Fryderyk Chopin patron konkursu i genialny pianista

Kończy się przełożony z ubiegłego roku konkurs chopinowski.

Fryderyk Chopin urodził się 1 marca 1810 r. w mazowieckiej wsi Żelazowa Wola. Ojciec Fryderyka Mikołaj, Francuz, profesor literatury francuskiej, urodzony koło Nancy w Lotaryngii, należącej wówczas do hrabiego Paca. Mikołaj przyjechał do Polski z Francji w 1787 roku, z powodu zbliżającej się Wielkiej Rewolucji Francuskiej 1789, która zburzyła Bastylię, zmiotła królestwo francuskie wydając wyrok śmierci na króla i królową, wyniosła Bonapartego na wodza armii i na pierwszego konsula w 1799 roku.
Mikołaj będąc już w Polsce, był świadkiem proklamowania Konstytucji 3 Maja i II rozbioru Polski. W 1794 r. wziął udział w powstaniu Kościuszkowskim, otrzymując stopień kapitana gwardii. Po zajęciu Warszawy przez Prusy (III rozbiór Polski w 1795 r.) Mikołaj przeniósł się w okolice Łowicza, a później do Żelazowej Woli, gdzie poznał Teklę Krzyżanowską, piosenkarkę i pianistkę, i z ich małżeństwa przychodzi na świat 2.IV.1807 r. Ludwika. W tym czasie Napoleon z części zaboru pruskiego ustanowił Księstwo Warszawskie, powołał rząd polski i wojsko polskie.
W trzy lata później w 1810 r, urodził się Fryderyk. Państwo Chopinowie zamieszkali w nie istniejącym już Pałacu Saskim. Nauka tańca i śpiewu należała do kanonu wychowania i wykształcenia młodzieży. Szczególnie wrażliwy na dźwięki fortepianu okazał się Fryderyk. W wieku 8 lat odbył się jego pierwszy koncert w Pałacu Radziwiłłowskim na Kr. Przedmieściu, podczas którego oczarował widzów swoją grą. Przegrana bitwa Napoleona w 1814 r. (na pole bitwy nie przybyły rezerwy strategiczne marszałka Gruchy), spowodowała, że Chopinowie musieli opuścić Pałac Saski. Po zajęciu Warszawy przez Rosjan, przestało istnieć Księstwo Warszawskie (o pow. 104 tys km kw). Zwierzchnikiem sił zbrojnych został książę Konstanty. Spokojny do tej pory Pałac Saski zajęło wojsko rosyjskie. Chopinowie przenoszą się na Kr. Przedmieście do domu naprzeciwko Uniwersytetu Warszawskiego. Fryderyk pobierał nauki u prof. Elsnera w zakresie kształtowania formy muzycznej i objaśniał zawiłe reguły uczenia dźwięków pomiędzy sobą, czyli harmonię gry na fortepianie. Zdobyte umiejętności Fryderyk mógł zaprezentować przed publicznością na dobroczynnych koncertach. Muzyka rozbrzmiewała podczas spotkań przyjacielskich, tradycyjnie w każdy czwartek. Jesienią 1823 Fryderyk dołączył do grona uczniów w Liceum, gdzie zdał egzamin do klasy IV i tu pozostał do 1826 r.
Frycek był uczniem inteligentnym, uczęszczał na lekcje historii i literatury i korzystał z lekcji greki, łaciny, matematyki i biologii. W ostatnim roku liceum grał na organach podczas nabożeństw w kościele sióstr Wizytek. Fryderyk odwiedzał salony warszawskie i był zapraszany poza granice Warszawy, do majątków wiejskich, na przykład do ks. A. Radziwiłła, miłośnika gry na fortepianie. Niebywałe zdolności kilkunastoletniego Fryderyka porównywano z geniuszem Mozarta. Zarówno Mozart jak i Szopen zadziwiali swoich słuchaczy biegłością gry na fortepianie i niespotykaną umiejętnością efektownego improwizowania, lecz przede wszystkim zdolnościami twórczymi.
Pierwsze utwory – . polonezy – są świadectwem niezwykłego stylu i piękna melodii. Gdy mama Fryderyka szła na ul. Solec, mąż Mikołaj upominał ją: „Tylko uważaj jak będziesz wracała ulicą Tamką, żeby Fryderyka nie porwali do Pałacu Ostrogskich”. Miejsce to było b. niebezpieczne, bo w głębokich lokach gnieździli się uciekający przed prawem bandyci i złodzieje. Mogli tam ukrywać się spokojnie, gdyż policja bała się zapuszczać w labirynt piwnic i podziemnych korytarzy, prowadzących aż na Stare Miasto i także do ulicy Książęcej. W roku 1820 trzeba było sprowadzać oddziały wojska i organizować wielką obławę, zanim udało się rzezimieszków przepędzić i zasypać tajemne przejścia. Zamek Ostrogskich pod koniec XVI wieku, zbudował Janusz Ostrogski, kasztelan krakowski.
Budowy nie dokończył i zostawił tylko potężny bastion z kamienia i z cegły, zawierający wspomniane lochy niejednokrotnie wysokości do 10 m. Dopiero w 100 lat później rodzina Gnińskich wzniosła w tym miejscu najpiękniejszy pałac w stylu barokowym. Jednak brali w posiadanie tą piękną rezydencję kolejno: Zamoyscy, Czapscy, Chodkiewiczowie i inni. Wreszcie zamek stał się internatem dla młodzieży. W 1820 r. zamek nabywa Gajewski, sekretarz policji i przebudowuje go na koszary a później na szpital. Dopiero w 1861 r. zamek dostaje trwałego i szanowanego właściciela, którym staje się Warszawski Instytut Muzyczny. Z dawnego piękna zamku nie zostaje znaczący ślad. Przebudowany i powiększony, lecz zeszpecony służy muzyce do 1944 r., kiedy to pada w gruzy w czasie II wojny światowej. Po 200 latach przywrócono rezydencji jej dawny blask gdy zarządzał nim Inst. Fryderyka Chopina z salą na 250 miejsc, z tarasem na letnie koncerty na 1500 osób, z biblioteką, archiwum i pokojami konferencyjnymi. Potężne lochy zamieniono na winiarnię, która obecnie nie istnieje, a gdzie wg legend pływała tu w nocy złota kaczka. Nie ma tu kawiarni, baru, lornetek i obserwatorium astronomicznego i automatów np z wodą Jest natomiast piękna fontanna i leżaki na powietrzu, na tarasie 35 x 35 m, obok pięknego parku. Z tarasu można podziwiać piękno okolic. W zamku mieści się obecnie muzeum Fryderyka Chopina ,a ozdobą jego są piękne rzeźbione, stylowe marmury, stylowe podłogi królewskie z drewna i piękne cenne malowidła na sufitach,oraz ornamenty na ścianach. Jest też fortepian Chopina. Jest tu cichobieżna winda, którą wjechać można na 3 kondygnacje muzeum i do piwnicy. Są sklepy z pamiątkami po Fryderyku: wstęp 23 zł nor., 12 zł ulgowy. Najlepiej dojść do muzeum ul. Ordynacką idąc od Nowego Światu.
Malowidła świadczą o zwycięskich bitwach, podczas których wojsko polskie idąc do boju, według relacji Jana Długosza śpiewało Bogurodzicę, pieśń która miała w średniowieczu charakter nie tylko hymnu kościelnego, ale i państwowego. Pieśń napisał św. Wojciech u progów naszej państwowości w II poł. XX stulecia, co świadczy, że możemy spokojnie obchodzić tysiąclecie również i muzyki polskiej. Gdy w 1830 r. przed wyjazdem do Francji, Fryderyk grał swoje dwa młodzieńcze koncerty, w nieistniejącym dziś Teatrze Narodowym na Pl. Krasińskich, towarzyszyła Jemu orkiestra pod kierunkiem arcy wówczas popularnego dyrektora Opery Warszawskiej „polskiego Rossiniego” Karola Kurpińskiego. Nikt jeszcze nie domyślał się z wyjątkiem prof. Elsnera w Szopenie przyszłego geniusza fortepianu na skalę europejską.
2 listopada 1830 r. w przeddzień powstania Fryderyk, przyszły duchowy ambasador nie istniejącej Polski w Europie, opuszcza na zawsze nieszczęsną stolicę, rodzinę i przyjaciół, a także swoją pierwszą młodzieńczą miłość, piękną Konstancję Gładkowską, którą poznał 21.IV.1829 r., która nawet nie domyślała się u niego uczucia dość długo, gdyż Chopin. był z natury nieśmiały wobec dam. Osobiste marzenia wobec Konstancji przelewał utworami na fortepian pod tytułem „Romanza e-mol” będące wyrazami uwielbienia, choć poznał osobiście ją później. O względy Konstancji zabiegał adiutant księcia Konstantego. W Paryżu został przyjęty gościnnie grając dla ok. 300 osób i w wyniku licznych koncertów także dobroczynnych wśród bliskich i elity, salony paryskie otworzyły się przed Chopinem. Fryderyk był wziętym i doskonale płatnym nauczycielem hrabianek, a wydawcy przyjmowali do druku jego utwory, i został nawet członkiem pełnoprawnego towarzystwa, najwybitniejszych muzyków Paryża.
Zaprzyjaźnił się z Adamem Mickiewiczem, wodzem duchowym Polaków na obczyźnie, który nie dawał dobrego słowa Fryderykowi za puste życie salonowe i namawiał by napisał operę. Fryderyk uczestniczył w życiu towarzyskim i wspierał polską emigrację również finansowo. Poznał Cypriana Kamila Norwida, który napisał później wiersz pt. „Fortepian Chopina”, wyrażając się w nim, że „podniósł ludowe do ludzkości”. W Dreźnie Chopin spotkał się z rodziną państwa Wodzińskich, którzy byli przyjaciółmi Chopinów jeszcze z czasów warszawskich i tu poznaje w 1835 roku 16-letnią pannę Marię Wodzińską, pianistkę, urodziwą damę o względy której ubiegał się też hrabia de Montigny i Juliusz Słowacki. Maria musiała zainteresować się Fryderykie,. że ten obdarzył ją uczuciem, podczas wspólnie spędzonych dwóch tygodni. Przed wyjazdem do Drezna obiecali sobie spotkanie w następnym roku. Udzielając Marii lekcji muzyki wpisał do jej albumu kolejna dedykację z walcem As-dur. Z zapisów wynika, że rodzina Wodzińskich myślała poważnie o Fryderyku jako przyszłym mężu Marii. Po powrocie do Paryża Fryderyk znów zachorował, pozostając w domu pod troskliwą opieką przyjaciół. Chory był do tego stopnia, że nie mógł napisać jednego słowa. Radość w Warszawie zapanowała gdy Fryderyk 9.I.1936 r. pisze list do rodziny, gdy atak choroby minął.
Cechą muzyki Fr, jest samorodność i jednolitość. Tworzy piękne polonezy, ronda np. „a la Krakowiak”, sonaty i wariacje na temat z Mozartowskiego Don Juana. W sumie napisał 58 mazurków, 17 polonezów, 26 preludiów, 27 etiud, 17 walców, kołysanki, pieśni solowe i utwory kameralne, które są bogactwem środków harmonicznych i kolorystycznych. Fr przywiózł do Paryża z grudką ziemi ojczystej, piękne melodie kujawiaków i przechował je niezatarte i nie skażone na muzycznej przestrzeni świata. Tajemniczą sprawą jest niezwykła jedność jego osobowości muzycznej, zbudowanej z tylu sprzeczności. Pewien muzyk parafrazując Rossiniego powiedział, że Beethoven jest wielki, ale Chopin jedyny. Dla uczczenia pamięci Chopina zostały zorganizowane od 1927 r., co pięć lat w Warszawie Międzynarodowe Konkursy Pianistyczne. Inicjatorem ich był Jerzy Żurawlew.
I Konkurs odbył się w 1927 r. 1 m. zajął Lew Oborin z ZSRR. II Konkurs 1932: 1 miejsce Aleksander. Umiński – bezpaństwowiec.
W trzecim konkursie w 1937 r. wśród kandydatów faworytką publiczności była śliczna Japonka Ch. Hare, której przyznano tylko dyplom uznania. Wywołało to istną niebywałą rewolucję wśród słuchaczy, że myślano o przywołaniu policji. Konflikt zażegnał bogaty handlowiec J. Meyer, fundując natychmiast „nagrodę publiczności” dla skrzywdzonej Japonki, co natychmiast uspokoiło wzburzonych jej wielbicieli.
W VI Konkursie w 1960 wygrał Maurizio Pollini z Włoch. Warunkiem uczestnictwa w konkursie był wiek od 16 do 30 lat. Konkurs łączył się ze 150 rocznicą urodzin Chopina i był świętem „Roku Chopinowskiego” pod protektoratem Przew. Rady Państwa i UNESCO. Honorowym przewodniczącym jury był Artur Rubinstein. Konkurs różnił się od poprzednich bardzo dużą frekwencją.
Od pierwszego do ostatniego przesłuchania zajęto nie tylko wszystkie fotele w filharmonii, ale nadto widzowie stali pod jej ścianami. W czasie finału przybrało to charakter niemal szturmu do twierdzy, której bezskutecznie bronili kontrolerzy. Jednego wieczoru tłum widzów sforsował drzwi do wejścia do filharmonii i wtargnął bez biletów na salę. W rezultacie stali widzowie w przejściach między fotelami. Warszawa jest miastem niezwykłym o relacjach swoistych. Warszawianie obawiając się, że może zostać skrzywdzony ich faworyt Pollini szykowali się do urządzenia niemal powstania. Wreszcie odetchnęli z ulgą ze szczęścia, gdy jury ogłosiło I miejsce Maurizio Polliniego.
Odnośnie niezadowolenia publiczności przez werdykty jury, Jerzy Waldorff w swej książce „Zbuntowane uszy” zaproponował ufundowanie na stałe „nagród” publiczności. Jednocześnie poddał myśl: „Komitet Organizacyjny Konkursów Chopinowskich powinien wypuścić np. 10-złotowe bony, które nabywcy widzowie wypełnialiby indywidualną punktacją a następnie zwracając Komitetowi w terminie wymaganym”. Zebrały by się od tysięcy melomanów duże sumy, które byłyby” nagrodą publiczności”.
Można też nawet sprawę werdyktów jury uregulować w inny sposób. Np.: „W jury mogą zasiadać wyłącznie osoby, nie mające w konkursie swoich rodowitych kandydatów”. To znaczy,że jeżeli Polak jest w konkursie kandydatem, w jury nie może zasiadać Polak. Itd. W ten sposób może być 99 proc. werdyktów, świadczących o bezstronności w ocenach.
Do tej pory Konkurs wygrało troje Polaków. Halina Czerny -Stefańska 1 roku 1948, Krystian Zimerman w 1975 i Ragał Blechacz w 2005.
Konkurs Chopinowski w 2020 roku nie odbył się z powodu pandemii. Został przeniesiony na ten rok i trwa do 23 października.
Wróćmu jednak do Chopina… W Paryżu powstawały polskie instytucje, szkolnictwo, prasa i wydawnictwa. Paryż stał się szybko nie tylko schronieniem dla emigrantów, lecz także centrum życia kulturalnego. Emigracji polskiej w Paryżu przewodniczył ks. Adam Czartoryski. Pobyt Fryderyka w Wiedniu zakłóca wiadomość o wybuchu 29.XI.1830 r. powstanie w Warszawie. Uczestnicy spisku Szkoły Podchorążych pod wodzą Wysockiego ruszyli w otwartym ataku na Belweder i Arsenał. Wielki Książę Konstanty ledwo uszedł z życiem, w przebraniu i wraz z wojskiem wycofał się z Warszawy. Warszawa była wyzwolona. Władzę objął nowy rząd polski na czele z Czartoryskim. Fryderyk koniecznie chciał wracać do kraju do Warszawy, lecz rodzina i przyjaciele odwiedli go od tego zamiaru, wprost błagając by pozostał w Paryżu i żeby dał ojczyźnie artystyczne świadectwo zamiast walki z bronią w ręku. W Stuttgarcie tworzy postępowe etiudy tzw. „rewolucyjne” C-mol ,oraz preludia, w których zawarł swój żal i smutek z powodu powstania, które zakończyło się klęską w październiku 1831.
Następną miłością Fryderyka staje się powieściopisarka George Sand. Ubierała się po męsku, śmiała i buntownicza kobieta, paląca papierosy, przebierająca wśród mężczyzn, niedawno zerwała nieudane małżeństwo z baronem Dudevantem i wraz z dwojgiem dzieci Solange i Mauricem przeniosła się do rodzinnej rezydencji w Nohant koło Paryża. Proces rozwodowy wygrała z baronem w 1836 r.
Początkowo Fryderyk nie dostrzegał George Sand, bo ubierając się po męsku miała coś odpychającego w sobie. Z niecierpliwością czekał wiadomości od Wodzyńskich, na próżno. Z kolei Sand uwielbiała Fryderyka ofiarując jemu bilecik ze słowami: „uwielbiam pana”. Pisano o niej :Jest to osoba mała, kształtna, piękna, duże czarne oczy, niewiele mówiąca, ze wszystkimi pełna poufałości i pieszczot, słowem osobliwe stworzenie. W 1838 r. Fryderyk przebywał często w salonie hrabiny Narliani, u której podczas letnich wizyt w Paryżu mieszkała George Sand. Chopin miał wówczas 28 lat a Sand 34. Gdy tylko przestała pozować do obrazu zrzuciła męskie ubranie i stała się ponętną, pociągającą kobietą. Spragniony uczuć Fryderyk musiał ulec jej urokowi, zwłaszcza że Sand dawała mu dowody sympatii i uwielbienia
Nieoczekiwane uczucie jakim Chopin obdarzył Sand sprawiło, że kompozytor znalazł się w impasie. Wyraził jednak zgodę na wyjazd 18.X.1838 z Sand i jej dwojgiem dzieci na Majorkę. Wyjeżdżając z Paryża pozbawił się stałych dochodów. Zabrał nawet też ze sobą fortepian. Wyjeżdżając z Paryża zauważył sceny zazdrości ze strony Mallefille’a, kochanka Sand, gdyż sprawa między nimi nie była jeszcze zakończona. Upokorzony kochanek szukał zemsty na George Sand, chcąc ją pobawić życia. Ukrył się więc i oczekiwał jej przybycia.
Podobno uratował ją powóz, do którego błyskawicznie wskoczyła w ostatniej chwili w obawie przed atakiem desperata. Fryderyk wyzwał Mallefille’a na pojedynek, do którego jednak nie doszło. Pośpieszna podróż na Majorkę znów osłabiła zdrowie Fryderyka. Zanim wyruszyli statkiem do Barcelony w oczekiwaniu spędzili w zajeździe razem 5 dni. Spodziewali się na wyspie spokoju i ciszy, lecz znalazło się tam dużo uchodźców z kontynentu i musieli zatrzymać się przy portowej oberży .
Dopiero konsul Fleury pomógł im zamieszkać 4 kilometry dalej w willi z ogrodem. Fr oczekując na fortepian dopracowywał ostatnie poprawki do swoich nowych utworów poloneza C-mol i mazurka E-mol i rozpoczynał tworzyć cykl preludiów. Podczas jednego ze spacerów zaskoczyła Fryderyka burza, przemókł, zmarzł i powróciła choroba.
Dolegliwości nasilały się z pogorszeniem pogody. Zaczęły padać deszcze, zapanowała wilgoć i Fryderyk zapadł na zapalenie oskrzeli. Przybyło trzech lekarzy wezwanych przez George Sand, którzy ratowali Chopina. Na wyspie rozeszły się wieści o jego chorobie płuc i przeprowadzka stała się nieunikniona do pobliskiego klasztoru w Waldemosie. Strach przed grużlicą był tak silny, że opanował ludzi na całej wyspie. Właściciel domu kazał zwrócić koszty dezynfekcji i odremontowania posiadłości. Przez kilka dni Fryderyk i George.Sand korzystali z gościnności konsula polskiego. 15 XII wyruszyli z całym swym dobytkiem do klasztoru. Chopin mógł wrócić do przerwanej pracy i ukończył preludia i ballady F-dur.
Pogoda bardzo zmienna przerywała pracę Fryderykowi. Mieszkańcy traktowali parę zakochanych jak dziwaków. Ona nocą pisząca powieści, on całymi dniami grający i tworzący utwory fortepianowe. Po wielu kłopotach z transportem fortepianu i z trudnościami w zaopatrzeniu w żywność postanowili opuścić wyspę. W Marsylii zatrzymali się dłużej, gdzie doktor Cauvière regenerował wątłe siły Fryderyka. Następnie udali się do Nohant pod Paryżem gdzie znaleźli ciszę, spokój i swobodę. Do posiadłości pisarki Fryderyk przyjeżdżał wielokrotnie, niemal każdego roku na wiosnę, aż do zerwania z George Sand w 1846 r. Nauczał gry córkę pisarki Solange. Syn Maurycy nigdy nie akceptował Fryderyka, i występowały często poważne konflikty między nimi.
Podczas pobytu w Nohant powstały jego największe słynne dzieła, m. in. Ballady, Scherza, Sonaty, Fantazje i Barkarole. Po wakacjach spędzonych w Nohant Chopin powrócił do Paryża. Z powodu opinii publicznej Fryderyk i Sand zamieszkali osobno. Dzieliła ich odległość jednego kilometra, więc mogli widywać się często. 26.IV.1841 r. odbył się koncert Chopina w sali Pleyera, gdzie kompozytor wykonał swoje najnowsze utwory.
Po koncercie Liszt nazwał w recenzji prasowej Szopena niemal królem. Za koncert otrzymał 6 tys. franków. W sezonie 1841 dał tylko dwa koncerty: 2.XII w pałacu Tuileries, przed królem i jego rodziną, a drugi 21.II w sali Pleyera. Według wyznania Sand ,kochankami byli krótko, do 1840 roku po czym łączyła ich później tylko więź duchowa i przyjacielska.
Fryderyk zachorował ponownie jesienią 1843 r., lecz większym ciosem była wiadomość o śmierci ojca Mikołaja, co Fryderyk bardzo przeżył, zaszyty w swoich pokojach i nie rozmawiając z nikim. Później przyszły nowe zmartwienia: spory między synem George Sand i Fryderykiem. Najgorszy okres zmartwień niedługo nastąpił, co naniósł na swoje utwory. Kolejne lato 1846 było przykre.
W Nohant poczuł się po raz pierwszy obco, odsunięty od podejmowania decyzji, prowokowany przez syna Sand i usłyszał nawet od Sand groźbę, żeby te ich stosunki się zmieniły, bo inaczej rozstanie będzie konieczne. Miłość wygasła. W kwietniu 1947 pisarka pojechała do Nohant już sama. Ulubionym miejscem spotkań Fryderyka były wizyty u księcia Adama Czartoryskiego w jego pałacu, gdzie też spotykali się regularnie emigranci z Polski: np. Władysław Grzymała, poseł warszawskiego rządu, Józef Bem, generał powstania, Julian Ursyn Niemcewicz, Juliusz Słowacki, Adam. Mickiewicz i inne sławne osoby. Po 6 latach przerwy za namową przyjaciół Fryderyk dał koncert 16.II.1848 r.
Koncert próbowano powtórzyć, lecz wybuch rewolucji lutowej w Paryżu zniweczył ten plan. Po kilkudniowych walkach upadla monarchia, proklamowano republikę, a na jej czele stanął niedawny rywal Fryderyka Mallefille. Chopin obserwował ogólne poruszenie w Europie, tzw. „Wiosnę Ludów”, widząc w niej szanse dla Polski. W końcu kwietnia Fryderyk wyjechał zaproszony do Londynu, gdzie jednak nie mógł odpocząć przez bogate życie towarzyskie. Namówiony przez znajome siostry rodzone pojechał na 20-godzinną podroż koleją do zamku w Szkocji, gdzie przebywał kilka tygodni.
Klimat nie służył Fryderykowi. Jedna z sióstr miała nawet ambitne plany wobec Fryderyka. Bardzo zmęczony Fryderyk, lecz namówiony przez przyjaciół dał jednak kilka koncertów. Przez pogodę Fryderyk czuł się coraz gorzej. Gdy tylko nadarzyła się okazja 23.XI.1848 r. wyjechał przez Londyn do Paryża. Chorował przez całą zimę przez wilgotny klimat Anglii i Szkocji. Wiosną 1849 Fryderyk poczuł się lepiej i skomponował dwa mazurki, które były ostatnimi jego utworami . Chwilowa poprawa zdrowia Fryderyka została przerwana 22 czerwca krwotokiem. Wezwany lekarz od chorób płuc stwierdził, że to ostatnie stadium jego ciężkiej choroby płuc.
Umarł 17.10.1849 r. o godz. drugiej w nocy przeżywszy 39 lat.

Jeszcze o MFR

czyli o politycznej biografii wybitnej postaci okresu PRL i czasu odrodzenia ruchu socjaldemokratycznego w Polsce. Warto przypominać.

Stałym czytelnikiem prasy stałem się w wieku lat czternastu i od pierwszego numeru tygodnika dla młodzieży „Dookoła świata”. Potem, z racji zamieszkania w Nowym Sączu, było „Po prostu” nie tylko z serią artykułów krajana Włodzimierza Godka „Sądecki tor przeszkód”. Jesienią 1957 roku już jako student Uniwersytetu Warszawskiego uczestniczyłem pod gmachem KC PZPR w proteście przeciw zamknięciu tego tytułu. Po drodze był jeszcze „Przekrój”, ale na stałą listę moich prasowych lektur wpisała się „Polityka” Mieczysława Rakowskiego, a dużo później dołączył jeszcze „Tygodnik Powszechny”.
Pamiętam jakim wydarzeniem, komentowanym w akademiku UJ „Żaczek”, było ukazanie się na łamach „Polityki” w grudniu 1962 roku, drukowanego w odcinkach, opowiadania Aleksandra Sołżenicyna „Jeden dzień Iwana Denisowicza”. Z nieukrywaną radością i śmiechem przyjęła brać studencka wyjątkowo krytyczny i złośliwy tekst z 1963 roku o metodach działania krakowskiego, antyalkoholowego działacza dr Marcinkowskiego. W jego obronę tak skutecznie zaangażowały się miejscowe władze partyjne, że autor, którym był Jerzy Urban, na jakiś czas musiał pożegnać redakcję. Ten drugi, wspomniany tytuł zaczynałem czytać, jak większość publiczności, od „Obrazu tygodnia” i felietonu Kisiela.
Mój stosunek do osoby i poczynań
Mieczysława Rakowskiego jest szczególny z wielu powodów. Przede wszystkim należałem do tych pokoleń Polaków, które obraz kraju i świata budowały nie na codziennie czytanej „Trybunie Ludu”, a na cotygodniowej, pogłębionej lekturze „Polityki”. Konfrontowaliśmy jej zapis z otaczającą rzeczywistością i z wyczekiwaniem na tak konieczne jej zmiany. W tej nadziei, na różnych polach publicystyki, felietonu, reportażu, komentarza, nawet grafiki, odnajdywaliśmy także sens naszego aktywnego poszukiwania i działania. I tak się zaczęły moje fascynacje Rakowskim.
W latach 70. mój związek z „Polityką” miał charakter szczególny. Zamierzając napisać pracę doktorską zgłosiłem w 1971 roku temat : „Teoria i praktyka rewolucji w stosunku do byłych polskich klas eksploratorskich”. Natomiast w 1973 roku polityczna awantura wybuchła po publikacji na łamach tygodnika tekstów o losach polskiej arystokracji i ziemiaństwa w PRL. W tym czasie kończyłem doktorat ale już o wielkoprzemysłowej klasie robotniczej, który także okazał się podejrzany, a w konsekwencji niedrukowalny.
Mieczysława Rakowskiego
przez lata słuchałem, oglądałem w telewizji i czytałem jego rozliczne teksty. Jawił się osobowością wybitną i wyjątkową, jako dziennikarz i polityk, na tle innych person z publicznej sceny – na ogół bezbarwnych, siermiężnych, nieinteresujących, nijakich, średnio wykształconych, często o poglądach zaściankowych i ortodoksyjnych, mówiących wiele o niczym. I nie tyle może jako „liberał w socjalizmie” w odróżnieniu od rozlicznego partyjnego betonu, ale ideowo zaangażowany a jednocześnie krytyczny reformator, odważny przedstawiciel realnego oglądu stanu zacofania i położenia Polski tu i teraz, i na świecie także. Na krakowskim podworcu takimi postaciami byli Józef Klasa i Kazimierz Barcikowski, także orędownicy klubu „Kuźnica”, w którym podczas jednego ze spotkań miałem okazję poznać Rakowskiego.
Biografia polityczna
Mieczysława F. Rakowskiego autorstwa dr Michała Przeperskiego, wydana przez IPN, doczekała się, jak do chwili obecnej kilku prasowych odniesień.
W pierwszym Daniel Passent („Polityka”, 8-14.09.2021) pisze: „Paradoks Rakowskiego – im bardziej był rozczarowany systemem, tym wyżej w nim awansował. Im wyżej awansował, tym bardziej był rozczarowany” i ocenia: „Po wnikliwej lekturze zaświadczam na piśmie, że książka jest świetna i dobrze, że powstała. Ani jednego fałszywego zdania, żadnej propagandy, żadnej agendy politycznej, tylko znakomicie udokumentowana i przemyślana opowieść o człowieku, który przez ćwierć wieku był szefem naszego pisma, ale miał wyższe aspiracje, te spełniły się dopiero w latach 80., kiedy było już za późno na ratowanie socjalizmu i własnej kariery”.
Jerzy Wiatr w „Trybunie” (15-16.09.2021) tak rozpoczyna omawianie tej książki: „Za lekturę biografii ostatniego przywódcy PZPR i premiera okresu PRL zabrałem się pełen najgorszych przeczuć. Świeżo wydana książka ukazała się nakładem Instytutu Pamięci Narodowej – instytucji, która pod rządami PiS zdołała już wielokrotnie udowodnić, iż Orwellowska wizja „ministerstwa prawdy” pozostaje nadal bardzo aktualna. Z wielkim więc zadowoleniem stwierdzam po lekturze, że moje obawy okazały się bezpodstawne. Otrzymaliśmy rzetelne studium o wybitnym polityku i publicyście lewicy, tym cenniejsze, że napisane przez autora zbyt młodego, by mógł osobiście poznać bohatera swej książki i przeżyć świadomie czasy, gdy odgrywał on wielką rolę w polskiej polityce.”
W tym samym czasie Andrzej Werblan w „Nie” w tekście zatytułowanym „IPN – MFR. Kilka moich ale”” celnie zauważył, że „Rakowski był realistą oraz socjalistycznym etatystą. Nadto w „Sieci” z 6-12.09.2021 ukazał się tekst Wojciecha Stanisławskiego „Krawat i sznur”, który o dziwo, z uwagi na preferencje tego tytułu, okazał się wyjątkowo wyważony.
To w naszej publicystyce wypowiedzi o całościowej, naukowej, biografii wybitnej postaci z drugiej połowy XX wieku w Polsce, która to książka stanowi niewątpliwie wyjątkowe wydarzenie edytorskie, nadto w tym wydawnictwie i w obecnych czasach. Dlatego też zadziwia nadzwyczajna niezborność „Gazety Wyborczej” do podjęcia tego tematu, ale przeraża i myśl, że Krzysztof Varga na łamach „Newsweeka” mógłby potraktować tę książkę na poziomie omówionego przez siebie w swoim czasie „Wygnańca” – biografii Zygmunta Baumana.
Autor tej ważnej pracy
deklaruje we wstępie: „Nie ukrywam, że stanowi ona próbę rzeczowej polemiki z obrazem ostatniego I sekretarza KC PZPR, jaki wyłania się z jego własnych relacji. Jest ona jednak prowadzona z czystymi intencjami. Przyświeca mi przede wszystkim chęć zrozumienia działań podejmowanych przez Rakowskiego i zważenia wpływu, który wywarł on na powojenne dzieje Polski.”
Nie umniejszam wyjątkowości omawianej biografii, jej wysokiej oceny i niewyobrażalnego wręcz ogromu pracy w pozyskaniu materiałów źródłowych. Warto jednak zwrócić uwagę, że dr Michał Przeperski posługując się powszechnie rozlicznymi opiniami na temat Mieczysława Rakowskiego tworzy, zapewne bezwiednie, wrażenie swojej bezstronności, a przecież wiadomo, że dobór cytatów i ich ekspozycja należą do autora.
Próba „rzeczowej polemiki z obrazem Rakowskiego” dotyczy jednak całego jego aktywnego życia, a nie tylko bardzo krótkiego okresu, gdy pełnił funkcję I sekretarza KC. Nadto konfrontacja tego „obrazu” z relacjami Rakowskiego, zawartymi głownie w pierwowzorze jego „Dzienników politycznych” (znajdującym się w Hoover Institution Library and Archives w USA), a tym bardziej z ich wydaną wersją, jest tylko z pozoru „rzeczowa”. Powszechnie bowiem wiadomo, że tego rodzaju i podobne dokumenty (wybitny socjolog Florian Znaniecki pisał o tym szerzej i nazywał je osobistymi) są z wielu względów ułomne, również zawierają treści, z którymi ich autorzy często nie chcą się publicznie dzielić za swojego życia, a w wersji drukowanej zawsze nieco „poprawione”. Dotyczy to wielu, ale polityków w poważnej mierze, co nie umniejsza zresztą wartości „Dzienników” dla historycznych badań.
Jest prawdą,
że deklarowane „czyste intencje” stanowią o wartości książki, ale mimo to wielokrotnie wskazać można passus, a nawet szerszy fragment, w którym osobiste sympatie czy oceny autora przeważają. I nie tylko idzie tu o kwestię stanu wojennego, na co już zwrócił uwagę Jerzy Wiatr.
Autor prezentuje życzliwy i niejako usprawiedliwiająco-wyjaśniający stosunek do wszelkich prawie działań Solidarności przed rozpoczęciem stanu wojennego z jednoczesną, na ogół chłodną i krytyczną, oceną poczynań rządu i partii. Robi to wrażenie jakby zapomniał, że Solidarność bardzo szybko przestała być związkiem zawodowym a nawet ruchem społecznym przejmując rolę partii politycznej dążącej trwale i rozlicznymi środkami do zdobycia władzy. W tym kontekście przypomnienie o „zmanipulowanych nagraniach z radomskich obrad” z 3 grudnia 1981 roku brzmi o tyle dziwnie, że z powszechnie dostępnych źródeł, także w Internecie, wynika, iż liczni członkowie tego gremium nagadali ochoczo i samodzielnie wystarczająco dużo głupot.
W ten wątek wpisuje się także cytowana przez autora opinia: „Presja radziecka wydawała się bardziej wymówką tłumaczącą niechęć PZPR do reformowania państwa i efektywnego dzielenia się władzą [o to w końcu toczył się spór ! – Sł.T.]. Po stronie Solidarności rosło zatem zniecierpliwienie. W szerszej perspektywie strach przed radziecką interwencją stawał się coraz słabszym czynnikiem hamującym dynamikę ruchu solidarnościowego.”
Podobnie niejako ma się rzecz
z kilkoma jeszcze, acz odmiennymi, kwestiami.
Koterie i rozliczne układy były i są zawsze (zapewne i będą) nie tylko na szczytach władzy – na cesarskim czy królewskim dworze, wkoło osoby I sekretarza i jakiegoś politbiura, w kancelarii prezydenta czy premiera. To nic nowego. W niedemokratycznych ustrojach odgrywają rzeczywiście rolę bardzo znaczącą, ale nie wyjątkową. Musiał się wiec Rakowski jako polityk (bo był nim już jako redaktor naczelny ważnego tytułu) zmierzyć się z nimi – zawierać rozliczne alianse, prowadzić szczególne gry. Jest w cechach takiej aktywności miejsce na samozadowolenie i przekonanie o swojej wartości, ambicja z osiągniętego statusu i dążność do „widowiskowego awansu”, „koniunkturalizm w drodze do kariery”, również zazdrość i zawiść innych, „umowność krytycyzmu”, cynizm, opinie o narcyzie, egocentryzmie, snobizmie, „strojeniu się” i „dandysie w rozterkach”. Spora liczba takich i podobnych opinii na temat Rakowskiego pochodzi na ogół z cytowanych wypowiedzi różnych osób, co nie zmienia faktu, że tak opisując bohatera swojej książki autor w szczególny sposób „wyróżnia go” na tle powszechnych, niejako naturalnych zachowań i zjawisk w tej sferze działalności.
Ten obraz zderza się nadto z rzeczywistością, bowiem Rakowski odróżniał się od współczesnych mu polityków zupełnie innymi, pozytywnymi przymiotami. W ocenie jego kariery można wyrażać pretensje i negatywne opinie za różne działania i wystąpienia, ale nie można odnaleźć sytuacji potępiających za jakieś czyny. Odwrotnie, czego najlepszymi przykładami są rozliczne interwencje, także u Kiszczaka, odważna postawa w czasie wydarzeń marcowych w 1968 roku, co wcale nie było łatwe. Dotyczy to również konfliktu Rakowskiego – premiera z prominentami z KC chcącymi dalej realizować kierowniczą rolę partii i samodzielnie rządzić krajem. Podobnie nierealistycznych ekonomicznych ustaleń Okrągłego Stołu, o których autor napisał : „premier miał rację: realizacja porozumień ekonomicznych nie mogłaby się udać. Trafnie komentował…: >>stoimy wobec nowego wydania egalitaryzmu<< i jest to jednym z najważniejszych wyzwań jego gabinetu”.
Jeżeli więc znajdujemy na kartach książki przywołane, krytyczne opisy i opinie to świadczą one również o utrwalonym obrazie Rakowskiego w pewnych kręgach społecznych – grupach i osobach zazdrosnych i zawistnych, konkurujących, inaczej myślących czy wręcz wrogich. Oczywiście, że Rakowski nie należał do świętych (wśród polityków w ogóle trudno ich znaleźć) – takich i to nie zawsze prawdziwych, odnaleźć można w zupełnie innym miejscu.
Analogicznie wywołuje wątpliwość
następujący fragment : „Jesienią 1981 r. pomimo zachęt ze strony m.in. Górnickiego i Lewandowskiego Rakowski nie zdecydował się na wycofanie z polityki…Rezygnacji nigdy na serio nie rozważał także dlatego, że kariera była dla niego zbyt ważną częścią życia.” Czy „nigdy nie rozważał” tego nie wiemy, gdyż mógł o tym nawet nie pisać w swoich dziennikach. Wiemy natomiast, że nie raz jeden składał dymisje i był także zawieszany w pełnieniu obowiązków służbowych, odsuwany na „boczny tor”, groziło mu również polityczne unicestwienie. To normalne nie tylko w polityce a w sytuacji ludzi aktywnych ponad obowiązującą-dozwalaną miarę. Jedni rezygnują szukając spokoju, inni zaciskają nie tylko usta i prą dalej ku realizacji swoich idei i wartości. Miał jeszcze, jak w późniejszych latach ze sarkazmem wspominał w Słupsku, „kilku s..nów do przeżycia”. Powszechnie znane są takie właśnie liczne postawy, a biorąc pod uwagę jednoznaczne i trwałe polityczne wybory Rakowskiego, dlaczego by nie miały dotyczyć i jego?
W świetle nie tylko cytowanego powyżej fragmentu pracy rodzi się przekonanie, że autor pojęcie „kariera” rozumie na ogół jednoznacznie i pejoratywnie, a tak przecież nie jest.
W tej biografii wyróżnia się następujący fragment: „nie sposób nie wspomnieć o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki, dokonanym 19 października 1984 r. przez grupę pracowników SB. Rzecz jasna Rakowski nie miał nic wspólnego z przygotowaniem czy inspiracją tej tragedii, i w chwili gdy poszukiwano ks. Jerzego i na jaw wychodziły pierwsze fakty dotyczące zbrodni, przebywał w podróży dyplomatycznej do Ameryki Środkowej… [ jakby był w kraju, to miałby z nią związek ??? – Sł. T. ] …Ponieważ był wysokiej rangi przedstawicielem rządu PRL, a na temat Kościoła potrafił się wypowiadać w sposób bardzo dosadny niewątpliwie pewna część odpowiedzialności politycznej za zabójstwo ks. Pieluszki obciąża także jego konto.” Doktor Przeperski, jak z powyższego fragmentu tekstu wynika, nie uwzględnił starej rzymskiej maksymy „cui bono” czyli kto miał korzyść z tego tragicznego wydarzenia, jakie były ukryte motywy czynu ? W tej kwestii w swoim czasie było wiele poważnych rozważań, ale żadne z nich nie wskazywało na ówczesną ekipę Jaruzelskiego. Pomiędzy dosadną wypowiedzią a morderstwem jest zbyt daleka droga, nadto tego rodzaju wydarzenia zdarzają się niestety nawet w najbardziej demokratycznych ustrojach, jak np. w Szwecji z Olafem Palmo.
I jeszcze: „Rakowski gotów był traktować [jako premier – Sł. T.] przemiany ekonomiczne jako argument wzmacniający obóz władzy”. To nic nowego, która władza na świecie z takich okoliczności nie skorzysta dla swojego umocnienia?
Opisując wydarzenia
poprzedzające Marzec 1968, powstanie i działalność tzw. frakcji partyzantów pod egidą Mieczysława Moczara, autor pominął jej istotny element programowy co jest o tyle ważne, że także dzięki niemu zyskała spore społeczne poparcie. Posługiwała się patriotyczno-narodową retoryką nie tylko poprzez działalność kombatanckiego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, w którym przewodniczącym także był Moczar. Przywrócenie do życia publicznego kombatantów z Armii Krajowej i jej zasług, również innych organizacji podziemia oraz roli i znaczenia Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie stanowiło, bez względu na ukryte intencje tej grupy, fundamentalny, pozytywny zwrot w oficjalnie dotychczas obowiązującej i uprawianej historycznej narracji o okresie wojny i hitlerowskiej okupacji. Wcześniej tamte kwestie były przemilczane bądź minimalizowane, a narracja oparta była głównie na zasługach GL i AL, natomiast o AK jeszcze nie tak dawno mówiono jako o „karle reakcji”. W powszechnych opracowaniach i opiniach na temat frakcji „partyzantów” ten wątek jest pomijany, podobnie w biografii. Tu został ograniczony właściwie do sporu wokół książki Zbigniewa Załuskiego „Siedem polskich grzechów głównych”, natomiast interesująca byłaby prezentacja poglądów tygodnika i jego redaktora naczelnego w tej ważnej materii.
To tylko przykłady,
nie wspominając już o zdarzających się złośliwościach, a czasem nawet czytelnej stronniczości z którymi trudno się pogodzić w tak poważnym opracowaniu. Nie zmienia to w żadnym stopniu opinii, że biografia jest bardzo ważnym przypomnieniem historycznych ról i reformatorskich starań Mieczysława Rakowskiego w czasach Polski Ludowej. Również faktu, że wielokrotnie „należał do zwolenników kompromisowego rozwiązania kryzysowych sytuacji.” Polityczna utopia, która towarzyszyła Rakowskiemu przez cale życie – jak pisze Przeperski – miała podstawy w aktywnej akceptacji socjalistycznych wartości, możliwych zresztą tylko do częściowej realizacji w ówczesnej rzeczywistości. Miał tego świadomość mówiąc: : „historyczną powinnością naszej partii pozostaje zbudowanie demokratycznego socjalizmu, wolnego od wszystkich reliktów stalinizmu i otwartego na wszystkie realia współczesności” czyli „do stworzenia nowej formacji, nawiązującej do idei socjaldemokratycznych”. Miał również „ambicje wpływania na intelektualną dyskusję nad Wisłą…aż do końca swoich dni.”
Podsumowując powyższe uwagi stwierdzić można, że odnajduje się tu, a nie powinna w pracy naukowej, zasadnicza różnica podstawowych ideologicznych wyborów i ocen bohatera książki i jej autora. Paradoks – nawiązując do Passenta – polega również na tym, że można jednocześnie zachwycać się tą wydawniczą pozycją wskazywać jej niedomogi.
Powrót Rakowskiego
na wierzchołki władzy w 1987 roku prezentuje autor jako wynik jego licznej pozaparlamentarnej aktywności (był wtedy wicemarszałkiem Sejmu) i zmian w ZSRR za sprawą Gorbaczowa, nazywając „generalską roszadą” Jaruzelskiego. Przeperski wspomina tu także o memoriale Mieczysława Rakowskiego „Uwagi dotyczące niektórych aspektów politycznej i gospodarczej sytuacji PRL w drugiej połowie lat osiemdziesiątych” datowanym na okres 8.6–10.10.1987 r. [oryginalna pisownia daty – Sł. T.]. Znałem ten tekst nie tak długo po jego powstaniu – przytaczam fragmenty gdyż brak ich w książce, a warte są uwagi:
„Uporanie się ze skutkami kryzysu społeczno-gospodarczego oraz stworzenie korzystnych warunków dla wzrostu produkcji materialnej zależy nie tylko od środków materialnych, jakimi dysponuje kraj, od aktywności produkcyjnej społeczeństwa itp., lecz także, a może przede wszystkim od «stanu ducha» ekipy kierowniczej, tj. czy wierzy ona, że jest w stanie dokonać rewolucyjnych w swej istocie zmian w istniejącym systemie społeczno-gospodarczym. Sądzę, że kierownictwo partii powinno takie pytanie sobie postawić i odpowiedzieć na nie […] W moim odczuciu zespół przywódczy wytracił sporo z dynamiki, którą posiadał w 1981 roku i w latach stanu wojennego […] Odnosi się wrażenie, że z określonej ilości energii tkwiącej w osobach o cechach przywódczych, znacząca część została zużyta na obronę zagrożonych zasad ustrojowych w latach 1981–1983. Niemal każdego dnia zderzamy się z wprost trudną do zrozumienia inercją. Chwilami odnosi się wrażenie, że «bohaterowie są zmęczeni». Z socjopolitycznego punktu widzenia jest to zrozumiałe. Trzon obecnej ekipy już siedem lat walczy z piętrzącymi się trudnościami”.
Trudno orzec jaki wpływ na niespodziewany awans Rakowskiego aż do Biura Politycznego miał ten dokument. Zapewne jednak, w ówczesnej zakleszczonej sytuacji społeczno-politycznej w kraju, został bardzo dokładnie przeanalizowany przez Wojciecha Jaruzelskiego, dla którego, jak pisze autor, Rakowski „był ostatnią deską ratunku”.
Podobnie ma się rzecz o tylko wspomnianym spotkaniu Mieczysława Rakowskiego z Michaiłem Gorbaczowem w Moskwie. Jak wspomina świadek tego wydarzenia Jan Bisztyga ( jeden z rozmówców Przeperskiego ) rozmowa zamieniająca się często w spór, czasami ostra i wyjątkowo polemiczna, dotyczyła nie tylko sytuacji w Polsce, ale i szerzej – pryncypiów, szans i przyszłości tak realizowanego socjalizmu.
Moje bliższe kontakty
z Mieczysławem Rakowskim rozpoczęły się w grudniu 1984 roku, gdy zostałem zaproszony, wtedy jeszcze przez wicepremiera, na spotkanie kilkunastu redaktorów naczelnych czołowych, wówczas tak nazywanych, środków masowego przekazu. Reprezentowałem „Gazetę Krakowską” i byłem jedynym spoza Warszawy. Dyskusja o aktualnych problemach społeczno-politycznych, w której też uczestniczyłem, miała miejsce w willi rządowego zespołu przy ul. Parkowej. Rozpoczęła się w godzinach popołudniowych, a zakończyła głęboką nocą.
W okresie gdy, pomimo „odstawki” na wicemarszałka Sejmu, Rakowski prezentował publicznie swoje oceny sytuacji w kraju, musiałem się zmierzyć za ich wielokrotny druk na łamach „Gazety Krakowskiej” z chłodną, a nawet krytyczną, reakcja miejscowych politycznych dysponentów.
Dwa lata później rozmawiałem z Rakowskim w czasie tej części obrad X Zjazdu PZPR gdy ogłaszano wyniki wyborów. Skrzętnie notował. Niedługo po tym gratulował mi po wystąpieniu na kolejnym plenum KC odbywającym się na terenie zakładów Ursus, a Jaruzelski kilkukrotnie je cytował w podsumowaniu obrad. Było to o tyle znamienne, że krakusy uczestniczące w tym gremium na odmianę mocno mnie obsztorcowały. Nasze drogi zaczęły się zbliżać – w grudniu 1987 roku Rakowski został wybrany w skład Biura Politycznego, a ja zostałem zatwierdzony na stanowisko kierownika Wydziału Propagandy KC.
Mój Szef
Mieczysław Rakowski należał w moim zawodowym życiu do trzech – wcześniej prof. Stanisław Widerszpil i red. Dobrosław Kobielski – doskonałych przełożonych. W okresie pracy w KC PZPR, spośród kolejnych pięciu sekretarzy nadzorujących propagandę, okazał się nie tylko najlepszym, ale i wyjątkowym. Zanim do tego doszło odbyła się najkrótsza moja rozmowa kadrowa. Na początku Rakowski zastrzegł, że liczy na lojalność, odpowiedziałem, że z tym nie ma problemu. „No to dobrze” i na tym właściwie się skończyła.
Sprawdzian złożonej deklaracji nastąpił nadzwyczaj szybko i w szczególnych okolicznościach. Po zakończeniu wizyty Michaiła Gorbaczowa w Polsce a przed wyjazdem na urlop Rakowski zapytał mnie co sądzę o planowanym zamieszczeniu przez redakcję „Polityki” fragmentów referatu N. S. Chruszczowa „O kulcie jednostki i jego następstwach” z XX Zjazdu KPZR w 1956 roku. Wzruszyłem ramionami i powiedziałem, że to będą stare, odgrzewane kotlety bo ja to czytałem mając lat siedemnaście. Materiał ukazał się na łamach tygodnika w nr. 31 z dnia 30 lipca. W sierpniu radca-minister pełnomocny Sienkiewicz z ambasady ZSRR w Warszawie ostro zaprotestował twierdząc, że tekst jest własnością KPZR i nie było zgody strony radzieckiej na publikację. Wezwany do wyjaśnień sprawy przez jednego z członków Biura Politycznego uznałem zarzut za co najmniej absurdalny w światowej praktyki wymiany informacji, a ponadto bardzo przedawniony. Moja swobodna postawa została brutalnie sprowadzona na ziemię pytaniem czy Rakowski bądź ja wiedzieliśmy o publikacji tego tekstu i nadto poleceniem napisania stosownego wyjaśnienia. Tu zaświeciła się czerwona lampka, gdyż okazywało się dowodnie, że nie idzie o jakiś tam zmurszały referat a dokopanie, wspólnym wysiłkiem niektórych polskich i radzieckich towarzyszy, nowemu sekretarzowi KC od propagandy . Mogło to dodatkowo jeszcze stanowić reakcję na zbliżenia Rakowskiego z Gorbaczowem bo nie tylko przecież oprowadzał go po w Warszawie.
Spotkałem się, oczywiście poza gmachem KC, z Jankiem Bijakiem, ówczesnym naczelnym „Polityki”. Uzgodniliśmy treść wyjaśnień, bo i on takowe miał pisać. Po złożeniu stosownego kwitu usłyszałem „Tego po tobie nie spodziewałem się”, a od Rakowskiego po powrocie do kraju 13 sierpnia, bez komentarza tylko jedno słowo : „Dziękuję”.
Podobna sytuacja miała miejsce gdy jako premierowi inna grupa z „białego domu” postanowiła nieźle pobruździć w modernizacyjnym projekcie nowego, rządowego programu ekonomicznego. Zakończyło się jak z tą pierwszą, ale to zupełnie inna, acz podobna opowieść.
Pomimo rozlicznych zajęć i spotkań Rakowskiego komunikacja z nim była błyskawiczna, nic nie czekało i nie odwlekało się, decyzje były szybkie także w stosunku do projektów Wydziału – akceptował, poprawiał, skreślał bądź dopisywał nowe kwestie. Wszystko to odbywało się normalnie to znaczy w atmosferze spokoju i życzliwości.
Autor biografii właściwie pomija ten moment pracy Rakowskiego, który co prawda był w jego karierze tylko przejściowym, ale nie od rzeczy również zagraniczne ośrodki zauważyły, że w tym czasie nastąpiło zasadnicze ożywienie działań propagandowych partii. Niestety na bardzo krótki okres, i dla mnie też, od 18 czerwca do 28 września 1988 roku.
W późniejszych terminach dwukrotnie składałem rezygnację z funkcji kierownika Wydziału w KC, nadto musiałem oganiać się od coraz bardziej rozpleniającej się inercji, bezsiły, stagnacji, nawet od wyjątkowo niekompetentnego i pyszałkowatego jednego z przełożonych. Zagroził wyrzuceniem, a więc musiałem mu odpowiedzieć: „Życzę wielu sukcesów towarzyszu sekretarzu w tym zbożnym celu”. Miałem tego wszystkiego dość. Ale niestety jakoś nie było wcześniej okazji zapytać mojego Szefa, jak on się czuł i radził sobie w zapewne wielu podobnych sytuacjach.
Kontakty z Mieczysławem Rakowskim,
trwały nadal, również gdy był premierem. W czasie obrad Okrągłego Stołu, także w późniejszych rozmowach z przedstawicielami strony solidarnościowej, reprezentowałem swoją opinię, zgodną z przekonaniem Rakowskiego, aby nie czynić nic dziś, co Polsce w przyszłości zaszkodzić może. Po zakończeniu XI Zjazdu i słowach „Wyprowadzić sztandar PZPR” napisał mi kilka słów na blankiecie mandatu. Później, gdy była jeszcze szansa na utrzymanie dla odnowionej lewicy zasadniczo zmienionego i ograniczonego RSW, podpisywałem jego nominację (taki życiowy paradoks) na redaktora naczelnego nowego politycznego periodyku. Po likwidacji Spółdzielni metodą bolszewicką, czyli współcześnie „Lex RSW”, ocenił, że jako prezes zrobiłem wszystko aby przeciwstawić się tej decyzji, druzgocącej zresztą także dla polskiej prasy i kultury. Tak po raz ostatni potoczyły się nasze wspólne drogi – Jego nieskutecznym acz niezawinionym, bo zasadniczo spóźnionym, wpływem na szanse przeobrażeń Polski, moje na zreformowanie RSW. Później była znów „Kuźnica”, ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie Kazimierza Barcikowskiego na warszawskich Powązkach, gdzie i On później spoczął.
Polityczna biografia Rakowskiego
jest również ważnym, z politologicznego punktu widzenia, przyczynkiem do studium władzy. Przede wszystkim jednak przedstawia jakże odmienny pozornie a w rzeczywistości typowy życiorys pokolenia, które miało świadomość, że szansę na historyczny, społeczny awans zawdzięcza realizowanym ideom nowego ustroju. Również dla Polski w określonych warunkach i okolicznościach. Najpełniej oddaje to znamienne wystąpienie Mieczysława Rakowskiego z 2006 roku: „Przepraszam za Polskę Ludową”
MFR – nie wiem kto i kiedy,
autor książki też o tym nie pisze, stworzył i upowszechnił ten skrót. Zapewne odwzorowany od JFK, którymi to inicjałami powszechnie był określany prezydent USA John Fitzgerald Kennedy. Przypuszczać można, że akronim od Mieczysław Franciszek Rakowski powstał po pobycie Rakowskiego w USA i spotkaniu właśnie z Kennedym. Jakiekolwiek by jeszcze snuć domysły i paralele, jedno jest pewne, że dla bardzo licznych i przez nadzwyczaj długi czas wyrażał nadzieję.

Nad biografią Mieczysława F. Rakowskiego

Za lekturę biografii ostatniego przywódcy PZPR i premiera okresu PRL zabrałem się pełen najgorszych przeczuć. Świeżo wydana książka ukazała się nakładem Instytutu Pamięci Narodowej – instytucji, która pod rządami PiS zdołała już wielokrotnie udowodnić, iż orwellowska wizja „ministerstwa prawdy” pozostaje nadal bardzo aktualna. Z wielkim więc zadowoleniem stwierdziłem po lekturze, że moje obawy okazały się bezpodstawne. Otrzymaliśmy rzetelne studium o wybitnym polityku i publicyście lewicy, tym cenniejsze, że  napisane przez autora zbyt młodego, by mógł osobiście poznać bohatera swej książki i przeżyć świadomie czasy, gdy odgrywał on wielką rolę w polskiej polityce.

Michał Przeperski, urodzony w 1986 roku historyk z IPN i Instytut Historii Nauki PAN, nie jest człowiekiem lewicy i do wyborów dokonanych przez bohatera jego książki („Mieczysław F. Rakowski: biografia polityczna”, Warszawa: IPN 2021, ss. 432) podchodzi z dystansem, ale i ze zrozumieniem. Jego warsztat naukowy jest bez zarzutu. Autor wykorzystał bardzo bogaty materiał archiwalny, w tym także oryginał dzienników Rakowskiego, prowadzonych od 1958 roku i przechowywanych obecnie w Instytucie Hoovera w Stanfordzie. Przeprowadził też rozmowy z 35 osobami, które Rakowskiego dobrze znały, w tym z wybitnymi działaczami lewicy Stanisławem Cioskiem, Józefem Klasą, Leszkiem Millerem, Józefem Tejchmą i  Andrzejem Werblanem, a także z współpracownikami Rakowskiego z „Polityki” Hanną Krall, Adamem Krzemińskim, Danielem Passentem, Marianem Turskim i Jerzym Urbanem. Zgromadzony materiał jest wręcz imponujący i nawet dla kogoś, kto jak ja  znał blisko byłego premiera, stanowi źródło ważnych i nowych informacji.

Czytałem tę książkę nie tylko z zainteresowaniem, ale i z poczuciem powrotu do czasów, w których z Mieczysławem Rakowskim łączyła mnie osobista przyjaźń, silnie zabarwiona wspólnotą podstawowych przekonań. Poznałem go w 1957, wkrótce po powstaniu tygodnika „Polityka”, w którym ukazywały się moje teksty. Z czasem znajomość rozwinęła się w przyjaźń, której ślady znajdujemy na stronach dzienników Rakowskiego. Obaj należeliśmy do tego nurtu w PZPR, który opowiadał się za reformowaniem coraz bardziej kostniejącego systemu, ale też obaj nie wahaliśmy się stawać w jego obronie, gdy pojawiały się zagrożenia nie tyle dla ustroju politycznego, co wręcz dla bezpieczeństwa państwa, którego „ograniczoną suwerenność” uważaliśmy za wartą obrony w warunkach zimnowojennej konfrontacji i wciąż obecnej groźby powtórzenia się nad Wisłą interwencji na wzór tych, które miały miejsce nad Dunajem i nad Wełtawą. Obaj byliśmy obiektem ataków polskich i radzieckich „twardogłowych”. Za wielki zaszczyt uważam to, że w maju 1983 roku radzieckie pismo „Nowoje Wremia” atakując „Politykę” i jej redaktora naczelnego objęło również mnie zarzutami o polityczną herezję, jaką w oczach radzieckiego krytyka było poszukiwanie reformatorskich rozwiązań i porozumienia z ówczesną opozycją.  

Przeperski przedstawia drogę Rakowskiego od wielkopolskiej wsi do najważniejszych gmachów stolicy i jej salonów kulturalnych. Ma rację podkreślając, jak dalece dla ludzi takich, jak Rakowski, awans społeczny umożliwiony im przez Polskę Ludową stanowił bardzo istotne źródło ich lewicowej orientacji politycznej. Mniej wyraziście wybrzmiało w książce drugie źródło światopoglądu politycznego Rakowskiego – jego realizm polityczny. Sprawa ta jest, moim zdaniem, kluczowa dla zrozumienia wyborów politycznych, których dokonywaliśmy w trudnych czasach.

Dla ludzi naszego pokolenia (mimo pięciu lat różnicy wieku należeliśmy jednak do tej samej formacji pokoleniowej) doświadczeniem decydującym o późniejszych wyborach politycznych był los Polski w pierwszych latach powojennych. Stopniowo stawało się coraz bardziej oczywiste, że na dziesięciolecia utrwalił się „porządek pojałtański”, w którym Polska pozostawała w kręgu radzieckiej hegemonii. Nadzieje, które ja także miałem, na skuteczne wystąpienie mocarstw zachodnich w obronie polskiej suwerenności okazywały się ułudą. Dla mnie był to podstawowy motyw wybrania drogi, którą uważałem za patriotyczną służbę dla Polski w takich warunkach, których sami nie wybieraliśmy, ale w których można i trzeba było działać na rzecz jej interesu narodowego. Nie jest przypadkiem., że zbliżenie między nami miało miejsce w pierwszych latach po przełomie październikowym, w którym obaj widzieliśmy ważny krok ku rozszerzeniu polskiej suwerenności. I  nie jest przypadkiem, że najbliżej współpracowaliśmy na początku lat osiemdziesiątych, gdy – jak byliśmy przekonani – los Polski zależał od tego, czy wygra linia politycznych realistów, czy też ponownie zwycięży to, co Lech Mażewski – znany historyk, niegdyś poseł z Kongresu Liberalno-Demokratycznego i autor daleki od obozu Polski Ludowej – nazwał trafnie „powstańczym szantażem” ( Lech Mażewski, „Powstańczy szantaż: od konfederacji barskiej do stanu wojennego”, Elbląg 2001).

Fragmenty książki poświęcone temu ostatniemu okresowi uważam jednak za najsłabsze. Autor nie kryje swej sympatii dla ówczesnej „Solidarności” i – co jest już mniej akceptowalne – jednostronnie negatywnej oceny stanu wojennego. Z żalem zauważam, że nie zapoznał się z dokumentacją zgromadzoną w tej sprawie przez Komisję Odpowiedzialności Konstytucyjnej Sejmu RP, w tym na przykład z obszerną ekspertyzą Krystyny Kersten, w której autorka zawarła konkluzję, iż w świetle znanych wówczas i obecnie danych  nie można wykluczyć istnienia w grudniu 1981 roku realnego zagrożenia interwencją radziecką. Gdyby autor lepiej i bardziej bezstronnie przestudiował materiały dotyczące tamtego okresu, jego ocena ówczesnych działań Mieczysława Rakowskiego byłaby zapewne mniej jednoznacznie negatywna.

Dobrze natomiast pokazuje szamotanie się ówczesnego kierownictwa politycznego między trzema siłami: coraz bardziej radykalną „Solidarnością”, naciskającym na „normalizację” breżniewowskim ZSRR i  neostalinowskimi „jastrzębiami” w obozie rządzącym. Tyle tylko, że zabrakło mi wyraźnego stwierdzenia, że to właśnie takim ludziom jak Wojciech Jaruzelski i Mieczysław Rakowski Polska zawdzięcza to, że do tragedii narodowej nie doszło i  że niespełna osiem lat po grudniu 1981 roku były porozumienia „okrągłego stołu”, wybory czerwcowe i rząd Tadeusza Mazowieckiego.

Ten tok wydarzeń historycznych uważam za wielki sukces narodowy, który Polska zawdzięcza zarówno reformatorom z obozu władzy, jak umiarkowanym z ówczesnej opozycji. Mieczysław Rakowski miał swój znaczący udział w tym, że tak potoczyły się losy Polski, chociaż on sam niejednokrotnie bardzo negatywnie ten tok wydarzeń oceniał. Michał Przeperski ma rację, gdy pokazuje bohatera swej książki jako człowieka rozgoryczonego i sfrustrowanego biegiem wydarzeń, choć do końca życia usiłującego działać na rzecz ideałów swej młodości. Ta frustracja prowadziła Rakowskiego do pesymistycznej oceny szans, jakie miała odrodzona po upadku dawnego systemu socjaldemokracja. Na przekor jednak temu pesymizmowi robił wiele, by tej nowej formacji na miarę swych możliwości pomagać.

W relacji dotyczącej ostatniego okresu, w którym Rakowski odgrywał pierwszoplanową rolę, wkradł się dziwny błąd – tym dziwniejszy, że omawiana tu praca wyróżnia się starannością faktograficzną. Pisze bowiem Przeperski, że powstały w 1989 roku „Ruch 8 Lipca” „cieszył się początkowo sympatią wielu ludzi bliskich Rakowskiemu” , do których zalicza miedzy innymi mnie (s. 372). Nie wie zapewne, że byłem nie sympatykiem tylko jednym z inicjatorów tego ruchu i autorem jego programowego referatu. To jednak było coś innego niż samo tylko odnoszenie się z sympatią do tej inicjatywy. 

Bardzo cenna dla historyków jest przeprowadzona przez autora analiza oryginalnej wersji „Dzienników politycznych” Rakowskiego i ich dziesięciotomowego wydania (publikowanego przez Wydawnictwo ISKRY w latach 1998-2005. Przygotowując do druku te zapiski Rakowski dokonywał w nich znacznych zmian: wykreśleń i uzupełnień.  Przeperski ma rację, że zmiany te pozbawiają tę publikację charakteru dokumentu, choć nie przekreślają jej wartości jako zapisu o charakterze pamiętnikarskim. Ze sprawy tej płynie jednak przestroga dla tych, którzy (jak ja także) piszą dzienniki. Jeśli decydują się na ich publikacje, powinni czynić to bez jakichkolwiek zmian, by w pełni oddać klimat epoki i własne odczucia. Na szczęście oryginał dzienników Rakowskiego jest dostępny dla historyków, co autor omawianej tu biografii umiejętnie wykorzystał.

 Publikacja biografii Mieczysława Rakowskiego powinna zachęcać – także autorów z kręgu IPN – do poważnego, wolnego od propagandowego zacietrzewienia, spojrzenia na naszą wspólną, jakże skomplikowaną historię. Jak widać, jest to możliwe nawet w obecnym, nie najlepszym pod tym względem, okresie polskich losów. 

Aleksander Krawczuk rozpoczyna setny rok życia

Ilekroć składam życzenia urodzinowe profesorowi Aleksandrowi Krawczukowi, podkreśla, iż mniej ważnym jest, że w dniu tym kończy On określony wiek, lecz ważniejsze, iż rozpoczyna następny rok życia.

Trzymając się tej ważnej dla Profesora zasady, składamy Mu więc życzenia z okazji rozpoczęcia setnego roku życia, właśnie dzisiaj, 7 czerwca 2021.
Dwukrotnie miałem okazję publicznie zwracać się do Jubilata. Raz z okazji Jego 80. urodzin, obchodzonych uroczyście w gabinecie Prezydenta Krakowa, Jacka Majchrowskiego, ponownie, gdy Kuźnica w 2013 roku przyznała, wieloletniemu jej członkowi, Nagrodę Kowadła.

I wtedy, i dziś, a przecież też i bez okazji, z radością i wdzięcznością pochylam się nad długim i jakże owocnym życiem profesora Krawczuka, składając hołd godny tego życia dokonań, dziękując za wszystko, co uczynił dla nas, dla polskiej nauki i kultury. Jednym słowem, oddając cesarzowi, co cesarskie.

„Nie wiedzieć, co się wydarzyło, zanim się urodziłeś, to zawsze być dzieckiem” – te słowa Cycerona przychodzą mi na myśl, kiedy wspominam przebogaty twórczy dorobek Jubilata. Ciekawość i dociekliwość badacza, profesorska mądrość i rozwaga, temperament popularyzatora wiedzy i doskonały warsztat wybitnego eseisty sprawiały, że każda z książek Aleksandra Krawczuka była wydarzeniem rynku wydawniczego, wydarzeniem czytelniczym. Każda potwierdzała, że – „historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia”(też Cyceron).

W dniu tak ważnym i uroczystym, dziękujemy Jubilatowi za to, że z taką regularnością i w takich ilościach dostarczał nam „najdoskonalszego i najlepszego z lekarstw: wiedzy” (Timaios w dialogu „Kristias”).

W „Dialogach” Platona modli się Sokrates „Panie, przyjacielu nasz, i wy inni, którzy tu mieszkacie, bogowie. Dajcie mi to (…) abym zawsze wierzył, że bogatym jest tylko człowiek mądry”. Dostojny Jubilat jest bez cienia wątpliwości bogaczem w takim rozumieniu bogactwa. Bogaczem wyjątkowym, bo chętnym i potrafiącym dzielić się swoim bogactwem, nie tylko przecież poprzez swoje książki.

Zgodnie z Fredrowską zasadą – znacie to posłuchajcie – zechcą Państwo przeczytać zaledwie zarys tego, co światły obywatel naszego kraju winien o Aleksandrze Krawczuku wiedzieć. Zacznijmy więc od początku. Dziewięćdziesiąt dziewięć lat temu Jubilat urodził się w kamienicy na Rynku Głównym w Krakowie, dziś to siedziba znanej restauracji Wierzynek.

Czyż można być bardziej krakowskim? A więc od urodzenia krakowianin. Podczas II wojny światowej był żołnierzem Armii Krajowej. W 1949 roku ukończył studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego i podjął pracę naukową w Zakładzie Historii Starożytnej, uzyskując w 1985 tytuł profesora. Opublikował liczne, tłumaczone na szereg języków, prace naukowe i książki popularnonaukowe. Wciąż kojarzony jest jako znakomity popularyzator historii i filozofii antyku w Telewizji Polskiej (tej z lat 70. i 80.), przybliżający rzymskich i greckich bohaterów, tych rzeczywistych i tych mitycznych, milionom widzów. Swymi wykładami, będącymi swoistą rozmową ze słuchaczem o historii i kulturze, stworzył niedościgniony wzór, swoistą „szkołę Krawczuka”, do której jakże często tęsknimy dziś próbując z pomocą pilota natrafić na program warty oglądania. Antyczny świat profesora Krawczuka przywoływany bywa obecnie jedynie w Jego wywiadach prasowych. Profesor mówi w nich na przykład o najbliższym Mu – Julianie Apostacie. Wspaniałej, jak twierdzi, postaci w historii Rzymu i jednej z najwspanialszych w dziejach Europy. „Imponuje mi – mówi – nie tylko ze względu na swój stosunek do religii, ale przede wszystkim ze względu na wspaniałe cechy charakteru. Proszę sobie wyobrazić młodego chłopaka, który kocha książki, spokojne życie uniwersyteckie i starą kulturę. Tak jak Krawczuk właśnie. I w pewnym momencie staje on przed zupełnie dla niego niepojętym zadaniem. Musi jechać [Apostata] z Aten do Galii i walczyć z Germanami.” Aleksander Krawczuk w drugiej połowie lat 80. udał się ze swoich Aten do Galii, z Krakowa do Warszawy, by walczyć o kulturę polską.

Trudno przecenić, jak bardzo wiedza i doświadczenie Aleksandra Krawczuka przydały się w pracach Sejmu Rzeczypospolitej; trudno także pominąć Jego działalność w Narodowej Radzie Kultury, czy wiele światłych decyzji, jakie podejmował pełniąc funkcję ministra kultury. Drogę do ministerialnego gabinetu na Krakowskim Przedmieściu, temu znanemu z telewizji, utalentowanemu i lubianemu popularyzatorowi starożytności, utorowała niewątpliwie funkcja wiceprzewodniczącego Narodowej Rady Kultury, na którą został wybrany w połowie roku 1986. Już kilka miesięcy później podjął obowiązki ministra kultury i sztuki. Urząd ten pełnił w rządach Zbigniewa Messnera i Mieczysława Rakowskiego, aż do września 1989 roku. Na Krakowskim Przedmieściu, w gabinecie ministra, zapanował krakowski styl, niezwykła elegancja i kultura osobista, szacunek i życzliwość dla twórców.

Jak lata tego ministrowania zostały zapamiętane? Srogo pomylili się ci, którzy sądzili, że ministrem został „pan od przeszłości”, nie potrafiący zarządzać, podejmować decyzji, słabo zorientowany w zawiłościach i stosuneczkach w tak zwanej „Warszawce”. Wszystko odwrotnie. Był to czas niezwykle stabilnej finansowo sytuacji w kulturze, w instytucjach kultury, ale i wśród twórców – głównie za sprawą Funduszu Rozwoju Kultury, którym historyk starożytności gospodarzył jak światły ekonomista. To był czas, kiedy nie odkładano filmów na półki, nie było zatrzymań w cenzurze, a Aleksander Krawczuk był pierwszym reprezentantem władzy, który ku zdumieniu wielu, publicznie powiedział w Parlamencie, iż jest jedna literatura polska, niezależnie od tego gdzie się ukazuje, w kraju czy za granicą, w oficjalnych wydawnictwach czy w podziemnych. Jedyny istotny wyznacznik – to czy literatura ta jest dobra czy zła. Pamiętam konsternację jaką wywołały te słowa. Następnego dnia byłem, z pretensją, indagowany przez radców kultury z ambasad NRD i Czechosłowacji, pytających, dlaczego zmieniamy zasady polityki kulturalnej nie powiadamiając ich o tym wcześniej, nie konsultując się z nimi. Podobną konsternację wywołała decyzja ministra Krawczuka, o utrzymaniu festiwalu młodzieżowej awangardy w Jarocinie, na pewno przy braku osobistej fascynacji tym rodzajem muzyki.

Fundacja Kultury Polskiej, jej powstanie, działalność i znaczący dorobek to także wielka zasługa ministra Krawczuka. Fundacja działała prawie 30 lat, a jej Filia w Krakowie, której przewodniczył, tyle samo! Te 30 lat krakowskiej Filii Fundacji przyczyniło się, poprzez różnorodne formy aktywności, do umocnienia poczucia wartości kulturalnej Krakowa, uświadamiania w tej materii prawd oczywistych, lecz nie zawsze funkcjonujących.

Od 1991 do 1997 Aleksander Krawczuk sprawował mandat posła na Sejm I i II kadencji z ramienia Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP). Nie kandydował przecież dla zaspokojenia swych ambicji, ani dla innych splendorów. W tamtym czasie, w tamtej atmosferze, podjęcie się reprezentowania lewicowych poglądów, nie mając z lewicą związków formalnych – był i jest bezpartyjny – świadczyło o przywiązaniu do tradycji postępowych nurtów rodem z XIX-wiecznej krakowskiej myśli Edwarda Dembowskiego, czy początków krakowskiego PPS-u, przedwojennego i tuż powojennego. To wywołało u Niego impuls wsparcia lewicy i zamanifestowania tego sprawowaniem mandatu posła.

Trzeba także pamiętać o aktywności Jubilata w krakowskiej Kuźnicy oraz jakże istotnej roli, jaką przez lata pełnił przy słynnym krakowskim, profesorskim stoliku w kawiarni hotelu „Grand”, nadzwyczaj opiniotwórczym, choć nieformalnym, forum dyskusyjnym. To taka kawiarniana akademia nauk, taka „Kana galicyjska”.

Aleksander Krawczuk – dla statystyków ufnych w daty i liczby – z metryki tylko jest sędziwym mędrcem. Dla znających Go – z ducha jest wciąż Apollinem, najmłodszym, najpiękniejszym bogiem, o niezwykłych walorach umysłu. Apollinem, któremu dedykowano wawrzyn szlachetny. Liczne nagrody i wyróżnienia, w tym Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski nadany i wręczony przez Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, ale też Kowadło – nagroda Kuźnicy są swoistą, współczesną odmianą owego wawrzynu – wieńca laurowego.

Przyjmij, Drogi Aleksandrze, także moje najwyższe uszanowanie i wdzięczność za to wszystko, czego mogłem się od Ciebie nauczyć i czego jeszcze nauczyć się będę starał. Kiedyś poradziłeś mi, mówiąc to z zawadiackim uśmiechem, abym wygłaszając laudację na czyjąkolwiek cześć, lub pisząc o kimś, zawsze mówił i pisał jak najwięcej o… sobie. Bywało, że korzystałem z tej rady, dziś jednak tylko Ty jesteś bohaterem tego tekstu, a Twoje dokonania jego treścią.

W jednym z wywiadów Aleksander Krawczuk przytoczył dysputę Konfucjusza z uczniami. Zapytał ich, czego by pragnęli. Pierwszy chciał zostać ministrem, drugi mistrzem ceremonii, trzeci kapłanem. Tylko jeden milczał. Zapytany przez mistrza odpowiedział: „Ja pragnąłbym późną wiosną, kiedy już zrobi się ciepło, pójść z kolegami nad rzekę, wykąpać się i wracać do domu śpiewając”. Konfucjusz westchnął: „I ja też tego pragnąłbym”. Nasz bohater tak tę przypowieść skomentował: „Nauczmy się doceniać tak ulotne piękno codziennych chwil. W gruncie rzeczy tylko ono się liczy. Reszta to walka o byt, kłopoty, manipulacje polityków, dziennikarzy i historyków.” Niech słowa te będą dla nas wskazaniem otrzymanym od dobrego, mądrego, doświadczonego Przyjaciela. A co my możemy zadedykować Wielkiemu Aleksandrowi? Sięgnąłem po Sokratesa, powiedział on „bogatym jest tylko człowiek mądry”, jakże pasuje to do Jubilata, a dla nas winno stanowić wyzwanie, by do takiego bogactwa dążyć.

Jestem głęboko przekonany, że długo jeszcze będzie Jubilat cieszył się tym, o co prosił Boga Kochanowski i za co mu dziękował we wzruszającej fraszce utrzymanej w formie modlitwy:

„Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gnieździe ojczystym,
A ty mnie zdrowiem opatrz i sumieniem czystym.
Pożywieniem uczciwym, ludzką życzliwością,
Obyczajmi znośnymi, nieprzykrą starością.”

Zasłużyłeś na to Dostojny Jubilacie, zasłużyłeś na to w pełni!

Andrzej Walicki – filozof niepokorny

Śmierć Andrzeja Walickiego (1930-2020) zamyka pewien okres historii polskiej filozofii i myśli społecznej – historii w której Zmarły odegrał wielką, nie zawsze i nie przez wszystkich docenianą – rolę.

Warto więc zastanowić się nad sensem, jaki nadawał swojej pracy, traktowanej nie tylko jako działalność czysto naukowa, ale także jako szczególny rodzaj służby społecznej. W wydanej w 2010 roku autobiografii („Idee i ludzie”) mocno podkreślał, że jego dokonany w młodości wybór zainteresowań naukowych polską i rosyjską filozofią i myślą społeczną był wyrazem nie tylko czysto intelektualnej ciekawości, ale także przekonania, ze ta drogą będzie mógł wpływać na ewolucje klimatu intelektualnego a tym samym – warunków politycznych.

Właśnie ewolucję! Walicki był jednym z najwybitniejszych – ale bynajmniej w Polsce nie tak licznych – przedstawicieli realizmu politycznego, który każe podejmować działania mające szanse powodzenia: liczyć zamiary na siły, a nie – jak to u nas popularne – odwrotnie. Studiował w najgorszym okresie polskiego stalinizmu (w latach 1949-54), ale już wtedy potrafił znajdować dla swego niepospolitego intelektu nisze, w których mógł chronić się przed przemożnym wpływem panującej ideologii. W odróżnieniu od wielu jego ówczesnych i przyszłych przyjaciół ( w tym Leszka Kołakowskiego, z którym przez wiele lat wiódł niezwykle ciekawy dialog) nigdy nie został zarażony bakcylem fanatyzmu i uwielbienia dla wizji arkadii, która miała zrodzić się w wyniku dyktatury. Był przed takim fanatyzmem uodporniony swym pochodzeniem (prawnuk powstańca styczniowego i zesłańca syberyjskiego Ludwika Walickiego, syn wybitnego historyka sztuki i więźnia politycznego w okresie stalinowskim Michała Walickiego), ale przede wszystkim swym niezwykle głębokim umysłem, który chronił go przed politycznym fanatyzmem.

Dla Walickiego przełom październikowy 1956 roku oznaczał przede wszystkim – jak o tym wielokrotnie pisał – kres totalitaryzmu i wolność badań naukowych. Dla tych, którzy tej strony ówczesnego przełomu nie dostrzegają, zapoznanie się z ogromnym dorobkiem Walickiego powinno być odtrutką na naiwne przyswajanie sobie poglądu o „zaprzepaszczonym” Październiku. Walicki – inaczej niż ówcześni „rewizjoniści” – rozumiał, ze zasadnicza zmiana polityczna w kierunku pełnej demokracji nie była możliwa, jak długo utrzymywała się radziecka (ale akceptowana przez Zachód) hegemonia w naszej części Europy. Doceniał natomiast zasadniczą zmianę klimatu dla badan naukowych i był przekonany, że podejmując zadanie zrozumienia i odkłamania historii rosyjskiej filozofii i myśli politycznej najlepiej może służyć przyszłej, korzystnej ewolucji stosunków politycznych w Rosji, a tym samym także sprawie nowych stosunków polsko-rosyjskich opartych na poszanowaniu polskiej suwerenności i na dążeniu do zbliżenia obu, ciężko przez historię doświadczonych, narodów.
Twórczość naukowa Walickiego zapewniła mu pozycję wielkiego autorytetu w skali światowej. Jego prace ukazywały się w wielu językach i stanowią dziś nieodłączną część światowego dorobku w dziedzinie historii filozofii rosyjskiej. Był profesorem uczelni australijskich i amerykańskich, członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk, laureatem nagrody Eugenio Balzana (w 1998 roku), doktorem honoris causa, kawalerem Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski, nadanego mu przez prezydenta Kwaśniewskiego w 2005 roku.

A jednak ten wielki uczony i mądry intelektualista spotykał się z niezrozumieniem – a nawet z pochopnymi krytykami – we własnym kraju, i to zwłaszcza w kręgu liberalno-demokratycznej opozycji, o czym świadczyły nader krytyczne omówienia jego autobiografii przez Marka Beylina i Aleksandra Halla („Gazeta Wyborcza, 17-18 lipca 2010), czy napastliwy artykuł Mirosława Czecha poświęcony stosunkowi Walickiego do Rosji (w tejże gazecie 18 lipca 2015). Autorzy ci nie mogli Walickiemu darować jego krytycznej (ale przecież bynajmniej nie wrogiej!) oceny działań opozycji solidarnościowej w latach 1980-81 a także (w wypadku M. Czecha) jego stosunku do dzisiejszej Rosji, wyraźnie odbiegającego od obowiązującego tonu totalnej krytyki.

Wydana w 1995 roku praca Walickiego „Marxism and the Leap to the Kingdom of Freedom” (“Marksizm i skok do królestwa wolności”) stanowi najpoważniejszą w literaturze światowej analizę marksowskiej utopii. Nacechowana jest chęcią zrozumienia przyczyn, dla których teoria odwołująca się do odwiecznego marzenia o wolności zrodziła jeden z najbardziej zbrodniczych systemów dwudziestego wieku. Krytycy tej książki (m.in. Andrzej Paczkowski, Wojciech Roszkowski i Paweł Śpiewak) zarzucali mu relatywizm moralny a nawet obojętność wobec reguł etycznych.

Walicki te ataki znosił ciężko, o czym mogłem się nieraz przekonać w wielogodzinnych rozmowach, które z nim prowadziłem. Krytyka jego stanowiska wynikała, moim zdaniem, z pewnego rodzaju absolutyzmu moralnego, któremu hołdują jego krytycy. Nie pozwala on im zrozumieć, dlaczego uczony o bezspornie demokratycznych przekonaniach nie był w stanie angażować się w ruch demokratycznej opozycji, gdyż sądził, iż jest on zagrożeniem dla tej dozy ograniczonej suwerenności i wolności intelektualnej, którą Polsce udało się nie tylko wywalczyć w 1956 roku, ale także utrzymać w latach następnych. żywił nadzieję na to, że stopniowa zmiana klimatu politycznego w ZSRR otworzy drogę do głębszych i dalej idących zmian – także w Polsce. Ze zrozumieniem i sympatia obserwował politykę Gorbaczowa i bolał nad jej niepowodzeniem. Ostatnia książka Walickiego („O Rosji inaczej”, 2019) pokazuje go jako wnikliwego obserwatora polityki rosyjskiej, wolnego od apologii, ale tez wolnego od tendencji do bezwzględnego potępienia.

Dla ludzi lewicy Walicki pozostaje bardzo ważnym, ale wymagającym studiowania, punktem odniesienia. Sam o sobie pisał, że „nie potrafiłby stać się działaczem lewicy”, ale zarazem deklarował: „Owszem, jestem po stronie lewicy wedle kryteriów nie tylko polskich, lecz również światowych, oburza mnie bowiem dramatyczny, nieprawdopodobny wzrost nierówności społecznych, krytykuję demontaż osiągnięć państwa opiekuńczego, reprezentującego przecież złoty okres kapitalizmu, przeciwstawiam się fałszowaniu znaczenia terminu ‘gospodarka rynkowa’ przez utożsamianie rynku z ‘wolnym rynkiem’ w sensie neoliberalnym” („Idee i ludzie, s. 426). Sam siebie określał mianem „lewicowego liberała”.

Był także Walicki zdecydowanym obrońcą dorobku Polski Ludowej i krytykiem oficjalnej „polityki historycznej” opartej na totalnym potępieniu całego tego okresu. „Władze ustawodawcze i sądowe nie mogą orzekać, co ma być obowiązującą prawdą o przeszłości” – pisał w wydanych w 2000 roku „Polskich zmaganiach z wolnością” (s.174). W tejże pracy bronił decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego jako tej, która zapobiegła radzieckiej zbrojnej interwencji. Nic dziwnego, że był tak ostro krytykowany przez zwolenników czarno-białego widzenia polskiej historii.
Pod koniec życia Walicki był pesymistycznie nastawiony do tego, co go otaczało. Bolał go pogarszający się stan stosunków polsko-rosyjskich i narastający klimat nacjonalistycznego fanatyzmu w Polsce, dawał wyraz swemu rozgoryczeniu z powodu spotykających go ataków prasowych. Pisał, że świat poszedł w kierunku dezawuującym jego „plan życiowy” i podważającym sensowność jego pracy. Rozumiem rozczarowanie wielkiego uczonego, ale w tej sprawie jestem innego zdania. Uważam, że dorobek intelektualny Walickiego, jego sposób widzenia świata i miejsca w nim Polski mają wielkie znaczenie nie tylko dziś, ale i w latach, które są przed nami. Właśnie lewica, tak bardzo spragniona wielkich autorytetów moralnych i intelektualnych, ma obowiązek – ale i prawo – traktować myśli Andrzeja Walickiego jako drogowskaz na powikłanych szlakach historii.

Szlachetny pionier socjalizmu polskiego

Rząd PiS szumnie zapowiadał wzniesienie – na 100 rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 roku – upamiętniającego ją obelisku na warszawskim placu Na Rozdrożu. Nie wyszło. Nie udała się im też realizacja planu muzeum Bitwy w podwarszawskim Ossowie. Ta indolencja czy brak woli sprawiają, że za namiastkę upamiętnienia tamtych wydarzeń nadal służyć musi muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. My natomiast korzystamy z okazji tej rocznicy, by przypomnieć jednego z wybitnych bohaterów tamtych dni, wielką, a znienawidzoną przez prawicę, historyczną postać polskiej lewicy.

100 lat temu, latem 1920 roku, powstał Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski z Julianem Marchlewskim na czele

Nie ma formacji bardziej podłej, mściwej i nierozumnej niż klerykalno-nacjonalistyczna reakcja polska. Jest zdolna do podłości wszelkich, choć uważa się za „sól ziemi polskiej”, za emanację „duszy polskiej”. Nie jest to niestety formacja już tylko historyczna. Ciągle żyje, bo ma niebywały dar przetrwania, odradzania się, a od kilku lat niepodzielnie rządzi Polską. Jedną z jej specjalności jest niszczenie pamięci o wybitnych ludziach i zastępowanie jej hołdami dla postaci co najmniej wątpliwej konduity. Z szeregów watażków „wyklęto-niezłomnych” gęsto najeżonych zbrodniarzami wojennymi zrobiła pierwszy szereg bohaterów narodowych. Z Juliana Marchlewskiego, rewolucjonisty, działacza ruchu robotniczego wywodzącego się ze szlachty polskiej, intelektualisty, wydawcy doktora ekonomii Uniwersytetu w Zurichu, człowieka, jak potwierdzają liczne świadectwa, szlachetnego, zrobiła zbrodniarza.

Biograficzny telegraf – od Włocławka do Nervi

Biografia i życiowy dorobek Marchlewskiego są tak bogate, że w krótkim, okolicznościowym (rocznica sierpnia 1920 roku) artykule prasowym można tylko zasygnalizować okruchy niektórych wątków – w intencji przypomnienia i oddania hołdu tej wspaniałej postaci.

Julian Marchlewski, urodził się 17 maja 1866 we Włocławku w rodzinie polsko-niemieckiej. Ojciec był Polakiem pochodzenia szlacheckiego parającego się handlem, matka – rodowitą Niemką z Westfalii, która przybyła do Włocławka, ABY zatrudnić się jako guwernantka. Stąd dzieci Marchlewskich, w tym Julian, uformowały się z dwóch językach: polskim i niemieckim. Julian Marchlewski był działaczem polskiego i międzynarodowego rewolucyjnego ruchu robotniczego i komunistycznego, współzałożycielem Związku Robotników Polskich i Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, działacz lewego skrzydła SPD, jednym z przywódców Związku Spartakusa, współtwórcą Kominternu (Międzynarodówki Komunistycznej), przewodniczącym Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, redaktorem prasy socjalistycznej (m.in. „Trybuny”, organu SDKPiL), publicystą i wydawcą, intelektualistą, człowiekiem głębokiej kultury i wiedzy. W latach 1884–1885 młody Julian należał do tajnego gimnazjalnego kółka marksistowskiego powiązanego z partią „Proletariat”. W 1887 rozpoczął w Warszawie pracę zawodową początkowo jako praktykant, następnie jako wykwalifikowany farbiarz.

Przez pewien czas wędrował po Saksonii i Szwajcarii jako robotnik. W 1889 był współzałożycielem Związku Robotników Polskich. Od listopada 1891 do listopada 1892 więziony w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej, uwolniony za kaucją, wyjechał do Szwajcarii, gdzie wstąpił na Wydział Prawa Uniwersytetu w Zurychu. W 1896 uzyskał stopień naukowy doktora na podstawie dysertacji „Fizjokratyzm w Polsce”. W czerwcu 1902 wraz z przyjacielem Aleksandrem Helphandem (Parvusem), założył w Monachium przedsiębiorstwo wydawnicze „Dr J. Marchlewski und Co. Verlag Slavischer und Nordischer Literatur i stał się pierwszym wydawcą prozy Stefana Żeromskiego (m.in. „Popiołów”)”. Był członkiem Zarządu Głównego Socjaldemokracji Królestwa Polskiego, później przywódcą i głównym – obok Róży Luksemburg – ideologiem SDKPiL. Redagował m.in. czasopisma „Czerwony Sztandar”, „Przegląd Socjalistyczny” oraz „Sprawę Robotniczą”. Uczestnik rewolucji 1905–1907. Był szereg razy więziony, m.in. w Niemczech (Berlin). Po rewolucji przebywał w Cesarstwie Niemieckim, gdzie przyłączył się do lewego skrzydła SPD. Dla Marchlewskiego optymalnym rozwiązaniem kwestii narodowej na ziemiach zamieszkiwanych przez ludność polską była własna państwowość utrzymywana jeszcze długo po ustanowieniu ustroju socjalistycznego.

Pogląd ten odbiegał od typowych poglądów ówczesnych działaczy komunistycznych, w szczególności Róży Luxemburg. W 1919 roku był współtwórcą Kominternu (Międzynarodówki Komunistycznej). W tym samym roku prowadził rokowania z delegacją Józefa Piłsudskiego w Mikaszewiczach. W 1920 roku, postawiony został przez Lenina na czele Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski w Białymstoku. „Przywódcy TKRP (Polrewkomu, którego główną siedzibą był pałac Branickich w Białymstoku) mieli nadzieję, że w Warszawie wybuchnie powstanie rewolucyjne wywołane przez polskich robotników. Spodziewane ostateczne pokonanie kontrrewolucyjnej armii Piłsudskiego na przedpolach stolicy siłami Armii Czerwonej, miało tylko wzmocnić ducha bojowego proletariatu Warszawy. W nadziejach tych podtrzymał liderów Polrewkomu Michaił Tuchaczewski, obiecując, że stolica zostanie zdobyta najpóźniej 15 sierpnia. W tej decydującej chwili, kiedy ważyły się losy zarówno polskiej, jak i światowej rewolucji, Marchlewski wraz z Konem i Dzierżyńskim chcieli być bliżej centrum wydarzeń. Z tymi złudzeniami opuścili Białystok (…)” – cytuje D. Jakubowski za Tadeuszem Żenczykowskim. Od 1922 był pierwszym rektorem Komunistycznego Uniwersytetu Mniejszości Narodowych Zachodu w Moskwie, przewodniczący Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR). Przygotował program RKP(b) w zakresie dotyczącym rolnictwa. Od drugiej połowy 1923 roku nasilająca się choroba nerek coraz częściej wyłączała go z czynnego życia. W 1924 leczył się na Krymie. W grudniu wyjechał do Włoch, gdzie po czterech miesiącach pobytu wczasowego zmarł ( 22 marca 1925 w Bogliasco koło Nervi). W 1950 urna z jego prochami przywiezionymi z Berlina została złożona do grobowca na Powązkach Wojskowych w Warszawie (kwatera A6-0-B).

Człowiek, intelektualista, działacz

Zanim powstały obszerne biografie Juliana Marchlewskiego, trzy w PRL (Feliksa Tycha we współpracy z Horstem Schumacherem (1966), Bożeny Krzywobłockiej (1975) oraz krótki zarys biograficzny sporządzony przez Norberta Michtę (1979) i jedna po PRL, Dawida Jakobowskiego („Julian Marchlewski. Bohater czy zdrajca?” (2007), jego postać utrwalił w literaturze Stefan Żeromski, w swoim na gorąco niemal napisanym, słynnym reportażu „Na probostwie w Wyszkowie”. Żeromski opatrzył swoją relację z pobytu na tytułowym probostwie, po opuszczeniu go w noc z 15 na 16 sierpnia 1920 roku przez Marchlewskiego, Feliksa Dzierżyńskiego i Feliksa Kona, swoją namiętną, gniewną tyradą przeciw tym, którzy „na ziemię swoją sprowadzili najeźdźców”. Proboszcz parafii, na której przebywała wspomniana trójka działaczy, Wiktor Mieczkowski, odnotował (a także zeznał przed sądem wojskowym), że jego nocna rozmowa zwłaszcza z Marchlewskim, była rozmową z „wybitnym przedstawicielem warstwy inteligentnej”, a rozmówcę określił jako „typowego szlachcica polskiego, niskiego, o spokojnych rysach”. Ta opinia koreluje ze zdaniem Wacława Solskiego, który odnotował, że podczas rozmowy z Marchlewskim, „uderzył go jego wyjątkowo czysty, choć trochę staromodny, barwny i bogaty język”. Feliks Kon: „Był to natchniony wódz: jego mowa przenikała duszę masy. Mówił on o mękach i cierpieniach klasy robotniczej, wielkiej misji historycznej proletariatu, o nowym ustroju…”. Będąc natchnionym człowiekiem rewolucyjnej lewicy żywił jednocześnie Marchlewski wyraźny sentyment, a nawet fascynację polską kulturą, polskim imaginarium, nawet jej aspektem patologicznym: „dusza mi się rwie do polszczyzny. Ile dziwnego piękna jest w przeszłości Polski, nawet w okresie straszliwego upadku! Owi „Zebrzydowscy i Zborowscy w czerwonych deliach” – co za kanalie, ale jakie wspaniałe, bestie, w tym swoim rozpasaniu. Toć by tylko żywcem brać i do wściekłych jakich dramatów pakować!”. Cytował też frazę z „Wesela” Wyspiańskiego, że „Polska to wielka rzecz”. Ową polskość jednak „dywersyfikował”. Nie lubił polskości „legunów” , „ligawek” czy warszawskiego kołtuństwa. Bliski mu był polski nurt tradycji oświeceniowej, której poświęcił wiele miejsca w pracy dyplomowej napisanej na finał studiów w Zurichu w 1896 roku. Zarysował tam sylwetki i poglądów ludzi tej idei, Stanisława Leszczyńskiego, Stanisława Staszica, a w szczególności Hugo Kołłątaja, którą to postać najwyżej cenił i planował napisanie poświęconej mu monografii. Nazywał ich „najlepszymi mężami Polski”. Myślał też o napisaniu historii Polski, a w 1922 roku napisał wydane już po jego śmierci „Legendy o królach Polski”. Nie lubił natomiast Polski klerykalnego katolicyzmu, bo jeszcze jako uczeń gimnazjum we Włocławku doświadczył forsownych oddziaływań klerykalnych ze strony tamtejszego księdza-katechety. Jednak przede wszystkim był Marchlewski wielkim człowiekiem rewolucyjnej lewicy. „Marchlewski miał nadzieję, iż komunizm w Polsce przybierze łagodniejszą postać niż w Rosji. W referacie na VIII Zjeździe RKP (b) wysoko ceniący go Lenin następująco ustosunkował się do jego opinii: Jeden z najlepszych polskich towarzyszy komunistów, kiedy mu powiedziałem: „wy zrobicie to inaczej”, odrzekł: „Nie, zrobimy to samo, ale zrobimy to lepiej niż wy”. Na taki argument nie mogłem absolutnie nic odpowiedzieć” – czytamy w jednym z biogramów poświęconych Marchlewskiemu.

Julian Marchlewski był niewątpliwie jedną z kilku najwybitniejszych postaci polskiej, radykalnej lewicy rewolucyjnej, marksistą, internacjonalistą, człowiekiem szerokich horyzontów, komunistą (po jego śmierci nazywano go „najstarszym polskim komunistą”). Drogę życiową i ideową Marchlewskiego można określić jako integralną. Był jednocześnie komunistą niemieckim i radzieckim. Jako Polak był raczej socjalistą, a swoją działalność rozpoczynał u samych narodzin polskiego socjalizmu, przy partii „Proletaryat”. Jako człowiek lewicy był też człowiekiem kultury, a dla lewicy, zarówno socjalistycznej jak i komunistycznej kultura zawsze była jednym z najistotniejszych czynników postępu. Jednocześnie był postacią tak dalece nieszablonową, że budził dystans także w kręgach bliskich mu ideowo, a propaganda PRL miewała kłopoty z „wyprofilowaniem” jego wizerunku. Bardzo trafnie puentuje istotny dla nas dziś sens biografii Marchlewskiego jego ostatni biograf Dawid Jakubowski: „ mechanizm całości praktycznej realizacji komunizmu okazał się okazał się o wiele gorszy niż mogli to sobie wyobrazić ludzie, którzy rozpoczynali jego tworzenie. Ci pierwsi idealiści przewyższali zresztą moralnie i intelektualnie swoich epigonów i pseudonaśladowców. Późniejsza degradacja idei była konsekwencją rozwoju wypadków, których ze względu na wielość czynników istotnych nie można było przewidzieć. Marchlewski, podobnie jak wielu zaprzyjaźnionych z nim ideowych rewolucjonistów, po prostu uległ urokowi idei, które w praktycznej realizacji okazały się ich zaprzeczeniem. Nie przynosi to jednak ujmy owym pionierom, którzy mieli na względzie dobro ludzkości, niezachwianie wierząc w sprawiedliwość społeczną i rozwój duchowy zbiorowości ludzkiej”.

„Mroczna planeta” – Andrzej Żuławski

To już bodaj trzecia w ciągu dekady książka poświęcona Andrzejowi Żuławskiemu, co świadczy o tym, że ma on silną moc budzenia fascynacji, i za życia i po życiu.

Rozpoczął te passę wznowiony właśnie w tym roku, po bodaj dziesięciu latach, wywiad-rzeka Piotra Kletowskiego i Piotra Mareckiego z reżyserem, zatytułowany „Żuławski”, poświęcony jednakowoż niemal wyłącznie jego twórczości, głównie filmowej, jako że autorzy są filmoznawcami. Kilka lat temu ukazał się też inny wywiad-rzeka z Żuławskim, przeprowadzony przez Renatę Kim, skoncentrowany głównie na charakterologicznych, skandalizujących aspektach życia reżysera. Dopiero jednak Aleksandra Szarłat podjęła się próby stworzenia autorskiej, nieklasycznej, niestandardowej biografii Żuławskiego, syntezy jego życia i twórczości. I moim zdaniem dopiero ta praca daje nam syntetyczny, możliwie całościowy, komplementarny obraz jego biografii, jego sylwetki życiowej i jego dzieł filmowych oraz literackich. Ma rację Tadeusz Sobolewski, że pisanie o Żuławskim jest zadaniem „karkołomnym”. To nie frazes, to trafna uwaga. Żuławski był osobowością tak migotliwą, tak bogatą, tak pełną sprzeczności, tak kalejdoskopową, kreatywną, obdarzoną tak finezyjną inteligencją, że każdorazowa próba stworzenia jego statycznej sylwetki kończyła się dotąd na obrazie rozmazanym, takim jaki pozostaje po niezgrabnym poruszeniu obiektywem aparatu fotograficznego. Nie na darmo jego żona Sophie Marceau mówiła o nim, że „żyje w swojej głowie”. Cytowany wyżej Sobolewski użył też innego trafnego w stosunku do Żuławskiego określenia – nazwał go „mroczną planetą”. Być może właśnie dlatego, ciekawe skądinąd próby podjęte przez Kletowskiego i Mareckiego oraz Kim były tak trudne i dlatego pozostawiły niedosyt, że wywiad, rozmowa z Żuławskim, z uwagi na jego osobowość i cechy charakterologiczne z góry skazywały autorów rozmów na to, że im się on wymknie za pomocą inteligentnej demagogii, błyskotliwych konceptów, intelektualnej hipnozy, prowokacji, nieraz też manipulacji jakie stosował wobec rozmówców, zabawy w „kotka i myszkę”, by „jego” zawsze było na wierzchu, jako że ten fascynujący człowiek i artysta był jednak także narcyzem i intelektualnym autokratą. Może właśnie dlatego napisanie o Żuławskim bez jego udziału, jak to zrobiła Aleksandra Szarłat, było rozwiązaniem najbardziej przybliżającym do celu, jakim było uchwycenie go i zatrzymania „w ruchu”, jak na stopklatce. Szarłat, wolna od ograniczenia, jakie było udziałem siedzących przed obliczem Żuławskiego jego rozmówców, zrobiła coś, czego przy bezpośrednim udziale artysty dokonać było niepodobna – spokojnie, bez równoczesnej konieczności toczenia z nim werbalnego pojedynku, odsłoniła jego maski, zajrzała za ekspozycje i ekspresje jego egotyzmu, pod podszewkę jego stylu narracji, pod jego zwischenrufy, bonmoty i paradoksy. Aby to osiągnąć, sięgnęła także po wypowiedzi osób mu bliskich lub znanych i dobrze go znających, co też uchroniło ją od samotnego pojedynku z duchem tego kapryśnego artysty. Żuławski mawiał, że jego życie jest ciekawsze, przede wszystkim dla niego samego, od wszystkich jego filmów i napisanych powieści razem wziętych. Aleksandra Szarłat wykazała, że tak jest naprawdę, a jej bogato ilustrowana praca godna jest zaliczenia – nie waham się stwierdzić – do arcydzielnych pozycji polskiej biografistyki.

Aleksandra Szarłat – „Żuławski. Szaman”, Wydawnictwo Agora, str. 612, ISBN 978-83-268-2935-2

100-lecie według lewicy

11 listopada 2018 roku, o godz. 13.00 serdecznie zapraszamy na odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego. Warszawa, pl. Na Rozdrożu. Zaproście w naszym imieniu Rodziny i Przyjaciół!

 

Szanowni Państwo!

Nieuchronnie zbliżamy się do kulminacji obchodów 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Mamy podstawy sądzić, że obchody zaprojektowane i realizowane przez władze państwowe, odbędą się wedle prawicowego, jednostronnego modelu. Nie będzie w nich miejsca do pokazania złożoności procesów społecznych, gospodarczych i politycznych, które składały się na ostatnie 100 lat naszej historii. Obawiamy się, że budowany będzie nieprawdziwy obraz przeszłości – dobra II Rzeczpospolita i „czarna dziura” PRL, kiepska III RP i pasmo sukcesów ostatnich dwóch lat. Tu jest samo dobro, tam samo zło.
Ale przede wszystkim nie będzie miejsca dla lewicy. Tymczasem jej rola była znacząca zarówno w chwili odzyskiwania niepodległości, jak i przez całe międzywojenne dwudziestolecie, kiedy zapisała piękną kartę obrony praw obywatelskich i pracowniczych. Z kolei po wojnie ludzie odwołujący się do lewicy rządzili Polską przez prawie połowę minionego wieku. Część z nich zaprzeczyła lewicowym ideałom i była odpowiedzialna za zbrodnie okresu stalinizmu, tłumienie wolnościowych zrywów społeczeństwa, ograniczanie praw obywatelskich i łamanie sumień. Byli jednak też tacy – i było ich wielu – którzy na polach nauki, kultury, edukacji czy sportu budowali pozycję Polski i Polaków w świecie. Mówić i pisać trzeba o jednych i o drugich. To nasza historia, jak byśmy jej nie oceniali. To historia Państwa polskiego, ale i wielkich i małych grup społecznych, to historia każdego z nas.
W tej intencji powołaliśmy Społeczny Komitet Lewicy, którego celem jest uzupełnienie i korygowanie prawicowej opowieści historycznej. W gronie ponad – i pozapartyjnym chcemy doprowadzić do finału starania o wybudowanie pomnika Ignacego Daszyńskiego. Będziemy organizować konferencje i seminaria popularno-naukowe wraz z jesienną sesją, która będzie podsumowaniem tych przedsięwzięć. Chcemy przypominać i popularyzować te fragmenty naszych dziejów, w których lewica stawała na wysokości zadania, w poczuciu odpowiedzialności za Naród i Państwo.
To się nie może udać bez mobilizacji lewicowej opinii publicznej, którą tworzy każdy z nas. Chcemy zatem prosić o Waszą pomoc w tej pracy. Gwarantem jej powodzenia jest Wasza aktywność na portalach społecznościowych, inspirowanie i udział w wydarzeniach lokalnych, ich dokumentowanie, także tych, które nie muszą być lewicowe, ale mają społeczne uzasadnienie.
Chcemy przystąpić do zbierania pamiątek ilustrujących wkład lewicy w budowę niepodległej Rzeczypospolitej. Prosimy o zdjęcia tablic, pomników i obiektów dokumentujących zapomniane lub mało znane wydarzenia i inicjatywy. Prosimy o teksty, które przypominać lub odkrywać będą wydarzenia i postaci, bez których nasza historia byłaby niepełna. Zarówno teksty naukowe, jak i popularne, także osobiste. Chcemy na portalu www.daszynski2018.pl uruchomić zakładki biograficzne ludzi nieistniejących dziś w przestrzeni publicznej, dla których ideały lewicy stały się inspiracją do działania. Przypomnimy wielki lewicowy sukces początków Rzeczypospolitej, jakim było przyznanie kobietom pełni praw politycznych, choć nadal jeszcze jest tu dużo do zrobienia.
Nasz komitet nie jest zamkniętym gronem fachowców od historii. Obok licznych profesorów, są w nim samorządowcy, aktywiści organizacji pozarządowych, ludzie kultury i oświaty. Są ludzie rozmaitych pokoleń, o różnej drodze życiowej. Są ci, których PRL sadzała do więzienia i ci, którzy uważali ją za swoje państwo. Jest on otwarty także dla Was. Każdy może do niego wstąpić. Marzy nam się, aby stał się on jak najszerszym ruchem społecznym. Na rzecz prawdy historycznej, szacunku dla tych wszystkich, którzy byli przed nami. Jeśli takiego szacunku oczekujemy od tych, którzy przyjdą po nas, okażmy go naszym poprzednikom.

 

Daszyński – biografia

26 X 1866 – Urodził się w Zbarażu
1888 – Złożył eksternistyczny egzamin dojrzałości w Krakowie; zapisał się na studia
1889 – Pobyt w Królestwie Polskim (areszt i wydalenie)
1890 – Pobyt we Francji i w Szwajcarii
28-30 VI 1891 – Udział w Wiedniu w kongresie socjaldemokracji austriackiej
VIII 1891 – Przewodniczył delegacji polskiej podczas Międzynarodowego Kongresu Socjalistycznego w Brukseli
11 III 1897 / 13 XII 1900 / 16 XII 1907 / 13 VI 1911 – Wybrany do parlamentu austriackiego
V 1902 – Wybrany do Rady Miejskiej Krakowa
28 X 1918 – Objął stanowisko wiceprezesa Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie
7 XI 1918 – Został premierem Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie
26 I 1919 – W Krakowie uzyskał mandat posła do Sejmu Ustawodawczego
24 VII 1920 – Został wicepremierem w koalicyjnym rządzie W. Witosa
4 I 1921 – Na polecenie władz PPS z grudnia 1920 r. ustąpił z rządu W. Witosa
5 XI 1922 / 4 III 1928 / 16 XI 1930 – Uzyskał mandat poselski
20 XI 1925 – Objął stanowisko wicemarszałka Sejmu
27 III 1928 – Wybrany na stanowisko marszałka Sejmu (do 1930)
31 X 1929 – Odmówił otwarcia obrad Sejmu „pod bagnetami, karabinami i szablami”
II 1934 – XXIII Kongres PPS w Warszawie wybrał go przewodniczącym honorowym
31 X 1936 – Zmarł w Bystrej
3 XI 1936 – Manifestacyjny pogrzeb I. Daszyńskiego w Krakowie na cmentarzu Rakowickim