Flaczki tygodnia

Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje groźbę nadchodzącej katastrofy politycznej. Przyszłego PiSPSL -u.

Przeciągające się targi polityczne urządzone przez liderów PSL można racjonalnie wytłumaczyć dwoma powodami.
Pierwszy to tradycyjnie, PSL- owskie kokoszenie się. Kuglowanie, kiwanie, fochowanie w celu uzyskania jak najwięcej miejsc biorących na przyszłych listach wyborczych.
Zwłaszcza tak zwanych „jedynek”, czyli pierwszych miejsc na listach.
Bo wielu polskich, wybitnych ponoć, specjalistów od wygrywania wyborów głosi tezę, że około 30 procent wyborców zawsze, automatycznie i bezkrytycznie głosuję na pierwsze nazwisko na liście wyborczej. Głosuje tylko dlatego, że jest to pierwsze nazwisko na wybranej przez nich liście wyborczej.
Ta prawidłowość ma dotyczyć wszystkich list wyborczych.
To może oznaczać, że około trzydziestu procent Wyborców w naszym kraju to ten przysłowiowy „ciemny lud”.

Drugim racjonalnym powodem tych nieracjonalnych targów politycznych PSL jest wola jego kierownictwa wyjścia z koalicji z PO.
I doprowadzenie do przyszłej koalicji z PiS.
Realizacji starej zasady obowiązującej w PSL. Że w każdych wyborach wygrywa przyszły koalicjant PSL.

Stąd ten nagły atak obrzydzenia do lewicy uwidaczniany wśród elit Polskiego Stronnictwa Ludowego. Jakieś uzasadnienie zerwania koalicji z już nie wygrywającą PO musi być.

Długo falowa kalkulacja prominentów PSL może być taka. PiS zapewne wygra najbliższe wybory parlamentarne. Ale wygra niewysoko. W Senacie może to być nawet remis ze wskazaniem na opozycję.
Zatem PiS na pewno nie będzie miał większości potrzebnej do zmiany Konstytucji RP, czyli dokończenia swojej kontrrewolucji narodowo- katolickiej. Będzie potrzebował koalicjantów do tego.
PiS może też nie mieć tych upragnionych 231 krzeseł w Sejmie RP potrzebnych do posiadania większości rządzącej. I być skazanym na koalicjanta.

Ponieważ aktyw PiS skutecznie spacyfikował prawicową konkurencję, albo ją wchłonął albo zdyskredytował jak to było w przypadku Konfederacji, to jedynymi potencjalnymi koalicjantami dla PiS mogą być klub fanów Pawła Kukiza i PSL.

Klub fanów Pawła Kukiza topnieje i może mieć problemy z przekroczeniem progu wyborczego.
Podobne kłopoty ma PSL, które jako samodzielny byt polityczny w przedwyborczych sondażach też oscyluje wokół progu wyborczego.
Ale koalicja Kukiz-PSL ma szansę na przekroczenie progu wyborczego. Zdobycia kilkunastu mandatów poselskich. Stworzenia klubu parlamentarnego PSL-Kukiz.

Ten klub może być na wagę większości rządzącej parlamencie. Może dać większość dla rządzącej, dziś opozycyjnej, Koalicji Obywatelskiej.
Może też dać większość rządzącej partii pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Oczywiście zanim przyszły klub parlamentarny PSL-Kukiz wjedzie z PiS lub KE w koalicję rządzącą, to wpierw usunie ze swych szeregów pana posła Pawła Kukiza. Bo jest on nie koalicyjny. To solista polityczny, a w parlamencie trzeba mieć również umiejętności śpiewania w chórze politycznym.

Następnie liderzy klubu parlamentarnego PSL + przystąpią do negocjacji. Jeśli PiS zaproponuje im więcej w przyszłej koalicji rządowej niż KO, i dodatkowo jeszcze coś w sejmikach wojewódzkich, to liderzy PSL + wejdą w koalicję z partią pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
To wreszcie uwolni ich od niedoli przebywania na niewygodnych ławach opozycji. I w parlamencie i w sejmikach wojewódzkich.

Wartość formacji PSL + zapewne wzrośnie w 2020 roku. Kiedy zaczną się wybory prezydenta RP. Wówczas każde nowe środowisko będzie cenne.
I wtedy liderzy PSL + znowu będą mogli poczuć się jak posiadacze złotej akcji. Decydującej o zwycięstwie w boju politycznym.

Historia dotychczasowych koalicjantów pana prezesa Kaczyńskiego nie jest zachęcająca. Pan prezes Jarosław jest wyjątkowo skutecznym kanibalem politycznym.
Liga Polskich Rodzin rozpadła się po koalicji z PiS. Podobnie rozpadła się „Samoobrona”. A jej lider Andrzej Lepper został znaleziony jako rzekomy samobójca.

Jak dzieci zachowują się euro deputowani PiS w Parlamencie Europejskim. Na złość Fransa Timmermansa utrącili jego kandydaturę na szefa Komisji Europejskiej. Aby utorować drogę Urszuli von der Leyen. Posiadającej równie pryncypialne poglądy na temat łamanej przez PiS praworządności w Polsce jak Timmermans. Ale młodszej od niego, bardziej energicznej i żądnej szybkich efektów. Zatem swym głosowaniem ekipa PiS zamieniła sobie przysłowiowy kijek na siekierkę.

Zablokowanie jednego kandydatka na rzecz innego, to normalka w parlamentarnej robocie. Zwykle mądrzy parlamentarzyści robią to w sposób zdecydowany i dyskretny. Nie biegają od knajp parlamentarnych po toalety i wszędzie chwalą się swym „historycznym zwycięstwem”.
A euro deputowani PiS tak czynili. Wszędzie przechwalali się swą udaną zemstą. W efekcie wzbudzili niesmak i niechęć pozostałych frakcji politycznych w Parlamencie Europejskim.
Taka niechęć szybko ujawniła się podczas głosowania nad kandydaturą euro deputowanej Beaty Szydło na przewodniczącą komisji pracy. Jej kandydatura upadła, choć nie było innej kandydatury. Bo ta komisja przypadła PiS w wyniku podziału komisji pomiędzy wszystkimi frakcjami politycznymi w euro parlamencie.

Teraz kierownictwo PiS odgraża się, że w tym tygodniu ponownie wystawi kandydaturę euro deputowanej Szydło.
Co będzie jeśli jej kandydatura znowu upadnie?
Propagandziści PiS wszystko zwalą na „wrażą Brukselę”? Na rzekomy antypolonizm pozostałych euro deputowanych?

Unia po wyborach

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami, teraz w całej Unii trwają analizy, co one nam właściwie powiedziały?
Jaki będzie układ sił w PE? A przede wszystkim, jaki jest wynik bezpośredniego starcia zwolenników Unii i dalszej jej integracji z jej przeciwnikami. Mówiąc językiem gazet: między „euroentuzjastami” a „eurosceptykami”.

Generalny wniosek jest taki, że demokratyczny zamach populistów na Unię nie powiódł się. Mimo zwycięstw w kilku ważnych krajach (Włochy, Francja, a zwłaszcza Wlk. Brytania), eurosceptycy uzyskali mniej głosów niż oczekiwali i nie będą w stanie zasadniczo zmienić układu sił w Parlamencie Europejskim, a więc nie będą mogli wcielić w życie swoich politycznych, niechętnych, czy wręcz wrogich UE, planów. Ostateczny podział mandatów wygląda następująco:
• EPL (Europejska Partia Ludowa, do której należą PO i PSL) – 179
• Socjaliści i Demokraci (S&D – frakcja, do której należy SLD i do której aplikowała i została przyjęta „Wiosna”) – 153
• ALDE&R (Porozumienie Liberałów i Demokratów) – 105
• Zieloni – 69
• EKR (Europejscy Konserwatyści Reformowani, do której należy PiS) – 63
• ENW (Grupa Narodów i Wolności – Liga Salviniego) – 58
• EFDD (Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej – Nigel Farage) – 54
• Zjednoczona Lewica Europejska/Nordycka Zielona Lewica – 38
• NI (niezrzeszeni) – 8
• Inni – 24
Te wyniki potwierdzają to, co pisałem w tym miejscu przed wyborami – że ruchy i tendencje populistyczne i nacjonalistyczne są dla Unii Europejskiej kłopotem, ale nie problemem. Są hałaśliwe, mają zdolność wzbudzania emocji, często pretensji do Unii, do sposobu jej funkcjonowania – również do różnych jej niesprawiedliwości zwłaszcza w zakresie polityki społecznej – jednak zawsze na końcu zwycięża pragmatyzm i zdrowy rozsądek Europejczyków. Jedyna pozytywna rola, jaką populiści odgrywają w Europie jest taka, że oni skutecznie pobudzają i dopingują do wyciąganie wniosków z błędów, do poprawiania funkcjonowania Unii, do jej przeorientowania na rzecz Europy socjalnej, przyjaznej swym obywatelom, ale jednak nie do destrukcji Unii, jako takiej.
Dobrym przykładem w tym względzie są Włochy – kraj, gdzie bodaj najgłośniej w Europie brzmiały głosy eurosceptyków. Ich lider, Matteo Salvini, już przed wyborami podróżował po Europie, (był m.in. w Polsce, gdzie prowadził rozmowy z liderem PiS), próbując budować przyszły sojusz eurosceptyków. Marzyła mu się taka pozycja, która w Parlamencie Europejskim gwarantowałby mu rolę bardzo ważnego gracza. Tymczasem, mimo oczywistego zwycięstwa w Italii, głosy tamtejszych wyborców rozproszyły się na tyle, że – przy jednocześnie słabszych niż spodziewane wynikach eurosceptyków w mniejszych krajach unijnych – ostatecznie nie dały Salviniemu siły, o jakiej marzył. Oprócz niego bowiem Włosi powierzyli mandaty także Europejskiej Partii Ludowej, Socjalistom i Demokratom oraz frakcji Konserwatystów Reformowanych. W rezultacie Salviniemu do spełnienia marzeń zabrakło armat.
Zdecydowany sukces odniosła również Marine Le Pen we Francji, ale też jednak nie taki, który dawałby jej moc sprawczą. Mimo wielotygodniowych niepokojów w tym kraju na tle socjalnym, mimo niezadowolenia z rządów prezydenta Macrona, uzyskany przez jej Zjednoczenie Narodowe wynik był gorszy niż w wyborach w roku 2014.
W Niemczech narodowo-konserwatywna Alternatywa dla Niemiec (AfD) przegrała nawet z Zielonymi, o CDU/CSU i SPD nie mówiąc.
Pragmatyczni Duńczycy także odmówili większego poparcia swoim populistom. Duńskiej Partii Ludowej z czterech eurodeputowanych został teraz jeden, który zasiądzie obok posłów PiS. Za to, co warto podkreślić, do grupy Socjalistów i Demokratów dołączy trzech Duńczyków. Socjaldemokracja wygrała zresztą niedawne wybory parlamentarne w Danii.
Jak podkreślają analitycy (np. z portalu Polityka.pl) największą stratą dla eurosceptyków jest brak możliwości skonsumowania zwycięstwa Brexit Party, Nigela Farage’a. Jego eurodeputowani będą w PE tylko do 31 października, kiedy to Wlk. Brytania opuści Unię.
Na tym tle – mimo licznych, groźnych przepowiedni – zaskakująco dobrze wypada europejska lewica.
Hiszpanie (gdzie lewica wygrała też wybory parlamentarne) wprowadzili do PE 20 europosłów, Włosi – 19, Niemcy – 16, Portugalczycy i Rumuni – po 9, Polska – 8. W sumie grupa S&D będzie liczyła 153 eurodeputowanych – mniej niż poprzednio, ale wciąż jest liczącą się siłą, zdolną tworzyć większościową koalicję.
Straty zaliczyła także Europejska Partia Ludowa (z PO i PSL) – będzie liczyła obecnie 179 eurodeputowanych.
To oznacza, że obie te partię będą musiały dobrać trzeciego koalicjanta dla uzyskanie bezwzględnej większości. Niczego nie przesądzając i zachowując polityczną skromność można powiedzieć, że nie wydaje się to niemożliwe. Ten domysł graniczący z pewnością potwierdzają ostatnie informacje o rozpoczęciu politycznych rozmów między czterema największymi ugrupowaniami (EPL, S&D, ALDE&R, Zieloni) na temat zbudowania programowego i politycznego porozumienia, które zapewniłoby pewne, stabilne kierowanie unijną nawą przez przyszłą Komisję Europejską.
Powyborcze rachunki pokazują też, jaka jest na europejskiej scenie realna siła Prawa i Sprawiedliwości. Buńczuczne zapowiedzi reformowania Unii, wręcz jej zmieniania, „walki” o „sprawiedliwy budżet”, „walki z Europą dwóch prędkości”, a nawet o dopłaty dla każdej krowy i świniaka, zderzą się teraz z realnymi możliwościami, które są niewielkie. Nadto zdolność koalicyjna PiS, które przez całą poprzednią kadencję było na wszystkich obrażone i ciągle wychodziło z sali na „znak protestu”, mówiąc oględnie nie jest przesadna. Może się to teraz zmieni, czego jako polski eurodeputowany życzyłbym sobie, bo każdy polski głos, mający realny wpływ na podejmowane decyzje, jest dla nas ważny, ale doświadczenie mi podpowiada, żeby za bardzo na to nie liczyć. Jak zwykle więc najlepiej liczyć na siebie – w przypadku polskiej lewicy – na grupę Socjalistów i Demokratów i na grupę EPL, gdzie zakotwiczyły pozostałe siły Koalicji Europejskiej, czyli PO i PSL.
W tej chwili rezultat polskich wyborów do europarlamentu jest taki, że PiS wprowadziło tam 26 posłów, a Koalicja Europejska (licząc SLD i „Wiosnę” łącznie – jako członków S&D) – 25. „Wojna o Polskę” zakończyła się zatem właściwie remisem. To jednak oznacza, że przy niewielkich możliwościach jednopunktowego zwycięzcy, większa odpowiedzialność za polskie sprawy w Unii Europejskiej spada na partie tworzące Koalicję Europejską. To zaś wiąże się z naprawdę bardzo ciężką pracą zarówno w PE, jak i w jego komisjach, gdzie ucierają się konkretne rozwiązania konkretnych spraw. Jeśli więc ktoś myśli, (a nawet zapowiada), że będąc europarlamentarzystą będzie jednocześnie odgrywał polityczne role w kraju, angażował się w kolejne wybory, to z góry mogę powiedzieć, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Taki ktoś po prostu nie zrozumiał, do jakiej roli pretenduje i czego się podejmuje startując w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Warto sobie to uzmysłowić od razu na początku rozpoczynającej się kadencji.

Wybory, które zmieniły historię

Przed każdymi wyborami powtarzane jest stwierdzenie, ze nadchodząca elekcja jest historyczna.

Z jednej strony dodaje to blichtru wiekopomności kampanii. Z drugiej strony sprawia, ze wyborcy mogą poczuć zew, uznając, iż rzeczywiście, warto udać się do urn wyborczych, by wziąć udział w niezwykłym, wiekopomnym wydarzeniu. W kontekście wyborów europejskich rzeczone zaklęcie o ich unikatowym charakterze artykułowane jest częściej, szczególnie, ze od lat kolejno odnotowywane frekwencje cechowała tendencja spadkowa. Ponieważ są one traktowane w domyśle jako swego rodzaju referendum na temat integracji europejskiej, na podstawie dotychczasowego miernego zainteresowania snuto często tezy o demokratyczno-egzystencjalnym kryzysie Unii.
Tym samym w maju 2019 już pierwsze doniesienia dotyczące wzmożonej partycypacji w wyborach stanowiły znak, ze cos drgnęło. W skali całego kontynentu około polowa uprawnionych wzięła udział, co stanowiło o 10 procent więcej niż piec lat temu. Takiego poziomu nie odnotowano na przestrzeni dwóch dekad.
Naturalnie, motywacja wyborców zależała często od sytuacji w kraju. W Polsce ważnym czynnikiem mobilizacyjnym były chęci poparcia bądź załamania potęgi PiS. W Wielkiej Brytanii do urn ruszyli zarówno zwolennicy i przeciwnicy Brexit-u, oraz jak się okazało ci, których zmęczył zaistniały kryzys demokracji reprezentacyjnej i chcieli skorzystać z okazji, by ukarać zarówno rządząca Partie Konserwatywna, jak i opozycyjna Partie Pracy. Obie wspólnie uzyskały poparcie zaledwie co piątego wyborcy na Wyspach. Jakkolwiek przykłady ważkich zajść na niwie krajowej można byłoby mnożyć, dokonywane przez obywateli wybory pośrednio bądź bezpośrednio dotyczyły niemniej jednak spraw europejskich, wyboru godnej reprezentacji do Parlamentu Europejsiego (PE) oraz zdefiniowania miejsca dla Ojczyzny w kontekście nadal jednoczącej się Europy. Tym samym wybory europejskie przestały być drugorzędna elekcja – jak kategoryzowali ja dotychczas politolodzy. Europejczycy i Europejski pokazali, ze chcą decydować o tym, w jakiej rzeczywistości i z jakimi prawami, obowiązkami i szansami na przyszłość przyjdzie im żyć.
Dla socjaldemokracji europejskiej wieczór 26 maja był dziwnym momentem, w którym uczucia ulgi i spełnionego obowiązku mieszało się z niepewnością oraz świadomością, iż nachodzą nowe czasy. Innymi słowy, socjaldemokraci zdawali sobie sprawę, iż nie jest tak źle, jak przewidywano, ale także nie tak dobrze, jak byśmy sobie tego życzyli. Krajobraz po bitwie przedstawiał się jako nader skomplikowany, ponieważ oprócz partii, które odniosły zwycięstwo bądź odnotowały porażkę na niwie krajowej, trudno było jednoznacznie określić, kto wyszedł z tej batalii zwycięsko na poziomie europejskim. Nawet jeśli Zieloni szczycili się ilością zdobytych mandatów, a potencjalnie zasileni przez eurodeputowanych z Republique en Marche Prezydenta Macrona Liberałowie ustami Guy Verhofstadt’a ogłaszali siebie krolotworcami w zbliżających się negocjacjach dotyczących obsady głównych stanowisk w UE.
Naturalnie, każdy ma prawo do własnej wersji historii i do uciekania się do propagandy sukcesu. Niemniej jednak w momencie zamknięcia lokali wyborczych i przedstawienia pierwszych sondaży pewne były tylko dwie kwestie. Po pierwsze, dwie największe frakcje (Europejskiej Partii Ludowej oraz Sojuszu Socjalistów i Demokratów) stopniały na tyle, ze nie mogły marzyc o utrzymaniu wielkiej koalicji, która od początku Wspólnot dzierżyła wspólnie rządy. Oznaczało to konieczność rozważenia innych scenariuszy od centro-lewicowych koalicji, poprzez kolorowe sojusze. Zarówno jedne, jak i drugie, mogły okazać się trwale, jak i wyłącznie mobilizować glosy w jednej bądź drugiej sprawie ad-hoc.
Po drugie, suma zrzeszonych i niezrzeszonych eurodeputowanych o proweniencji anty-europejskiej, euro-sceptycznej, prawicowo-radykalnej i nacjonalistycznej łącznie dawała cyfrę plasująca grupę tychże posłów na pozycji drugiej siły. Owszem, praktyka dowiodła, ze dotychczas nie byli się oni porozumieć na tyle, by stworzyć wspólny front i skorzystać ze skomasowanej tym samym siły nawet przy obsadzie stanowisk. Zgodnie z prognozami wieczoru wyborczego mieli zasilić przynajmniej trzy różne frakcje po około 50 członków każda. Niemniej jednak ponieważ maja oni inklinacje do traktowania Parlamentu Europejskiego jako sceny do wygłaszania opinii godzących w demokratyczne wartości i zasady, na których opiera się proces integracji, trzeba przyjąć, ze w nowej kadencji będą oni działać destrukcyjnie ze zdwojona silą, oponując przeciwko procesom wspólnotowym i werbalizując jeszcze bardziej poglądy, które dotychczas były w Brukseli karnie sankcjonowane.
Pomimo tychże zmartwień, na wyborczej mecie socjaldemokraci mogli poszczycić się udana kampania europejska. Kiedy przystępowali do niej po Kongresie Partii Europejskich Socjalistów (PES) w Lizbonie w grudniu 2018 oraz Radzie PES w Madrycie w lutym 2019, niewielu wróżyło im powodzenie. Wybór Fransa Timmermansa (Wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej (KE) z Holandii) na Wiodącego Kandydata odbył się w mało korzystnych okolicznościach w cieniu rywalizacji z Marosem Sefkovicem (Wiceprzewodniczącego KE ze Słowacji), którego popierała znaczna większość partii członkowskich z Europy Środkowowschodniej. To samo w sobie zdawało się być symbolem jednego z istniejących w obrębie PES-u podziałów. Co więcej, w kuluarach zastanawiano się, na ile Timmermans będzie w stanie dorównać jasnością poglądów i energia swojemu poprzednikowi z 2014 roku – Martinowi Schulzowi. Szybko jednak okazało się, jak akuratne jest maksyma Willy Brandt’a, iż na każdy moment w historii wymaga własnej, uwspółcześnionej odpowiedzi. Timmermans startował z pozycji europejskiego polityka zaprawionego w bojach o demokracje, obawa o przyszłość której dominowała kampanie na całym kontynencie. Do tego w trakcie swojego Tour de Frans silnie zaznaczył swoje przekonania na niwie społeczno-gospodarczej, agitując za ustanowieniem płacy minimalnej na poziomie europejskim, uporządkowaniem systemu podatkowego oraz za transformacja modelu produkcji i konsumpcji w kierunku bardziej przyjaznemu ludziom oraz środowisku. Obiecując „Nowy Kontrakt Społeczny” (tytuł Manifestu PES) z jednej strony wskazał na konkretne, nowoczesne postulaty stanowiące jednakże odzwierciedlenie raczej tradycyjnego kanonu ideałów socjaldemokracji. Z drugiej, udało mu się w kampanii zamanifestować niekłamany entuzjazm oraz chęć nawiązania rzeczywistego dialogu pomiędzy polityka a obywatelami. To wszystko razem złożyło się na fenomen Fransa Timmermansa, pozwalając mu wygrać wszystkie kolejne rundy dyskusji kandydatów; czyniąc go prowodyrem w preferencjach młodych (zaczynając od debaty w Maastricht) i rezonując z niezwykła silą w jego macierzystej Holandii. Tamże zdziesiątkowana w ostatnich wyborach Partia Pracy odniosła pod jego przewodnictwem w wyborach europejskich spektakularny sukces, podwajając z trzech do sześciu liczbę eurodeputowanych.
Kampania PES i Fransa Timmermansa pozostaje jednym z powodów dla których jest on obecnie rozważany jako silny kandydat w negocjacjach dotyczących podzialu stanowisk w Unii – mimo ze jak wspomniano socjaldemokraci są druga co do wielkości frakcja w PE i jedynie trzecia silą w Radzie. Niemniej jednak cząstkowe wyniki na poziomie krajowym (z wyłączeniem Holandii) były raczej bardziej efektem bezpośrednich działań partii członkowskich PES. Czasami kampanie przenikały się bardziej – jak miało to miejsce w Hiszpanii, gdzie na miesiąc przed europejskimi odbyły się wybory krajowe i gdzie Timmermans spędził dużo czasu. Zdarzało się jednak również, ze były powodem do zgrzytów, czego przykładem grunt Polski, gdzie Timmermans wziął udział w jednej konferencji partii członkowskiej PES – SLD, ale dwukrotnie pojawił się na rautach nie afiliowanej podówczas z nikim Wiosny Roberta Biedronia. Były tez państwa do których nie dotarł, czego przykładem Czechy czy Słowacja. Biorąc pod uwagę różnorodność wyników trudno oszacować na ile jego wsparcie bądź absencja miały znaczenie w końcowym rozrachunku.
Analizując poszczególne wyniki trudno oprzeć się wrażeniu, ze polityczna mapa Unii – podobnie jak Polski – pozostaje podzielona zgodnie ze strefami geograficznymi. Socjaldemokraci odnieśli zwycięstwa na południu: w Hiszpanii (umacniając tym samym pozycje PSOE i Pedro Sanchez’a przed rozpoczęciem negocjacji o nowym składzie rządu), w Portugalii (gdzie PS Antonio Costy zdobyła 9 mandatów, niezależnie od wiszącego w powietrzu strajku nauczycieli) i na Malcie (gdzie Partia Pracy podwoiła swój skład osobowy w EP). Zaskakująco dobry wynik odnotowali także we Włoszech (co przez cześć komentatorów przypisywana jest próbie jednoczenie się przeciwko fali Matteo Sallvini’ego, a po części zasługom nowego przewodniczącego centrolewicowej PD – Nicoli Zingaretti’ego). Na północy socjaldemokracja uplasowała się na drugiej pozycji (ze szczególnie dobrym wynikiem w Finlandii i zwycięstwem w Szwecji), niezależnie od dobrych notowań krajowych – gdzie nadchodzące wybory w Danii są postrzegane jako ostatni przystanek na drodze centro lewicy do przejęcia sterów władzy w tymże regionie. Socjaldemokraci znaleźli się na trzecim miejscu w Europie Środkowowschodniej (za silami związanymi z frakcja Europejskich Reformatorów i Konserwatystów, do której należy PiS) oraz poza podium na Zachodzie. Tutaj niechlubnym przykładem są szczególnie Niemcy, gdzie Zieloni zdeklasowali SPD, spychając ja na pozycje trzeciej partii. We Francji, Partia Socjalistyczna startując w koalicji uzyskała nieco ponad sześć procent, tracąc ponad polowe mandatów. Wyniki te wskazują na szykująca się zmianę dynamiki współpracy partii socjaldemokratycznych w obrębię frakcji S&D i silą rzeczy w obrębie PES. Na tej niwie głównym punktem odniesienia była dotychczas os Berlin – Paryż, która zastąpi Madryt – Rzym. Zdaje się to potwierdzać w osobach kandydatek i kandydatów rozważanych na liderów Frakcji, choć oczywiście sprawa nie jest jeszcze przesadzona. Co więcej, przetasowania oznaczają również wzrost znaczenia delegacji traktowanych dotychczas jako mniejsze. W tym polskiej, która jednak pozostaje podzielona pomiędzy 5 eurodeputowanych z SLD oraz 3 z Wiosny. Razem stanowiliby szóstą co do wielkości reprezentacje.
Jeszcze jednym ważnym powodem dla którego ostatnie wybory były historyczne jest echo z jakim odbiły się na niwie krajowej w wielu państwach członkowskich. Burzliwa kampania w Austrii była kontekstem w którym ujawniono taśmy Strache’go, doprowadzając do kryzysu rządowego i w konsekwencji przyspieszonych wyborów. W Grecji porażka rządzącej partii pod przywództwem Alexis’a Tsipras’a stała się przyczynkiem zarządzenia przyspieszonych wyborów. W Czechach brak mandatu dla socjaldemokratycznej CSSD może być impulsem do rozważenie przez partie wyjścia z koalicji rządzącej. W Holandii wynik wyborów diametralnie odbiegający od konstelacji w Tweede Kamer już spowodował napięcia w obrębie partii rządzących i opozycyjnych. Przykładów jest o wiele więcej, niemniej jednak już ich selekcja wskazuje na to, iż elekcja europejska przestała być momentem, w którym generalnie i niezależnie od ich poglądów na Europe, elektorat karał partie rządzące, nagradzając glosami mniejsze bądź dopiero co powstałe stronnictwa. Po raz pierwszy odpowiedź na pytanie „kto ma nami rządzić” i „kto ma nas reprezentować w Europie” stało się prawie tożsame.
Biorąc pod uwagę tenże analizę, pojawia się na koniec naturalnie pytanie, czego należy się spodziewać w następnych tygodniach. Jakkolwiek mnożą się w tej kwestie spekulacje, można zaryzykować kilka hipotez. Po pierwsze, negocjacje dotyczące obsady kierowniczych stanowisk w UE będą miały inny charakter niż uprzednio. Nie jest oczywistym, ze znajdzie w nich przełożenie instytucja „Wiodącego Kandydata”. W 2014 udało PE to poniekąd wymusić jej uznanie na Szefach Rządów, dzięki czemu Przewodniczącym KE został Jean-Claude Juncker (wtedy Wiodący Kandydat EPP). Jednak obecnie przeciwko jej akceptacji opowiada się wielu członków Rady, argumentując, iż cały mechanizm bynajmniej nie stal się przyczynkiem do demokratyzacji Unii. Dodatkowo Martin Webber, kandydat EPP, zdał się zawieść pokładane w nim oczekiwania, a po stronie ALDE nie było jednego kandydata, tylko drużyna siedmiu. To może wiec demotywować obie frakcje do podjęcia rękawicy Rady. Tak wiec jakkolwiek teoretycznie, w tej skomplikowanej sytuacji Frans Timmermans miałby oczywiście spore szanse na nominacje, praktyka może okazać się inna z wyżej wymienionych powodów.
Innym istotnym aspektem jest osiągniecie ponadpartyjnego konsensusu w odniesieniu do priorytetów dla Unii na okres legislacyjny 2019 – 2024. W uprzednich realiach wielkiej koalicji nie było tradycji sporządzania dokumentu na kształt ‘umowy rządowej’, co obecnie jednak może ulec zmianie, biorąc pod uwagę zgodę jak wielu partii trzeba uzyskać, by zapewnić sobie decydującą większość czy to w PE czy tez w Radzie. Socjaldemokraci antycypowali taki obrót spraw i tym razem sporządzili nie tylko Manifest na wybory (w oparciu o 6 rozszerzonych rezolucji tematycznych), ale także rozpoczęli prace nad szkicem „programu rządowego” już w styczniu, tak by być do nowego typu rozmów przygotowanymi. Naturalnie, wybór tematów, którym poświecić się powinna Wspólnota w następnych latach nie jest kompletnie przypadkowy. Wiadomo, ze kontynuacji będą wymagały sprawy takie jak wdrożenie obietnicy Europejskiego Filary Praw Socjalnych, reforma budżetu UE i uporządkowanie systemu podatkowego, czy tez polityka ochrony środowiska. Unia będzie musiała wreszcie zmierzyć się z problemem niefunkcjonalnej polityki migracyjnej, jak i podjąć rozmowy z państwami Afryki w celu odnowienia partnerstwa i spisania nowych umów handlowych. Koniecznością będzie spisanie nowej agendy na rzecz równouprawnienia w kontekście jubileuszu międzynarodowej deklaracji z Pekinu z 1995 roku, a także odnowienia strategii Unii wobec młodych. W obrębie instytucji, PE będzie starał się powiększyć swoje wpływy, szczególnie jeśli chodzi o prawo inicjatywy i prerogatywy w kwestii budżetu. Lista priorytetów jest tym samym całkiem jasna, jakkolwiek podejście do nich już nie i tutaj socjaldemokraci maja szanse na to, by zaistnieć. Może nie są największym ugrupowaniem, ale to nie odbiera im prawa bycia najaktywniejszym, najbardziej kreatywnym i dzierżącym tym samym polityczna inicjatywę.
I tutaj pojawia się jeszcze jeden powód, dla którego socjaldemokraci mogą być optymistami-realistami. Ostatnie wybory doprowadziły do największej w historii PE wymiany kadr. Szacuje się, ze blisko 2/3 eurodeputowanych zasiada w jego lawach po raz pierwszy. Owszem, wiąże się to ze strata kilku „wielkich” nazwisk w pewnych dziedzinach, co socjaldemokraci zapewne odczują szczególnie na niwie polityki instytucjonalnej i być może stricte społecznej. Niemniej jednak w nowej kadencji mogą liczyć na najsilniejsza jak dotąd reprezentacje specjalizującą się w takich domenach jak: polityka zagraniczna i obronna; demokracja i prawa człowieka; a także polityka gospodarcza i monetarna. Odzwierciedla to zresztą doskonale skład polskiej delegacji, z której dzięki poparciu SLD znalazło się trzech byłych premierów. To samo w sobie przesadza również o wzroście znaczenia. W całości nowa frakcja ma wiec olbrzymi potencjał polityczny, który może znaczyć więcej niż widziana gołym okiem liczba głosów.
Reasumując, jakkolwiek sytuacja po wyborach europejskich w Polsce nosi wszelkie znamiona bycia deprymująca, w szerszym kontekście dla europejskiej socjaldemokracji nie wypadły one bynajmniej negatywnie. Nawet jeśli kilka partii – szczególnie francuska PS, niemiecka SPD, czeska CSSD oraz brytyjska Partia Pracy – będzie musiało podjąć wzmożony wysiłek odnowy, jest to naturalnym, powtarzającym się okresowo stadium dla socjaldemokracji. W nowym rozdaniu centrolewica ma szanse odgrywać ważna, bądź nawet decydująca role na gruncie UE, jeśli zaufa sobie, swojemu potencjałowi i pofolguje politycznej kreatywności. Tym samym, nie był to boj nasz ostatni, lecz początek nowego rozdziału, którego ton i finał zależy wyłącznie od niej samej.

Co przyniosły te wybory socjalistom?

Modne jest pisanie dziś o wynikach ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wniosków pada wiele ze wszystkich stron sceny politycznej.

Nie widziałem, mimo upływu czasu zbyt wielu wniosków formułowanych z perspektywy lewicowej, szczególnie socjalistycznej. Jedyny sformułowany wiarygodnie po stronie lewej padł w wypowiedzi przewodniczącego SLD – partia odniosła sukces, do Parlamentu Europejskiego wprowadziła pięciu przedstawicieli. To fakt, wypełniający wcześniejsze zobowiązania.
Na tym tle refleksja dotycząca listy zwycięzców i przegranych. Autentyczni zwycięzcy to: Prawo i Sprawiedliwość, SLD i Wiosna. Autentyczni przegrani to: Koalicja Europejska, PSL i Lewica Razem.
Co do zwycięzców, to trzeba podkreślić wysoki wynik PiS i znaczący przyrost głosów. SLD zachowało swój stan posiadania i bardzo wysoki procentowo wynik mandatów wobec ilości startujących w wyborach kandydatów. Wiosna swoim wynikiem ponad czterokrotnie przekroczyła stan naturalnej obecności osób LGBT w populacji.
Co do przegranych to: Koalicja Europejska nie spełniła postawionych przed sobą zadań, jako porozumienie polityczne i wyborcze. PSL przegrała na własne życzenie nie mobilizując właściwie swego żelaznego elektoratu. Koalicja Lewica Razem nie zmobilizowała właściwej ilości ludzi młodych i wykluczonych, prezentując dość sztampowe założenia programowe.
W sumie pejzaż po tej drugiej z kolei bitwie wyborczej (po jesiennych wyborach samorządowych) zaczyna stawać się coraz bardziej wyrazisty z dwóch powodów. Po pierwsze – zarysowuje się znacznie wyraźniej ideowe tło sporu międzyformacyjnego, które wyznacza zmianę na pozycji lidera transformacji i po drugie – umacnia się medialny charakter technologii wyborczej, zyskując przewagę nad tradycyjnymi do niedawna formami prezentacji i promocji kandydatów i założeń programowych.
Obecny w tej kampanii spór o charakterze ideowym dotyczył przynajmniej dwóch spraw: przyszłego modelu społeczno-gospodarczego Polski w Unii Europejskiej oraz roli i miejsca Kościoła katolickiego w Polsce. W zasadzie nie toczyła się ta kampania wokół spraw Unii Europejskiej, choć wiele polskich, wewnętrznych problemów Unii dotyczy.
Można stwierdzić, że większościowe poparcie poprzez wskazanie zwycięzcy uzyskała polityka społeczna realizowana w ciągu ostatnich trzech lat przez PiS, przekreślająca neoliberalny model stosunków oparty o „niewidzialną rękę rynku”. Wydaje się, że społeczne poparcie zyskuje model w zamyśle realizujący koncepcję Minimalnego Dochodu Gwarantowanego, przekładający się w praktyce działania rządu na rozwiązania cząstkowe, oparte o likwidację enklaw biedy i wykluczenia na tle neoliberalnej narracji sławiącej zaradność elit i kreatywną rolę pieniądza.
W bloku spraw dotyczących roli Kościoła katolickiego trwa, ale nie zakończył się, spór o moralny wizerunek kleru i patriotyczną rolę Kościoła, jako instytucji publicznej. Widać wyraźnie, że znacząca część elektoratu, szczególnie prowincjonalnego, nie przyjmuje argumentów zawartych w przesłaniu m.in. filmu „Tylko nie mów nikomu”, który mimo wszystko odegrał ważną rolę w tej kampanii.
Patrząc z kilkudniowej już pespektywy na wybory europejskie można sformułować kilka wniosków:
– wybory te nie potwierdziły lansowanego podczas kampanii antyunijnego trendu w szerokich kręgach społecznych
– wyraźnie zarysował się jednak trend dotyczący nieuchronności reform w Unii Europejskiej i zwiększenia roli państw narodowych
– znaczące wsparcie i zwycięstwo uzyskały siły polityczne negujące dotychczasowy charakter i formę rynkowych przemian w polskiej transformacji
– wybory te pokazały, że Polska jest mocno podzielona w widzeniu perspektywy rozwojowej na tle ogólnych przemian cywilizacyjnych, szczególnie rewolucji technologicznej
Polska lewica uzyskała w tych wyborach dobre miejsce, ale ono nie wyznacza perspektywy pozytywnej na następne, jesienne wybory do Sejmu i Senatu. Uzyskaliśmy potwierdzenie , słabszego co prawda, ale trwałego miejsca na scenie politycznej, jak również potwierdzenie znaczącej roli narracji lewicowej, również socjalistycznej w debacie publicznej.
Problemem jest dziś to, jakie wnioski wyciągną szerokie gremia lewicowe z zaistniałej sytuacji. Czy będziemy razem, czy osobno, czy interes poszczególnych sił i nurtów na lewicy przeważy nad interesami ogólnymi dotyczącymi Polski i Polaków.
Socjaliści proponują budowę wspólnej lewicowej, socjalistycznej alternatywy wobec neoliberalnej i konserwatywnej demagogii. Tym bardziej, że wyniki wyborów wskazują na wyraźne oczekiwania społeczne zgodne z tym kierunkiem myślenia.

Polacy zasługują na PiS

Wybory do Parlamentu Europejskiego były przeprowadzone uczciwie. W historii Polski było wiele momentów, w których zbiorowa mądrość naszego społeczeństwa mogłaby być podawana w wątpliwość. By zobaczyć naszą narodową świadomość realiów ekonomicznych i geopolitycznych wystarczy się cofnąć do 1939, tudzież do fatalnego w skutkach eksperymentu transformacyjnego po 1989. Tak jak hekatomba drugiej wojny światowej była zawiniona przez nieumiejętność prowadzenia realistycznej polityki zagranicznej przez rząd w Warszawie, tak i obecna sytuacja jest następstwem samostanowienia narodu polskiego.

Niestety – zmiany w mentalności Polaków, które zaszły od 1989 czasu, to – z punktu widzenia rozwoju społeczno-gospodarczego – zmiany na gorsze. Jesteśmy niestarannie wykształconym, homofobicznym, zatęchłym narodem, o najwyższym w Europie poziomie nierówności dochodowych i folwarcznym charakterze gospodarki. Projekt Polski jako kraju nowoczesnego można ostatecznie zamknąć, pożegnać się z nim, pogodzić się z blamażem. Na nic trudy Daszyńskiego, Budzińskiej-Tylickiej, Pużaka, Dąbrowszczaków, działaczy PPS, mas pracujących miast i wsi. Polska progresywna umiera.

Liberalny paradygmat i jego koniec

III RP jako projekt modernizacyjny odniosła klęskę i prowadzi nas do czegoś o wiele gorszego niż sam PRL. PRL był formą ustrojową narzuconą przez wielkie mocarstwa, teraz w autorytaryzm idziemy samodzielnie. Wiara w to, że kryzys gospodarczy PRL w latach 80-tych wywołany był wyłącznie przyczynami wewnętrznymi to czysty, ideologiczny dogmatyzm. Powstanie „Solidarności” można uzasadniać kryzysem irańskim, wojną w Afganistanie i ogólną sytuacją na rynkach światowych. Mniej więcej w tym samym czasie w Anglii strajkują górnicy i powstaje Sex Pistols, najważniejszy zespół w historii muzyki punk. Wiara w to, że PRL zbankrutował z powodu sytuacji wewnętrznej nie ma poparcia w badaniach i nie ma sensu z punktu widzenia analiz makroekonomicznych; to mit, który miał uzasadniać kolonizację Polski przez zagraniczny kapitał.
W Polsce występują największe nierówności dochodowe wśród krajów Europy. Wśród państw wysokorozwiniętych gorzej jest tylko USA. Niemal każdy, kto był w USA wie, że w wielu miejscach państwo to wygląda jak kraj tzw. „Trzeciego Świata”. 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków posiada 40 proc. przychodów. Przy średniej europejskiej dla głównego decyla dochodowego na poziomie 34 proc., w żadnym innym kraju UE dysproporcja ta nie jest aż tak widoczna. W 1980 r. wskaźnik ten wynosił 29 proc. przychodów (średnia europejska); w Polsce jednakowoż kształtował się na poziomie około 20 proc. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 40 lat, część przychodów generowana przez górny decyl dochodowy powiększyła się dwukrotnie. Jednocześnie skumulowany wzrost gospodarczy PKB wyniósł w latach 1980-2018 98,2 proc. Dekada lat 1980-1989 cechowała się skumulowanym spadkiem PKB na poziomie 5,7 proc., zaś w latach 1990-2000, 2001-2010 oraz 2011-2017 cechowały się odpowiednio skumulowanym wzrostem PKB na poziomie 37,8 proc, 38,1 proc. oraz 22,3 proc. Oznacza to, że nie tylko od 1980 r. gospodarka Polski podwoiła wartość swojego PKB, ale także, że najbogatsze 10 proc. społeczeństwa, które podwoiło swój udział w dochodach całego społeczeństwa, de facto czterokrotnie zwiększyło swoją zamożność. Wzrost ten nie był niestety jednak udziałem najmniej zamożnej części społeczeństwa.
Pianie nad sukcesem rozwojowym III RP miałoby jakikolwiek sens tylko wówczas, gdyby cały świat stanął w miejscu w roku 1989, a my byśmy rozwijali się tak, jak rozwijaliśmy się od 1989 do 2019 r. Niestety, przez ten czas drepczemy w miejscu i zajmujemy mniej-więcej to samo miejsce w globalnym podziale pracy. Bogactwa nie należy mierzyć wartościami bezwzględnymi; przeciwnie – zawsze ma relatywny charakter.
Dziś statystyczny Polak dysponuje luksusami niedostępnemu średniowiecznym królom, ale chyba zestawianie tego jest kompletnie pozbawione sensu, bo rozumienie biedy zależy od czasu i od szerokości geograficznej (czym innym jest bycie biednym w Szwajcarii, czym innym w Erytrei, czym innym w średniowieczu, czym innym we współczesności). Niestety, od 1945 do 1989 r. tempo awansu w globalnym podziale pracy, tj. wzrost PKB per capita w porównaniu do innych krajów, był szybszy niż za czasów neoliberalnego eksperymentu Balcerowicza i jego kontynuacji przez establishment III RP. Wprowadzenie kapitalizmu w Polsce w taki sposób, w jaki został wprowadzony – niedemokratycznie, wbrew hasłom „Solidarności”, przy dużym sprzeciwie społecznym wobec Planu Balcerowicza – spowodował, że polska demokracja skarlała już w chwili poczęcia. Fakt ten, wraz z dwukrotnym wzrostem nierówności dochodowych w latach 1989-2015, utorował drogę do zwycięstwa PiS.

Dwie machiny

PiS wygrywa i będzie wygrywał, bo przełamał liberalny paradygmat w sprawach gospodarczych. Na ten temat powiedziano już wiele i nie widzę sensu rozwlekania się o tym. Polska to kraj o niskim współczynniku urbanizacji i klasa polityczna powinna się zorientować, że LGBT i teoria płci kulturowej (gender) to tematy polaryzujące tylko dla bardzo niewielkiej części społeczeństwa. To, co się liczy, to to, że w Polsce od 2015 r., po raz pierwszy od 1989 r., nierówności dochodowe zaczęły spadać, a nie rosnąć. Te wybory to ostateczny blamaż obrońców III RP. Co więcej, stało się to w otoczeniu, w którym elektorat wielkomiejski miał być mocniej zdyscyplinowany.
Polska wydaje się rozbita na dwa obozy. Z jednej strony wielkomiejska, liberalna klasa średnia, która gdzieś ma hasła sprawiedliwości społecznej, i choć przynależni do niej pracownicy najemni tyrają za 3500 złotych na umowie-zlecenie, to będą bronić interesu klasowego najbogatszych. Z drugiej strony jest zapóźniona, katolicka polska wieś. Jest to spór o kilku zmiennych osiach, w którym trybalizm rozmył ostrość obrazu i zatracił pierwotną, ideologiczną treść. Dziś jest to jedna machina polityczna przeciw drugiej. W polityce jednakowoż wartości mają charakter wtórny: zakładanie nienaruszonego związku pomiędzy aksjologią a polityką może być tylko domeną naiwnych. Realpolitik wygląda inaczej. Rolę grają zasoby i możliwość ich utylizacji. Polityka jest, między innymi, sztuką kreowania sporów i wygrywania ich. Niestety, w dzisiejszym świecie polityką rządzą pieniądze.
Zwycięzcy i przegrani
Drugim zwycięzcą tych wyborów jest niewątpliwie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Przy niewielkich nakładach na kampanię i bez ryzyka wpadnięcia pod próg wyborczy, wprowadzili do Parlamentu Europejskiego 5 osób, praktycznie bez kosztów utrzymując swoją reprezentację w Europarlamencie i utrzymując jedyną polską delegację we frakcji socjalistów. Brawo, Włodzimierzu Czarzasty. SLD rozegrało tę sprawę po mistrzowsku, bo wystawianie jednej listy z Razem byłoby dla obu tych partii ostatecznie skutecznym samobójstwem, a i podobnież w sprawie Wiosny, nie ma w przypadku tych ruchów podobieństw elektoratów. Podtrzymanie pięcioosobowej reprezentacji Polski w S&D to większy sukces, niż wszystko, co zrobiło Razem od początku powstania tej partii.
Wynik Wiosny Roberta Biedronia – porażająco niski. Mimo medialnej wrzawy wokół filmu braci Sekielskich i świetnej identyfikacji wizualnej, obecności w mediach (na co nie mogła liczyć np. koalicja Razem, UP i Ikonowicza) oraz sympatii, którą Biedroń ma w warszawskich salonach, nie udało się zrobić dwucyfrowego rezultatu. Na Wiosnę głosują młode kobiety z wielkich miast. Również młode kobiety z wielkich miast są statystycznie najlepiej wykształcone, więc ta korelacja nie powinna dziwić. Niestety, hipsterami spod Planu B nie wygrywa się wyborów.
Zrywy są możliwe. Tyle, że nie są trwałe. Palikot, Razem, Nowoczesna, Kukiz, być może Biedroń, który podzieli ten sam los. Sprawa inaczej ma się tylko z narodowcami, którzy stanowią ideologicznych kontynuatorów LPR (które przecież też nie wzięło się znikąd) i mają wsparcie potężnej instytucji, jaką jest kościół. Bynajmniej nie jest to kwestia szukania w tym jakichkolwiek ogólnych prawideł, tylko racjonalne przeanalizowanie ostatnich 30 lat polskiej sceny politycznej.

Sztuka przetrwania i jej brak

Próby zinstytucjonalizowania mikrolewicy w Polsce nie powiodła się, mimo, iż w ostatnich 3,5 roku mikrolewica miała zasoby, którymi nigdy wcześniej nie dysponowała. Pół miliona głosów w 2015 to był wypadek przy pracy, efekt świeżości i Adriana Zandberga w TVP. Taki wypadek się drugi raz nie powtórzy. Trochę mi jednak szkoda, że dla takich ludzi jak Adrian Zandberg nie ma miejsca w polityce (a myślę, że znalazłoby się dla niego biorące miejsce na liście Koalicji Obywatelskiej do Sejmu, jeśli takowa powstanie), bo choć polityk z niego marny, to wniósłby merytoryczny powiew świeżości do obrad parlamentu. W polityce najważniejsze jest przetrwanie. Sztuka, której ortodoksyjna lewica nieparlamentarna ewidentnie nie potrafi. Trochę więcej realizmu, kochani. Już po wyborach samorządowych Razem powinno było się samorozwiązać. Choć oczywiście poglądowo jest mi to najbliższe środowisko, to nieudolność hermetycznych, lewicowych kółek krytyki marksistowskiej – bo właściwie taką mam percepcję Razem, trudno nazwać mi to ugrupowanie partią polityczną, choć formalnie niewątpliwie nią jest – nie pozwala mi z czystym sumieniem zagłosować na ten ruch.
Budowanie lewicowego zaplecza od zera, w kraju przeoranym przez prawicową narrację historyczną – paradoksalnie ogranicza, a nie przybliża realizację lewicowej agendy. Zdeterminowanie walki politycznej przez zgromadzone przez rozmaite ruchy zasoby jest prawdziwe, docelowe i realne. Niepogodzenie się z tym faktem sprawia, że lewica marnuje w Polsce swoje zasoby. Niestety, Partia Razem – mówiąc o darmowych lekach – żadnego konfliktu nie wykreuje, nie spowoduje żadnej polaryzacji. Tym bardziej, że nie dysponuje żadnymi zasobami, poza grupą świetnie wykształconych znawców pism Wallersteina. Być może zatem członkowie Razem powinni raczej zajmować się pisaniem książek, może robieniem filmów na YouTube, ale nie zajmować się polityką. Niestety, ale inna polityka nie jest możliwa.
Są też i pozytywy. Nie ma ich zbyt dużo, ale są.
Dzięki brawurowej akcji Gwiazdowskiego, któremu dziwnym trafem zabrakło (serio? ktoś w to wierzy?) 400 głosów do rejestracji list w całym kraju – Konfederacja Korwin Braun Liroy Narodowcy nie weszła do PE. Z boku wygląda to tak, jakby Gwiazdowski był dogadany z PiS-em, bo gdyby zarejestrował listy w całym kraju, mógłby też urwać parę punktów procentowych partii Kaczyńskiego. A prezes na pewno by tego nie chciał.

Rewolucji nie będzie

Przedwojenny PPS i późniejsza „Solidarność” rodziły się w momentach kryzysu, wojny bądź stanu wojennego. Wszakże do klimatu wojny bardzo pasuje narracja o niechęci na pogodzenie się z „bezsilnością i odmową podjęcia walki”. Znamienne. Dlaczego? Ano dlatego, że lewica mogłaby w Polsce objąć władzę jedynie na dwa sposoby – albo niedemokratycznie, poprzez przewrót lub rewolucję, albo poprzez wojnę, która, tak jak w przypadku drugiej wojny światowej, zresetowałaby stan elit politycznych. Praktyczną aplikacją tej walki byłoby zatem przekształcenie ruchu typu Razem w uśpioną siatkę, czekającą na rewolucję. Tudzież rozpoczęcie aktywnych działań rewolucyjnych, w stricte marksistowskim sensie.
Niestety, nie ma w Polsce świadomości klasowej i polski elektorat nie ma lewicowych poglądów. Polityką rządzą super-sprofesjonalizowane, technokratyczne partie. Każdy, kto chce realizować się w działaniu na rzecz dobra społecznego, nieważne, czy poprzez akt głosowania, czy dążenie do aktywnej obecności w polityce i bycia wybieranym, powinien rozważyć, co zrobić, by te poglądy miały jak największą szansę realizacji i zastanowić się, na jakie kompromisy jest w stanie pójść. Niestety: jak się kto brzydzi, to niech nie zajmuje się polityką – zawsze można prowadzić kanał na YouTube i przekonywać innych do swojej wizji świata. Rewolucji nie będzie. Wojny – miejmy nadzieję – też nie. Choć tego ostatniego nigdy nie wiadomo.

SLD, czyli Koalicja Europejska. Koalicja Europejska, czyli SLD

„To nie są wybory europejskie. To są wybory jak najbardziej polskie|” – powiedział w prorządowym tygodniku „Sieci” premier Mateusz Morawiecki. Szczerze, bez kłamstw tym razem.
Udowodnił tam, że polityka europejska PiS jest całkowicie podporządkowana polityce wewnętrznej tej partii. To tylko część wojenek ideologicznych pana prezesa Kaczyńskiego, jego kontrrewolucji narodowo-katolickiej.
Premier Morawiecki zadeklarował też, że tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego będą dla PiS próbą generalną przed najważniejszymi- jesiennymi wyborami do Sejmu i Senatu. Dowodem popularności obozu władzy i opozycji zjednoczonej w Koalicji Europejskiej. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Rzeczywiście, tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego rozegrają się przede wszystkim między dwoma listami wyborczymi. Narodowo-katolickiego Prawa i Sprawiedliwości oraz polskiej, demokratycznej Koalicji Europejskiej. To one rywalizują o wyborcze zwycięstwo. To ich eurodeputowani będą decydować o polskiej polityce w Parlamencie Europejskim.
Poza nimi, jedynie na kilka mandatów mogą też liczyć dwa ugrupowania, które w sondażach przedwyborczych regularnie przekraczają próg wyborczy. Wiosna Roberta Biedronia i antyunijna, ultra-prawicowa Konfederacja.
Ale ich deputowani, poza znakomitymi warunkami pracy, niewiele w Parlamencie Europejskim osiągnąć mogą.
Efektywna praca w parlamencie, każdym, nie tylko Europejskim, to żmudna gra zespołowa. Mistrzowskie ćwierkanie na Twitterze, telewizyjne wygibasy, komentowanie cudzych komentarzy, tak bardzo premiowane w polskich mediach, nie przekładają się w Parlamencie Europejskim na realne polityczne efekty.
Tylko silne intelektualnie, liczne frakcje parlamentarne mogą być w Parlamencie Europejskim skuteczne. A kandydaci Wiosny i Konfederacji nie potrafili jednoznacznie swego uczestnictwa w takich frakcjach zadeklarować.
Kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej kandydują do Parlamentu Europejskiego z list Koalicji Europejskiej.
Z koalicją wyborczą jest jak z Unią Europejską. Aby państwo mogło uczestniczyć w tym korzystnym projekcie politycznym, musi zrezygnować z części swej suwerenności. Partia decydująca się na koalicję wyborczą też rezygnuje z części swej partykularnej suwerenności partyjnej na rzecz nadrzędnego interesu wszystkich obywateli naszej Polski i Europy.
Za to wszyscy kandydaci SLD jednoznacznie zadeklarowali, że w przyszłym Parlamencie Europejskim zasilą frakcję Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów. Drugą co do wielkości frakcję tego parlamentu. O postępowym, socjalnym programie.
Kandydaci SLD z list Koalicji Europejskiej prezentowali się już na łamach naszej „Trybuny”.
Poznaliście poglądy dwójki byłych premierów. Włodzimierza Cimoszewicza, kandydującego z Warszawy i otaczających ją gmin,
oraz Leszka Millera kandydującego z Wielkopolski.
Dzisiaj możecie poznać europejskie plany trzeciego premiera, Marka Belki kandydującego z regionu łódzkiego.
O swoim dorobku i przyszłej pracy w Parlamencie Europejskim mówili na łamach „Trybuny”:
Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska kandydująca z Dolnego Śląska i regionu opolskiego,
Andrzej Szejna kandydujący z Małopolski i Świętokrzyskiego,
Janusz Zemke kandydujący z Kujawsko-Pomorskiego,
Marek Balt kandydujący ze Śląska,
Riad Haidar kandydujący z Lubelszczyzny
i Elżbieta Jachlewska kandydująca z Pomorskiego.
Znacie też poglądy często wypowiadającego się na łamach „Trybuny” wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Bogusława Liberadzkiego, ponownie kandydującego z Lubuskiego i Zachodniopomorskiego.
Na listach Koalicji Europejskiej znajdziecie też innych kandydatów SLD: Marka Ustrobińskiego z Podkarpacia, Jolantę Kalinowską z Pomorskiego, Władysława Mańkuta z Warmii, Mazur i Podlasia, Ireneusza Sitarskiego z Mazowsza, oraz Aleksandrę Stasiak z Łódzkiego.
W odpowiedzi na liczne pytania naszych Czytelników informujemy, że w tych wyborach kandydatów SLD nie ma na listach komitetu „Lewica Razem”. Bo tym razem jest to koalicja stworzona wokół Partii Razem, Unii Pracy i RSS.
„Nie dajmy się uwieść szarlatanom, którzy już pokazali jak niewiele umieją” – zaapelował na łamach tygodnika „Sieci” premier Morawiecki.
I wezwał zwolenników PiS do masowego uczestnictwa w niedzielnych wyborach. W tej próbie generalnej przed jesiennymi wyborami do Sejmu RP i Senatu RP.
Tym razem zgadzamy się z panem premierem.
Apelujemy do naszych Czytelników.
Bierzcie sprawy Polski i Europy w swoje ręce.
Nieobecni podczas wyborów nie mają potem racji.
Głosujcie rozsądnie.
Nie dajcie się uwieść szarlatanom, gwiazdom jednego sezonu politycznego, mistrzom medialnego lansu.
Wybierzcie fachowych i pracowitych.
Znanych Wam dobrze, zwłaszcza z łamów naszej „Trybuny.

Personalia w UE

Umocnienie pozycji Timmermansa

Unia Europejska znajduje się na politycznym zakręcie i musi stawiać czoła wielu wyzwaniom-zarówno starym, jak i nowym (m.in.wyraźny wzrost sił populistycznych+nacjonalistycznych, rozwiązanie kwestii Brexitu). To dość banalne stwierdzenie. Po wyborach do Parlamentu Europejskiego (nad Wisłą – 26 maja) pierwszą kwestią, tylko na pozór techniczną, będzie obsada personalna kluczowych stanowisk w UE. To nader trudne zadanie w związku z potrzebą zapewnienia swoistej równowagi przedstawicieli „starych” i „nowych” członków,reprezentantów głównych rodzin politycznych,uwzględnienia kryterium płci, geograficznego itd.
Na niedawnym szczycie unijnym w rumuńskim Sibiu (Sybinie) Donald Tusk,jako przewodniczący Rady Europejskiej, wyraził nadzieję,iż uda się już czerwcu uzgodnić kandydatury następców,co jest możliwe,ale wysoce niepewne. Chodzi nade wszystko o funkcje przewodniczących: Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, Wysokiego Przedstawiciela ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa (kierującego też dyplomacją unijną) oraz szefa Europejskiego Banku Centralnego z siedzibą we Frankfurcie nad Menem.
Prawdą jest,iż unijne traktaty nie przesądzają jednoznacznie o sposobie wyłaniania przewodniczącego Komisji Europejskiej-de facto najważniejszej osoby w UE.Kandydata wybiera Europarlament (większością głosów) na wniosek Rady Europejskiej,a więc organu składającego się z szefów rządów lub państw. Ten ostatni przypadek dotyczy aktualnie Francji, Rumunii i Litwy,co niekiedy może prowadzić do wewnętrznych konfliktów politycznych (vide formalny „spór o samolot” przed laty między PO a PiS na tle reprezentacji na szczytach w Brukseli. Niektóre z powyższych stanowisk można piastować też przez pół kadencji (2,5 roku),co się jednak zdarza dość rzadko.

Debaty kandydatów

W Parlamencie Europejskim (który niestety nie dysponuje inicjatywą ustawodawczą,ale jego rola stopniowo rośnie) istnieje obecnie 8 frakcji.W tym tygodniu przedstawiciele 6 z nich,w większości tzw. Spitzenkandidaten,a więc kandydaci na szefa Komisji (to pojęcie ukuto przed 5 laty i właśnie wtedy Jean-Claude Juncker, długoletni premier Luksemburga,jako reprezentant chadeckiej EPP stanął na czele Komisji, czyli swego rodzaju rządu UE) odbyli publiczną, ciekawą debatę.
Wzięli w niej udział:Manfred Weber-od 15 lat niemiecki eurodeputowany,w imieniu Europejskiej Partii Ludowej, Frans Timmermans,obecnie I wiceprzewodniczący Komisji,z ramienia Partii Europejskich Socjalistów,Dunka Margrete Vestager z Porozumienia Liberałów i Demokratów,aktualna komisarz ds. konkurencji, Czech Jan Zahradil z Porozumienia Konserwatys – tów i Reformatorów (do tej frakcji należy PiS), Ska Keller z Zielonych oraz Hiszpan Nico Cue (z zawodu hutnik) z frakcji Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordyckiej Zielonej Lewicy. Realnie biorąc tylko pierwsza trójka ma szanse na wybór, choć-jak wspomniano-nie ma żadnego automatyzmu,a ogromną rolę odgrywają szefowie państw i rządów.
Bardzo dużo miejsca poświęcono migracji.Weber podkreślał, iż to państwa,a nie przemytnicy muszą decydować kto udaje się do Europy,stąd imperatyw odzyskania pełnej kontroli nad granicami.Niemal wszyscy mówili o potrzebie solidarności oraz o humanitarnej odpowiedzialności w sytuacji, gdy zmiany klimatyczne i gospodarcze wpływają na procesy migracyjne. Powróciła teza o potrzebie wielkiego „planu Marshalla” dla Afryki i koniecznych przesiedleniach z Syrii.Verstager kładła akcent na potrzebę wspólnego systemu azylowego.

„Czarny koń” Timmermans?

Moim zdaniem najlepiej w tego rodzaju debatach wypada Frans Timmermans – świetny mówca,z dużym doświadczeniem międzynarodowym (był m.in. szefem niderlandzkiego MSZ-u). Jest w najlepszym wieku dla polityka (58),poliglotą i zręcznym polemistą.Ma świetny kontakt z młodzieżą.Zaprzecza w każdym calu żartobliwemu powiedzeniu o Holendrach-”jeden Holender to teolog,dwóch to Kościół,a trzech schizma”. Rządząca obecnie nad Wisłą ekipa PiS dorobiła mu „łatkę’ antypolskiego,a jest zupełnie odwrotnie.On po prostu w Komisji Europejskiej odpowiada za przestrzeganie praworządności w państwach członkowskich UE i to zadanie traktuje nader poważnie
Mam okazję znać go od kilkunastu lat,gdy był-jako deputowany-członkiem delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Strasburgu.Urodził się w Maastricht,co jest swoistym symbolem „unijności”.Często wspomina dom swego dziadka,który wyzwolili żołnierze gen. Maczka.. Bardzo interesuje się Europą Wschodnią,spędził zresztą kilka lat w Moskwie jako sekretarz ambasady Holandii-w okresie,gdy rozpadał się ZSRR. Nauczył się wtedy rosyjskiego.
Powtarza konsekwentnie, iż jeśli państwa Europy Wschodniej będą nadal odmawiały solidarności ws.uchodźców i migracji, to same nie mogą liczyć na solidarność w innych kwestiach. W czarnym scenariuszu może dojść nawet do niekorzystnych zmian w funkcjonowaniu systemu Schengen.
Osłabienie w ostatnich latach pozycji partii socjalistycznych i socjaldemokratycznych w Europie nie pomagało w zajmowaniu wysokich stanowisk przez ich przedstawicieli.Ale w tym roku stopniowo następuje pewien przełom.Zwycięstwo (choć skromne) w Finlandii,ogromny sukces Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE) w wyborach do Kortezów oraz fakt,iż w wyborach do Europarlamentu wezmą jednak udział Brytyjczycy,co gwarantuje znaczącą reprezentację Labour Party, oznaczają duże wzmocnienie frakcji Socjalistów i Postępowych Demokratów. To wzmacnia kandydaturę Timmermansa.Może on też zostać następcą Franceschi Mogherini z Włoch na funkcji szefa unijnej dyplomacji.

Możliwe niespodzianki

Obecnie Francja nie ma nikogo na czołowych stanowiskach w UE.A w grę wchodzą m.in.takie nazwiska, jak Michel Barnier (były minister spraw zagranicznych i obecny negocjator Unii ws. Brexitu), Christine Lagarde – stojąca na czele Międzynaro-dowego Funduszu Walutowego,czy Bruno Le Maire-aktualny minister finansów i gospodarki.
Pierwsze przymiarki nastąpią zaraz po wyborach do Europarlamentu, na posiedzeniu Rady Europejskiej. Nota bene największe szanse na zastąpienie Donalda Tuska na funkcji szefa tej Rady od końca tego roku mają:odchodząca prezydent Litwy Daria Grybauskaite,i premier Holandii Mark Rutte.Nie wyklucza się też kandydatury samej Angeli Merkel, choć zgodnie z dotychczasowymi ustaleniami ma ona być kanclerzem Niemiec do roku 2021.

15 lat polskiej turystyki w UE

Jak otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.

Okres mojej pracy w Polskiej Organizacji Turystycznej w latach 2002-2005, a wcześniej w Gromadzie i działalności w Polskiej Izbie Turystyki stanowił dla mnie ważne doświadczenie. Należałem do grona osób , którym dane było uczestniczenie w tworzeniu warunków do działalności turystycznej w nowej rzeczywistości politycznej i ekonomicznej. Korzystaliśmy przy tym z własnych doświadczeń oraz wiedzy i doświadczeń innych krajów europejskich odgrywających dominującą rolę w europejskiej i światowej turystyce.
Dla mnie niezmiernie cenna była wiedza i praktyka nabyta podczas pracy w Ambasadzie (zwłaszcza zajmowanie się problematyką współpracy regionalnej i przygranicznej) oraz spółce Gromady w Berlinie, współpraca z niemieckim samorządem turystycznym, w tym zwłaszcza Deutscher Reiseverband (DRV), czy udział w gremiach kierowniczych międzynarodowych organizacji turystycznych.
Czynnikiem, który niewątpliwie przyspieszył i ułatwił przenoszenie dobrych wzorców na polski rynek turystyczny , było dążenie Polski do członkostwa w Unii Europejskiej i związana z tym konieczność dostosowania polskiego prawa do norm obowiązujących w krajach Unii. Przygotowywaliśmy polską turystykę do funkcjonowania w UE. Realizując program promocji w latach 2003-2004 i ciesząc się ze wzrostu przyjazdów niemal ze wszystkich rynków walczyliśmy o większy budżet, dodatkowe środki niezbędne na promocję. Zdawaliśmy sobie bowiem sprawę, ze mamy korzystną sytuację, dobrą koniunkturę dla polskiej turystyki – mamy „swoje pięć minut” i musimy je maksymalnie wykorzystać, że ten efekt nowości związany z wstępowaniem i członkostwem w UE nie będzie trwał długo . Jeśli nie zrobimy więcej, to „pięć minut” minie i znów nastąpi okres stagnacji czy spadków. Przez promocję można temu przeciwdziałać. Wiedzieliśmy także, że nasi sąsiedzi Czesi, Węgrzy, Rumunii zwiększają środki na promocję turystyki i otwierają nowe ośrodki zagraniczne.
Nie dysponując środkami na przeprowadzenie kampanii reklamowych, stale poszerzaliśmy formy i wprowadzaliśmy nowe narzędzia promocyjne. Bardzo udaną była organizowana jesienią 2003 r. podróż studyjna połączona z workshopem grupy ok. 100 touroperatorów z krajów Unii Europejskiej i Węgier. Wielu z nich było w Polsce po raz pierwszy. Już pierwszego dnia podczas powitalnego lunchu w hotelu Mariott w Warszawie powiedzieli nam o swoim pozytywnym zaskoczeniu Polską i Warszawą – „że Polska to nie Syberia, że Warszawa, lotnisko w Warszawie bardzo im się podobają, że nie sądzili, że będą mogli wymienić pieniądze w bankomatach, że mogą się dodzwonić za pośrednictwem sieci telefonów komórkowych”. Tak daleki był brak wiedzy o naszym kraju – to były opinie organizatorów turystyki z Belgii, Wielkiej Brytanii, a nawet Niemiec. Byli zachwyceni koncertem „Mazowsza” z niezapomnianym „furmanem” – Stanisławem Jopkiem, duże wrażenie wywarła na nich wizyta w Parlamencie i otwarte spotkanie z ówczesnym marszałkiem Senatu – prof. Longinem Pastusiakiem. Dążąc do pokazania tej części Polski , której nie znają zabraliśmy ich na Podlasie do „Dworku nad Łąkami”. Była regionalna biesiada, a następnie przy wspaniałej pogodzie typowej dla „złotej polskiej jesieni” w malowniczej scenerii ,pełen przygód, radości i śmiechu spływ kajakami po Narwi.
Promocja naszej oferty – w tym szczególnie polskich uzdrowisk – w berlińskim centrum handlowym „Pod Arkadami” wiosną 2004 r. przyciągnęła 1,3 mln osób. Otwierałem ją wspólnie z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Włodzimierzem Cimoszewiczem. Zainteresowanie gości niemieckich naszą wystawą i ta forma promocji wywarły duże wrażenie na ministrze. Wykorzystałem nadarzającą się okazję do poskarżenia się i interwencji w kwestii przedłużającej się akceptacji przez Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów przyznanej POT kwoty 3,2 mln złotych z rezerwy celowej na dodatkowe zadania promocyjne związane z członkostwem Polaki w UE. Minister poprosił o notatkę i sprawa wkrótce została załatwiona.
Otwieraliśmy polską turystykę na Unię Europejską i wprowadzaliśmy polską turystykę do Unii Europejskiej.
Spektakularnym tego wyrazem była promocja naszych atrakcji turystycznych i regionów w Brukseli w dni bezpośrednio poprzedzające wstąpienie i po wstąpieniu (zorganizowana przy dużym zaangażowaniu i dzięki dobrym kontaktom ówczesnego dyrektora POIT – Krzysztofa Turowskiego), w tym koncert, który organizowaliśmy w centralnym punkcie w Brukseli na Grand Place w wieczór i noc 30.04./1.05.2004 r. z udziałem naszych gwiazd: Andrzeja Sikorowskiego z córką, Natalii Kukulskiej z zespołem oraz zespołu „Blue Cafe”, dla którego miał to być występ promocyjny i szlif przed festiwalem Eurowizji. Ta noc, kiedy zegar wybił punktualnie godz. 24.00 w nocy na wypełnionym wielojęzyczną publicznością centralnym placu w stolicy europejskiej była dla nas niezapomniana, w jednym momencie staliśmy się i poczuliśmy się Europejczykami. To była polska noc w Brukseli. Scenografię tego koncertu przygotowywał wspaniały Marek Grabowski z Krakowa z firmą „Mała Wytwórnia Wielkich Snów – Maxmedia Group”. Następnie miał miejsce Koncert Galowy adresowany przede wszystkim do elit europejskich w wykonaniu fantastycznych Małgorzaty Walewskiej i Michała Bajora z udziałem polskich ambasadorów Marka Greli w Unii Europejskiej i Iwo Byczewskiego w Królestwie Belgii.
Byliśmy w tych momentach i szczęśliwi i dumni.
Ale w czasie pobytu w Belgii miały miejsce i zabawne momenty i nowe zaskakujące „doświadczenia europejskie”.
Nowe doświadczenie europejskie zdobywaliśmy w czasie pobytu w czterogwiazdkowym hotelu Mariott, w którym mieszkaliśmy w Brukseli. Ponieważ po koncercie galowym wróciliśmy późną nocą do hotelu, następnego dnia na śniadanie, które było wydawane do godz. 10.00 rano udałem się, podobnie jak większość polskiej ekipy ok. godz. 9.40. Okazało się, ze do konsumpcji ze „szwedzkiego stołu” pozostało zaledwie kilka plasterków sera i podrzędnej kiełbasy oraz kilka jabłek. Zaskoczony i ja i pozostałe osoby z Polski, wiedzieliśmy bowiem jak wygląda prawdziwy „szwedzki stół” w Polsce, skromnie zaczęliśmy konsumować to, co pozostało. Ale ok. godz. 9.55 przyszła na śniadanie Małgorzata Walewska, kiedy na „szwedzkim stole” pozostały już tylko dwa jabłka i w sposób zdecydowany upomniała się u obsługujących kelnerów o przysługujące jej i innym gościom hotelowym z Polski śniadanie. Przy okazji poinformowała ich, że w Polsce , która dopiero wstąpiła do Unii Europejskiej, „szwedzki stół” w hotelu określonej kategorii wygląda zupełnie inaczej, jest tak samo obfity przez cały okres wydawania śniadania i podobna sytuacja w czterogwiazdkowym hotelu jest nie do pomyślenia. Oczywiście, reakcja na taką reklamację polskiej gwiazdy była natychmiastowa i dzięki temu wszyscy nieco zszokowani, ale zadowoleni zjedliśmy wraz z Małgorzatą Walewską prawdziwe śniadanie.
Cechą niewątpliwie wyróżniającą ten okres kształtowania nowej turystycznej rzeczywistości była harmonijna, czasami wręcz entuzjastyczna współpraca centralnych i terenowych organów władzy państwowej z powstającymi i działającymi organizacjami samorządu turystycznego. Każda ze stron miała na względzie przede wszystkim szeroko rozumiany interes polskiej turystyki, nie gubiąc z pola widzenia, rzadko z nim kolidującego, interesu własnego. Wprowadzane w życie rozwiązania organizacyjne i prawne były wypracowywane w drodze spotkań , sporów i dyskusji branży ze stroną rządową. Przy czym nadrzędnym celem był interes polskiej turystyki, branży turystycznej i w imię realizacji, czy obrony tego celu byliśmy gotowi na wszystko, nie zważając na to, czy to się podoba opcji politycznej sprawującej władzę, czy też nie i pracując w agendzie rządowej jaką była POT, poniesiemy za to konsekwencje osobiste. Posłużę się przy tym dwoma przykładami.
Dzięki takiej postawie udało nam się obronić samodzielność Polskiej Organizacji Turystycznej, nie dopuszczając do realizacji projektu ówczesnego v-ce premiera Jerzego Hausnera połączenia POT z PAIZ-em i utworzenia jednej agencji promocji gospodarczej. Uważaliśmy takie rozwiązanie za błędne , niezgodne ze standardami europejskimi , szkodliwe dla promocji turystycznej.
Przygotowany wówczas przeze mnie materiał broniący POT i podkreślający znaczenie narodowych organizacji turystycznych w ponad 100 krajach świata był wykorzystywany także przy kolejnym „zamachu na POT” w latach 2006-2007. Ale byliśmy wyczuleni także na to, aby wprowadzane rozwiązania unijne nie szkodziły polskiej turystyce. Takim działaniem było niedopuszczenie do bezkrytycznej implementacji przez polski rząd dyrektywy 77 UE ws. podatku VAT( od całości obrotu, a nie od marży) w turystyce przyjazdowej do Polski, co spowodowałoby, że polska oferta przestałaby być konkurencyjna wobec oferty innych krajów europejskich. Ministerstwo Finansów argumentowało takie stanowisko tym, ze dla Polski priorytetem jest członkostwo w Unii Europejskiej, dlatego będzie implementować tę dyrektywę. Na szczęście do tego nie doszło, po prostu nie pozwoliliśmy na to. Będąc przekonanymi do swych racji i broniąc obu wyżej wymienionych kwestii byliśmy gotowi na wszystko. Dla sprawy tej pozyskaliśmy partie będące wówczas w opozycji – Samoobronę i PSL.
Dzisiaj, patrząc z perspektywy 15 lat naszego członkostwa na korzyści, które osiągnęła polska turystyka dzięki obecności w UE, warto przypomnieć nazwiska osób (z pewnością nie wszystkie za co przepraszam)z którymi współpracując i działając w tym okresie w polskiej turystyce wprowadzaliśmy ją do Unii Europejskiej: Andrzej Kozłowski, Katarzyna Sobierajska, Rafał Szmytke, dr Jerzy Walasek, Zbigniew Kowal, Andrzej Saja, dr hab. Michał Słoniewski, Jan Korsak, Franciszek Ciemny, Tadeusz Milik, Józef Ratajski, Stanisław Piśko, Kazimierz Kowalski, Jan Błoński, Waldemar Błaszczuk, Jerzy Szegidewicz, prof. dr hab. Aleksander Ronikier, Barbara Tutak, Magdalena Krucz, Anna Maciąga, Dorota Zadrożna, Jacek Janowski, Sławomir Wróblewski, Irena Sokołowska, Marek Szczepański, Wojciech Kodłubański. Nie do przecenienia były tu także zaangażowanie i kreatywność dyrektorów ośrodków zagranicznych.

Bardzo długi dzień

1 maja 2004

Od 15 lat pierwszy dzień maja kojarzy się nad Wisłą zarówno z tradycyjnym świętem ludzi pracy,obchodzonym dla upamiętnienia protestów robotników amerykańskich w Chicago w 1896 r., jak i rocznicą wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Nastąpił wówczas finał procesu rozpoczętego 25 maja 1990 r, złożeniem przez nasz rząd wniosku ws.podjęcia negocjacji umowy o stowarzyszeniu ze Wspólnotami Europejskimi..Kolejne etapy tego procesu są na ogół nieźle znane.Najważniejsze z nich to:żmudne negocjacje sfinalizowane na szczycie Unii w Kopenhadze 13 grudnia 2002 r.,podpisanie 16 kwietnia 2003 r. w Atenach Traktatu akcesyjnego Polski oraz 9 innych państw przystępujących do UE,a także referendum akcesyjne 7-8 czerwca 2003r.

Do największego dotychczas rozszerzenia Unii doszło formalnie na szczycie w Dublinie,gdyż to Irlandia wówczas przewodniczyła Unii.Wtedy jeszcze Polacy nie stanowili największej mniejszości w tym kraju jak obecnie,ale wiele elementów łączyło nasze społeczeństwa (religia,rola poetów i pisarzy, procesy migracyjne,Polka w pierwszym rządzie irlandzkim po uzyskaniu niepodległości oraz-last not least-upodobanie do mocnych trunków.

Podróż do Dublina

Oficjalna delegacja RP składała się z 4 osób:prezydent Aleksander Kwaśniewski,premier Leszek Miller,który odegrał kluczową rolę w negocjacjach,nie tylko w stolicy Danii, Dariusz Szymczycha – sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta i piszący te słowa jako sekretarz stanu ds. zagranicznych w KPRM. Ale nie polecieliśmy razem ze względów logistycznych (samolot) i odrębnych początkowo programów.obu współprzewodniczących delegacji.

Premier (któremu towarzyszyłem) udał się o bladym świcie do „Worka Żytawskiego” gdzie na tzw. trójstyku (granica Czech,Niemiec i Polski) odbyło się spotkanie szefów rządów tych trzech państw,a więc z Vladimirem Spidlią, który wkrótce miał zostać (do 2010 r.) czeskim komisarzem ds. zatrudnienia,spraw społecznych i wyrównywania szans,a także z kanclerzem Gerhardem Schroederem.

Była w tym spora porcja symboliki.Oto dwa państwa,które miały (mówiąc łagodnie) skomplikowane historycznie stosunki z Niemcami, wchodziły do Unii przy znaczącym poparciu RFN.Nota bene cała trójka premierów to byli socjaldemokraci.W przypadku Polski ten symbol został jeszcze wzmocniony.Otóż w dalszą drogę udaliśmy się najpierw śmigłowcem wraz ze Schroederem do Lipska,a potem wspólnie niemieckim samolotem do Dublina. Co więcej-tegoż dnia Włodzimierz Cimoszewicz jako minister spraw zagranicznych spotkał się na moście w Słubicach ze swym odpowiednikiem Joschką Fischerem.Najpierw byli po polskiej stronie Odry,a następnie,wraz z tłumami ludzi (choć Polska nie była przecież jeszcze formalnie w strefie Schengen) przeszli do Frankfurtu nad Odrą.Granica już wtedy praktycznie przestała istnieć,a morze piwa wzmacniało tworzącą się nową jakość wzajemnych relacji.

Szczyt

Ceremonia przystąpienia 10 nowych państw (Cypr, Czechy, Estonia,Litwa,Łotwa,Malta,Polska, Słowacja, Słowenia i Węgry) do Unii Europejskiej przebiegła szybko i sprawnie. Irlandzka Prezydent Mary McAlesee tradycyjnie wydała przyjęcie.Jedynym elementem,który do dziś bywa nietrafnie (a nierzadko-złośliwie) komentowany było to,że polską flagę na maszt wciągali wspólnie prezydent i premier.Ale nie było w tym żadnego „wyrywania sobie” tej flagi,ponieważ wszystko odbyło się wedle starej zasady,iż „najlepsze są improwizacje dobrze przygotowane’. Tak zostało to ustalone wcześniej z premierem Irlandii Bertie Ahernem. Ale trzymane było w tajemnicy,aby nie urazić przedstawicieli pozostałej dziewiątki państw ,które były reprezentowane tylko przez jedną osobę – premiera lub (np. Litwa) -prezydenta).Bez wątpienia mieliśmy do czynienia z gestem Gospodarzy w stosunku do największego nowego państwa członkowskiego.

Prawdziwe nieporozumienie miało w finale inny charakter. Otóż Dublin ma dwa lotniska.Tupolew,którym przyleciał Aleksander Kwaśniewski miał zabrać do Warszawy Leszka Millera i mnie. Ale-wskutek dość typowej pomyłki językowej
(„Poland” i „Holland”) – zostaliśmy przetransponowani śmigłowcem akurat na to drugie.Nie miało to większego znaczenia,choć opóźniło nasz powrót do Warszawy. Stało się jedynie powodem do żartów.Na pokładzie (leciał z nami m.in. były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Irlandczyk Pat Cox) była zarazem podniosła i luźna.

Warszawa

Tej nocy wszyscy spali krótko.W Kancelarii Premiera spotkało się szerokie grono osób mających największy wkład w cały proces akcesji.Z różnych środowisk, np. obecny był m.in. Adam Michnik.
Wszyscy mieli poczucie ogromnej wagi tego, co się stało.
Finis coronat opus.Następne 15 lat udowodniły-mimo szeregu zawirowań politycznych-że na naszych oczach zmieniła się historia!

Apel wydawców prasy

Białe, niezadrukowane strony najważniejszych polskich gazet nie ukazują się codziennie. To absolutny wyjątek, dowód, że chcemy zwrócić uwagę na sprawę szczególnej dla nas wagi. Dziś apelujemy do polskich europarlamentarzystów o solidarne poparcie w głosowaniu Dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Apelujemy, by poprzeć rozwiązania, które pomogą wprowadzić – również w naszym kraju – nowe, sprawiedliwsze zasady korzystania przez gigantów internetowych z tworzonych przez polskich pisarzy, filmowców muzyków i dziennikarzy treści. Dzisiejsze rozwiązania brutalnie uderzają w polską kulturę. Twórcy nie otrzymują dostatecznej kompensaty za rozpowszechnianie ich dzieł w internecie. Często żyją w prawdziwym niedostatku albo odchodzą z zawodu. Tracą nie tylko oni, ale przede wszystkim ich odbiorcy. Głosowana w Parlamencie Europejskim Dyrektywa da szansę na zmianę tych zasad. Wesprze twórców, ale nie zuboży internautów. Nie odbierze prawa do linków, nie zakaże memów ani nie przyniesie nowych obowiązków dla niekomercyjnych portali. Pomoże za to chronić własność intelektualną i nałoży na gigantów internetowych obowiązek uczciwej zapłaty polskim twórcom. Apelujemy do polskich eurodeputowanych o wsparcie polskiej kultury. Tym, którzy nas wesprą, podziękujemy. Tych, którzy pozwolą dalej nas okradać, zapamiętamy.

„Puste jedynki” 25.03.2019. Sygnatariusze akcji:

Bogusław Chrabota – redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”, prezes IWP
Paweł Fąfara – redaktor naczelny Grupy Polska Press
Arkadiusz Franas – redaktor naczelny „Gazeta Wrocławskiej”
Piotr Gadzinowski – redaktor naczelny „Trybuny”
Igor Hrywna – redaktor naczelny „Gazety Olsztyńskiej”
Jarosław Jabłoński – redaktor naczelny „Kuriera Porannego” i „Gazety Współczesnej”
Krzysztof Jedlak – redaktor naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”
Marek Kęskrawiec – redaktor naczelny „Dziennika Polskiego”
Marcin Kowalczyk – redaktor naczelny „Dziennika Łódzkiego” i „Expressu Ilustrowanego”
Tomasz Kowalczyk – redaktor naczelny „Kuriera Szczecińskiego”
Katarzyna Kozłowska – redaktor naczelna „Faktu”
Jarosław Kurski – I zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”
Krzysztof Nałęcz – redaktor naczelny „Głosu Dziennika Pomorza”
Grzegorz Nawacki – redaktor naczelny „Pulsu Biznesu”
Adam Pawłowski – redaktor naczelny „Głosu Wielkopolskiego”
Wojciech Potocki – redaktor naczelny „Gazety Pomorskiej”
Paweł Siennicki – redaktor naczelny „Polska Times”
Stanisław Sowa – redaktor naczelny „Nowin”

Andrzej Stec – redaktor naczelny „Parkietu”
Jerzy Sułowski – redaktor naczelny „Gazety Krakowskiej”
Artur Szczepański – redaktor naczelny „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości Toruńskich”
Tomasz Szeliga – redaktor naczelny „Super Nowości”
Sylwia Szewc-Koryszko – redaktor naczelna „Kuriera Lubelskiego”
Mariusz Szmidka – redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego”
Marek Twaróg – redaktor naczelny „Dziennika Zachodniego”
Krzysztof Wiejak – redaktor naczelny „Dziennika Wschodniego”
Stanisław Wróbel – redaktor naczelny „Echa Dnia”
Grzegorz Zasępa – redaktor naczelny „Super Expressu”
Iwona Zielińska – redaktor naczelna „Gazety Lubuskiej”
Krzysztof Zyzik – redaktor naczelny „Nowej Trybuny Opolskiej”