Renta historyczna i podobne idée fixe

To nowe pojęcie za sprawą Sławomira Sierakowskiego ujrzało światło dzienne, ale miejmy nadzieję, że niedługo pożyje.

 

Zaczynając od podstaw, renta to nic innego jak dochód; może być pewnego rodzaju świadczeniem (inwalidzka, socjalna, rodzinna i inne) albo pochodzić z posiadanego kapitału, np. odsetki od obligacji itp. Znane jest także pojęcie renty feudalnej jako systemu świadczeń na rzecz feudała (pańszczyzna, danina, czynsz).

 

„Rentę historyczną”

eryguje Sierakowski na Onecie przy rozważaniach o aktywnym poparciu Niemiec dla budowy rurociągu Nord Stream 2. Poza względami ekonomicznymi, które podkreśla, uważa ponadto, że liczący się wpływ na taką, nie solidarnościową i prorosyjską, postawę rządu niemieckiego ma liczący się wpływ „rosyjska renta historyczna”. I dalej: „Nie chodzi jednak tylko o gospodarkę. Rosja po II wojnie światowej może liczyć na dodatkowe względy w Niemczech z powodów historycznych. Nad Renem i Szprewą pamięta się, że w II wojnie światowej zginęło 20 mln Rosjan. Nie pamięta się najczęściej, że to wcale nie byli sami Rosjanie, tylko obywatele Związku Radzieckiego i w tych liczbach jest przynajmniej 3 mln Ukraińców służących w Armii Czerwonej. Co nie zmienia faktu, że niemieckie zbrodnie na Wschodzie rzeczywiście należą do najbrutalniejszych, jeśli holocaust potraktować jako osobną kategorię. Zagłodzenie prawie trzech milionów jeńców Armii Czerwonej albo milion ofiar oblężenia Leningradu, to w Niemczech fakty jako tako znane opinii publicznej. Dlatego do dziś trudno jest Niemcom rozliczać Rosję z moralności.”

 

Niewiele w tym rozumowaniu

trzyma się logiki, przede wszystkim nie bardzo wiadomo o jakie niemoralne rosyjskie czyny tu chodzi. Jeśli o aktualny konflikt na Ukrainie, o którym też rozpisuje się autor, to wymyka się on takiej ocenie, będąc głównie skutkiem i wyrazem, znanych dobrze z historii, działań różnych mocarstw o rozszerzanie sfer swoich wpływów. Podobnie, wiązanie projektów businessowych z moralnymi zasadami niewiele ma wspólnego, bowiem w obu sytuacjach nadrzędnym jest określony interes ekonomiczny, polityczny czy też militarny. Sorry Winnetou, ale takimi to zasadami rządzi się świat od wieków.
Równie nietrafnym jest przypomnienie o śmierci milionów Ukraińców, stanowiące kulawe nawiązanie do współczesności. Sierakowski naśladuje tu niejako Grzegorza Schetynę, który w swoim czasie twierdził, że obóz koncentracyjny w Oświęcimiu wyzwolili nie Rosjanie a Ukraińcy – żołnierze 60. armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego. Jeden z wykształcenia socjolog, a drugi historyk, ale razem nie wiedzą skąd pochodziły nazwy radzieckich frontów i jakiej państwowej przynależności żołnierze na nich walczyli.
Ale nie to w rozumowaniu Sierakowskiego jest najważniejsze, bowiem próbuje on wytłumaczyć współczesne niemieckie decyzje przeszłością. Powróćmy więc do niej.

 

Kontakty niemieckie z Rosją

datują się zapewne wcześniej niż książę Holsztynu Karl Peter Ulrich von Holstein-Gottorp (wnuk Piotra I) zasiadł w 1762 roku na tronie imperatorów Rosji jako Piotr III Holstein-Gottorp-Romanow. Dotyczyły one niemieckiego handlu, rzemiosła, nowych produktów i wytworów, elementów kultury.
Ale nie tylko w tych obszarach, bowiem wśród małżonek rosyjskich carów były m. in.: przyszła caryca Katarzyna II Aleksiejewna Wielka, urodzona jako Sophie Friederike Auguste von Anhalt-Zerbst w Szczecinie, Aleksandra Fiodorowna, urodzona jako Fryderyka Luisa Charlotta Wilhelmina Hohenzollern – od 1825 cesarzowa Rosji jako żona cara Mikołaja I, i również Aleksandra Fiodorowna, żona ostatniego cara Rosji Mikołaja II, urodzona jako Wiktoria Alicja Helena Ludwika Beatrycze w Hesji-Darmstadt. Władczynie zapewne nie tylko swoje damy do towarzystwa przywoziły do, z niemiecka nazwanego, Sankt Petersburga. Liczące się wpływy niemieckie utrzymywały się też oczywiście poza carskim pałacem, obejmowały szereg dziedzin życia ekonomicznego, politycznego i wielu innych, w zmieniającej się Rosji. I trwały ponad 200 lat, przerywane stosunkowo krótkimi okresami wzajemnych zmagań zbrojnych. Wynikały z bliskości położenia obu państw i wzajemnie czerpanych, pełnymi garściami, korzyści: Niemcy pozyskiwali surowce, ale także osiągali spore korzyści z udziału w modernizacji Rosji, Rosja przede wszystkim to drugie m. in. poprzez dostęp do wysoko kwalifikowanych kadr, nowoczesnych sposobów zarządzania i rozwiniętej zachodniej techniki. I tak to generalnie pozostało po dziś dzień, bowiem zawsze business is business.

 

Wojny kończące się zwycięstwem

jednej ze stron, oznaczały zajęcie przynajmniej części terytorium pokonanego przeciwnika, podbojem i różnym wykorzystaniem zamieszkującej je ludności oraz kontrybucją, czyli daniną pieniężną, narzuconą w traktacie pokojowym państwu pokonanemu, a dawniej opłatą nakładaną przez władcę na kraj przez niego podbity (haracz, trybut, podatek). Możliwy był również liczący się wpływ zwycięskiego państwa na dalsze losy pokonanego. Dzieje tego świata nie znają jednak, tak opisanego przez Sierakowskiego, pojęcia renty historycznej będącej formą państwowej rekompensaty, po wielu latach i ze względów moralnych, za popełnione w czasie minionej wojny zbrodnicze czyny.
I tak również nie jest w obecnych stosunkach pomiędzy Niemcami a Rosją, acz żadną miarą nie można wykluczyć, że – jak mówi Szczepan Twardoch w ostatnim „Newsweeku”: „poczucie odpowiedzialności za Zagładę leży w samym centrum niemieckiej myśli politycznej i definiuje współczesną polityczność tego kraju” – dotyczy ono również zbrodni hitlerowskich Niemiec na wschodzie. Ale to „poczucie odpowiedzialności” nie ma nic wspólnego z poparciem państwa niemieckiego dla businessowego projektu budowy wspomnianego Nord Stream 2.

 

Można by przejść

do porządku dziennego, bez tych wszystkich rozważań nad twórczą inicjatywą Sławomira Sierakowskiego, gdyby nie kilka znaczących względów.
Pierwszym jest niebezpieczeństwo uznania, skądinąd fałszywego wyjaśniania rzeczywistości, za prawidłowy sposób jej oglądu. Za pomocą tej renty historycznej można przecież prowadzić również bardzo aktywne kampanie polityczne, także dotyczące licznych polskich spraw.
Drugim osoba autora, który w polskim dyskursie politycznym zajmuje ważące miejsce, co w konsekwencji skutkować może, iż „renta historyczna” – pisana z cudzysłowem bądź bez – wejdzie nie daj Bóg do politologicznego języka i stanie się sposobem opisu i tłumaczenia pewnych wydarzeń.
Trzecim wreszcie powodem niepokoju, związanego z tym nowym pojęciem, jest fakt, że wpisuje się ono – jak mówi wspomniany Szczepan Twardoch – w umacnianie w Polsce, chorej, fałszywej świadomości, i z tego powodu gnijącej od środka.

 

Zjawisko polskiej chorej świadomości,

znane od wielu lat, przejawia się w oglądzie przeszłości, niedawno minionych wydarzeń, jak też w ocenie współczesności.
Opadł już co prawda pył z bitewnych polemik na temat sposobu uczczenia rocznicy odzyskania Niepodległości, ale warto powtórzyć, że po raz kolejny przedstawiono ją w zidealizowanej formie, pozbawionej głębszej refleksji, nie mówiąc już o przykrej niekiedy dla nas prawdzie. Przypomina ją niemiecki historyk Jochen Böhler w książce „Wojna domowa. Nowe spojrzenie na odrodzenie Polski” cytując m. in. popularną przyśpiewkę grupy naszych żołnierzy w czasie konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1918—1919 oraz w okresie wojny polsko-bolszewickiej w latach 1919-1920:

Słynny z mordów i grabieży
Dziewiętnasty pułk młodzieży.
Lance do boju, szable w dłoń,
bolszewika goń, goń, goń!
Dziewiętnasty tym się chwali:
na postojach wioski pali.
Gwałci panny, gwałci wdowy,
Dziewiętnasty pułk morowy.
Same łotry i wisielce,
to są Jaworskiego Strzelce.
Bić, mordować —
nic nowego dla ułanów Jaworskiego.
Wroga gnębić, wódkę pić, Jaworczykiem trzeba być.

Te szokujące słowa i czyny, które także wiodły nas na drogach ku niepodległości, nie przystające do bogoojczyźnianych obchodów i obrzędów, są obecnie mało znaczącym wspomnieniem z lat minionych, w stosunku do bardzo dziś aktualnej, kolejnej sentencji Twardocha: „Rozumiem ludzi, którzy czują, że po 1989 r. wydarzył się w Polsce jakiś sukces i pokolenie, które tego dokonało, ma prawo uważać, że zrobiło dla Polski coś ważnego. Rozumiem ich rozgoryczenie i gniew, gdy odbiera się ważność i godność ich wyborom, a PiS stara się to robić. Ale rozumiem równocześnie ludzi, którym godność odebrało traumatyczne i nieopowiedziane doświadczenie transformacji, a potem samozadowolenie liberalnych elit po fałszywym końcu historii.”

 

Rzecz w tym,

że historia trwa nadal, i co prawda nie objawia się w historycznej rencie, ale w jakże podobnych politycznych wyobrażeniach i wyborach Polaków, zainfekowanych chorą świadomością, prowadzącą nas wszystkich, tym razem wspólnie, ku samozagładzie.
To nie jest przepowiednia na Nowy 2019 Rok, a tylko ostrzeżenie przed nadchodzącymi kolejnymi, politycznymi wyborami tego roku.

Dzieje tego świata nie znają opisanego przez Sierakowskiego, pojęcia renty historycznej będącej formą państwowej rekompensaty, po wielu latach i ze względów moralnych, za popełnione w czasie minionej wojny zbrodnicze czyny.

Polska – USA – Rosja. Wymiar realnych interesów My, socjaliści

Po liście ambasador USA w Polsce do premiera polskiego rządu nadszedł chyba czas na przybliżenie prawdy o realnym wymiarze interesów Polska – USA z Rosją w tle.

 

Lansowana dotychczas w mediach wspólna miłość nabrała nagle realnych wymiarów. Ciekawe, czy przedstawiciele elit rządzących w Polsce są gotowi taką prawdę społeczeństwu przekazać? Trzeba bowiem powiedzieć, na czym realnie polegają stosunki między Polską a USA i ile to kosztuje. W tle jest kalkulacja – czemu tak drogo?
Przez ostatnie 300 lat, do dziś, relacje w Europie opierają się na równowadze w układzie sił pomiędzy Niemcami (Prusami) a Rosją. Historycznie beneficjentem lub ofiarą była zawsze w tym układzie Polska. Stan ten skutkował rozbiorami Polski, jak również względnej stabilności i okresami możliwości realizacji, w ograniczonym zakresie, naszych interesów narodowych (II RP, Polska Ludowa). Zawsze istniał problem granic Polski, ponieważ mimo zakodowanej w naszej pamięci przestrzeni imperium jagiellońskiego, nigdy później nie udało się osiągnąć podobnych rozmiarów państwa. Do dziś stanowi to kompleks i przekleństwo kolejnych pokoleń. Najdłuższy w historii współczesnej okres stabilnych granic na wschodzie i zachodzie uzyskała Polska po II wojnie światowej, trwa to już 73 lata, choć zostało okupione kilkoma milionami polskich ofiar.
Stan ten jest wynikiem stosunków europejskich i światowych opartych o nowy paradygmat kształtowania relacji w Europie ustalony w latach 1943-46 przez państwa zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej. Przetrwał on mimo upływu czasu i zmian po wydarzeniach lat 1989-90, przede wszystkim po upadku ZSRR i zjednoczenia Niemiec.
Trzeba zwrócić uwagę, że Polska, mimo upływu czasu, ma nadal problem z odpowiedzeniem sobie na dwa zasadnicze pytania. Jedno dotyczy Rosji, drugie – Niemiec. Pierwsze to, czy istniejąca dziś Federacja Rosyjska kontynuuje kierunek rozwoju oparty o spuściznę historyczną carskiej Rosji domu Romanowów, czy też w zmienionej formie utrwala Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz drugie, czy Republika Federalna Niemiec jest krajem, który wyciągnął wszystkie wnioski ze skutków swej polityki ostatnich 200 lat, czy też kontynuuje w zmienionej formie „drang nach Osten” metodami pokojowymi. Uważam, że Polacy powinni zadawać sobie te pytania i poszukiwać na nie pozytywnych odpowiedzi, bowiem jesteśmy narodem i krajem, który ma swoje miejsce w historii świata i Europy, a także może mieć realny wpływ na przyszłość naszego regionu i kontynentu.
Warto przypomnieć, że szczególnie dynamiczne przeobrażenia przeszedł świat w wyniku II wojny światowej. Zmieniły się granice w Europie. W wyniku ustaleń w Jałcie i Poczdamie Polska wróciła na ziemie piastowskie w stabilnych granicach, stała się państwem jednonarodowym, w przeciwieństwie do II RP rozdzieranej przez konflikt z narodami na wschodzie i zagrożenia od zachodu i północy.
W ramach tworu państwowego – Polski Ludowej i istniejących w latach 1945-90 realnych sojuszy w Europie, gwarantem polskich granic był ZSRR, bowiem jako mały kraj, takich gwarancji sami nie byliśmy w stanie sobie zapewnić.
Granica Polski na wschodzie opierała się i opiera na tzw. Linii Curzona, będącej pierwotnie brytyjską koncepcją graniczną po wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Przyjął ją Stalin po przetargach w Teheranie i Jałcie, i w 1944 roku uzyskał zgodę PKWN na jej pozostawienie, jako trwałej granicy Polski na wschodzie. Rozwiązanie to potwierdzili alianci zachodni. Dziś granica ta nie jest kwestionowana, Rosja nie formułuje wobec Polski żadnych roszczeń granicznych. Niemniej na Ukrainie znajdujemy w ostatnich latach akcenty sił nacjonalistycznych dotyczące przynależności Przemyśla, Chełma i Hrubieszowa do tradycji i historii tego państwa.
Pomimo, że zmiana w układzie sił światowych nastąpiła w roku 1990 wydawać by się mogło, że Polska osiągnęła stan bezpieczeństwa, to tak wcale nie jest. Trwająca rywalizacja o przywództwo światowe powoduje zagrożenia naszego interesu narodowego. Poszukiwanie gwarantów naszego bezpieczeństwa, mimo przynależności do NATO nie wydaje się być zakończone, mamy bowiem w tle nieporozumienia (a może spór) pomiędzy USA i częścią państw Europy Zachodniej, które kwestionują między innymi wspólnotę tzw. Zachodu opartą o dominację amerykańską.
Rządząca w Polsce koalicja prawicowa próbuje rozwijać wielowymiarowy dialog i stosunki z USA, widząc w tym budowę gwarancji naszego bezpieczeństwa. Polityka ta napotyka na zróżnicowane opinie, również w obozie szerokiej prawicy. Na przykład prof. Stanisław Bieleń pisze, że „…afektywny stosunek do Rosji, przedstawianej w czarnych barwach, służy konstruowaniu polskiej tożsamości jako państwa zwasalizowanego wobec Ameryki. Z enuncjacji polskich polityków odwiedzających Stany Zjednoczone, można wywnioskować, że najważniejszym celem polskiej dyplomacji jest oparcie gwarancji amerykańskich dla bezpieczeństwa Polski na sojuszu antyrosyjskim”.
Wydaje się, że ostatnie wydarzenia, szczególnie treść i ton listu ambasador USA do polskiego premiera, jak też realne istniejący układ sił w naszej części kontynentu opierający się o rozbieżne interesy największych graczy: USA, Niemiec i Rosji powinny rodzić dziś, i w dalszej perspektywie takie działania polityczne polskich władz, które biorą pod uwagę przynajmniej nasze doświadczenia historyczne, szczególnie te z lat 1795, 1918 i 1939.

Krajobraz po bitwie warszawskiej

Bitwa polsko-bolszewicka pogrążyła republiki radzieckie w długotrwałym izolacjonizmie. To zdeterminowało charakter utworzonego w 1922 r. Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

 

Za wypaczenia socjalizmu w ZSRR nie można winić tylko jednej konkretnej postaci. Przecenianie roli jednostki byłoby niezgodne z materializmem historycznym. Autorytarny charakter ZSRR był więc przede wszystkim konsekwencją izolacjonizmu. W podobny izolacjonizm popadła również Polska i to głównie ona ucierpiała na awanturniczej polityce zagranicznej Józefa Piłsudskiego.
I wojna światowa była eksplozją szowinizmu i imperializmu. Jedynie międzynarodowy ruch robotniczy mógł przeciwstawić się nacjonalistycznej burżuazji i jej wojennym tendencjom. Ruch socjalistyczny ostatecznie zawiódł. Opcja bolszewicka była jedną z nielicznych, które skutecznie przeciwstawiły się imperialistycznej wojnie. Od samego początku bolszewicy prowadzili agitację antywojenną. W lutym 1917 roku obalono skompromitowany carat. Burżuazyjno-demokratyczny zryw nie zakończył jednak bezsensownych działań wojennych prowadzonych przez Imperium Rosyjskie. Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego dążył do rządów bonapartystycznych, został jednak obalony przez bolszewików. To był też początek końca pierwszej wojny światowej.
Młode państwo radzieckie wycofało się z wojny, jednak w latach 1918-1921 trwała w Rosji radzieckiej wojna domowa. Przeciwko bolszewickiej Rosji wystąpiły siły monarchistyczne („biali”) i związane z Rządem Tymczasowym, wspierane przez zagraniczną burżuazję. Lew Trocki w pracy „Terroryzm i komunizm” pisał: „Kautsky przedstawia radzieckich robotników a i całą w ogóle rosyjską klasę robotniczą jako zbiorowisko egoistów, nierobów i samolubów. Ani słowem nie mówi o niebywałym w historii – z punktu widzenia rozmachu podłości – zachowaniu rosyjskiej bur­żuazji, o jej narodowych zdradach: o wydaniu Rygi Niemcom w celach «pedagogicznych»; o przygotowaniu takiego samego wydania Petersburga; o jej 129 odezwie do obcych armii, cze­chosłowackiej, niemieckiej, rumuńskiej, angielskiej, japońskiej, francuskiej, arabskiej i mu­rzyńskiej, przeciwko rosyjskim robotnikom i chłopom; o jej spiskach i zabójstwach za pienią­dze Ententy; o wykorzystaniu jej blokady nie tylko śmiertelnego wyczerpania naszych dzieci, lecz także systematycznego, niezmordowanego, wytrwałego rozprzestrzeniania w całym świecie niesłychanego łgarstwa i oszczerstw”. Rosyjscy komuniści byli w tej walce osamotnieni.
Gdy na byłym terytorium Imperium Rosyjskiego trwała wojna domowa, w Europie trwała walka robotnicza. Powstały Bawarska Republika Rad i Węgierska Republika Rad. 7 listopada 1918 r. utworzono w Polsce Rząd Ludowy pod wodzą Ignacego Daszyńskiego obiecujący m. in. nacjonalizację przemysłu, 8 godzinny dzień pracy i reformę rolną. Istniał on jednak tylko do 19 listopada 1918 r. Robotniczy entuzjazm trwał krótko. Jednostki Freikorpsu, paramilitarne formacje do których wstępowali zarówno monarchiści jak i socjaldemokraci, stłumiły Bawarską Republikę Rad. Do podobnego stłumienia rewolucji doszło na Węgrzech. Węgierska Republika Rad powołana w 1919 r., rządzona przez Bélę Kuna została obalona przez wojska Mikołaja Horthy de Nagybanya, który zaprowadził pierwszą po I wojnie światowej prawicową dyktaturę w Europie. Polscy socjaliści zachowywali się podobnie jak socjaldemokraci niemieccy – spacyfikowali polski ruch robotniczy, w tym utworzoną 6 listopada 1918 r. Republikę Tarnobrzeską. Młode państwo polskie pragnęło również realizować swoje imperialne ambicje tocząc batalie o wschodnie granice. Polska chcąc wykorzystać słabość państwa radzieckiego i mas rosyjskich wyniszczonych przez wojnę domową dążyła do wojny polsko-bolszewickiej.
Wojna polsko-bolszewicka stworzyła mit jakoby bolszewizm był w swojej istocie antypolski. To stworzona przez rzekomego zwycięzcę bzdura. Nie byłoby niepodległości Polski bez Rewolucji Październikowej. To rząd bolszewicki, nie Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego, zwrócił Polsce ziemię zanim zrobiła to reszta zaborców. Kluczowa była w tym rola Feliksa Dzierżyńskiego w anulowaniu samych zaborów.
Polska miała zdecydowanie lepsze warunki by zostać państwem socjalistycznym niż Rosja i republiki sąsiednie. Zabory pozostawiły Polsce bardziej uprzemysłowione tereny, m. in. ziemie polskie były najbardziej uprzemysłowionym obszarem na terenie Imperium Rosyjskiego. Niepodległa Polska nie wykorzystała jednak swojego materialnego potencjału. Historia w dosadny sposób przyznała rację Róży Luksemburg i jej teorii organicznego wcielenia. Protekcjonistyczny kapitalizm rosyjski przyczynił się do rozwoju przemysłu na terenie Królestwa Polskiego o czym pisała działaczka SDKPIL w swojej pracy doktorskiej „Rozwój przemysłu w Polsce”.
Róża Luksemburg twierdziła, że niepodległość Polski może przyczynić się do zerwania zależności gospodarczych, tym samym do upadku przemysłu. Tak też się stało w niepodległej burżuazyjnej Polsce – doszło do dezindustrializacji, choć wcale nie musiało. W tym miejscu należy odróżnić wolność polityczną od zależności gospodarczych, na co wskazywał chociażby Lenin w polemice z Różą Luksemburg broniąc postulatu niepodległości Polski. Dezindustrializacja wynikała z konfliktu polsko-radzieckiego. II RP nie odzyskała poziomu uprzemysłowienia sprzed I wojny światowej.
Uprzemysłowienie w II RP szło opornie, COP i Gdynia były wyjątkami. Wówczas gospodarka radziecka, odporna na kryzys światowy 1929 roku, rozwijała się błyskawicznie. Polska dopiero po II wojnie światowej, wraz z rozwijaniem przemysłu przez rządy Polski Ludowej przezwyciężała swą nędzę. Jak głoszą rozmaici historycy – w 1920 roku „uratowano Europę przed bolszewizmem”. Dodajmy jednak, że od tego czasu prym w Europie wiodły prawicowe dyktatury. Od Węgier począwszy, przez Włochy, gdzie ruch robotniczy nie zdołał zatrzymać faszystów, po Hiszpanię generała Franco.
Lenin przewidział, że następna wojna światowa będzie jeszcze bardziej okrutna. Pokój okresu międzywojennego nawet nie próbował zachować pozorów długotrwałości, gospodarki poszczególnych krajów były zorientowane na wojnę i zbrojenia. W Europie panował też wszechobecny autorytaryzm. W Polsce w 1926 r. doszło do zamachu majowego w którym wojska Piłsudskiego obaliły rządy parlamentarne. Pucz poparła lwia część ruchu robotniczego, w tym Komunistyczna Partia Polski i Polska Partia Socjalistyczna, mając nadzieje na rewolucję socjalną. Zamiast tego Piłsudski postawił na sojusz z ziemiaństwem, zaś tych, którzy wcześniej go popierali zamykał do politycznego więzienia – Berezy Kartuskiej.
Rusofobia i antykomunizm Piłsudskiego uczyniły go ślepym na interes Polski. Były socjalista skazał Polskę na peryferyjny kapitalizm z elementami feudalizmu. Wykorzystał on ruch robotniczy by oprzeć swoją dyktatorską władzę na zgniłym „porozumieniu narodowym”, a w gruncie rzeczy na czystej ideologii władzy i zgniłej polityce rzekomej równowagi między sąsiadami. W 1933 r. władzę w Niemczech objęło NSDAP wspierane przez niemieckich i zagranicznych przemysłowców. Niemcy zaczęły się zbroić w błyskawicznym tempie. Skutki były łatwe do przewidzenia.
W 1935 roku Józef Stalin zdobył władzę absolutną. W tym samym roku zmarł Józef Piłsudski. Po jego śmierci jego brunatni następcy mieli bardziej proniemieckie sympatie. Sanacyjne elity chadzały nawet na polowania z Hermanem Goeringiem. Stalin coraz bardziej uderzał w narodowe tony, co wiązało się także z zagrożeniem zewnętrznym. Owocem coraz bardziej patriotycznej propagandy były filmy historyczne takie jak „Aleksander Newski” Sergieja Eisensteina z 1938, czy „Minin i Pożarski” Wsiewołoda Pudowkina z 1939, które powstały jako odpowiedź na wrogość ze strony Polski i Niemiec.
Druga połowa lat 30-tych to również czas krwawych czystek w ZSRR. Zginęło również wielu działaczy Komunistycznej Partii Polski. KPP była także intensywnie infiltrowana przez sanacyjny wywiad. W tamtym okresie zamordowanych zostało także wielu doświadczonych wojskowych, w tym Michaił Tuchaczewski, który w 1920 roku wiódł Armię Czerwoną na Warszawę. Stalin nie wysłuchał wtedy jego rozkazu by udać się na Warszawę i sam wyruszył na Ukrainę. Tuchaczewski chciał wówczas dla niego kary śmierci za niesubordynację. Chwile przed swoją śmiercią Tuchaczewski dążył do porozumienia z Niemcami.
Czy nadużyciem jest obarczać odpowiedzialnością za czystki i za grzechy izolacjonizmu burżuazję? Z pewnością należy ją obarczyć za powszechną faszyzację Europy. 15 sierpnia uratowano zachodnią burżuazję kosztem m.in. Polski. Polska straciła swe szanse na rozwój na długie lata. Częściowo nieświadomie pogrążyła też w izolacjonizmie młode państwo radzieckie, a przede wszystkim siebie i to po to by zachodnie mieszczaństwo czuło się bezpieczniejsze. Burżuazja broni swojego panowania na różne sposoby – raz przekupując Matką Boską, raz faszystów czy nazistów. Gdyby socjalizm rozprzestrzenił się po całej Europie jego charakter byłby prawdopodobnie zupełnie inny.
Krótkowzroczność sanacyjnych elit miała swój wpływ także na pakt Ribbentrop-Mołotow i okupację Polski w 1939 r. Dla Stalina oznaczało to „jedno faszystowskie państwo mniej”, a właściwie pozbycie się jednego z bardziej wrogich dla ZSRR państw. Sanacyjni politycy nie chcąc zachować resztek godności, na czele z Rydzem-Śmigłym uciekli do Rumunii. Nikt rządzących w II RP wojskowych za to nie zdegradował, jak dziś degraduje się Jaruzelskiego za to, że wziął na siebie odpowiedzialność za swoje poczynania. Sanacyjne elity nie cieszyły się też powszechnym poparciem narodu. Podkreślał to m. in. przeciwny sanacji Władysław Sikorski.
Sanacyjni politycy mają swoich niegodziwych następców w politykach III RP, szczególnie w partii obecnie rządzącej. Po upadku Polski Ludowej po raz kolejny doszło do dezindustrializacji tym razem za sprawą terapii szokowej i neoliberalnych recept. Teoria organicznego wcielenia Róży Luksemburg ma już tu mniejsze zastosowanie, wszak przemysł na wskutek jeszcze brutalniejszej terapii szokowej upadał również Rosji. Jednak skłócenie Polski w Rosją w czasach III RP również znacznie hamuje polską gospodarkę. Sankcje gospodarcze nałożone przez UE na Rosję po tzw. „Euromajdanie” szkodzą głównie polskim rolnikom i sadownikom. Najgorsza jest jednak nieustannie nakręcana prowojenna atmosfera tym razem już nie przeciwko państwu rewolucyjnemu tylko konserwatywnej Rosji. Rząd PIS-u interesuje głównie interes amerykańskich firm zbrojeniowych.
Warto też porównać stosunek polskich polityków do ukraińskiego ruchu narodowego z okresu wojny polsko-bolszewickiej i czasów współczesnych. Ukraińcy pod wodzą Szymona Petruli sprzymierzyli się z wojskami Piłsudskiego przeciwko bolszewikom. Ludzie Petruli jednak przegrali swoją sprawę, Piłsudski potraktował ich bardzo instrumentalnie. Część z nich utworzyło później podwaliny dla ukraińskiego szowinizmu, zdecydowanie antypolskiego – OUN i UPA. Obecnie rządzący rząd na Ukrainie w swojej polityce historycznej odwołuje się raczej do UPA i OUN niż do Szymona Petruli. To nie przeszkadza władzom Polski popierać tamtejszego rządu.
Dzisiejsza Polska nie jest, tak jak II RP, odizolowana od świata, choć PIS dąży do skłócenia nas ze wszystkimi sąsiadami. Jednak tak samo jak w II RP obecni polscy politycy realizują interesy państw zachodnich kosztem interesu Polski, deklarując hurrapatriotyzm. PIS pod tym względem bije wszystkich poprzedników na głowę. Nikt dotąd nie był tak nienawistny wobec Rosji, nikt nie kochał bardziej Polski i nikt bardziej nie kochał NATO.
Samo NATO nie daje zaś Polsce żadnych realnych gwarancji bezpieczeństwa, także ze względu na nasze położenie geograficzne. Polska jak najszybciej powinna opuścić Pakt Północno-Atlantycki przestać służyć za poligon dla obcych sił, kosztem obywateli Polski i polskich podatników skupujących złom z USA. Obecność Polski w NATO to nieustanne prowokacje i nakręcanie atmosfery zagrożenia w interesie światowej finansjery. Kto wie, czy obecna polityka zagraniczna neosanacji nie jest nawet bardziej samobójcza niż ta elit sanacyjnych z lat 30 ubiegłego wieku.

Głos prawicy

Kolejne muzeum?!

Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak poinformował dziś, że Muzeum Bitwy Warszawskiej w Ossowie zostanie oddane do użytku za dwa lata, w setną rocznicę tryumfu nad bolszewikami.
W 98. rocznicę Bitwy Warszawskiej minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak złożył w Ossowie kwiaty pod Krzyżem pamięci ks. mjr. Ignacego Skorupki, na Cmentarzu Poległych w Bitwie Warszawskiej oraz pod tablicą Pamięci.
– Tutaj, w Ossowie, za dwa lata, w setną rocznicę Bitwy Warszawskiej będziemy mogli otworzyć Muzeum Bitwy Warszawskiej – filię Muzeum Wojska Polskiego – poinformował podczas briefingu szef MON. Minister Błaszczak zachęcał do wzięcia udziału w dziele budowy Muzeum. Ogłosił społeczną zbiórkę pamiątek i eksponatów, które wzbogacą ekspozycję.
Muzeum Bitwy Warszawskiej w Ossowie ma być filią Muzeum Wojska Polskiego. Koncepcja zagospodarowania terenu zakłada połączenie przestrzeni pola Bitwy w Ossowie z budynkiem przyszłego muzeum. W czerwcu br. w MON powołano zespół programowo-naukowy do spraw ekspozycji Muzeum, którego zadaniem jest opracowanie założeń i koncepcji wystawy.
Muzeum Bitwy Warszawskiej w Ossowie ma być filią Muzeum Wojska Polskiego. Koncepcja zagospodarowania terenu zakłada połączenie przestrzeni pola Bitwy w Ossowie z budynkiem przyszłego muzeum. Info za: dorzeczy.pl

Głos prawicy

Winny Stalin

 

Dodatek historyczny „Historia Do Rzeczy” udowadnia, że „Hitler był dzieckiem bolszewików”:

Historycy od lat spierają się o to, skąd się wziął Adolf Hitler. W jaki sposób ten człowiek i kierowane przez niego państwo wzrośli do tak olbrzymiej potęgi. Jak mogli stworzyć i uzbroić tak sprawną machinę wojenną i poczuć się na tyle pewnie, że podpalili świat. Fenomen Führera tłumaczony jest na niezliczoną ilość sposób – każdy kolejny jest bardziej groteskowy od poprzedniego. Muszę przyznać, że przysłuchuję się tym akademickim dysputom z rozbawieniem. Odpowiedź na te pytania jest bowiem oczywista i prosta. Hitler i III Rzesza to dzieci towarzysza Stalina. Bez jego protekcji Niemcy nigdy nie osiągnęłyby takiej potęgi i nigdy nie wybuchłaby II wojna światowa.
Plan bolszewików był jasny. Zgodnie z założeniem, że wojna światowa otwiera drogę do światowej rewolucji – sprawdziło się to po części w roku 1917 – chcieli, żeby Europejczycy znowu wzięli się za łby. Kiedy już Francuzi, Brytyjczycy, Włosi, Niemcy i Polacy by się nawzajem powyrzynali, Armia Czerwona miała wkroczyć do akcji i podbić cały osłabiony kontynent. W ten sposób granice „raju robotników i chłopów” zostałyby rozszerzone do Atlantyku.
Aby napuścić Europejczyków na siebie i wywołać kolejny konflikt, Stalin postanowił wesprzeć kraj najbardziej pokrzywdzony przez traktat wersalski, a co za tym idzie dyszący chęcią odwetu. A więc oczywiście wsparł Niemcy. Ponieważ traktat nałożył na niemieckie siły zbrojne wiele ograniczeń, Armia Czerwona przyszła im z „bratnią pomocą”. W Kazaniu szkoleni byli niemieccy czołgiści, w Lipiecku lotnicy, w Saratowie specjaliści od broni chemicznej. Niemieccy generałowie urządzali swoje manewry i gry wojenne na sowieckich poligonach oraz w sowieckich salach wykładowych. Bolszewicy pomagali również rozwinąć – w tajemnicy przed Zachodem – niemiecki przemysł wojskowy, udostępnili swoje laboratoria niemieckim konstruktorom. Dostarczali również bezcennych surowców. Trzon armii niemieckiej, która zmiażdżyła Europę w latach 1939–1940, został stworzony w Związku Sowieckim.
Armia ta miała być narzędziem w rękach Moskwy. Narzędziem, które miało posłużyć do zniszczenia Europy i utorowania drogi dla zwycięskiego, „wyzwoleńczego” marszu Armii Czerwonej. Jak to jednak osiągnąć? Oczywiście najlepiej na jej czele postawić człowieka nieobliczalnego. Jakąś agresywną, nieodpowiedzialną jednostkę, która – odpowiednio sprowokowana przez Sowietów – rzuci się na sąsiadów i rozpęta wojnę. W całych Niemczech nie było lepszego kandydata do odegrania tej roli niż Adolf Hitler, przywódca NSDAP.
„Bez Stalina nie byłoby Hitlera, nie byłoby gestapo” – pisał Lew Trocki. I miał rację. Chociaż oficjalnie w latach 20. i na początku lat 30. niemieccy komuniści i narodowi socjaliści toczyli ze sobą bój na śmierć i życie, Moskwa zakulisowo wspierała NSDAP. Maski zostały zdjęte w roku 1933, gdy odbyły się wybory powszechne, które miały zmienić oblicze Niemiec. Otóż NSDAP zdobyła w nich mniej głosów niż komuniści i socjaldemokraci. Wystarczyło, żeby te dwa ugrupowania zawiązały koalicję i to one stworzyłyby rząd. Stalin powiedział jednak „niet”. Wydał on swojej berlińskiej ekspozyturze surowy zakaz wchodzenia w jakiekolwiek układy ze „zgniłymi socjaldemokratami”. W efekcie nominację na kanclerza otrzymał Adolf Hitler. Machina została wprawiona w ruch. „Lodołamacz rewolucji” – jak nazywano w Moskwie przywódcę narodowych socjalistów – rozpoczął swój rejs.
Ten nieszczęsny człowiek, który „dyszał nienawiścią do komunistów”, nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest narzędziem w ich rękach. Zresztą ta nienawiść nie była chyba znowu tak wielka. Hitler wypowiadał się o Stalinie z podziwem, nawet gdy między oboma państwami wybuchła już wojna. Narodowy socjalizm małpował zaś bolszewizm. Monumentalne budowle, symbolika i stylistyka, tajna policja, obozy koncentracyjne, olbrzymia waga, jaką przywiązywano do propagandy. Przecież to wszystko było żywcem ściągnięte ze Związku Sowieckiego.
Pod koniec wojny dla berlińskich elit stało się jasne, że walcząc na dwa fronty, III Rzesza poniesie straszliwą klęskę. Wielu pragmatycznie nastawionych oficerów Wehrmachtu zaczęło wówczas myśleć o zawarciu separatystycznego pokoju z Anglosasami i skierowaniu wszystkich sił do powstrzymania nadciągających od wschodu bolszewików. Hitler miał inny pomysł. Otóż chciał on zawierać pokój separatystyczny ze Stalinem…