowski nigdy nie był w tych rozmowach wylewny, jakby sygnalizował, że nie oczekuje aprobaty rozmówcy, że nie zamierza mu się przypodobać, był w nim silny rys dystansu, swoistej, jakby nieco romantycznej (mawiał czasem o sobie, że jest romantykiem) splendid isolation.
Jednak nawet przy swej powściągliwości i rezerwie, emanował jakimś inspirującym, pozytywnym, przyjaznym, nawet serdecznym czynnikiem emocjonalnym. Zauważyłem w nim jednak także pewien rys zaciętości, który pozostawał w sprzeczności ze wspomnianym wyżej „luzem” i pozytywną nonszalancją. Opowiedział mi kiedyś, że konsekwentnie nie podaje ręki i starannie omija na ulicy pewnego niegdyś bardzo ważnego ex-towarzysza partyjnego, który użył w odniesieniu do jego poglądów określenia „rakowszczyzna”.
Szatan w ludzkim ciele
Jerzy Urban, twórca i redaktor naczelny tygodnika „Nie”, pisma które jako pierwsze, pioniersko wprowadziło tzw. wulgaryzmy do języka prasowego, jest w tzw. obejściu, w bezpośrednim kontakcie człowiekiem o konwencjonalnych, można by rzec wytwornych manierach.
Przynajmniej ja tak to odebrałem w kontaktach z nim, które miałem przy okazji wywiadów. Ze swoim nieco flegmatycznym stylem wysławiania, pamiętnym także z lat osiemdziesiątych, gdy był rzecznikiem rządu i prowadził słynne konferencje prasowe, robi wrażenie dobrotliwego wujka.
W tej sympatycznej powierzchowności mieszczą się jednak poglądy, który wszelka konserwa, prawolstwo, reakcja i klerykałowie uważają za prawdziwie „szatańskie”.
Barcikowski w szampańskim humorze
Kazimierza Barcikowskiego zapamiętałem najbardziej z chwili, gdy jako wicepremier, ze zmęczoną, zmiętą twarzą i zmierzwioną czupryną przemawiał rankiem 30 sierpnia 1980 roku po podpisaniu Porozumienia Szczecińskiego. Barcikowski miał powierzchowność i sposób bycia nieco kostyczny, sprawiał wrażenie człowieka wiecznie zatroskanego, skłopotanego i niezadowolonego.
Kojarzył mi się z „Kłapouchym” z opowieści o Kubusiu Puchatku. Mnie przypadło w udziale spotkać się w jego mieszkaniu, gdy nie bez wstępnie czynionych trudności, zgodził się w końcu udzielić mi wywiadu – w atmosferze niemal radosnej, przy dobrych nalewkach i kawie, w słonecznych promieniach pięknego, letniego dnia.
Mój gospodarz był w szampańskim humorze, bardzo rozmowny i serdeczny. I takim go zapamiętałem.

Kapsułki pamięci

Jak wycięli mi … Andrzejewskiego
Żyjemy w czasach, w których życie polityczne transmitowane jest na okrągło, dzień i noc, przez telewizje informacyjne i nawet ci, którzy intensywnie interesują się polityką, zawodowo czy amatorsko, mogą nie raz jeden doznać przesytu. W czasach, gdy byłem licealistą (1972-1977) polityka była dla mnie, w spokojnym Lublinie, czymś odległym, nawet abstrakcyjnym, a centrum władzy PRL, monumentalny gmach Komitetu Centralnego PZPR widywałem jedynie z zewnątrz, podczas rzadkich wycieczek do stolicy. Nie znaczy to, że w ogóle się polityką nie interesowałem.
Zacząłem wtedy zaglądać do gazet i z lubością słuchałem Radia Wolna Europa, motywowany byłem jednak nie tyle nastrojem kontestacyjnym, lecz dlatego, że podobał mi się sensacyjny, ekscytujący styl, w jakim nadawano stamtąd informacje i komentarze. W okresie matur, czyli w maju 1977 moja klasowa polonistka, pani profesor Madzia, zabrała mnie i jeszcze dwoje innych maturzystów, do Radia Lublin przy ulicy Obrońców Pokoju. Mieliśmy uczestniczyć w audycji na temat matur.
Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w studiu radiowym, do tego przed mikrofonem i przed redaktorem prowadzącym audycję. Nie pamiętam pytań zadawanych przez dziennikarza ani przebiegu rozmowy, pamiętam jednak, że jedno z nich dotyczyło tematów maturalnych z języka polskiego, a pośrednio szkolnych lektur. I na ten właśnie temat coś tam powiedziałem, nie pamiętam co, ale pamiętam za to, że wymieniłem, w jakimś kontekście, prawdopodobnie w nawiązaniu do lektury szkolnej, jaką był wtedy „Popiół i diament”, nazwisko Jerzego Andrzejewskiego.
A był to początek działania założonego niespełna rok wcześniej opozycyjnego Komitetu Obrony Robotników, którego powołanie pisarz firmował swoim nazwiskiem, czołowym wtedy w przestrzeni literatury polskiej. I kiedy wychodziliśmy ze studia, redaktor, który z nami rozmawiał, podziękował nam za przyjście i z porozumiewawczym uśmiechem powiedział do mnie, że „tego Andrzejewskiego to trzeba będzie wyciąć”. Przyznam, że ta trwająca kilka chwil koincydencja mojej skromnej osoby z nazwiskiem wybitnego pisarza i to akurat wtedy, wydała mi się zabawnym, choć drobnym kaprysem przypadku.
Kilka tygodni później trafiłem na kilka dni do Krakowa, w roli towarzysza podróży kolegi, który przyjechał tu na egzaminy, na wydział aktorski tutejszej szkoły teatralnej. Był początek czerwca i żywa była w tym mieście sprawa śmierci studenta Stanisława Pyjasa, o którą obwiniano SB. Jednak ani mnie ani kolegi ten temat nie zajmował, bo skoncentrowani byliśmy na zwiedzaniu miasta oraz obfitym piciu czerwonego, węgierskiego wina.
Kiedy jednak pewnego dnia siedzieliśmy przy stoliku na Rynku Głównym, przysiadła się do nas nieznajoma młoda kobieta i nagle, ni stąd, ni zowąd zaczęła do nas mówić …. o sprawie Pyjasa. No ładnie… Najpierw ten Andrzejewski, teraz znów Pyjas… Czyżby to koronawirus polityki przymierzał się do mnie, czyniąc pierwsze do mnie podejścia w tych zamierzchłych czasach?

Moje spotkania z ludźmi PRL
Dzieciństwo i część młodości spędziłem w środowiskach rodzinnych i towarzyskich, w których panowała aura raczej niechętna PRL. Nie powiem, że jakaś szczególnie nienawistna, ale na pewno niechętna.
Emocjonalnie ta niechęć mi się nie udzieliła, ale przez lata byłem w kręgu oddziaływania tych nastrojów. I gdyby mi ktoś kiedyś, wiele lat później, powiedział, że w przyszłości zbliżę się ideowo i polubię ludzi ze środowisk dawnej, PRL-owskiej władzy, uznałbym to za nieprawdopodobne.
A jednak tak się stało. Los popchnął mnie w stronę lewicy i to paradoksalnie już po demontażu PRL, po 1989 roku. Także w stronę ludzi starej lewicy PZPR-owskiej, których szczerze polubiłem. Jako dziennikarz „Trybuny” i „Dziś” poznałem i przeprowadziłem dziennikarskie wywiady z wybitnymi, historycznymi postaciami tej formacji, z generałem Wojciechem Jaruzelskim, Kazimierzem Barcikowskim, Arturem Starewiczem, Andrzejem Werblanem, Mieczysławem F. Rakowskim, Jerzym Urbanem, Józefem Tejchmą, Władysławem Matwinem i innymi.
Rozmawiałem też blisko godzinę ze Stanisławem Kociołkiem i nawet proponowałem mu wywiad-rzekę, ale nigdy się na to nie zgodził. Z Mieczysławem Wojtczakiem, w latach siedemdziesiątych pierwszym wiceministrem kultury i szefem kinematografii serdecznie się zaprzyjaźniłem, a naszą przyjaźń pielęgnujemy.
Wspomnę o nich w którejś z kolejnych kapsułek pamięci. Zetknąłem się też z dwiema prominentnymi postaciami PRL-owskiego świata propagandy kulturalnej, Witoldem Fillerem i Grzegorzem Lasotą i o nich wspomnę tym razem. Obaj weszli do prawicowej publicystyki i historiografii PRL z „gębą” – jakże by inaczej – postaci negatywnych, jako ludzie aparatu, przebrzydli komuniści, „czarne charaktery”, ale ja akurat się z nimi zaprzyjaźniłem i zachowuję ich do dziś w serdecznej pamięci, choć odeszli już lata temu.
Pan Witold, który miał opinię „aparatczyka” na niwie kultury, był człowiekiem bardzo inteligentnym, błyskotliwym, utalentowanym, z zauważalną odrobiną cynizmu. Jeszcze z dzieciństwa zapamiętałem go jako autora bardzo lubianego przeze mnie „Wielokropka”, satyrycznego programu telewizyjnego emitowanego w latach 60-tych, z udziałem aktorów Jana Kobuszewskiego i Jana Kociniaka, w którym sam występował w roli narratora przekazującego „słowo wiążące”.
W 1968 roku wystąpił w telewizji, jako publicysta, w audycji dotyczącej zdjęcia z afisza Teatru Narodowego dejmkowskich „Dziadów”, co posłużyło do oskarżenia go, że należał do inspiratorów i adwokatów tej decyzji. Był też autorem m.in. kilku książeczek krytycznie ukazujących działalność Radia Wolna Europa, paryskiej „Kultury” oraz emigracji politycznej na Zachodzie. Żyjąc w młodości w kręgu oddziaływania postaw niechętnych PRL, w najśmielszych snach nie mógłbym wyśnić, że nie tylko poznam kiedyś Fillera osobiście, ale nawet wejdę z nim w miłą zażyłość, będę pisał do jego pisma, a w końcu „załatwię” mu stały felieton w „Trybunie”.
Kiedy Filler dość niespodziewanie zmarł (2009), jego była żona nie do żadnego z jego ekspartyjnych towarzyszy z PRL zwróciła się o wypowiedzenie tzw. słowa nad trumną, lecz do mnie właśnie, który z PRL nie miałem filiacji rodzinnych, organizacyjnych, politycznych czy personalnych, poza tym że się w PRL urodziłem, żyłem, spędziłem młodość i chodziłem do szkół.
Wygłosiłem owo słowo w domu przedpogrzebowym na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach do dość sporego grona osób, z których część od dziesięcioleci znałem z ekranów filmowych, telewizyjnych i fotografii prasowych, m.in. do Bogdana Łazuki, Jana Pietrzaka czy aktorki Elżbiety Zającówny, którzy byli z panem Witoldem zaprzyjaźnieni. Fakt, że to ja, człowiek młodszy o pokolenie i wychowany w innym świecie, a nie żaden ze starych towarzyszy Fillera zostałem poproszony o wygłoszenie tego słowa pożegnalnego nad trumną pana Witolda, było dla mnie nie tylko zaszczytem, ale przede wszystkim zdarzeniem nader paradoksalnym z – by tak rzec – historyczno-politycznego punktu widzenia.
Druga z poznanych przeze mnie postaci to Grzegorz Lasota, krytyk literacki i artystyczny, jeden ze słynnego grona tzw. „pryszczatych”, młodych stalinowskich radykalnych aktywistów w kulturze, autor głośnego wtedy „Kierunku natarcia”, szturmowego dzieła stalinowskiej krytyki literackiej, a w latach 60-tych autor i prowadzący słynny, skądinąd znakomity telewizyjny magazyn kulturalny „Pegaz”. Poznałem go, zaprzyjaźniliśmy się i szereg razy odwiedziłem go w jego niewielkim, a pełnym rozmaitych bibelotów mieszkaniem przy schodkowej ulicy Bugaj, na Starym Mieście.
Pan Grzegorz również był człowiekiem błyskotliwie inteligentnym, z silnym rysem złośliwości, o ogromnej wiedzy, choć nieco oschłym i mrukliwym w porównaniu z elokwentnym Fillerem. Po tym jak zauważył moją pasję do historii kultury, w tym kultury czasów PRL, a i nie najgorsze w końcu oczytanie zakresie, często do mnie dzwonił i konfrontował ze mną różne fakty i personalia. Mówił też, że czasem „wpuszczam mu do mózgu robaka, który go nurtuje dniami i nocami”.
Miał na myśli przytaczane przeze mnie fakty czy personalia oraz pytania, jakie mu zadawałem. Zmarł w 2014 roku, gdy byłem na wakacjach w Rzymie, więc nie byłem na jego pogrzebie, ale jakiś czas później skontaktowała się ze mną znana mi już wcześniej wdowa po nim, bardzo sympatyczna, ciemnoskóra Wenezuelka imieniem Carmen, która w młodości zagrała m. in. epizod w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha J. Hasa i pojawiła się w muzycznym filmie „Kulig” a także filmie Jerzego S. Stawińskiego „Pingwin”.
Carmen, z którą się szczerze polubiliśmy, zaprosiła mnie na likwidację mieszkania pana Grzegorza połączoną z rozdawaniem sąsiadom przedmiotów po zmarłym. Miałem obiekcje czy wypada mi brać w tym udział, ale Carmen bardzo rzeczowo przekonała mnie, że nie ma w tym nic niestosownego.
I tak dostałem, jako pamiątkę po panu Grzegorzu, ładny metalowy świecznik-nabijak, wykonany w stylu charakterystycznym dla metaloplastyki lat 60-tych oraz piękny wąskoszyjkowy flakon z zielonego, artystycznego szkła.