Aleksander Krawczuk rozpoczyna setny rok życia

Ilekroć składam życzenia urodzinowe profesorowi Aleksandrowi Krawczukowi, podkreśla, iż mniej ważnym jest, że w dniu tym kończy On określony wiek, lecz ważniejsze, iż rozpoczyna następny rok życia.

Trzymając się tej ważnej dla Profesora zasady, składamy Mu więc życzenia z okazji rozpoczęcia setnego roku życia, właśnie dzisiaj, 7 czerwca 2021.
Dwukrotnie miałem okazję publicznie zwracać się do Jubilata. Raz z okazji Jego 80. urodzin, obchodzonych uroczyście w gabinecie Prezydenta Krakowa, Jacka Majchrowskiego, ponownie, gdy Kuźnica w 2013 roku przyznała, wieloletniemu jej członkowi, Nagrodę Kowadła.

I wtedy, i dziś, a przecież też i bez okazji, z radością i wdzięcznością pochylam się nad długim i jakże owocnym życiem profesora Krawczuka, składając hołd godny tego życia dokonań, dziękując za wszystko, co uczynił dla nas, dla polskiej nauki i kultury. Jednym słowem, oddając cesarzowi, co cesarskie.

„Nie wiedzieć, co się wydarzyło, zanim się urodziłeś, to zawsze być dzieckiem” – te słowa Cycerona przychodzą mi na myśl, kiedy wspominam przebogaty twórczy dorobek Jubilata. Ciekawość i dociekliwość badacza, profesorska mądrość i rozwaga, temperament popularyzatora wiedzy i doskonały warsztat wybitnego eseisty sprawiały, że każda z książek Aleksandra Krawczuka była wydarzeniem rynku wydawniczego, wydarzeniem czytelniczym. Każda potwierdzała, że – „historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia”(też Cyceron).

W dniu tak ważnym i uroczystym, dziękujemy Jubilatowi za to, że z taką regularnością i w takich ilościach dostarczał nam „najdoskonalszego i najlepszego z lekarstw: wiedzy” (Timaios w dialogu „Kristias”).

W „Dialogach” Platona modli się Sokrates „Panie, przyjacielu nasz, i wy inni, którzy tu mieszkacie, bogowie. Dajcie mi to (…) abym zawsze wierzył, że bogatym jest tylko człowiek mądry”. Dostojny Jubilat jest bez cienia wątpliwości bogaczem w takim rozumieniu bogactwa. Bogaczem wyjątkowym, bo chętnym i potrafiącym dzielić się swoim bogactwem, nie tylko przecież poprzez swoje książki.

Zgodnie z Fredrowską zasadą – znacie to posłuchajcie – zechcą Państwo przeczytać zaledwie zarys tego, co światły obywatel naszego kraju winien o Aleksandrze Krawczuku wiedzieć. Zacznijmy więc od początku. Dziewięćdziesiąt dziewięć lat temu Jubilat urodził się w kamienicy na Rynku Głównym w Krakowie, dziś to siedziba znanej restauracji Wierzynek.

Czyż można być bardziej krakowskim? A więc od urodzenia krakowianin. Podczas II wojny światowej był żołnierzem Armii Krajowej. W 1949 roku ukończył studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego i podjął pracę naukową w Zakładzie Historii Starożytnej, uzyskując w 1985 tytuł profesora. Opublikował liczne, tłumaczone na szereg języków, prace naukowe i książki popularnonaukowe. Wciąż kojarzony jest jako znakomity popularyzator historii i filozofii antyku w Telewizji Polskiej (tej z lat 70. i 80.), przybliżający rzymskich i greckich bohaterów, tych rzeczywistych i tych mitycznych, milionom widzów. Swymi wykładami, będącymi swoistą rozmową ze słuchaczem o historii i kulturze, stworzył niedościgniony wzór, swoistą „szkołę Krawczuka”, do której jakże często tęsknimy dziś próbując z pomocą pilota natrafić na program warty oglądania. Antyczny świat profesora Krawczuka przywoływany bywa obecnie jedynie w Jego wywiadach prasowych. Profesor mówi w nich na przykład o najbliższym Mu – Julianie Apostacie. Wspaniałej, jak twierdzi, postaci w historii Rzymu i jednej z najwspanialszych w dziejach Europy. „Imponuje mi – mówi – nie tylko ze względu na swój stosunek do religii, ale przede wszystkim ze względu na wspaniałe cechy charakteru. Proszę sobie wyobrazić młodego chłopaka, który kocha książki, spokojne życie uniwersyteckie i starą kulturę. Tak jak Krawczuk właśnie. I w pewnym momencie staje on przed zupełnie dla niego niepojętym zadaniem. Musi jechać [Apostata] z Aten do Galii i walczyć z Germanami.” Aleksander Krawczuk w drugiej połowie lat 80. udał się ze swoich Aten do Galii, z Krakowa do Warszawy, by walczyć o kulturę polską.

Trudno przecenić, jak bardzo wiedza i doświadczenie Aleksandra Krawczuka przydały się w pracach Sejmu Rzeczypospolitej; trudno także pominąć Jego działalność w Narodowej Radzie Kultury, czy wiele światłych decyzji, jakie podejmował pełniąc funkcję ministra kultury. Drogę do ministerialnego gabinetu na Krakowskim Przedmieściu, temu znanemu z telewizji, utalentowanemu i lubianemu popularyzatorowi starożytności, utorowała niewątpliwie funkcja wiceprzewodniczącego Narodowej Rady Kultury, na którą został wybrany w połowie roku 1986. Już kilka miesięcy później podjął obowiązki ministra kultury i sztuki. Urząd ten pełnił w rządach Zbigniewa Messnera i Mieczysława Rakowskiego, aż do września 1989 roku. Na Krakowskim Przedmieściu, w gabinecie ministra, zapanował krakowski styl, niezwykła elegancja i kultura osobista, szacunek i życzliwość dla twórców.

Jak lata tego ministrowania zostały zapamiętane? Srogo pomylili się ci, którzy sądzili, że ministrem został „pan od przeszłości”, nie potrafiący zarządzać, podejmować decyzji, słabo zorientowany w zawiłościach i stosuneczkach w tak zwanej „Warszawce”. Wszystko odwrotnie. Był to czas niezwykle stabilnej finansowo sytuacji w kulturze, w instytucjach kultury, ale i wśród twórców – głównie za sprawą Funduszu Rozwoju Kultury, którym historyk starożytności gospodarzył jak światły ekonomista. To był czas, kiedy nie odkładano filmów na półki, nie było zatrzymań w cenzurze, a Aleksander Krawczuk był pierwszym reprezentantem władzy, który ku zdumieniu wielu, publicznie powiedział w Parlamencie, iż jest jedna literatura polska, niezależnie od tego gdzie się ukazuje, w kraju czy za granicą, w oficjalnych wydawnictwach czy w podziemnych. Jedyny istotny wyznacznik – to czy literatura ta jest dobra czy zła. Pamiętam konsternację jaką wywołały te słowa. Następnego dnia byłem, z pretensją, indagowany przez radców kultury z ambasad NRD i Czechosłowacji, pytających, dlaczego zmieniamy zasady polityki kulturalnej nie powiadamiając ich o tym wcześniej, nie konsultując się z nimi. Podobną konsternację wywołała decyzja ministra Krawczuka, o utrzymaniu festiwalu młodzieżowej awangardy w Jarocinie, na pewno przy braku osobistej fascynacji tym rodzajem muzyki.

Fundacja Kultury Polskiej, jej powstanie, działalność i znaczący dorobek to także wielka zasługa ministra Krawczuka. Fundacja działała prawie 30 lat, a jej Filia w Krakowie, której przewodniczył, tyle samo! Te 30 lat krakowskiej Filii Fundacji przyczyniło się, poprzez różnorodne formy aktywności, do umocnienia poczucia wartości kulturalnej Krakowa, uświadamiania w tej materii prawd oczywistych, lecz nie zawsze funkcjonujących.

Od 1991 do 1997 Aleksander Krawczuk sprawował mandat posła na Sejm I i II kadencji z ramienia Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP). Nie kandydował przecież dla zaspokojenia swych ambicji, ani dla innych splendorów. W tamtym czasie, w tamtej atmosferze, podjęcie się reprezentowania lewicowych poglądów, nie mając z lewicą związków formalnych – był i jest bezpartyjny – świadczyło o przywiązaniu do tradycji postępowych nurtów rodem z XIX-wiecznej krakowskiej myśli Edwarda Dembowskiego, czy początków krakowskiego PPS-u, przedwojennego i tuż powojennego. To wywołało u Niego impuls wsparcia lewicy i zamanifestowania tego sprawowaniem mandatu posła.

Trzeba także pamiętać o aktywności Jubilata w krakowskiej Kuźnicy oraz jakże istotnej roli, jaką przez lata pełnił przy słynnym krakowskim, profesorskim stoliku w kawiarni hotelu „Grand”, nadzwyczaj opiniotwórczym, choć nieformalnym, forum dyskusyjnym. To taka kawiarniana akademia nauk, taka „Kana galicyjska”.

Aleksander Krawczuk – dla statystyków ufnych w daty i liczby – z metryki tylko jest sędziwym mędrcem. Dla znających Go – z ducha jest wciąż Apollinem, najmłodszym, najpiękniejszym bogiem, o niezwykłych walorach umysłu. Apollinem, któremu dedykowano wawrzyn szlachetny. Liczne nagrody i wyróżnienia, w tym Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski nadany i wręczony przez Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, ale też Kowadło – nagroda Kuźnicy są swoistą, współczesną odmianą owego wawrzynu – wieńca laurowego.

Przyjmij, Drogi Aleksandrze, także moje najwyższe uszanowanie i wdzięczność za to wszystko, czego mogłem się od Ciebie nauczyć i czego jeszcze nauczyć się będę starał. Kiedyś poradziłeś mi, mówiąc to z zawadiackim uśmiechem, abym wygłaszając laudację na czyjąkolwiek cześć, lub pisząc o kimś, zawsze mówił i pisał jak najwięcej o… sobie. Bywało, że korzystałem z tej rady, dziś jednak tylko Ty jesteś bohaterem tego tekstu, a Twoje dokonania jego treścią.

W jednym z wywiadów Aleksander Krawczuk przytoczył dysputę Konfucjusza z uczniami. Zapytał ich, czego by pragnęli. Pierwszy chciał zostać ministrem, drugi mistrzem ceremonii, trzeci kapłanem. Tylko jeden milczał. Zapytany przez mistrza odpowiedział: „Ja pragnąłbym późną wiosną, kiedy już zrobi się ciepło, pójść z kolegami nad rzekę, wykąpać się i wracać do domu śpiewając”. Konfucjusz westchnął: „I ja też tego pragnąłbym”. Nasz bohater tak tę przypowieść skomentował: „Nauczmy się doceniać tak ulotne piękno codziennych chwil. W gruncie rzeczy tylko ono się liczy. Reszta to walka o byt, kłopoty, manipulacje polityków, dziennikarzy i historyków.” Niech słowa te będą dla nas wskazaniem otrzymanym od dobrego, mądrego, doświadczonego Przyjaciela. A co my możemy zadedykować Wielkiemu Aleksandrowi? Sięgnąłem po Sokratesa, powiedział on „bogatym jest tylko człowiek mądry”, jakże pasuje to do Jubilata, a dla nas winno stanowić wyzwanie, by do takiego bogactwa dążyć.

Jestem głęboko przekonany, że długo jeszcze będzie Jubilat cieszył się tym, o co prosił Boga Kochanowski i za co mu dziękował we wzruszającej fraszce utrzymanej w formie modlitwy:

„Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gnieździe ojczystym,
A ty mnie zdrowiem opatrz i sumieniem czystym.
Pożywieniem uczciwym, ludzką życzliwością,
Obyczajmi znośnymi, nieprzykrą starością.”

Zasłużyłeś na to Dostojny Jubilacie, zasłużyłeś na to w pełni!

Andrzej Walicki – filozof niepokorny

Śmierć Andrzeja Walickiego (1930-2020) zamyka pewien okres historii polskiej filozofii i myśli społecznej – historii w której Zmarły odegrał wielką, nie zawsze i nie przez wszystkich docenianą – rolę.

Warto więc zastanowić się nad sensem, jaki nadawał swojej pracy, traktowanej nie tylko jako działalność czysto naukowa, ale także jako szczególny rodzaj służby społecznej. W wydanej w 2010 roku autobiografii („Idee i ludzie”) mocno podkreślał, że jego dokonany w młodości wybór zainteresowań naukowych polską i rosyjską filozofią i myślą społeczną był wyrazem nie tylko czysto intelektualnej ciekawości, ale także przekonania, ze ta drogą będzie mógł wpływać na ewolucje klimatu intelektualnego a tym samym – warunków politycznych.

Właśnie ewolucję! Walicki był jednym z najwybitniejszych – ale bynajmniej w Polsce nie tak licznych – przedstawicieli realizmu politycznego, który każe podejmować działania mające szanse powodzenia: liczyć zamiary na siły, a nie – jak to u nas popularne – odwrotnie. Studiował w najgorszym okresie polskiego stalinizmu (w latach 1949-54), ale już wtedy potrafił znajdować dla swego niepospolitego intelektu nisze, w których mógł chronić się przed przemożnym wpływem panującej ideologii. W odróżnieniu od wielu jego ówczesnych i przyszłych przyjaciół ( w tym Leszka Kołakowskiego, z którym przez wiele lat wiódł niezwykle ciekawy dialog) nigdy nie został zarażony bakcylem fanatyzmu i uwielbienia dla wizji arkadii, która miała zrodzić się w wyniku dyktatury. Był przed takim fanatyzmem uodporniony swym pochodzeniem (prawnuk powstańca styczniowego i zesłańca syberyjskiego Ludwika Walickiego, syn wybitnego historyka sztuki i więźnia politycznego w okresie stalinowskim Michała Walickiego), ale przede wszystkim swym niezwykle głębokim umysłem, który chronił go przed politycznym fanatyzmem.

Dla Walickiego przełom październikowy 1956 roku oznaczał przede wszystkim – jak o tym wielokrotnie pisał – kres totalitaryzmu i wolność badań naukowych. Dla tych, którzy tej strony ówczesnego przełomu nie dostrzegają, zapoznanie się z ogromnym dorobkiem Walickiego powinno być odtrutką na naiwne przyswajanie sobie poglądu o „zaprzepaszczonym” Październiku. Walicki – inaczej niż ówcześni „rewizjoniści” – rozumiał, ze zasadnicza zmiana polityczna w kierunku pełnej demokracji nie była możliwa, jak długo utrzymywała się radziecka (ale akceptowana przez Zachód) hegemonia w naszej części Europy. Doceniał natomiast zasadniczą zmianę klimatu dla badan naukowych i był przekonany, że podejmując zadanie zrozumienia i odkłamania historii rosyjskiej filozofii i myśli politycznej najlepiej może służyć przyszłej, korzystnej ewolucji stosunków politycznych w Rosji, a tym samym także sprawie nowych stosunków polsko-rosyjskich opartych na poszanowaniu polskiej suwerenności i na dążeniu do zbliżenia obu, ciężko przez historię doświadczonych, narodów.
Twórczość naukowa Walickiego zapewniła mu pozycję wielkiego autorytetu w skali światowej. Jego prace ukazywały się w wielu językach i stanowią dziś nieodłączną część światowego dorobku w dziedzinie historii filozofii rosyjskiej. Był profesorem uczelni australijskich i amerykańskich, członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk, laureatem nagrody Eugenio Balzana (w 1998 roku), doktorem honoris causa, kawalerem Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski, nadanego mu przez prezydenta Kwaśniewskiego w 2005 roku.

A jednak ten wielki uczony i mądry intelektualista spotykał się z niezrozumieniem – a nawet z pochopnymi krytykami – we własnym kraju, i to zwłaszcza w kręgu liberalno-demokratycznej opozycji, o czym świadczyły nader krytyczne omówienia jego autobiografii przez Marka Beylina i Aleksandra Halla („Gazeta Wyborcza, 17-18 lipca 2010), czy napastliwy artykuł Mirosława Czecha poświęcony stosunkowi Walickiego do Rosji (w tejże gazecie 18 lipca 2015). Autorzy ci nie mogli Walickiemu darować jego krytycznej (ale przecież bynajmniej nie wrogiej!) oceny działań opozycji solidarnościowej w latach 1980-81 a także (w wypadku M. Czecha) jego stosunku do dzisiejszej Rosji, wyraźnie odbiegającego od obowiązującego tonu totalnej krytyki.

Wydana w 1995 roku praca Walickiego „Marxism and the Leap to the Kingdom of Freedom” (“Marksizm i skok do królestwa wolności”) stanowi najpoważniejszą w literaturze światowej analizę marksowskiej utopii. Nacechowana jest chęcią zrozumienia przyczyn, dla których teoria odwołująca się do odwiecznego marzenia o wolności zrodziła jeden z najbardziej zbrodniczych systemów dwudziestego wieku. Krytycy tej książki (m.in. Andrzej Paczkowski, Wojciech Roszkowski i Paweł Śpiewak) zarzucali mu relatywizm moralny a nawet obojętność wobec reguł etycznych.

Walicki te ataki znosił ciężko, o czym mogłem się nieraz przekonać w wielogodzinnych rozmowach, które z nim prowadziłem. Krytyka jego stanowiska wynikała, moim zdaniem, z pewnego rodzaju absolutyzmu moralnego, któremu hołdują jego krytycy. Nie pozwala on im zrozumieć, dlaczego uczony o bezspornie demokratycznych przekonaniach nie był w stanie angażować się w ruch demokratycznej opozycji, gdyż sądził, iż jest on zagrożeniem dla tej dozy ograniczonej suwerenności i wolności intelektualnej, którą Polsce udało się nie tylko wywalczyć w 1956 roku, ale także utrzymać w latach następnych. żywił nadzieję na to, że stopniowa zmiana klimatu politycznego w ZSRR otworzy drogę do głębszych i dalej idących zmian – także w Polsce. Ze zrozumieniem i sympatia obserwował politykę Gorbaczowa i bolał nad jej niepowodzeniem. Ostatnia książka Walickiego („O Rosji inaczej”, 2019) pokazuje go jako wnikliwego obserwatora polityki rosyjskiej, wolnego od apologii, ale tez wolnego od tendencji do bezwzględnego potępienia.

Dla ludzi lewicy Walicki pozostaje bardzo ważnym, ale wymagającym studiowania, punktem odniesienia. Sam o sobie pisał, że „nie potrafiłby stać się działaczem lewicy”, ale zarazem deklarował: „Owszem, jestem po stronie lewicy wedle kryteriów nie tylko polskich, lecz również światowych, oburza mnie bowiem dramatyczny, nieprawdopodobny wzrost nierówności społecznych, krytykuję demontaż osiągnięć państwa opiekuńczego, reprezentującego przecież złoty okres kapitalizmu, przeciwstawiam się fałszowaniu znaczenia terminu ‘gospodarka rynkowa’ przez utożsamianie rynku z ‘wolnym rynkiem’ w sensie neoliberalnym” („Idee i ludzie, s. 426). Sam siebie określał mianem „lewicowego liberała”.

Był także Walicki zdecydowanym obrońcą dorobku Polski Ludowej i krytykiem oficjalnej „polityki historycznej” opartej na totalnym potępieniu całego tego okresu. „Władze ustawodawcze i sądowe nie mogą orzekać, co ma być obowiązującą prawdą o przeszłości” – pisał w wydanych w 2000 roku „Polskich zmaganiach z wolnością” (s.174). W tejże pracy bronił decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego jako tej, która zapobiegła radzieckiej zbrojnej interwencji. Nic dziwnego, że był tak ostro krytykowany przez zwolenników czarno-białego widzenia polskiej historii.
Pod koniec życia Walicki był pesymistycznie nastawiony do tego, co go otaczało. Bolał go pogarszający się stan stosunków polsko-rosyjskich i narastający klimat nacjonalistycznego fanatyzmu w Polsce, dawał wyraz swemu rozgoryczeniu z powodu spotykających go ataków prasowych. Pisał, że świat poszedł w kierunku dezawuującym jego „plan życiowy” i podważającym sensowność jego pracy. Rozumiem rozczarowanie wielkiego uczonego, ale w tej sprawie jestem innego zdania. Uważam, że dorobek intelektualny Walickiego, jego sposób widzenia świata i miejsca w nim Polski mają wielkie znaczenie nie tylko dziś, ale i w latach, które są przed nami. Właśnie lewica, tak bardzo spragniona wielkich autorytetów moralnych i intelektualnych, ma obowiązek – ale i prawo – traktować myśli Andrzeja Walickiego jako drogowskaz na powikłanych szlakach historii.

Szlachetny pionier socjalizmu polskiego

Rząd PiS szumnie zapowiadał wzniesienie – na 100 rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 roku – upamiętniającego ją obelisku na warszawskim placu Na Rozdrożu. Nie wyszło. Nie udała się im też realizacja planu muzeum Bitwy w podwarszawskim Ossowie. Ta indolencja czy brak woli sprawiają, że za namiastkę upamiętnienia tamtych wydarzeń nadal służyć musi muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. My natomiast korzystamy z okazji tej rocznicy, by przypomnieć jednego z wybitnych bohaterów tamtych dni, wielką, a znienawidzoną przez prawicę, historyczną postać polskiej lewicy.

100 lat temu, latem 1920 roku, powstał Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski z Julianem Marchlewskim na czele

Nie ma formacji bardziej podłej, mściwej i nierozumnej niż klerykalno-nacjonalistyczna reakcja polska. Jest zdolna do podłości wszelkich, choć uważa się za „sól ziemi polskiej”, za emanację „duszy polskiej”. Nie jest to niestety formacja już tylko historyczna. Ciągle żyje, bo ma niebywały dar przetrwania, odradzania się, a od kilku lat niepodzielnie rządzi Polską. Jedną z jej specjalności jest niszczenie pamięci o wybitnych ludziach i zastępowanie jej hołdami dla postaci co najmniej wątpliwej konduity. Z szeregów watażków „wyklęto-niezłomnych” gęsto najeżonych zbrodniarzami wojennymi zrobiła pierwszy szereg bohaterów narodowych. Z Juliana Marchlewskiego, rewolucjonisty, działacza ruchu robotniczego wywodzącego się ze szlachty polskiej, intelektualisty, wydawcy doktora ekonomii Uniwersytetu w Zurichu, człowieka, jak potwierdzają liczne świadectwa, szlachetnego, zrobiła zbrodniarza.

Biograficzny telegraf – od Włocławka do Nervi

Biografia i życiowy dorobek Marchlewskiego są tak bogate, że w krótkim, okolicznościowym (rocznica sierpnia 1920 roku) artykule prasowym można tylko zasygnalizować okruchy niektórych wątków – w intencji przypomnienia i oddania hołdu tej wspaniałej postaci.

Julian Marchlewski, urodził się 17 maja 1866 we Włocławku w rodzinie polsko-niemieckiej. Ojciec był Polakiem pochodzenia szlacheckiego parającego się handlem, matka – rodowitą Niemką z Westfalii, która przybyła do Włocławka, ABY zatrudnić się jako guwernantka. Stąd dzieci Marchlewskich, w tym Julian, uformowały się z dwóch językach: polskim i niemieckim. Julian Marchlewski był działaczem polskiego i międzynarodowego rewolucyjnego ruchu robotniczego i komunistycznego, współzałożycielem Związku Robotników Polskich i Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, działacz lewego skrzydła SPD, jednym z przywódców Związku Spartakusa, współtwórcą Kominternu (Międzynarodówki Komunistycznej), przewodniczącym Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, redaktorem prasy socjalistycznej (m.in. „Trybuny”, organu SDKPiL), publicystą i wydawcą, intelektualistą, człowiekiem głębokiej kultury i wiedzy. W latach 1884–1885 młody Julian należał do tajnego gimnazjalnego kółka marksistowskiego powiązanego z partią „Proletariat”. W 1887 rozpoczął w Warszawie pracę zawodową początkowo jako praktykant, następnie jako wykwalifikowany farbiarz.

Przez pewien czas wędrował po Saksonii i Szwajcarii jako robotnik. W 1889 był współzałożycielem Związku Robotników Polskich. Od listopada 1891 do listopada 1892 więziony w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej, uwolniony za kaucją, wyjechał do Szwajcarii, gdzie wstąpił na Wydział Prawa Uniwersytetu w Zurychu. W 1896 uzyskał stopień naukowy doktora na podstawie dysertacji „Fizjokratyzm w Polsce”. W czerwcu 1902 wraz z przyjacielem Aleksandrem Helphandem (Parvusem), założył w Monachium przedsiębiorstwo wydawnicze „Dr J. Marchlewski und Co. Verlag Slavischer und Nordischer Literatur i stał się pierwszym wydawcą prozy Stefana Żeromskiego (m.in. „Popiołów”)”. Był członkiem Zarządu Głównego Socjaldemokracji Królestwa Polskiego, później przywódcą i głównym – obok Róży Luksemburg – ideologiem SDKPiL. Redagował m.in. czasopisma „Czerwony Sztandar”, „Przegląd Socjalistyczny” oraz „Sprawę Robotniczą”. Uczestnik rewolucji 1905–1907. Był szereg razy więziony, m.in. w Niemczech (Berlin). Po rewolucji przebywał w Cesarstwie Niemieckim, gdzie przyłączył się do lewego skrzydła SPD. Dla Marchlewskiego optymalnym rozwiązaniem kwestii narodowej na ziemiach zamieszkiwanych przez ludność polską była własna państwowość utrzymywana jeszcze długo po ustanowieniu ustroju socjalistycznego.

Pogląd ten odbiegał od typowych poglądów ówczesnych działaczy komunistycznych, w szczególności Róży Luxemburg. W 1919 roku był współtwórcą Kominternu (Międzynarodówki Komunistycznej). W tym samym roku prowadził rokowania z delegacją Józefa Piłsudskiego w Mikaszewiczach. W 1920 roku, postawiony został przez Lenina na czele Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski w Białymstoku. „Przywódcy TKRP (Polrewkomu, którego główną siedzibą był pałac Branickich w Białymstoku) mieli nadzieję, że w Warszawie wybuchnie powstanie rewolucyjne wywołane przez polskich robotników. Spodziewane ostateczne pokonanie kontrrewolucyjnej armii Piłsudskiego na przedpolach stolicy siłami Armii Czerwonej, miało tylko wzmocnić ducha bojowego proletariatu Warszawy. W nadziejach tych podtrzymał liderów Polrewkomu Michaił Tuchaczewski, obiecując, że stolica zostanie zdobyta najpóźniej 15 sierpnia. W tej decydującej chwili, kiedy ważyły się losy zarówno polskiej, jak i światowej rewolucji, Marchlewski wraz z Konem i Dzierżyńskim chcieli być bliżej centrum wydarzeń. Z tymi złudzeniami opuścili Białystok (…)” – cytuje D. Jakubowski za Tadeuszem Żenczykowskim. Od 1922 był pierwszym rektorem Komunistycznego Uniwersytetu Mniejszości Narodowych Zachodu w Moskwie, przewodniczący Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR). Przygotował program RKP(b) w zakresie dotyczącym rolnictwa. Od drugiej połowy 1923 roku nasilająca się choroba nerek coraz częściej wyłączała go z czynnego życia. W 1924 leczył się na Krymie. W grudniu wyjechał do Włoch, gdzie po czterech miesiącach pobytu wczasowego zmarł ( 22 marca 1925 w Bogliasco koło Nervi). W 1950 urna z jego prochami przywiezionymi z Berlina została złożona do grobowca na Powązkach Wojskowych w Warszawie (kwatera A6-0-B).

Człowiek, intelektualista, działacz

Zanim powstały obszerne biografie Juliana Marchlewskiego, trzy w PRL (Feliksa Tycha we współpracy z Horstem Schumacherem (1966), Bożeny Krzywobłockiej (1975) oraz krótki zarys biograficzny sporządzony przez Norberta Michtę (1979) i jedna po PRL, Dawida Jakobowskiego („Julian Marchlewski. Bohater czy zdrajca?” (2007), jego postać utrwalił w literaturze Stefan Żeromski, w swoim na gorąco niemal napisanym, słynnym reportażu „Na probostwie w Wyszkowie”. Żeromski opatrzył swoją relację z pobytu na tytułowym probostwie, po opuszczeniu go w noc z 15 na 16 sierpnia 1920 roku przez Marchlewskiego, Feliksa Dzierżyńskiego i Feliksa Kona, swoją namiętną, gniewną tyradą przeciw tym, którzy „na ziemię swoją sprowadzili najeźdźców”. Proboszcz parafii, na której przebywała wspomniana trójka działaczy, Wiktor Mieczkowski, odnotował (a także zeznał przed sądem wojskowym), że jego nocna rozmowa zwłaszcza z Marchlewskim, była rozmową z „wybitnym przedstawicielem warstwy inteligentnej”, a rozmówcę określił jako „typowego szlachcica polskiego, niskiego, o spokojnych rysach”. Ta opinia koreluje ze zdaniem Wacława Solskiego, który odnotował, że podczas rozmowy z Marchlewskim, „uderzył go jego wyjątkowo czysty, choć trochę staromodny, barwny i bogaty język”. Feliks Kon: „Był to natchniony wódz: jego mowa przenikała duszę masy. Mówił on o mękach i cierpieniach klasy robotniczej, wielkiej misji historycznej proletariatu, o nowym ustroju…”. Będąc natchnionym człowiekiem rewolucyjnej lewicy żywił jednocześnie Marchlewski wyraźny sentyment, a nawet fascynację polską kulturą, polskim imaginarium, nawet jej aspektem patologicznym: „dusza mi się rwie do polszczyzny. Ile dziwnego piękna jest w przeszłości Polski, nawet w okresie straszliwego upadku! Owi „Zebrzydowscy i Zborowscy w czerwonych deliach” – co za kanalie, ale jakie wspaniałe, bestie, w tym swoim rozpasaniu. Toć by tylko żywcem brać i do wściekłych jakich dramatów pakować!”. Cytował też frazę z „Wesela” Wyspiańskiego, że „Polska to wielka rzecz”. Ową polskość jednak „dywersyfikował”. Nie lubił polskości „legunów” , „ligawek” czy warszawskiego kołtuństwa. Bliski mu był polski nurt tradycji oświeceniowej, której poświęcił wiele miejsca w pracy dyplomowej napisanej na finał studiów w Zurichu w 1896 roku. Zarysował tam sylwetki i poglądów ludzi tej idei, Stanisława Leszczyńskiego, Stanisława Staszica, a w szczególności Hugo Kołłątaja, którą to postać najwyżej cenił i planował napisanie poświęconej mu monografii. Nazywał ich „najlepszymi mężami Polski”. Myślał też o napisaniu historii Polski, a w 1922 roku napisał wydane już po jego śmierci „Legendy o królach Polski”. Nie lubił natomiast Polski klerykalnego katolicyzmu, bo jeszcze jako uczeń gimnazjum we Włocławku doświadczył forsownych oddziaływań klerykalnych ze strony tamtejszego księdza-katechety. Jednak przede wszystkim był Marchlewski wielkim człowiekiem rewolucyjnej lewicy. „Marchlewski miał nadzieję, iż komunizm w Polsce przybierze łagodniejszą postać niż w Rosji. W referacie na VIII Zjeździe RKP (b) wysoko ceniący go Lenin następująco ustosunkował się do jego opinii: Jeden z najlepszych polskich towarzyszy komunistów, kiedy mu powiedziałem: „wy zrobicie to inaczej”, odrzekł: „Nie, zrobimy to samo, ale zrobimy to lepiej niż wy”. Na taki argument nie mogłem absolutnie nic odpowiedzieć” – czytamy w jednym z biogramów poświęconych Marchlewskiemu.

Julian Marchlewski był niewątpliwie jedną z kilku najwybitniejszych postaci polskiej, radykalnej lewicy rewolucyjnej, marksistą, internacjonalistą, człowiekiem szerokich horyzontów, komunistą (po jego śmierci nazywano go „najstarszym polskim komunistą”). Drogę życiową i ideową Marchlewskiego można określić jako integralną. Był jednocześnie komunistą niemieckim i radzieckim. Jako Polak był raczej socjalistą, a swoją działalność rozpoczynał u samych narodzin polskiego socjalizmu, przy partii „Proletaryat”. Jako człowiek lewicy był też człowiekiem kultury, a dla lewicy, zarówno socjalistycznej jak i komunistycznej kultura zawsze była jednym z najistotniejszych czynników postępu. Jednocześnie był postacią tak dalece nieszablonową, że budził dystans także w kręgach bliskich mu ideowo, a propaganda PRL miewała kłopoty z „wyprofilowaniem” jego wizerunku. Bardzo trafnie puentuje istotny dla nas dziś sens biografii Marchlewskiego jego ostatni biograf Dawid Jakubowski: „ mechanizm całości praktycznej realizacji komunizmu okazał się okazał się o wiele gorszy niż mogli to sobie wyobrazić ludzie, którzy rozpoczynali jego tworzenie. Ci pierwsi idealiści przewyższali zresztą moralnie i intelektualnie swoich epigonów i pseudonaśladowców. Późniejsza degradacja idei była konsekwencją rozwoju wypadków, których ze względu na wielość czynników istotnych nie można było przewidzieć. Marchlewski, podobnie jak wielu zaprzyjaźnionych z nim ideowych rewolucjonistów, po prostu uległ urokowi idei, które w praktycznej realizacji okazały się ich zaprzeczeniem. Nie przynosi to jednak ujmy owym pionierom, którzy mieli na względzie dobro ludzkości, niezachwianie wierząc w sprawiedliwość społeczną i rozwój duchowy zbiorowości ludzkiej”.

„Mroczna planeta” – Andrzej Żuławski

To już bodaj trzecia w ciągu dekady książka poświęcona Andrzejowi Żuławskiemu, co świadczy o tym, że ma on silną moc budzenia fascynacji, i za życia i po życiu.

Rozpoczął te passę wznowiony właśnie w tym roku, po bodaj dziesięciu latach, wywiad-rzeka Piotra Kletowskiego i Piotra Mareckiego z reżyserem, zatytułowany „Żuławski”, poświęcony jednakowoż niemal wyłącznie jego twórczości, głównie filmowej, jako że autorzy są filmoznawcami. Kilka lat temu ukazał się też inny wywiad-rzeka z Żuławskim, przeprowadzony przez Renatę Kim, skoncentrowany głównie na charakterologicznych, skandalizujących aspektach życia reżysera. Dopiero jednak Aleksandra Szarłat podjęła się próby stworzenia autorskiej, nieklasycznej, niestandardowej biografii Żuławskiego, syntezy jego życia i twórczości. I moim zdaniem dopiero ta praca daje nam syntetyczny, możliwie całościowy, komplementarny obraz jego biografii, jego sylwetki życiowej i jego dzieł filmowych oraz literackich. Ma rację Tadeusz Sobolewski, że pisanie o Żuławskim jest zadaniem „karkołomnym”. To nie frazes, to trafna uwaga. Żuławski był osobowością tak migotliwą, tak bogatą, tak pełną sprzeczności, tak kalejdoskopową, kreatywną, obdarzoną tak finezyjną inteligencją, że każdorazowa próba stworzenia jego statycznej sylwetki kończyła się dotąd na obrazie rozmazanym, takim jaki pozostaje po niezgrabnym poruszeniu obiektywem aparatu fotograficznego. Nie na darmo jego żona Sophie Marceau mówiła o nim, że „żyje w swojej głowie”. Cytowany wyżej Sobolewski użył też innego trafnego w stosunku do Żuławskiego określenia – nazwał go „mroczną planetą”. Być może właśnie dlatego, ciekawe skądinąd próby podjęte przez Kletowskiego i Mareckiego oraz Kim były tak trudne i dlatego pozostawiły niedosyt, że wywiad, rozmowa z Żuławskim, z uwagi na jego osobowość i cechy charakterologiczne z góry skazywały autorów rozmów na to, że im się on wymknie za pomocą inteligentnej demagogii, błyskotliwych konceptów, intelektualnej hipnozy, prowokacji, nieraz też manipulacji jakie stosował wobec rozmówców, zabawy w „kotka i myszkę”, by „jego” zawsze było na wierzchu, jako że ten fascynujący człowiek i artysta był jednak także narcyzem i intelektualnym autokratą. Może właśnie dlatego napisanie o Żuławskim bez jego udziału, jak to zrobiła Aleksandra Szarłat, było rozwiązaniem najbardziej przybliżającym do celu, jakim było uchwycenie go i zatrzymania „w ruchu”, jak na stopklatce. Szarłat, wolna od ograniczenia, jakie było udziałem siedzących przed obliczem Żuławskiego jego rozmówców, zrobiła coś, czego przy bezpośrednim udziale artysty dokonać było niepodobna – spokojnie, bez równoczesnej konieczności toczenia z nim werbalnego pojedynku, odsłoniła jego maski, zajrzała za ekspozycje i ekspresje jego egotyzmu, pod podszewkę jego stylu narracji, pod jego zwischenrufy, bonmoty i paradoksy. Aby to osiągnąć, sięgnęła także po wypowiedzi osób mu bliskich lub znanych i dobrze go znających, co też uchroniło ją od samotnego pojedynku z duchem tego kapryśnego artysty. Żuławski mawiał, że jego życie jest ciekawsze, przede wszystkim dla niego samego, od wszystkich jego filmów i napisanych powieści razem wziętych. Aleksandra Szarłat wykazała, że tak jest naprawdę, a jej bogato ilustrowana praca godna jest zaliczenia – nie waham się stwierdzić – do arcydzielnych pozycji polskiej biografistyki.

Aleksandra Szarłat – „Żuławski. Szaman”, Wydawnictwo Agora, str. 612, ISBN 978-83-268-2935-2

100-lecie według lewicy

11 listopada 2018 roku, o godz. 13.00 serdecznie zapraszamy na odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego. Warszawa, pl. Na Rozdrożu. Zaproście w naszym imieniu Rodziny i Przyjaciół!

 

Szanowni Państwo!

Nieuchronnie zbliżamy się do kulminacji obchodów 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Mamy podstawy sądzić, że obchody zaprojektowane i realizowane przez władze państwowe, odbędą się wedle prawicowego, jednostronnego modelu. Nie będzie w nich miejsca do pokazania złożoności procesów społecznych, gospodarczych i politycznych, które składały się na ostatnie 100 lat naszej historii. Obawiamy się, że budowany będzie nieprawdziwy obraz przeszłości – dobra II Rzeczpospolita i „czarna dziura” PRL, kiepska III RP i pasmo sukcesów ostatnich dwóch lat. Tu jest samo dobro, tam samo zło.
Ale przede wszystkim nie będzie miejsca dla lewicy. Tymczasem jej rola była znacząca zarówno w chwili odzyskiwania niepodległości, jak i przez całe międzywojenne dwudziestolecie, kiedy zapisała piękną kartę obrony praw obywatelskich i pracowniczych. Z kolei po wojnie ludzie odwołujący się do lewicy rządzili Polską przez prawie połowę minionego wieku. Część z nich zaprzeczyła lewicowym ideałom i była odpowiedzialna za zbrodnie okresu stalinizmu, tłumienie wolnościowych zrywów społeczeństwa, ograniczanie praw obywatelskich i łamanie sumień. Byli jednak też tacy – i było ich wielu – którzy na polach nauki, kultury, edukacji czy sportu budowali pozycję Polski i Polaków w świecie. Mówić i pisać trzeba o jednych i o drugich. To nasza historia, jak byśmy jej nie oceniali. To historia Państwa polskiego, ale i wielkich i małych grup społecznych, to historia każdego z nas.
W tej intencji powołaliśmy Społeczny Komitet Lewicy, którego celem jest uzupełnienie i korygowanie prawicowej opowieści historycznej. W gronie ponad – i pozapartyjnym chcemy doprowadzić do finału starania o wybudowanie pomnika Ignacego Daszyńskiego. Będziemy organizować konferencje i seminaria popularno-naukowe wraz z jesienną sesją, która będzie podsumowaniem tych przedsięwzięć. Chcemy przypominać i popularyzować te fragmenty naszych dziejów, w których lewica stawała na wysokości zadania, w poczuciu odpowiedzialności za Naród i Państwo.
To się nie może udać bez mobilizacji lewicowej opinii publicznej, którą tworzy każdy z nas. Chcemy zatem prosić o Waszą pomoc w tej pracy. Gwarantem jej powodzenia jest Wasza aktywność na portalach społecznościowych, inspirowanie i udział w wydarzeniach lokalnych, ich dokumentowanie, także tych, które nie muszą być lewicowe, ale mają społeczne uzasadnienie.
Chcemy przystąpić do zbierania pamiątek ilustrujących wkład lewicy w budowę niepodległej Rzeczypospolitej. Prosimy o zdjęcia tablic, pomników i obiektów dokumentujących zapomniane lub mało znane wydarzenia i inicjatywy. Prosimy o teksty, które przypominać lub odkrywać będą wydarzenia i postaci, bez których nasza historia byłaby niepełna. Zarówno teksty naukowe, jak i popularne, także osobiste. Chcemy na portalu www.daszynski2018.pl uruchomić zakładki biograficzne ludzi nieistniejących dziś w przestrzeni publicznej, dla których ideały lewicy stały się inspiracją do działania. Przypomnimy wielki lewicowy sukces początków Rzeczypospolitej, jakim było przyznanie kobietom pełni praw politycznych, choć nadal jeszcze jest tu dużo do zrobienia.
Nasz komitet nie jest zamkniętym gronem fachowców od historii. Obok licznych profesorów, są w nim samorządowcy, aktywiści organizacji pozarządowych, ludzie kultury i oświaty. Są ludzie rozmaitych pokoleń, o różnej drodze życiowej. Są ci, których PRL sadzała do więzienia i ci, którzy uważali ją za swoje państwo. Jest on otwarty także dla Was. Każdy może do niego wstąpić. Marzy nam się, aby stał się on jak najszerszym ruchem społecznym. Na rzecz prawdy historycznej, szacunku dla tych wszystkich, którzy byli przed nami. Jeśli takiego szacunku oczekujemy od tych, którzy przyjdą po nas, okażmy go naszym poprzednikom.

 

Daszyński – biografia

26 X 1866 – Urodził się w Zbarażu
1888 – Złożył eksternistyczny egzamin dojrzałości w Krakowie; zapisał się na studia
1889 – Pobyt w Królestwie Polskim (areszt i wydalenie)
1890 – Pobyt we Francji i w Szwajcarii
28-30 VI 1891 – Udział w Wiedniu w kongresie socjaldemokracji austriackiej
VIII 1891 – Przewodniczył delegacji polskiej podczas Międzynarodowego Kongresu Socjalistycznego w Brukseli
11 III 1897 / 13 XII 1900 / 16 XII 1907 / 13 VI 1911 – Wybrany do parlamentu austriackiego
V 1902 – Wybrany do Rady Miejskiej Krakowa
28 X 1918 – Objął stanowisko wiceprezesa Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie
7 XI 1918 – Został premierem Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie
26 I 1919 – W Krakowie uzyskał mandat posła do Sejmu Ustawodawczego
24 VII 1920 – Został wicepremierem w koalicyjnym rządzie W. Witosa
4 I 1921 – Na polecenie władz PPS z grudnia 1920 r. ustąpił z rządu W. Witosa
5 XI 1922 / 4 III 1928 / 16 XI 1930 – Uzyskał mandat poselski
20 XI 1925 – Objął stanowisko wicemarszałka Sejmu
27 III 1928 – Wybrany na stanowisko marszałka Sejmu (do 1930)
31 X 1929 – Odmówił otwarcia obrad Sejmu „pod bagnetami, karabinami i szablami”
II 1934 – XXIII Kongres PPS w Warszawie wybrał go przewodniczącym honorowym
31 X 1936 – Zmarł w Bystrej
3 XI 1936 – Manifestacyjny pogrzeb I. Daszyńskiego w Krakowie na cmentarzu Rakowickim