Mój alfabet

W książce „Gazeta Krakowska w antrakcie. Wspomnienia redaktora przedstawiłem, a na tych kartach nadto przywołuję liczne, wyjątkowe postaci, często odgrywające ważne role w życiu publicznym w tamtych czasach, również na mojej życiowej drodze. Ale nie było okazji aby wspomnieć jeszcze o innych, z którymi się spotykałem, współpracowałem, bądź z jakiegoś jeszcze ważnego powodu zapamiętałem ich słowa, sylwetkę, szczególne okoliczności.

Sławek, a właściwie Bronisław Cieślak,
znany w Krakowie dziennikarz i prezenter tv startował do przyszłej filmowej kariery niejako z mojego pokoju, który zajmowałem podczas studiów doktoranckich w Warszawie. Zjawił się wieczorem z nadzieją, że znajdzie tu lokum na noc przed porannym castingiem na rolę w filmie, o którym niewiele mówił. Z racji licznych wcześniejszych kontaktów adres był dobry, poza tym, że drugiego łóżka nie było. Udało się stworzyć wygodne posłanie i było ok. Z uwagą i troskliwością rozwieszał na poręczy krzesła swoją nieskazitelnie białą koszulę, bo miała jutro odegrać niebagatelną rolę. Dużo później zobaczyłem, jak cala Polska, Sławka w roli porucznika Borewicza w nieprzemijającym później od lat, bez względu na krajową aurę polityczną, serialu telewizyjnym „07 – zgłoś się”. Nie wiem, czy ten fenomen doczekał się socjologiczno-filmoznawczego naukowego opracowania, co nie zmienia faktu, że ciągle cieszy się zainteresowaniem i to z wielu względów, o których mnie, jako tylko widzowi, nie wypada się wymądrzać. Z telewizją, w której zrobił karierę pełniąc m. in. stanowisko zastępcy redaktora naczelnego TVP Kraków do spraw artystycznych, musiał się rozstać na żądanie „Solidarności” w 1991 roku, gdy jeszcze wcześniej odeszli broniący go Andrzej Drawicz i Kazimierz Kutz. Zarejestrował się w urzędzie pracy jako bezrobotny, łapał się różnych prac.
Sławek kontynuował publiczną działalność w SLD będąc posłem przez dwie kadencje i ze sporym sukcesem wywiązując się z roli rzecznika prasowego klubu parlamentarnego tej partii. Był w tamtych latach pomysłodawcą tytułu i orędownikiem miesięcznika „Po Ziemi”, który wydawaliśmy w „TRANS-KRAKU”. Drobna w sumie wpadka, w porównaniu do rozlicznych afer w PO, a dziś w PiS, zakończyła jego dobrze zapowiadającą się także karierę polityczną, bo ludziom z Lewicy w tym kraju zawsze wolno mniej. Tym samym i zakończył żywot ceniony periodyk – bez wpadki ale z brakiem wsparcia.
Wieczorem w piątek raz jeszcze oglądałem kolejne odcinki serialu, a w niedzielę pisałem nekrolog Sławka. Niedługo później, bo 7 lipca została odsłonięta „Gwiazda Bronisława Cieślaka” w krakowskiej Galerii Gwiazd na bulwarze Czerwieńskim w Krakowie. To w tym miejscu, które jest wspólną inicjatywą radia RMF FM i władz stolicy Małopolski, już od 13 lat uhonorowywani są wybitni aktorzy, piosenkarze, twórcy kultury. Swoje gwiazdy mają m.in. Andrzej Wajda, Wojciech Pszoniak, Marek Grechuta, Krzysztof Krawczyk jak też Céline Dion.
Józef Cyrankiewicz
– idea przeniesienia prochów gen. Sikorskiego do kraju odżyła przed stuleciem jego urodzin przypadających w1981 roku, a miejscem spoczynku miały być krypty wawelskie. To zamierzenie wraz z propozycją Olgierda Terleckiego wydania bogato ilustrowanej książki, a właściwie albumu, o gen. Sikorskim były powodem mojego spotkania z Józefem Cyrankiewiczem, który po telefonicznej rozmowie zaprosił mnie do swojego domu przy al. Róż w Warszawie. W planowanym wydawnictwie chcieliśmy zamieścić fotokopię listu małżonki gen. Sikorskiego do ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza z września 1970 roku, w którym wyrażała zgodę na przeniesienie prochów męża do kraju. Problem polegał na tym, że tego rodzaju dokument można, z prawnego punktu widzenia, opublikować jedynie za zgodą nadawcy bądź adresata. Helena Sikorska już nie żyła (zmarła w 1972 roku) i stąd to spotkanie. Gospodarz przyjął mnie serdecznie, po obszernej informacji o planowanym wydawnictwie wyraził oczekiwaną zgodę i zaproponował kupione właśnie dzisiaj, doskonałe ciasteczka od Bliklego oraz… po kieliszeczku zmrożonej wódki. Album Władysław Sikorski 1881-1981 ukazał się, ale do planowanych uroczystości nie doszło z przyczyny kolejnych polskich wydarzeń, którym tym razem był stan wojenny. Ostatecznie pochówek Generała na Wawelu miał miejsce w 1993 roku już z zupełnie innym politycznym wydźwiękiem.
Ewa Demarczyk
– słuchałem jej na początku lat sześćdziesiątych w „Piwnicy pod Baranami”, większość Polaków podczas telewizyjnej transmisji Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie w 1964 roku. Zachwyciła wykonanym „Grande Valse Brillante” i szeregiem kolejnych utworów rzez następne lata, natomiast osobiście poznałem w 1982 roku. Jeden z moich warszawskich szefów, z biegiem lat przyjaciel, Tadziu Kaczmarek zadzwonił w związku z planowaną wizytą w Krakowie. Pytał czy może spotkać się w naszym oddziale z Ewą Demarczyk. Oczywiście potwierdziłem oferując mój gabinet. Dopełnić należy, że Tadeusz, wcześniej był wiceministrem kultury, później konsulem w Leningradzie. Wiedziałem o jego dalej trwających, licznych związkach ze światem artystycznym, szczególnie z liczną grupą plastyków, a więc o tyle wspomniana prośba nie zdziwiła mnie. Chciałem zostawić ich samych, ale zaproponowali dalszy mój udział w spotkaniu. Ewa Demarczyk opowiadała m. in. o zdziwieniu znajomych jej powrotami do kraju i skomentowała to słowami: Gdybym chciała na stałe wyjechać z Polski to nie potrzebny był mi do tego stan wojenny.
W pierwszych listopadowych dniach 2020 roku zapaliłem lampkę na Jej mogile w Alei Zasłużonych Rakowickiego Cmentarza.
Irena Dziedzic
– bardzo podziwiałem, jak miliony Polaków, legendarną dziennikarkę – twórcę pierwszego, telewizyjnego, polskiego talk-show „Tele-Echo”. Przyszła do mnie jako kierownika Wydziału w KC z prośbą o poparcie w pełni umotywowanych starań o przejście do pracy zagranicą. Zrobiłem co mogłem, interweniowałem u Cioska, jeszcze gdzieś próbowałem, ale spotykałem się z murem sprzeciwu, obojętności, milczenia. Nie wiem do dziś dlaczego? Po tym spotkaniu pozostał w pamięci ostatni obraz Pani Ireny – ubrana w czarną bluzeczkę z małym dekoltem, szeroką, w kolorze khaki spódnicę i w czarnych, płaskich pantoflach.
Tadziu Hanausek
– znałem Tadzia jako aktywnego i nadzwyczaj mądrego działacza patii, także I sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nikt w tamtych i późniejszych latach nie odważył się zarzucić Profesorowi braku kompetencji naukowych uznawanych za wybitne. Żegnano go, jako ostatniego wielkiego kryminalistyka. Wspominano: „Był człowiekiem renesansu. Interesował się wszystkim – od historii po informatykę i literaturę. To on de facto stworzył krakowską kryminalistykę, wy­chodząc z katedry prawa karnego. Szalenie otwarty, z wielką wiedzą, o znakomitym dowcipie, zawsze miał tłumy na wykładach. Jego za­jęcia przypominały program „Kryminał tango”, który przed laty współtworzył dla telewizji. Choć…był na emeryturze, to jeszcze parę miesięcy temu przycho­dził na uczelnię, by prowadzić seminaria.” Prof. Jan Widacki dodaje: „Wspaniały czło­wiek i wybitny naukowiec. Zdawałem u niego egzamin z kryminalistyki, a po studiach zosta­łem pierwszym asystentem. Profesor Hanau­sek był powszechnie łubiany przez studentów, choć całe lata kierował organizacją partyjną na uczelni.”
Ale mało kto wiedział, że był jednym z pierwszych, w jego generacji, fanem komputerów, a radość sprawiłem mu swoim zdziwieniem, gdy przed wielu laty pokazał kolejnego laptopa bez myszy, a ja nie miałem pojęcia jak się tę nowość obsługuje. Małżonka Tadzia nie do końca podzielała te jego pasje, czasem złośliwie dodając, że komputer wyznacza mu czas pójścia siusiu.
Olek Kornijasz
– pochodził, tak jak jego żona, z żydowskiej rodziny. Urodził się w Rzeszowie, który złośliwie nazywał Mojżeszowem. Jego rodowe korzenie było mi zupełnie obojętne, gdyż w odróżnieniu od niektórych, osoba żydowskiego pochodzenia mieszkająca nad Wisłą była dla mnie zawsze Polakiem, ani gorszym, ani też lepszym od innych współobywateli. Nie pytałem też nigdy o losy w czasie wojny uważając, że nie były by to jego najmilsze wspomnienia. Ale dowiedziałem się w rozmowie z jego teściową – panią prezentującą wyjątkową kulturę i znającą perfekt kilka języków – o jej pracy w niemieckich okupacyjnych instytucjach co zawdzięczała nietypowej urodzie i wcześniejszemu, długiemu pobytowi w Wiedniu. W małżeństwie plastyków Ewa niewątpliwie była profesjonalnie lepsza, natomiast Olek potrafił, z dużą dozą dyplomacji połączonej ze skutecznością, pełnić funkcję kierownika artystycznego krakowskiego WAG, a później KAW.
Był nadzwyczaj ludziom przychylny, serdeczny, ciepły, opiekuńczy co nie raz miałem okazję obserwować. Jednak na przekór tych, nie tak często spotykanych, zalet los obszedł się z nim okrutnie. Ewa, chora psychicznie, wyszła przez okno na ósmym piętrze, syn, któremu Olek przychylał nieba, wyrzucił go z mieszkania. Żył na strychu bloku w tzw. tylko z nazwy pracowni, która ciepło zawdzięczała małemu elektrycznemu grzejnikowi. Byłem tam i widziałem, ale także starałem się finansowo go wspomóc zlecając wykonanie prac plastycznych, nie zawsze potrzebnych dla TRANS-KRAKU.
Jak dziś przypominam sobie tonację kolorystyczną – jakąś taką szarą i brudną, w odbiorze smutną, którą starałem się zmienić – w wielu akceptowanych przez niego pracach i w jego własnych także, to na myśl przychodzi mi los Olka w dzieciństwie i to co miało nadejść na starość.
Ryszard Nowak
– wyjątkowa postać, dla mnie nie tylko osoba godna wielkiego szacunku ale i równie głębokich przemyśleń. Członek Porozumienia Centrum, a następnie aktywny działacz Prawa i Sprawiedliwości, poseł na Sejm, a od 2006 roku prezydent Nowego Sącza. Odegrał kluczową rolę – pomimo licznych i gromkich protestów – w przyznaniu Józefowi Oleksemu tytułu Honorowego Obywatela Miasta Nowego Sącza; poparł także aktywnie inicjatywę wydania książki o Oleksym. W następnych latach był skutecznym orędownikiem przyznania tego honorowego tytułu również Jerzemu Leśniakowi, autorowi „Nowej Encyklopedii Sądeckiej”. We wstępnie do wspomnianego działa napisał m. in. „Tak było wreszcie po październikowej odwilży, gdy wcielano w życie eksperyment sądecki, który – mimo sztywnego gorsetu PRL-owskiej rzeczywistości – zmienił oblicze Nowego Sącza z zacofanego miasta w prężny ośrodek. Tamta epoka, mimo wielu niedoskonałości, również obfitowała w doniosłe wydarzenia, nieprzynoszące sądeczanom wstydu, a wprost przeciwnie, dające do dziś powody do dumy i satysfakcji.” Trudno uwierzyć, że takie słowa mogły zaistnieć ze strony członka PiS. Okazuje się, że nasze uogólnione opinie i oceny nie zawsze są słuszne. I mam nadzieję, że nie tylko na terenie wyjątkowej sądeckiej ziemi.
Z Ryszardem Nowakiem, z którym spotykałem się wielokrotnie i zawsze w milej atmosferze, miałem także szczególny rodzaj autorskiego doświadczenia. Przygotowałem do „Rocznika Sądeckiego” dużą, bo ponad pół arkusza autorskiego liczącą, recenzję książki pod redakcją Dawida Golika Masz synów w lasach, Polsko… Podziemie niepodległościowe i opór społeczny na Sądecczyźnie w latach 1945-1956, ze wstępem właśnie Nowaka. Mój tekst był życzliwy dla zawartości pracy, acz daleko wykraczał poza granice tego dziennikarskiego gatunku, dokonując analizy tamtego czasu i przyczyn wyborów dokonywanych przez aktywnych członków antykomunistycznego podziemia. Przesłałem do redakcji i jakiś czas później usłyszałem, że prezydent prosi abym to opracowanie wycofał. Do dziś nie wiem dlaczego, ale z uwagi na wyjątkową postawę i decyzje, które wcześniej podejmował, uczyniłem to bez żalu.
Filip Ratkowski
– jego postać zawsze przywoływać będzie wspomnienie późnego wieczoru z lat sześćdziesiątych gdy jeszcze ze Stasiem Nowakowskim siedzieliśmy u niego w domu przy ulicy Kujawskiej w Krakowie i popijając winko słuchaliśmy, oczarowani muzyką i treścią, rosyjskich utworów z drugiego obiegu (podobnie jak powielane samizdaty) z kasety przywiezionej nielegalnie z Moskwy.
Okazało się, że wcale nie byliśmy tu pierwsi bo dom pod numerem 11 ma swoją wyjątkową historię. W okresie międzywojennym rodził się tu „Nasz Wyraz” – pismo literacko-artystyczne o lewicowym charakterze, tworzone przez późniejsze wybitne postaci polskiej literatury, a wtedy studentów UJ. W czasie wojny, w 1940 roku Ignacy Fik – poeta, publicysta, krytyk literacki – założył tu organizację Polska Ludowa i redagował pod takim tytułem konspiracyjne pismo. Później organizacja weszła w skład PPR. Poza działalnością propagandową była też wojskówka, którą dowodził Julian Topolnicki (współorganizator Krakowskiego Obwodu GL), a w niej Józef Zemanek i ojciec Filipa Jan Ratkowski. Ale jeszcze dużo, dużo wcześniej pradziadek Filipa, oficer artylerii w szeregach austriackiej armii, za boje z Napoleonem we Włoszech otrzymał tytuł barona oraz najwyższe, ówczesne odznaczenie wojenne Militär-Maria-Theresien-Orden. Ten właśnie order po bohaterskim antenacie uratował rodzinę Ratkowskich, gdy przyszło gestapo. Tablicy na ścianie tego domu, upamiętniającej założenie tu PPR w Krakowie, już od dawna nie ma, ale na pocieszenie ostała się o niej informacja w Wikipedii przy nazwisku Ignacego Fika.
Później Filip pracował jako dziennikarz w licznych krakowskich tytułach. Do dziś jest aktywny w Kuźnicy, ale także w Internecie tocząc często ostre polityczno-historyczne spory. A dom przy Kujawskiej, który często mijam jadąc samochodem, z tamtymi młodzieńczymi poszukiwaniami zrozumienia świata zawsze będzie się kojarzył.
Rafał Skąpski
– spotykaliśmy się wielokrotnie, piszemy do siebie maile, wymieniamy uwagi o naszych tekstach. Recenzowałem materiały Rafała do „Rocznika Sadeckiego” i bardzo optowałem za wydaniem niezwykle interesujących wspomnień jego babci Skąpskiej przez niego z wielką znajomością rzeczy opracowanych. Rafał pełnił przez szereg lat ważne stanowiska w centralnych instytucjach kultury, zawsze wnosząc tam ożywcze pomysły i równie skuteczne działania. Ale nie zapomnę naszego spotkania w Ministerstwie Kultury. Przyjechałem tam jako prezes Zarządu PWM w jakichś sprawach i trafiłem do wiceministra Rafała Skąpskiego. Po przywitaniu zacząłem Panie ministrze, przerwał mi, Sławek, nie wygłupiaj się.
Wanda Śmielak-Korombel
– należała do coraz rzadziej spotykanego grona lekarzy, którzy pacjenta postrzegają w sposób holistyczny, z całym jego fizycznym i psychicznym uwarunkowaniem, a nie tylko ze specjalnością od prawego palca lewej nogi. A nadto z wyjątkową troską i ciepłem, ale jak trzeba, to i z surową stanowczością.
Doc. dr hab. n. med. Wanda Śmielak-Korombel – Pani Profesor, bo nie wiedzieć dlaczego tego tytułu nie dostała – ponad pół wieku jako lekarz, a ponad 10 lat jako ordynator Oddziału Kardiologii w Szpitalu im. G. Narutowicza, należała do najwybitniejszych postaci krakowskiej kardiologii. Także do inicjatorów społecznych poczynań na rzecz upowszechniania wiedzy o chorobach serca i rozwoju specjalistycznej bazy leczniczej. Z powodzeniem stworzyła i przewodniczyła mającej liczne sukcesy Fundacji „Pomóż Swojemu Sercu”, w ostatnich latach równie aktywnego Klubu „Amicus”. A jeszcze wcześniej była związana z teatrem Crico 2 Tadeusza Kantora i troszcząc się o zdrowie Mistrza oraz aktorów, objechała cały świat.
Pani Doktor była osobą o niekwestionowanym autorytecie, niespożytej energii, niezwykłej serdeczności, którą wszystkich obdarzała. Miałem szczęście, że z moim chorym sercem na Jej oddziale się znalazłem. Później przez lata opiekowała się mną jako lekarz, a ja starałem się ten dług odpłacić swoją aktywnością w różnych publicznych poczynaniach Pani Profesor.
Będąc tuż przed śmiercią i żegnając się z przyjaciółką na koniec powiedziała pa, pa.
I ja też tak Ją żegnam Pa, pa Pani Profesor.
Tomek Turowski
– jak przez mgłę pamiętam go z czasów działalności w studenckim ZMS na Uniwersytecie Jagiellońskim, po latach na spotkaniu w Niepołomicach przypomnieliśmy się sobie. Czasem coś tam piszemy, a ostatnio pułkownik Turowski, poza wcześniej wydanymi książkami, wystąpił na łamach „Dziennika –Trybuna” ze wspomnieniami ze swojej pracy w wywiadzie, tym razem na terenie ZSRR, a nadto jeszcze wcześniejszymi w zachodniej Europie. W tym drugim tekście przywołuje nazwisko Janka Bisztygi, też pułkownika wywiadu, później dyplomaty i wieloletniego zastępcy kierownika Wydziału Propagandy KC PZPR.
Pracowałem z Jankiem przez prawie dwa lata w tym Wydziale, wiedziałem oczywiście o jego poprzedniej karierze, ale nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy, bo niby po co ? Wspominam dobrze kilka osób z tamtych czasów, wśród nich i Janka. Był przede wszystkim bardzo kompetentny na kierowanym przez siebie odcinku działalności międzynarodowej, konkretny, rzeczowy i skuteczny, co w tym gmachu nie koniecznie powszechnie miało miejsce. Jak później, w styczniu 1990 roku okazało się, to w niełatwym dla mnie momencie, wszystkie te jego cechy oraz serdeczna troska i naturalne oburzenie przyniosły wymuszony, pozytywny efekt. Takiego, bardzo mnie życzliwego, nie tylko z czasu Sali Kongresowej, dobrze zapamiętałem.
A wracając do Tomka, to odwoziłem go z Niepołomic – myślałem, że na dworzec PKP bo wraca do Warszawy – na krakowski Kazimierz. Z ludźmi tych służb nigdy nic nie wiadomo. Ciekawe z iloma jeszcze się spotykałem nie wiedząc o tym?
Witek Waśniewski
– pozostaje w pamięci starszego pokolenia absolwentów Wydziału Prawa UJ jako doskonały, zawsze świetnie przygotowany wykładowca, życzliwy studenckiej braci. Był doktorem nauk politycznych i pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego, zastępcą dyrektora Instytutu Nauk Politycznych. Ale widocznie ta praca nadzwyczaj aktywnemu Witkowi jakoś dolegała, bo w bardzo trudnych latach 1984 – 1990 piastował stanowisko redaktora naczelnego Ośrodka Telewizyjnego w Krakowie. Potem, już w III RP, był w zespole doradców premiera Cimoszewicza, a jeszcze później powrócił do zawodu nauczyciela akademickiego m. in. w Katedrze Dziennikarstwa, którą kierowałem. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie, on – kiedyś wysoki, przystojny, dynamiczny mężczyzna – siedział schorowany na inwalidzkim wózku, a obok leżały piloty do dwóch włączonych odbiorników. Nie mógł się od tej fascynacji jedenastą, telewizyjną muzą oderwać.
Franciszek Ziejka
– poznałem, wtedy jeszcze pana doktora, w krakowskim KAW gdy przygotowywał do wydania książkę „Panorama Racławicka”, która cieszyła się dużym zainteresowaniem, także w związku z udostępnionym po latach obrazem cykloramicznym „Bitwa pod Racławicami” we Wrocławiu, w 1980 roku. W obecności redaktora prowadzącego – cennego, młodego nabytku dla naszej oficyny – Janusza Lenczowskiego, zamieniliśmy kilkanaście słów.
Po latach profesor Ziejka, historyk literatury, w okresie 1999–2005 był rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W październiku 2000 roku zaprosił prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego na uroczystość z okazji jubileuszu 600-lecia odnowienia Akademii Krakowskiej, co spotkało się z ostrą krytyką pod hasłem „Kwaśniewski persona non grata !”, nawiązującym do uznania przez Radę Miasta Krakowa prezydenta RP za osobę niepożądaną w tym mieście. Rektor zignorował chamskie hasło, także protest uliczny, a przemawiając do zgromadzonych zaapelował m. in. o stworzenie programu rozwoju narodowej edukacji i podkreślił, że wśród kandydatów na studia jest coraz mniej osób pochodzących z biednych rodzin. „Fakt, że nie mogą oni studiować – mówił – jest jednym z największych grzechów Trzeciej Rzeczypospolitej,” Po rektorze głos zabrał prezydent Aleksander Kwaśniewski, a gdy rozpoczął wystąpienie, salę opuścił prymas Józef Glemp. To wyjątkowo haniebne zachowanie polskiego hierarchy stanowiło również zlekceważenie woli Polaków wyrażonej w demokratycznych, prezydenckich wyborach. W tamtych czasach nie było jeszcze sojuszu ołtarza z tronem, w dzisiejszych prymas Wojciech Polak zapewne z uwagą wysłuchał by wystąpienia prezydenta Andrzeja Dudy.
Drugi raz spotkałem się z Profesorem w auli Collegium Novum UJ, podczas kameralnego koncertu w ramach Festiwalu Muzyki Polskiej. Po przywitaniu podprowadził mnie do swojej małżonki i przedstawił: Poznaj proszę pana Sławomira Tabkowskiego, który wiele lat temu był wydawcą mojej książki o racławickiej panoramie.
Zwariowani, zakręceni, czasem nazywani wręcz wariatami
– liczne, wybitne postaci świata kultury, często z międzynarodowymi laurami. Oczywiście, że nie przywołam żadnego nazwiska choć nie raz zmagałem się z ich złym nastrojem, atakami nieuzasadnionej furii, zapatrzenia w siebie i w swoją twórczość, przekonaniem o zawsze wiecznej racji. No i dobrze, tak czasem bywa w tym szczególnym, niedostępnym dla nas malutkich, kosmosie.

(Fragmenty właśnie wydanej książki „Przywołania z galaktyki Koziorożca”)

Wyrazy głębokiego współczucia

Z przejmującym smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci Bronisława Cieślaka.

Odszedł wspaniały dziennikarz, artysta,

niezapomniany porucznik Borewicz.

Był Posłem na Sejm RP III i IV kadencji z list Sojuszu Lewicy Demokratycznej

oraz rzecznikiem prasowym klubu SLD.

Żegnamy postać nietuzinkową, dobrego człowieka, niezapomnianego kolegę.

Pogrążonej w żałobie Rodzinie, Przyjaciołom

i bliskim składam wyrazy głębokiego współczucia.

Leszek Miller

Wspomnienie

Z wielkim smutkiem żegnamy

Bronisława „Sławka” CIEŚLAKA

Posła na Sejm RP III i IV kadencji. Rzecznika Klubu Parlamentarnego SLD. Działacza małopolskiej lewicy.

Wybitnego dziennikarza, prezentera telewizyjnego, dyrektora krakowskiego oddziału TVP.

Niezapomnianego „ Porucznika Borowicza”.

Kawalera Srebrnego Krzyża Zasługi i Srebrnego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Żegnamy wybitnego artystę, parlamentarzystę, patriotę.

Cześć Jego pamięci!

Redakcja Dziennika „Trybuna”
Klub Autorów „Trybuny”
Kluby Przyjaciół Prasy Lewicowej

Pożegnanie

Z ogromnym smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci

Bronisława CIEŚLAKA

Posła na Sejm RP III i IV kadencji. Wybitnego aktora, dziennikarza i prezentera telewizyjnego. Odznaczonego Srebrnym Krzyżem Zasługi oraz Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Zapamiętamy Go na zawsze jako człowieka oddanego sprawom Polski, a przede wszystkim kulturze i kinematografii. Dziękujemy za mądrość, życzliwość i szczerość, na którą zawsze mogliśmy liczyć. Cześć Jego pamięci!

Rodzinie i Bliskim
przekazujemy wyrazy współczucia

Parlamentarzystki i Parlamentarzyści
Koalicyjnego Klubu Parlamentarnego Lewicy

Sławek

Tak zwracaliśmy się do Niego wszyscy. Każdy wiedział, że jak pada słowo Sławek to chodzi o Cieślaka. Niektórzy złośliwcy z konkurencji udawali, ze zapominali Jego nazwiska i mówili o Nim Sławek Borewicz. Nie cierpiał tego, ale znosił ze stoickim spokojem. Koszt takiej gęby – mówił. Prawdziwa gęba Sławka to lojalna przyjaźń, ciepło i angielskie poczucie humoru.

Serdeczność z jaką rozmawiał z dziennikarzami, gdy został rzecznikiem Klubu Parlamentarnego SLD. Wiedział, jak się z nimi pracuje. Przesiadywał przy stoliku dziennikarskim, pamiętał o ich małych świętach, chodził – jak trzeba – na wódeczkę. Podjął się tej misji, gdy już było trudno – notowania spadały, paru Kolegom władza uderzała do głowy, a i media postanowiły nie darować nam niczego. Tym dzielniej znosił wszystkie niepowodzenia.
Pisarzom wspomnień o Nim, których zresztą jest bardzo dużo, kojarzył się głównie z kultowym serialem telewizyjnym. Żaden nie pochylił się nad Jego osiągnięciami poselskimi, nie wspomniał, że był kompetentnym i suwerennym deputowanym. Że Polska zawdzięcza Mu kilka dobrych ustaw, które bronią się do dzisiaj. Że był racjonalnym, nie ulegającym emocjom polemistą, że – jak na dziennikarza i etnografa – świetnie opanował polityczny warsztat. Nie bał się polemik i sporów, nawet we własnym klubie. Nie schlebiał nikomu, ani Koleżankom i Kolegom, ani wyborcom. Potrafił powiedzieć co myśli, ale tak, że rzeczy wydawały się proste i oczywiste. W trudnym czasie przemian w partii opowiadał się jednoznacznie za jej socjaldemokratycznym charakterem, za potrzebą jej odmłodzenia. Do końca był wierny tej postawie.

Nie mogę nie dodać uwagi od siebie. To On odkrył przede mną Chorwację, namawiając mnie na wakacyjny wyjazd z rodziną. Przez kilka lat późniejszych do niej wracałem będąc wdzięczny Sławkowi. Kiedy rozmawiałem z Nim przed pandemią umawialiśmy się na kolację w Jego ulubionej Lanckoronie. Nie zdążyłem.

Bronisław Cieślak (1943-2021)

Wielu może się to wydać niewiarygodne, ale Bronisław Cieślak ani nie lubił siebie w roli porucznika Borewicza, ani też, choć przyniosła mu ona kolosalną popularność, nie dążył do zdyskontowania jej, by zapewnić sobie aktorską karierę, która wręcz pchała mu się w ręce. Ba, nie tylko nie dążył, ale wręcz odrzucał propozycje, które co pewien czas, na przestrzeni wielu lat, mu czyniono. Owszem, czasem czynił ustępstwo i dawał się do jakiejś roli namówić, ale w porównaniu z liczbą propozycji, jakie mu składano, była to – by tak rzec – kropla w morzu.

Nie lubił także o poruczniku Borewiczu opowiadać, nie wydał też książki wspomnieniowej czy wywiadu-rzeki pod hasłem „ja jako Borewicz”, choć książki takie wydają radośnie osoby mające po temu nieporównywalnie mniej od Bronisława Cieślaka powodów.
Przekonałem się o tym osobiście, gdy korzystając z jakiejś okazji zadzwoniłem do niego, bodaj pod koniec 2006 roku z prośbą o wywiad. Nie wykluczam, że tą okazją była m.in. czterdziesta rocznica inauguracji serialu Krzysztofa Szmagiera „07 zgłoś się”. Bronisław Cieślak chętnie podjął rozmowę, ale z góry zastrzegł, że o serialu i o roli Borewicza rozmawiać nie ma ochoty. Ta jego postawa wydawać się może niezrozumiała zwłaszcza w czasach, w których mnóstwo osobników potrafi wykorzystać swoje nawet najgłupsze i najobrzydliwsze narowy, by za wszelką cenę, zaistnieć dzięki nim w rozmaitych „mediach społecznościowych”, a nawet zarobić na tym mnóstwo pieniędzy.
Tymczasem on nie palił się też do dyskontowania swojej popularności w reklamach, co może się wydać jeszcze bardziej niewiarygodne.
A przecież, choć nie był aktorem zawodowym, to obdarzony był autentycznym talentem, naturalnym instynktem aktorskim, miał w sobie autentyczność i prawdę, które uderzały na ekranie, a kamera – jak to się zwykło mówić – go kochała. Warto zauważyć, że w podobnym gatunkowo serialu „S.O.S” Janusza Morgensterna z 1974 roku, grający główną rolę wybitny aktor Władysław Kowalski nie zdobył nawet małej cząstki popularności, która przypadła w udziale Cieślakowi.
Nigdy właściwie nie wyjaśnił przyczyn swojej postawy. Być może częściową odpowiedź można odnaleźć w tytule wspomnianego wywiadu: „Czuję się jak towar na ladzie”.
Po prostu tego nie lubił. Być może jakaś część odpowiedzi na to pytanie tkwi też w jego osobowości, w charakterze naznaczonym szczyptą specyficznej, może nawet trochę krakowskiej szorstkości, goryczy i sceptycyzmu (był krakusem z urodzenia). By użyć literackiej metafory – było w nim coś z „Kłapouchego” z angielskiej opowieści o Kubusiu Puchatku i jego przyjaciołach.
Miał oczywiście cechę właściwą aktorom niezawodowym, która polegała na spontaniczności bycia przed kamerą, spontaniczności nie ujmowanej w trwałą aktorską formę. W każdym dublu był inny.
Jedna z zawodowych aktorek, która z nim grała, wspominała, że było to dla niej do pewnego stopnia kłopotliwe, bo nigdy nie wiedziała jak jej partner w danym momencie się zachowa, co w zawodzie aktorskim nie jest normą. W sumie ta jego aktorska przygoda zaowocowała kilkunastoma rolami, od epizodycznej roli w serialu Romana Załuskiego „Znaki szczególne”, poprzez epizod w „Kung fu” Janusza Kijowskiego, dużą rolę kapitana milicji w kryminalnym filmie Załuskiego (to był taki „Borewicz na smutno”), po role w serialach „Mrok” czy „Malanowski i partnerzy”.
Co zatem, skoro nie aktorstwo, było tym co cenił Bronisław Cieślak? Wygląda na to, że jednak polityka. Dwukrotnie był posłem na Sejm z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Później kilkakrotnie startował w wyborach bez powodzenia. Przeżywał też życiowe kłopoty. Towarzyszyła mu gorycz z powodu niepowodzeń lewicy, które przyszły po sukcesach w wyborach 1993 i 2002.
Ale opowiedzenie o tym, poselskim, politycznym aspekcie jego działalności wypada mi już zostawić innym. I jeszcze jedno, na zakończenie tego wspomnienia. W czerwcu 2017 roku jechałem na kilka dni do Krakowa.
Gdy pociąg ruszył, zadzwoniłem do Bronisława Cieślaka w nadziei, że uda mi się umówić z nim na ponowny wywiad, tym razem w jego rodzinnym mieście. Odmówił, uzasadniając tym, że źle się czuje, że jest chory. Nie oznaczało to jednak, że na tym rozmowa się zakończyła.
Pan Bronisław, odmawiając mi wywiadu, sam rozwinął bogatą narrację na różne tematy i po mniej więcej pół godzinie powiedział mi: „No to właściwie ma pan wywiad”. Niestety, takiego wariantu nie przewidziałam i to co powiedział, bezpowrotnie rozpłynęło się w eterze.

Lepiej niż z biskupem

Do Sejmu często trafiają gwiazdy, znane z innej niż polityka, działalności. W czasie kampanii wyborczej mają ściągnąć głosy swych fanów, zwłaszcza tych omijających wybory. Potem w Sejmie mają już nie gwiazdorzyć, głosować jak przykazano, i nie przeszkadzać innym w pracy poselskiej.
Sławek nie gwiazdorzył, bo miał deficytową w parlamentach cechę, autoironię. Sam nabijał się z krzewionego wokół niego kultu „porucznika Borewicza”. Posła w Sejmie też nie grał. Był nim pełną, acz nieegzaltowaną, gębą. Robił swoje bez fanfar.
Nie pchał się do mediów, kiedy nie musiał. A nie musiał, bo był już wystarczająco znany. Był też profesjonalnym dziennikarzem. A to sprawiało, że gwiazdorscy dziennikarze nie kwapili się zapraszać go do programów. Trudno było im zrobić zeń głupka.
W Sejmie więcej robił niż mówił. Był świetny przy poprawianiu projektów ustaw w sejmowych podkomisjach. Miał rozległą wiedzę, doświadczenia życiowe i zawodowe oraz umiejętność pracy w zespole. Moc spokojnej perswazji przy użyciu krótkich, rzeczowych, choć nieraz dosadnych, argumentów. Niewiele osób wie jak wielce zasłużył się przy uchwaleniu kilku ważnych ustaw. Zwłaszcza tej o kinematografii z 2005 roku. Tworzącej Polski Instytut Sztuki Filmowej i system finansowania kinematografii. Fundament sukcesów polskiego kina.
Ponieważ projekt ustawy przewidywał, że na polską kinematografię będą płacić daniny wszystkie firmy zarabiające na polskich filmach, czyli telewizje, sieci kablowe, kina, producenci sprzętu audio wideo i wiele podobnych, to w Sejmie pojawili się lobbyści zachęcający parlamentarzystów do zablokowania prac nad takim projektem. Zwłaszcza kiedy jeszcze pracowała nad nim sejmowa podkomisja. Sławek należał do niej, a ja kierowałem nią.
Umówiliśmy się na wstępie, że nie zaprezentujemy publicznie naszego projektu ustawy zanim nie będzie w pełni gotowy. Cyzelowaliśmy go z prawnikami i filmowymi ekspertami ponad pół roku. Uśpiliśmy tym czujność naszych przeciwników. Kiedy go wreszcie przedstawiliśmy, nie mieli się już do czego przyczepić i nie zdołali go potem zablokować.
Raz jednak spróbowali doprowadzić do falstartu naszej pracy. Do prezentacji niegotowego jeszcze projektu ustawy na forum komisji kultury i środków przekazu. Aby łatwiej było go skrytykować, a potem zawnioskować o zmiany personalne w składzie podkomisji. i tym sposobem opóźniać prace podkomisji aż do zbliżającego się już końca sejmowej kadencji.
W taka obstrukcję zaangażowali się lobbyści znanych wówczas telewizji komercyjnych i sieci kablowych. Zaproponowali Sławkowi aby poparł wniosek o przedyskutowanie projektu, a po moim przewidywalnym odwołaniu, przejął kierowanie podkomisją. Kusili go wdzięcznością telewizyjnych kanałów. Łechtali parlamentarne ambicje.
Ku ich zdumieniu Sławek odmówił. A potem przestrzegł kilku innych, podobnie kuszonych, aby nie ważyli się pójść tą drogą. Kiedy wulkan już ostygł, opowiedział mi o całym zajściu z rozbrajającym uśmiechem. „Patrz „Gadzina” jakie to ludzie głupie pomysły mają”.
Sławek nie musiał gwiazdorzyć, bo rzeczywiście gwiazdą był. Często widziałem jego popularność, zwłaszcza podczas wyjazdowych posiedzeń komisji kultury. Cała Polska uwielbiała go. A ta pozawarszawska Polska nie wstydziła się tego publicznie pokazać.
Nie zapomnę posiedzenia komisji kultury z 2000 roku odbytego w kościele pod wezwaniem Świętej Trójcy i Najświętszej Marii Panny w Strzelnie. Kiedy po obradach we wnętrzu kościoła udaliśmy się na pobliską plebanię. Tam obiad dla komisji i jej Szanownych Gości wydał przewodniczący Jan Maria Jackowski. Gospodarzył ksiądz proboszcz dobrodziej, a zespół jego Gospodyń wszystko nam ugotował i do stołu podawał.
Ponieważ wśród gości byli hierarchowie polskiego kościoła katolickiego, wśród z nich przynajmniej jeden w randzie biskupa, to i obiad był na bogato. Najpierw kanonada przystawek i zup, potem trzy dania główne, i bateria deserów na koniec. Dań było tyle co na przyzwoitym chińskim bankiecie, ale każda porcja pięć razy większa. Nie dało się tego przejeść od razu. Zwłaszcza, że do jedynie kompot podano.
Posadzono nas w dwóch izbach. W pierwszej zasiedli katolicy parlamentarzyści oraz miejscowi katoliccy samorządowcy z biskupem i proboszczami w prezydium. W drugiej parlamentarna „komuna”, ramię w ramię z miejscowymi lewicowymi radnymi.
Ci ostatni dobrze znali topografię plebanii i szybko zaproponowali jej Gospodyniom aby poczęstowały „pana posła Borewicza” przechowanymi tam nalewkami. Była chwila zawahania, lecz sława porucznika MO przeważył nad strachem przed ewentualnym gniewem biskupim.
I tak to spożycie obiadu rozdwoiło się. W izbie katolickiej celebrowano dostojnie przy kryształowych dzbankach z kompotem. U „komuchów” zabawa rozkręcała się z każdą kolejną karafką nalewki. Przy deserze doszli do nas radni katoliccy zwabieni dźwiękami naszej perlistej debaty.
„Lepiej tu z Borewiczem niż tam z biskupem”, skonstatował jeden z nich.
Ech, Sławku. Dobrze się z Tobą posłowało, jeszcze lepiej jadało, a już najlepiej debatowało biesiadnie.
Niech Ci niebo takich debat nie poskąpi.