Boy – mędrzec

80 lat temu w w nocy z 3 na 4 lipca 1941 roku zginął rozstrzelany przez Niemców na Stokach Kadeckiej Góry w okupowanym Lwowie Tadeusz Żeleński-Boy. Zamordowano go wraz z innymi profesorami wyższych uczelni lwowskich.

Józef Hen w swojej znakomitej opowieści poświęconej Boyowi „Boy-Żeleński. Błazen – wielki mąż” (1998) zrezygnował z opisu ostatnich chwil pisarza: „Nie podejmuję się odtworzyć doznań Boya na chwilę przed rozstrzelaniem. Niech nas nie kusi tworzenie „literatury”. O czym myślał Mędrzec? Jak żegnał się z życiem? Wobec wymierzonej lufy karabinu nie ma mędrca. Wiedział, że to koniec. Stanie się, co się ma stać. Zrobi się ciemno – i będzie cisza. I stało się. Padł strzał. Nie ma Boya-Żeleńskiego”.
Zginął, jak sam się nazywał pół drwiąco pół serio „Boy-mędrzec” – tak podpisywał swoje felietony, doprowadzając do białej gorączki swoich adwersarzy. Uważali go przecież za kompletnego dyletanta, bałamucącego czytelników. Celnie zebrał te zarzuty o dyletanctwo i amatorstwo Andrzej Stawar w monografii poświęconej Boyowi („Tadeusz Żeleński Boy”, 1958): „Pisywał wiersze, nie uważano go jednak za poetę, osiągnął powodzenie jako satyryk, ale satyrę zarzucił. Drukował wielką ilość tłumaczeń, nazwanie go jednak tłumaczem, w przyjętym znaczeniu, ograniczałoby w jakiś sposób istotny zakres jego pracy. Dorobkiem komentatorskim przewyższał niejednego uznanego specjalistę romanistyki, ale uczeni specjaliści od literatury nie uznawali go za swego. Pisząc stałe recenzje z przedstawień teatralnych, sam o sobie mówił, że nie jest krytykiem. W rezultacie jeden z najpracowitszych, najwydajniejszych pisarzy epoki uważany był dyletanta”. A przecież Stawar nie wymienił wśród licznych zatrudnień Boya jeszcze trzech niezwykle ważnych: wydawcy – twórcy Biblioteki Boya (do której bodaj całe życie dopłacał), eseisty walczącego z mitami literackimi i wreszcie publicysty, który zasłynął walką przeciw panującemu ciemnogrodowi. Jego kampanie w sprawie świadomego macierzyństwa, wstrząsające teksty o aborcji, demaskacja kleru – można je cytować dzisiaj nie tylko jako dowody pisarskiej odwagi, ale i opinie wciąż paląco aktualne (zbiory „Piekło kobiet”, 1829, i „Nasi okupanci”, 1832).
Nie tylko konwencjonalnie chciałoby się powiedzieć, że swym dorobkiem mógłby obdzielić kilka osób, a każda z nich nadal budziłaby podziw potomnych – jego pracowitość przechodzi wszelkie pojęcie. Napisał około 2000 recenzji teatralnych, a raczej esejów teatralnych, które złożyły się na 18 tomów, które Jan Kott nazwał wielką powieścią o międzywojniu, więcej bowiem o tych czasach można się dowiedzieć z jego recenzji niż z niejednej powieści. Przełożył ponad 100 dzieł francuskiej literatury dla teatru – wszystkie komedie Moliera (1909-1912), tragedie Racine’a, komedie Beaumarchais, Marivaux, Musseta. A do tego prawie całą „Komedię ludzką” Balzaka i m.in. dzieła Kartezjusza, Pascala, Montaigne’a, Diderota, Woltera, Rousseau, Stendhala, Prousta, Gide’a, Jarry`ego i wielu innych. Tej gigantycznej pracy tłumacza towarzyszyły antologie, szkice o tłumaczonych pisarzach, monografie poświęcone m.in. Molierowi i Balzakowi. Starczyło mu jeszcze czasu na odkrywcze studia i portrety dotyczące polskich klasyków, m.in. Fredry i Mickiewicza.
Jak to robił? Jak nadążał? Oto świadectwo Ireny Krzywickiej:
„Dzień jego układał się następująco. Budził się koło 8. 30 i jadł śniadanie w łóżku. Potem kąpał się, robił bardzo starannie toaletę […], po czym kładł się ponownie, na posłanym już tapczanie, i czytał, czytał. Jeżeli nie był w okresie pisania, to czytywał tak całymi godzinami, dniami, tygodniami”.
Jak wiadomo, ku zaskoczeniu rodziny, może z przekory – jako syn wybitnego kompozytora i utalentowanej literacko matki – wybrał zawód lekarza. Skończył studia medyczne i prawie 20 lat pracował w wyuczonym zawodzie (1901-1919), ale już na studiach wiedział, że to nie był wybór dla niego. Ciągnęło go do literatury i teatru.
Terminował jako poeta. Pociągał go kabaret. Związał się z Zielonym Balonikiem i rozwijał swój talent pisarski u boku ówczesnych sław krakowskiej bohemy. Zaczęło się od spontanicznie napisanej kpiarskiej ballady po opublikowanym w „Czasie” wezwaniu Lucjana Rydla do natychmiastowej kanonizacji królowej Jadwigi. Posłał balladę do Balonika, spodobała się, zaśpiewał ją Karol Frycz, malarz, a potem wybitny scenograf i reżyser. Tak rozpoczęła się ta przygoda, podczas której doktór Żeleński nie tylko odkrył, ale ugruntował swoje literackie powołanie. Pisane wówczas zwiewne, satyryczne, nieco skandalizujące wiersze złożyły się na szalenie popularny tom pod tytułem „Słówka” (1913). Pisarz dostarczał płodnych intelektualnie prowokacji, negliżując prowincjonalną mentalność galicyjską, której strażnikiem był wówczas prof. Stanisław Tarnowski. Wykpiwał bogoojczyźniany krąg wartości, przełamując zarazem obyczajowe tabu i budząc oburzenie konserwatywnej publiczności swymi żartami na temat historii i alkowy, a także dość grubym językiem. Można w „Słówkach” znaleźć tak dosadne określenia, jak: „klępa, stary pryk, stare pudło, stara kwoka, smutna ropucha, beznadziejnie tępa morda”, jeszcze dzisiaj odbierane jako grubiańskie. Ten celowo wzmocniony dosadnymi określeniami język miał podkreślać skandalizujący charakter wierszyków Boya. Był też współautorem sławnych szopek Zielonego Balonika.
Swój niezwykle plastyczny styl, zdolny subtelnie oddać obrazy i uczucia, a w stylizacjach nawiązujący do języka zamierzchłych epok, kształtował Boy tłumacząc arcydzieła literatury francuskiej. Nie zawsze były to tzw. literalnie wierne przekłady, ale oddające ducha oryginałów polskie adaptacje, często gęsto zachwycające, jak choć transkrypcje wierszy Franciszka Villona – w archaizowanym przekładzie „Wielkiego Testamentu” Tadeusz Żeleński-Boy wydobył zdumiewającą nowoczesność poezji Villona. Równie kongenialnie przełożył dzieło Franciszka Rabelais „Gargantua i Pantagruel”.
Te rozległe parady stylistyczne okazały się niezwykle przydatne z chwilą objęcia fotela recenzenckiego. Stało się to przypadkiem, Boy wcale tego nie planował. W marcu 1919 poproszono go recenzję ze „Świętoszka” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego do krakowskiego „Czasu” – miał wtedy Żeleński 44 lata, dość późno na całkiem nowe zajęcie. Ich stały recenzent, Antoni Beaupré, był nieobecny i redakcja szukała zastępcy. Boy się wzbraniał, wyjaśniał, że się nie zna, ale recenzję napisał i już pisał je niemal do końca życia. W wyborze recenzji Boya, przygotowanym przez Józefa Hena („Romanse cieniów”, 1987), nie znajdziemy tej inauguracyjnej recenzji. Hen wyjaśnia, że w tej pierwszej recenzji Boy jeszcze nie był prawdziwym Boyem, pisał jakby trochę wylękniony. Dopiero ta czwarta, otwierająca tom recenzja, z zapomnianej ze szczętem sztuki Macieja Szukiewicza „Odys w gościnie” to już prawdziwa robota Boya, jakiego znamy i podziwiamy. Wprawdzie najpierw tłumaczy się Boy, że jest „bardzo świeżym recenzentem”, ale potem poczyna sobie z właściwą swemu pióru swobodą, kiedy pod koniec pisze: „Jako widowisko sceniczne sztuka p. Szukiewicza cierpi na swoim czysto alegorycznym charakterze – nie ma w niej ludzi. Raz nie ma dlatego, że są tylko przenośnie, drugi raz dlatego, że i w tej przenośni autor chciał widzieć jedynie anioły i bydlęta. Dlatego nie ma też i ról”. Tak narodził się Boy-recenzent, bez oporów poruszający się w świecie teatru, okiem bystrego obserwatora wychwytujący związki między sceną a toczącym się tuż za teatrem życiem.
Nie wszyscy ten dorobek doceniali, zarzucając Boyowi powierzchowność i brak kryteriów. Małgorzata Szpakowska w tomie szkiców poświęconych krytykom („Teatr i bruk”, 2006) broniła Boya przed lekceważeniem, ale i dostrzegała jego wady (że naiwny, że wierzył w nowe). Cóż, racjonalista pełen wiary. Szpakowska zwie go modernizatorem z uwagi na otwartość i śmiałość podejścia do kwestii obyczajowych, który oceniał sztuki wedle zawartej w nich „wrażliwości moralnej” oraz z punktu widzenia tzw. zdrowego rozsądku. Stąd demonstrowana niechęć do romantyzmu, osobliwie mesjanizmu, a pośrednio Schillera. Raczej tradycjonalista w gustach, doceniał wszak Witkacego. Pisze Szpakowska, że Boy „nie ma dzisiaj dobrej prasy”. Rzeczywiście, jego sceptyczny liberalizm irytuje neonarodowców i katolickich fundamentalistów. Zwolenników wyzwolenia teatru z pęt literatury może drażnić, że jako krytyk teatralny bardziej interesował się literaturą niż teatrem, bardziej streszczał niż opisywał spektakle (ale jak streszczał!). Tyle tylko, że obcowanie z tekstami Boya to wciąż niebywała przyjemność. Nie tylko ze względu na walory jego języka i sposobu rozumowania, ale racjonalny powiew, który wnoszą. Nie ma lepszej szkoły krytycznego myślenia, lepszej szkoły recenzenta od lektury jego esejów. Czytam je wciąż na nowo z niesłabnącym zaciekawieniem. Może dlatego że – jak przypuszczał Józef Hen – „pisarz ośmielił się stawiać dobroć przed inteligencją i przed dowcipem – on, tak fenomenalnie inteligentny i tak dowcipny?”.

Boya wina

Tadeusz Żeleński „Boy” od urodzenia był nietypowy. A urodził się 21 grudnia roku 1874. Jego ojciec Władysław Żeleński, migrant zarobkowy z Galicji, przyjechał do Warszawy, gdzie znalazł pracę i żonę, Wandę Grabowską. Wrócił do Krakowa z doświadczeniem i rodziną, czyli żoną – notabene bliską przyjaciółką Narcyzy Żmichowskiej (Google wie, kto ona) – i trzema synami. Zamieszkał tuż przy granicy miasta (wtedy było to starorzecze Wisły) na ul. Św. Sebastiana.

Tam w domu otwartym ( Michał Bałucki kłania się nisko) dorastał Tadeusz, który nigdy – no, prawie nigdy – nie przestał być chłopcem. Nigdy nie miał dość życia i świata, i teatru. Dorastał razem z teatrem (teraz już Starym) i Młodą Polską. Ta Polska, najpierw Młoda, potem Odrodzona, naprawdę nigdy mu się nie podobała, choć obie darzył sentymentem. Zanim zdążył się ustatkować, przyszła Wielka Wojna (pierwsza), a on z tęsknoty za Francją i rozumem zaczął tłumaczyć francuskie myśli i sztuki na język polski, zaczynając od Balzaka („robię go w szalonym tempie, 20 tomów na rok wypadło. Na mózg bym dostarczył i więcej, tylko oczami nie wiem, czy nadążę…”). Tak tworzyła się Biblioteka Tłumaczeń Boya. W baraku z desek, na posterunku lekarskim, na dworcu kolejowym między torami. Pluskwy, dymiący piecyk, myszy, szczury – w takich warunkach powstawały tłumaczenia Rousseau i Pascala, Kartezjusza, Montaigne’a. Czterdzieści tomów wydano w latach 1914–1918. Potem Molier, De Marivaux , Racine , Beaumarchais (Wesele Figara), Diderot, Stendhal. To on (Boy) jest winny przełożenia Króla Ubu Jarre’ego oraz demoralizatorów w rodzaju Brantome’a, Gide’a, Villona. Tłumaczył też Monteskiusza, który raczej się u nas nie przyjął, i Pascala, podobno modnego ostatnio w warszawskich kręgach.
Tłumaczył i tłumaczył, wydawał i wydawał. Wydał cały posag żony, Zofii Pareńskiej, a raczej wydali go razem, bo Zofia była jego wspólniczką, redaktorką, wydawczynią bardziej niż żoną i kochanką. Życie wydawnicze prowadzili razem, osobiste zaś dosyć osobno.
Tadeusz tłumaczył i tłumaczył się z tego, że tłumaczy. Flirtował i pisał Flirty z Melpomeną, jeden za drugim: fascynującą kronikę polskiego teatru okresu międzywojnia – kiedy jeszcze nie było wiadomo, że to tylko międzywojnie. Zawsze był w coś zaangażowany: od opieki nad matkami (przecież był lekarzem, a krótko pediatrą), przez ruch świadomego macierzyństwa, aż do walki z karalnością aborcji.
Francuzi dali mu Legię Honorową. Gdy Józef Hen chciał napisać dla nich o Żeleńskim i Montaigne’u, francuski wydawca odpowiedział, że tłumacze ich nie interesują – jeśli któryś naród nie chce czytać Montaigne’a, niech nie czyta. W sumie racja. Jeśli ktoś nie chce czytać, niech nie czyta. Polacy więc generalnie nie czytają. Boy był innego zdania, chciał, by ludzie czytali, i to nie tylko jego przekłady. Jeździł z odczytami po Polsce. Przywoził Bibliotekę Boya. Miał wielbicieli i wielbicielki. Ale otrzymywał też pogróżki i obelgi niemal ze wszystkich stron. A za co? A za Dziewice konsystorskie. Proszę wybaczyć przydługą cytatę (a bibliotece Wolne Lektury wypłacę za to darowiznę, jak tylko pensja wpłynie na konto):
„Sztuka (Katajewa) osnuta jest dokoła spraw małżeńskich. Dwie „zarejestrowane” pary okazują się niedobrane; sympatie czworga młodych – zamieszkałych w jednym pokoju – ciągną ku sobie na krzyż. Mimo że sytuacja jest jasna już z początkiem drugiego aktu, autor prowadzi ją przez szereg zawikłań, aż wreszcie brodaty komisarz rozcina sprawę, kojarząc na krzyż kochające się pary i mówiąc dobrodusznie: „No, kochajcie się i starajcie się nie robić głupstw… przynajmniej przez jakiś czas: od tego republika sowiecka nie zginie”. … Mimo woli zastanawiamy się, jakby podobna sytuacja wyglądała u nas. Dawniej, byłaby w ogóle bez wyjścia. Gdyby miłość była serio, może by sobie ktoś w łeb strzelił albo by się utopił, w najlepszym razie byłoby czworo osób nieszczęśliwych. A dziś? Dziś rozwiązanie jest u nas trojakie. Jeżeli małżonkowie nie mają pieniędzy, wówczas w ogóle są poza prawem, nie mają u nas prawa do niczego. Nie ma dla nich żadnego godziwego rozwiązania sytuacji. Jeżeli mają pieniądze na opłacenie adwokatów i kosztów, mogą, przy zmianie religii, przeprowadzić rozwody i „zarejestrować” się na nowo. Jeżeli mają dużo pieniędzy, w takim razie mogą sobie oszczędzić zmiany religii. Wówczas, przy pomocy paru fałszywych świadków i fałszywych zeznań, popartych w potrzebie krzywoprzysięstwem za cichą zgodą organizatorów tej komedyjki, mogą po kilku latach mozołów uzyskać szczęśliwe unieważnienie małżeństwa.”
„Dziś” Boya to rok 1929. W naszym „dziś” odbył się niedawno ślub kościelny dwóch konsystorskich dziewic z udziałem władz państwowych, jednego biskupa i prawie całej narodowej telewizji. Dziś życie jest tańsze, adwokaci też tańsi, a rozwód możliwy w Sądzie Okręgowym. Oczywiście tylko dla słabo wierzących. Nie wiem czy „otake” Polskę chodziło Boyowi, ale na pewno uznałby to za postęp. W stosunku do roku 1929.
Jedno się nie zmieniło – podobno. Boy pisał (tamże):
„Chodzi o normalny prawie tok kościelnego unieważniania małżeństw za pomocą fałszywych świadectw i krzywoprzysięstwa. „Co do tych krzywoprzysięstw (pisze mi ktoś z Kresów), to mówił mi jeden adwokat, iż nawet jest tak utarte, że świadek krzywoprzysięga, a później tenże ksiądz spowiada go i rozgrzesza, nakazując przy tym odpowiednie zadośćuczynienie, tj. pokutę…” Istotnie, kombinacja, o której sam Pascal nie pomyślał w swoich Prowincjałkach. Ale nie przypuszczam, aby to było tak powszechne. Zazwyczaj – przy wielkim aparacie – rzecz odbywa się delikatniej: świadka naprowadza się na to, co potrzeba, aby zaprzysiągł; kto inny konferuje ze świadkiem, kto inny odbiera przysięgę, może więc ją przyjąć z dobrą wiarą lub przynajmniej nie wchodząc w to bliżej; od kogo innego świadek dostaje pieniądze (o ile nie świadczy z przyjaźni lub z ludzkiego współczucia), sprawę zaś zbawienia duszy świadka zostawia się zwykle jego własnej trosce. Jeżeli chce, może się wyspowiadać; grzech się zmaże, a rozwód został. Umyślnie mówię „rozwód”; mimo iż wiadomo, że rozwodu w Kościele katolickim nie ma, głos ludu nigdy inaczej nie mówi tylko „rozwód”. I w rezultacie, ma rację. Po prostu, skoro w małżeństwie jest żądanie rozwodu, szuka się nieformalności celem unieważnienia małżeństwa; nie kijem, to pałką, dla pacjenta wszystko jedno, jak się nazywa. Różnica jest ta, że gdy rozwód jest w zasadzie rzeczą rzetelną i poważną, unieważnienie bywa najczęściej dość gorszącą komedyjką.”
Ślub konsystorskich dziewic, płci obojga, też może być niezłą komedyjką. Nawet jeśli nikt, włącznie z Prezesem Prezesów, nie poślizgnie się na skórce… A rozwód – pardon, unieważnienie – ważnej ważności, to rzecz ludzka i boska.
Największa zbrodnia prawa karnego ze wszystkich krajów Europy obowiązuje tylko na Malcie i w Watykanie. Restrykcyjne ograniczenia aborcji (małe zbrodnie) są w mocy tylko w Polsce, w księstwie Monako i w księstwie Lichtenstein. W sumie niektórzy też uważają Polskę za monarchię, i to raczej niekonstytucyjną. Czy Boy uznałby to za postęp, szczerze wątpię.
Kto wie, czy nie najbardziej drażliwe kwestie poruszał Boy w innym zbiorze tekstów. Choć zapewne jako niesłychanie taktowny i wyrozumiały krakowsko-warszawski inteligent ze starej (Liceum Nowodworskie) szkoły, nie użyłby publicznie osławionego słowa na „w”. Za to jest cytata, ostatnia:
„Nawet tam, gdzie kościół wchodzi w świeckie potrzeby obywateli, sposoby jego działania jakże są różne od sposobów państwa! Tak np. w palącej sprawie bezrobotnych kościół może się ograniczyć do zarządzenia mszy świętej na ich intencję; ale trudno sobie wyobrazić ministra skarbu, który by nakazał swoim urzędnikom trzydniowy post na intencję poprawy bilansu handlowego. Rozbieżność tę najlepiej zilustruje pewne wspomnienie wyniesione z dawnych czasów, kiedy byłem lekarzem w szpitalu dla dzieci. W szpitalu tym mieściły się wszystkie oddziały, od chirurgii do chorób zakaźnych. Zmorą wiszącą wciąż nad szpitalem była obawa rozwleczenia infekcji. Zwłaszcza szkarlatyny, co było najczęstsze i najgroźniejsze. Istotnie, cóż okropniejszego dla lekarzy, którym rodzice oddali zdrowe dziecko dla jakiejś drobnej operacji — przepukliny lub skrzywionej nóżki — a które ginie, zaraziwszy się w szpitalu szkarlatyną! Toteż surowe przepisy obowiązywały zarówno lekarzy, jak służbę: lekarzom, którzy pracowali na oddziale zakaźnym, nie wolno było zachodzić na inne oddziały; służbie nie wolno było stykać się z resztą personelu.
Otóż przepisy te nie obejmowały tylko jednego czynnika: zakonnic. Siostry zakonne pielęgnujące chorych schodziły się – ze wszystkich oddziałów – po kilka razy dziennie w kaplicy na wspólne modlitwy, jak nakazywała ich reguła. Siostry nie nosiły kitlów płóciennych, bo tego nie przewidywała reguła; ba, reguła przepisywała, że ich suknie zakonne i cała odzież ma być wspólna! Siostry nie podlegały przepisom o dezynfekcji i antyseptyce. W rezultacie mordercza szkarlatyna raz po raz wybuchała w szpitalu. Wówczas stary profesor wzywał podwładnych, mówił kazania, burczał, zrzędził; jednego tylko się nie poruszało: sprawy zakonnic. A kiedy który z młodych lekarzy o tym natrącił, profesor, wściekły, odwracał rozmowę. Wiedział, że tu nic nie zmieni, nie czuł w sobie energii do walki, jaką by trzeba podjąć, wolał o tym nie myśleć. Istotnie, cóż znaczyły dla sióstr jakieś nowinki nauki Pasteura wobec reguły, która wiodła się od przedwiecznych i świątobliwych założycieli zakonu.
Spójrzmy teraz na to z punktu sióstr; znam ten punkt widzenia dobrze, bo nieraz z nimi rozmawiałem. Zachorowanie dziecka na szkarlatynę było dla nich po prostu dopustem bożym; bez woli bożej nie nastąpiłoby; toteż na całą naszą antyseptyczną krzątaninę siostry patrzyły z politowaniem. Przypuszczać, że wspólna modlitwa sióstr może być rozsadnikiem zarazy, to trąciło bluźnierstwem. Skoro jedno lub drugie dziecko umarło, widać tak było trzeba dla dobra jego i jego rodziców; cóż zresztą mogło się trafić szczęśliwszego niewinnemu dziecku, niż umrzeć w chwili, gdy ma zapewnione niebo, nim doszło wieku niebezpieczeństw, które czyhają na duszę człowieka. Oto credo, które siostrzyczki głosiły w całej naiwnej czystości. Ma ono swoją niezłomną logikę i swoje piękno, tylko jak je pogodzić z lekarskim – świeckim – przeznaczeniem szpitala? Toteż gdy te anioły czuwały przy zmarłym dziecku z oczami wpatrzonymi w niebo, nam lekarzom zdarzało się słyszeć z ust zrozpaczonych rodziców wyrzut: „Zbrodniarze!”. Te siostrzyczki przychodzą mi na myśl nieraz, gdy czytam pewne dostojne orędzia w sprawach społeczno-lekarskich… (Nasi Okupanci – Warszawa 1932)
A pamiętam uchwałę Sejmu RP w sprawie modlitw o deszcz. To się nawet Boyowi nie śniło.
Smutno mi, Boyu… bez ciebie.

Z klasyki miłości

Tematu tej opowieści przybliżać nie trzeba. To przecież nieśmiertelna, legendarna historia tragicznej miłości Tristana i Izoldy, można by rzec – wzorzec z Sevres miłości jako takiej, miłości nieśmiertelnej, tym razem we wspaniałym, dziś nieco archaicznie brzmiącym, a jednak przyjemnym w lekturze przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego, przekładzie z dzieła autora anonimowego.

Przyznam, że nie miałem pewności czy lektura ta mnie wciągnie, mimo mego pociągu do literackich „staroci i starożytności”. A jednak – tak. Opowieść ozdobioną ilustracjami Jacques Marie Gastona Onfroy de Breville przeczytałem z przyjemnością lektury odrywającej od trywialnej i męczącej ohydy współczesności. Było to jak kąpiel w ożywczym strumieniu. Innym podobną kąpiel z przekonaniem polecam.

„Dzieje Tristana i Izoldy. Autor nieznany”, przekł. Tadeusz Boy-Żeleński, wyd. MG, Warszawa, str. 284, ISBN 978-83-7779-422-7