Czwartoligowa afera w Niemczech

W Niemczech wrze po publikacji „Bilda” sugerującej, że występujące na czwartym poziomie rozgrywkowym klubu piłkarskie w tym kraju były korumpowane przez azjatyckie mafie bukmacherskie.

Z relacji zamieszczonej w „Bildzie” podano mechanizm korupcyjnego procederu. Najpierw do czwartoligowych klubów zgłaszali się ludzie podający się za przedstawicieli chińskich firm i oferowali współpracę sponsorską. W trakcie negocjacji dopiero wychodziło na jaw, czego oczekują w zamian za finansowe wsparcie. Najczęściej chcieli uzyskać gwarancje, że drużyny na pewno wygra wskazany przez nich mecz, sugerując wręcz, że najpewniejszym sposobem na to jest skorumpowanie przeciwników. Za uzyskanie pożądanego wyniku we wskazanych przez nich spotkaniach klub mógł liczyć na bonus w wysokości 60 tysięcy euro.

Dla zespołu z czwartej ligi nie jest to kwota do pogardzenia, a zatem nie można wykluczyć, że chętnych do takiej „współpracy” było wielu. Proceder ujawnili składając zawiadomienie do prokuratury działacze Chemnitzer FC, którym także złożono taką propozycję, ale ją odrzucili. Podobną propozycję w ubiegłym roku zgłosili też niemieckim organom ścigania działacze klubu Union Fuerstenwalde. Te sygnały wzbudziły zaniepokojenie w nadrzędnych strukturach piłkarskich.

Niemieccy dziennikarze odnaleźli nawet siedzibę chińskiej agencji, której pracownicy mieli podejmować próby korumpowania piłkarzy. Mieści się ona w niewielkim hotelu w jednym z niemieckich miasteczek i jest solidnie zakamuflowana. Ale niemiecka prokuratura jest bardzo zdeterminowana, by jak najszybciej wyjaśnić sprawę, ponieważ korupcyjny skandal z azjatyckimi mafiami bukmacherskimi w IV lidze może być jedynie wierzchołkiem góry lodowej.

 

Atak z pozycji przewróconego

Czołgany niemiłosiernie przez niemieckie media Robert Lewandowski w końcu zaczął walczyć o swój szargany od miesięcy po obu stronach Odry wizerunek. Nasz najlepszy piłkarz po mundialowym niepowodzeniu nie ma teraz najmocniejszej pozycji, ale mimo to postanowił postawić się szefom Bayernu Monachium.

 

W środowym wydaniu „Bilda”, tego samego, który niespełna tydzień temu obwieścił, że Robert Lewandowski nie chce już opuszczać Bayernu Monachium i zamierza w nim występować do końca kontraktu, na nowo wznowiono krucjatę przeciwko polskiemu piłkarzowi. Tym razem dziennikarze niemieckiego tabloidu, zapewne poruszeni lekturą wywiadu z Lewandowskim, zamieszczonym dzień wcześniej w wydawanym w Polsce, ale należącym do tego samego koncernu wydawniczego „Przeglądzie Sportowym”, zbulwersowali swoich czytelników rewelacją, że polski napastnik Bayernu jest zniesmaczony postawą władz bawarskiego klubu. „Lewy” zdaniem „Bilda” ma pretensje do szefów Bayernu, że nie bronili go przed atakami mediów i nie zamierza podjąć treningów zanim nie odbędzie z nimi rozmowy w tej sprawie.

Przypomnijmy tylko pokrótce o co chodziło. Po słabych występach Lewandowskiego w półfinałowych potyczkach Ligi Mistrzów z Realem Madryt w niemieckich mediach rozpoczęła się na niego regularna nagonka. Media krytykowały go za wszystko i nie cofały sie przed stawianiem najdurniejszych zarzutów – że rozwala atmosfer w szatni, bo myśli tylko o transferze do Realu Madryt.

Faktem jest, że wszystko na co przez ostatnie dwa miesiące zdobyli się w tej sprawie szefowie Bayernu, to były jedynie zapewnienia, że Lewandowski ma ważny kontrakt i nigdzie nie odejdzie. Ale na zdementowanie zarzutów sie nie zdecydowali, choć akurat w przypadku stwierdzeń użytych w mediach, że rozbija atmosferę w zespole i nie przykłada się do gry oraz treningów, to powinni choćby z poczucia przyzwoitości. Lewandowskiemu z pewności nie można tego zarzucić, bo jest on rzadkim w światowym futbolu przykładem profesjonalisty, za co chwalili go wszyscy trenerzy, z którymi pracował.
I choćby dlatego rewelacje, że zawsze akuratny i zdyscyplinowany Lewandowski nagle zaczął stawiać jakieś warunki swoim przełożonym, trzeba odłożyć między bajki.

Ale to wcale nie znaczy, że problemu nie ma. Tym problemem jest odpowiedź na pytanie – czy Bayern jeszcze go chce i czy on ma jeszcze chęć gry w Bayernie. Przed mistrzostwami świata w Rosji „Lewy” miał swoją piłkarską karierę pod kontrolą, ale teraz po raz pierwszy odkąd został profesjonalnym zawodnikiem jego kariera wyhamowała. Inaczej mówiąc, na rosyjskich boiskach nasz piłkarz wyłożył się jak długi, a w pozycji przewróconego nie wygląda się atrakcyjnie.

Jeśli więc postanowił zostać w Bayernie i w tym klubie odbudować swoja markę, to z pewnością nie wchodziłby w zwarcie z szefami klubu. Chyba że jest coś na rzeczy w doniesieniach brytyjskiego dziennika „The Independent” sugerujących, że Manchester United podjął właśnie negocjacje z Bayernem w sprawie łączonego transferu Hiszpana Thiago Alcantary i… Lewandowskiego.