Reflektor, który ciągle świeci

Na przestrzeni 49 lat (od 1971) ukazało się pięć wydań „Rodowodów niepokornych” Bohdana Cywińskiego, eseju, który nie tylko wytrzymał próbę czasu jako tekst i nadal czyta się go znakomicie, ale jest także jedną z najuczciwiej napisanych publikacji dotyczących historii Polski ostatniego 150-lecia, czyli czasu, który do pewnego stopnia (do dyskusji pozostaje pytanie, w jakim stopniu) wpływa na kształt naszej współczesności.

„Rodowody niepokornych”, to autorska historia lewicowej – nie zawsze nominalnie – inteligencji polskiej, która choć miała protoplastów w odzianych w pudrowane peruki ludziach z kręgu Kuźnicy Kołłątajowskiej, to jej nowoczesna historia ma swój początek w „wysadzonych z siodła”, przedstawicielach średniej i uboższej części warstwy szlacheckiej, która w rezultacie klęski Powstania Styczniowego i uwłaszczenia chłopów zmuszona została do wywędrowania do miast i miasteczek Królestwa Polskiego, by tam, w oparciu o zdobyte wykształcenie, podjąć się rozmaitych ról społecznych, które z czasem przeszły ewolucję w stronę stworzenia warstwy inteligenckiej. Początki tego procesu przypadły na czas pozytywizmu, czyli fascynacji materializmem, scjentyzmem, teoriami Darwina, Spencera, Comte’a a także Marksa i zbiegły się z dwoma jednocześnie występującymi zjawiskami: forsownej rusyfikacji metodami Apuchtina i Hurki z jednej strony (młode pokolenie nawet „top” powieści przygodowej: Verne’a, Dumasa czy Mayne Reida musiało poznawać w przekładach rosyjskich) i – z drugiej strony – forsownej klerykalizacji przez kler katolicki przeżywający w tamtej epoce (II połowa XIX wieku) okres szczególnego, sięgającego dna upadku moralnego, mentalnego i intelektualnego. Na to wszystko nałożyło się także przebudzenie patriotyzmu, którego ekspresja po klęsce 1864 roku zamarła mniej więcej na ponad dwie dekady w społeczeństwie pogrążonym w depresji.
Sugestywny obraz tych zjawisk można znaleźć w powieści, która dla wielu była i pozostaje od wielu dziesięcioleci synonimem „nudnej szkolnej lektury”, w „Syzyfowych pracach” Stefana Żeromskiego, którego Cywiński nazwał „wieszczem radykalnej inteligencji polskiej”. I właśnie od obszernego przywołania tej powieści zaczyna swoją opowieść (taką, nieco gawędową formę przyjął dla swoich wywodów autor). Zadbał on przy tym skutecznie, by jego narracja, dotycząca przecież nie „karnawałowej” pod żadnym względem problematyki, nie osunęła się w koleiny nudy, które po kilkunastu stronach męczącej lektury można już tylko opuścić, by uniknąć dalszego, nużącego w nią brnięcia. Zadbał, by była obrazowa: „Najpierw trzeba to wszystko w myśli odtworzyć, wyobraźnią odnaleźć właściwą scenerię. Trzeba to zobaczyć. Informacja historyka jest zbyt sucha, relacje pamiętnikarzy – udrapowane w patos lub przesycone wspominkowym liryzmem. Niełatwo wpatrzeć się w przeszłość już odległą, ożywić obrazy od dawna zatarte, spojrzeć wstecz dalej niż sięga własna pamięć. A jednak spróbujmy dokonać tego wysiłku, przypomnijmy, jak to wyglądało, jak to musiało wyglądać” – zapowiada autor na wstępie rozdziału „Mędrcy” i zaczyna w stylistyce przypominającej bez mała świat powieści sensacyjno-kryminalnych: „Ulice warszawskiego śródmieścia tamtych lat: Wilcza, Hoża, Wspólna, Nowogrodzka, Żurawia, Złota, Szpitalna, Niecała, Leszno… Każdego dnia inna, adresów lepiej nie notować, po prostu trzeba zapamiętać. Piętro drugie, trzecie, pierwsze; front, oficyna… Pięć pierwszych pań wchodzi schodami frontowymi, pozostałe – kuchennymi, od podwórka. I proszę nie przychodzić w ostatniej chwili, wszystkie naraz, żeby stróż nie zwrócił uwagi…”.
Tak wyglądała „inteligencka konspiracja” z połowy lat 80-tych XIX wieku, „Uniwersytet Latający”, organizacja sieci wykładów, która miał uformować przyszłe kadry dla odrodzonego bytu państwowego. Stamtąd, z drobnomieszczańskiego śródmieścia promienie tej działalności szły – napotykając często tworzywo bardzo trudne – także do robotniczych ruder Powiśla czy Woli. Cały ten mrówczy ruch, w którym dominowały młode, wykształcone kobiety, liczył dziesiątki, jeśli nie setki nazwisk, z których najbardziej znanym, emblematycznym, stało się nazwisko Stefanii Sempołowskiej, patronki licznych ulic i szkół. Najsławniejszą słuchaczką w dziejach „Uniwersytetu Latającego” okazała się Maria Skłodowska, w przyszłości – Curie. Listę nazwisk ich patronów, nauczycieli i mistrzów, pełniących, na różne sposoby, różne role w tym wielkim ruchu tworzą m.in. Ludwik Krzywicki, Józef Potocki, (Marian Bohusz), Wacław Nałkowski, Stanisław Krzemiński, Jan Władysław Dawid, Piotr Chmielowski, Adam Mahrburg, Adolf Dygasiński, Tadeusz Korzon i wielu innych, tytułowych „mędrców”. Kilku z nich sportretował w „Przedwiośniu” Żeromski. Cywiński opowiada o okolicznościach, wyzwaniach, wyborach jakie towarzyszyły działalności tego ruchu, o przyłączaniu się do niego wybitnych przedstawicieli kolejnych generacji, Edwarda Abramowskiego, Stanisława Brzozowskiego, Janusza Korczaka, a także uformowaniu się kolejnej odnogi tego odrodzeniowego ruchu, „ludzi podziemnych”, stworzonego przez Polską Partię Socjalistyczną, a obszernie odmalowanego przez jednego z uczestników tego, pisarza Andrzeja Struga, twórcy powieściowego cyklu o „ludziach podziemnych”, do którego należą m.in. „Dzieje jednego pocisku”.
Tematem „Rodowodów” nie jest jednak tylko antycarska czy antyrosyjska, czyli polska konspiracja tej formacji, której poszczególne segmenty ujął autor w określeniu „niepokornych”. Otóż kluczowym zagadnieniem tej książki okazało się nie starcie „niepokornych” z administracją rosyjską, czyli z żywiołem obcym narodowo, zewnętrznym, lecz ich konfrontacja z żywiołami własnego narodu, z inną odmianą „patriotów” – ze sklonowanym w milionach egzemplarzy „Polakiem-katolikiem”, zakamieniałym w obyczajowym i społecznym konserwatyźmie „sarmatą” oraz z potężną organizacją, jaką był Kościół katolicki. To te siły okazały się najgroźniejszym wrogiem „niepokornych” i „podziemnych”, tym groźniejszym, że z racji wspólnoty narodowej i językowej zdolnym do rozpoznania przeciwników. I że dysponowali tarczą z napisami „patriotyzm” i „miłość ojczyzny”, służącymi do szantażowania znienawidzonych „niepokornych” „wywrotowców”. Postawieni wobec takiej miażdżącej przewagi „niepokorni” buntownicy, znaleźli się z konieczności w stanie „rozbratu ze społeczeństwem”, z jego miażdżącą większością, dla którego ozdrowienia i przemiany chcieli pracować. Ten rozbrat wywołał „walkę o rząd dusz”, w którym strona narodowo-katolicka zniżyła się nawet do delatorstwa czyli donosu do administracji rosyjskiej, co Cywiński sportretował w opisie „skandalu w WTD” (Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności). To bardzo istotny wątek także z dzisiejszego punktu widzenia, który, nawiasem mówiąc, w zgoła innym świetle stawia motyw „tradycji zdrady narodowej”, inwektywę od lat stosowaną na różne sposoby przez propisowskie media w stosunku do szeroko rozumianej strony wolnościowej, lewicowej i liberalnej. To bowiem po tamtej stronie jest tradycja haniebnych praktyk donosicielskich do wrogiej władzy, donosicielstwa na ludzi szlachetnych. Cywiński poruszył też interesujący wątek postawy Kościoła katolickiego wobec władzy (obcej, względnie rodzimej). Utraciwszy wraz z upadkiem Rzeczypospolitej u schyłku XVIII wieku pozycję „konstantyńską” (kościoła w sojuszu z władzą) przyjął później, z konieczności, postawę „juliańską” czyli religii pozostającej w mniej czy bardziej ostrej kolizji z formacjami rządzącymi, z czego zresztą także czerpał korzyści, wyczekując niezmiennie na powrotu czasu „nowego konstantynizmu”. Historię postawy Kościoła katolickiego po1939 roku, w tym w szczególności w PRL i III RP, która rzecz jasna nie mogła znaleźć się w ramach zakreślających rozważania Cywińskiego można – w trybie dygresji – określić jako naprzemienność „konstantynizmu” i „julianizmu”, w zależności od tego, kto rządził. W okresie PRL Kościół kat. przyjął postawę „męczeńskiego” „julianizmu”. Po przełomie 1989 roku szybko wskoczył na konika „konstantynizmu”, błyskawicznie dokonując inwazji na rozległe pola życia społecznego i politycznego. W okresie dwukrotnych rządów SLD przyjął obłudnie szaty „juliańskie”, strojąc fochy i bez powodu rozdzierając szaty z byle powodu, choć jednocześnie, dla własnych korzyści balansował między różnymi możliwymi wektorami, a w okresie rządów PO-PSL przyjął postawę balansu interesów między „łże-julinizmem” a bliższym rzeczywistości realnym „konstantynizmem”. Od objęcia rządów przez PiS w 2015 roku, Kościół katolicko zasadniczo – przy ostrożnym sprzeciwie nielicznych związanych z nim jednostek – otwarcie postawił na „konstantynizm” i otwarcie poparł formację Kaczyńskiego, w zamian za liczne korzyści. Czas pokaże jaką cenę za to zapłaci.
Ta dygresja ze współczesnego, a nawet bieżącego punktu widzenia, jest o tyle zasadna, że koresponduje ona z tematem przedostatniej części „Rodowodów”. Przepracowawszy dzieje rodowodów „niepokornych” z lewicy, autor skierował swoją uwagę na „niepokornych” z drugiej ideowej strony rzeki. Część tę poświęcił bowiem próbie odnowy Kościoła kat., która podjęta została na drodze niepisanego sojuszu światlejszych środowisk laikatu katolickiego z „niepokornymi” kręgami społecznej lewicy. Emblematycznym nurtami tego prądu stały się środowiska „Odrodzenia” powstałe w 1919 roku w kilku polskich miastach oraz środowisko skupione od pewnego momentu wokół pisma „Verbum” w podwarszawskich Laskach, a którego duchowym założycielem był ksiądz Władysław Korniłowicz. Środowisko to, choć liczbowo znikome, w pewnym stopniu przyczyniło się jednak do humanizacji i społecznego otwarcia polskiego katolicyzmu, do częściowego odkucia go spod warstwy wielowiekowych skamielin. Jego emanacją w PRL było m.in. środowisko „katolików społecznie postępowych” „Znak” i jego koło poselskie z Tadeuszem Mazowieckim na czele. Szybko okazało się jednak, że ów krąg, który w postaci poszerzonej o część sympatyków i akolitów stworzył trzon rządu „pana Tadeusza” (1989-1990), mimo koncesji czynionych na rzecz Kościoła (n.p. wprowadzenie religii do szkół, ekonomiczne przywileje dla kleru i przyzwolenie na klerykalizację sfery publicznej) został po kilku latach niewdzięcznie opuszczony przez kler (po wyssaniu jak cytrynę), który postawił na większościowy kościół nacjonalistycznie i „konserwatywnie” usposobionego Polaka-katolika. Dorobek liberalnych środowisk katolickich, jeśli nie poszedł na marne, „na przemiał”, to egzystuje dziś gdzieś we wstydliwej izolacji w „mikroskopijnych” środowiskach uniwersyteckich i publicystycznych. Za chichot historii można uznać fakt, że późnym „dziedzicem” tego środowiska („Znak”) jest dzisiejszy koalicjant PiS, Jarosław Gowin. Jego ekscentryczne ruchy polityczne można różnie interpretować, głównie oczywiście na płaszczyźnie aspiracji politycznych. Ja w nich widzę także blady, karykaturalny ślad, „powidok”, efekt pierwotnej, młodzieńczej formacji w atmosferze „niepokory” tamtego środowiska. Tyle dygresji współczesnej. Przywołane wyżej wątki podjęte przez autora „Rodowodów niepokornych”, to tylko skromne próbki ogromnego bogactwa problematyki tej znakomitej książki. Lektura „Rodowodów” naprawdę działa jak wyjątkowo jaskrawy reflektor oświetlający miejsca i zagadnienia, które niejednemu z nas tylko pozornie wydają się jasne i zrozumiałe.
Bohdan Cywiński – „Rodowody niepokornych”, wyd. PWN, Warszawa 2010, str.432, ISBN 978-83-01-16442-3

Stara baśń polskiej literatury

„Baśń niepodległą…” Bohdana Cywińskiego tworzą jego wykłady dla studentów białoruskich wygłoszone w Witebsku w latach 1999-2003. Ten pozornie techniczny tylko, czy organizacyjny fakt nabiera w kontekście tej edycji specyficznego znaczenia. Na pozór bowiem tylko chodzi o to, że wykłady z dziejów literatury polskiej XIX wieku dla studentów „obcych”, niepolskich, miałyby być, jak to bywa w zwyczaju, oparte na zasadzie redukcji ich zakresu oraz uproszczenia ich formy i treści, tak aby były one zrozumiałe dla osób z definicji niezanurzonych w polskiej kulturze. I tu okazuje się, że punkt ciężkości zagadnienia leży zupełnie gdzie indziej.

Opierając się na wieloletnich, ale jedynie potocznych, nie wspartych żadną metodologią obserwacjach, doszedłem do wniosku, że obecność polskiej literatury XIX wieku, a więc literatury współkonstytuującej świadomość „nowoczesnego narodu polskiego” jest bardzo słaba nie tylko w szerokich kręgach społecznych (tu można mówić w właściwie o nieobecności zupełnej), ale także w kręgach ludzi wykształconych, nie wyłączając nawet dużej części grupy, którą można określić jako inteligencję humanistyczną. O ile współczesne, XX – i XXI-wieczne prądy myślowe, kulturowe i literackie są im przynajmniej pobieżnie znane, o tyle literaturę XIX wieku, nie wyłączając fenomenu romantyzmu, z jej sprzecznościami, problematami i antynomiami, traktują na ogół jako spetryfikowaną starzyznę bez współczesnego znaczenia, z którą ostatni kontakt mieli w szkole średniej, czasem w momencie matury z języka polskiego.
Z autopsji pamiętam, jak w trybie koleżeńskim przygotowywałem do matury ’77 z języka polskiego moich sympatycznych kolegów klasowych i jak bardzo treści, które im w najprostszej postaci przekazywałem w formie obszernych dyktand-bryków były przez nich nie tylko nieuwewnętrznione, ale nawet nieprzyswojone na najbardziej powierzchownym poziomie jako treści istotne. Przez cały czas owych domorosłych „wykładów” kwietniowo-majowych, odbywających się w bujnie kwitnącym ogrodzie jednego z kolegów miałem nieodparte poczucie, że przekazywane im treści nie mają dla nich najmniejszego związku z realnym światem ich odczuwania, myślenia i działania, że gruba je od nich dzieli szyba. W powietrzu ostentacyjnie krążyła znana idea – „zakuć, zdać, zapomnieć”. A przecież był to choćby czas głośnych inscenizacji Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym, który miał iście prometejski dar atrakcyjnego wlewania starych tekstów polskiej literatury w amfory współczesnej i nowoczesnej formy scenicznej.
Tę moją intuicję potwierdza po latach Bohdan Cywiński, zapewne w oparciu o bazę metodologiczną i systematyczny, uniwersytecki ogląd. W posłowiu do swojego zbioru zauważa on, że „obcowanie z wartościami tej literatury polegające na czytaniu samodzielnym poza szkołą, wybierali tylko nieliczni”. Cywiński zauważa jeszcze inną rzecz istotną, a nawet stanowiącą o istocie zjawiska: „Sprowadzanie samej sprawy kontaktu z dziewiętnastowieczną literaturą polską do ram (…) programów szkolnych, pomija jeden jeszcze, bardzo chyba ważny szczegół. To nie jest literatura „dla młodzieży”. Pisana była dla czytelników dorosłych, dojrzałych (…) To do nich skierowany był „Pan Tadeusz”, „Lalka”, „Nad Niemnem” czy „Wesele”. (…) Zepchnięcie tej twórczości do funkcji lektur szkolnych dla piętnastolatków, walczących o stopień „dopuszczający” w dzienniku, to z pewnością rozszerzenie kręgu jej przymusowych odbiorców, ale równocześnie – niewątpliwie degradacja jej pierwotnego sensu.
Jak wybrnąć z tej ideowej i kulturowej pułapki? Sądzę, że to pytanie odnosi się nie tylko i nie tyle do modelu (…) szkoły, ale przede wszystkim – do modelu całej, zupełnie „dorosłej” kultury współczesnego Polaka”. Obawiam się, że jest gorzej niż wynikałoby z pytań Cywińskiego i że mamy do czynienia z totalnym analfabetyzmem kulturowym i tożsamościowym polskiego społeczeństwa. Sam zaś zbiór eseistycznych w formie wykładów jest wspaniałą ucztą intelektualną i estetyczną, jako że już od „Rodowodów niepokornych” (początek lat 70-tych), owej fascynującej, autorskiej historii inteligencji polskiej wiadomo, że Cywiński jest wybornym pisarzem, mistrzem stylu wytwornego i klarownego zarazem. Tytułowa „baśń” jest oczywiście przede wszystkim metaforyczną figurą w którą Cywiński ujmuje narodową funkcję polskiej literatury.
„Baśń” jest tu rozumiana jako dzieło ludzkiej swobodnej wyobraźni, a nie w ścisłym, gatunkowym rozumieniu tego słowa. W tym kontekście wielką polską baśnią jest tak romantyzm, jak i odległy – zdawałoby się – od baśni pozytywizm, a także wieńczące wiek XIX modernizm i neoromantyzm. Fascynujące jest to Cywińskiego opowiedzenie Polski przez literaturę.

Bohdan Cywiński – „Baśń niepodległa, czyli literatura okresu zaborów”, wyd. Editions Spotkania, Warszawa 2016, str. 307, ISBN 978-83-7965-124-5