Ani świnka, ani morska

Nie wiadomo w zasadzie, czym miałoby być 500 plus w tej formie, którą od lipca zaproponował Jarosław Kaczyński.
Jeśli ma to być lewicowy, prawdziwie ludowy socjal – bardzo proszę, niech prezes zaproponuje wprowadzenie doń widełek dochodowych „od góry” – tak, aby rzeczywiście pieniądze państwa szły na pomoc najuboższym. W przeciwnym razie reklamowanie w ten sposób kiełbasy wyborczej rozdawanej od sasa do lasa, dostarczycielowi paczek, górnikowi, nauczycielowi i prezesowi banku – jest najzwyczajniej w świecie nieuczciwością mającą zamknąć lewicy usta i na najbliższe parę lat ją zaszachować.
W tym wydaniu 500 plus nie jest to już „socjal” i jak najbardziej może być krytykowane z lewej strony, zwłaszcza że według statystyk „baby boom” rzekomo przez to świadczenie wywołany, zatrzymał się już jakiś czas temu.
W tej chwili flagowy program PiS jest jak świnka morska z popularnego dowcipu – ani to świnka, ani ona morska. Nie skłoni do rodzenia na potęgę jeszcze kolejnych i kolejnych dzieci. Nawet jeśli już kogoś skusiło, to raczej wątpliwe, że będzie kusić nadal na zasadzie „co rok to prorok”. Zaś transfer pieniędzy do kieszeni zamożnych rodziców, których dzieci i tak już uczęszczają do prywatnych szkół i mają start o wiele lepszy od rówieśników, budzi sprzeciw, kiedy mówimy o skali wydatków rzędu 10 miliardów dolarów rocznie (to dane agencji Reutera).
Kaczyński wykonał klasyczny ruch wyprzedzający. I to, trzeba przyznać, świadczy o jego sprycie. Nikt już nie ma tyle do obiecania. I o to właśnie chodziło.