Sushi con carne

Pamięta ktoś jak premier Mateusz Morawiecki informował pod koniec maja po rozmowach z premierem Czech Andrejem Babiszem, że obie strony są bliskie porozumienia, w wyniku którego „Republika Czeska zgodziła się wycofać wniosek do TSUE”? Ten dotyczący zamknięcia Kopalni Turów. Dodał podówczas nawet, że Polska będzie finansować kwotą 45 mln euro inwestycje środowiskowe. Po tej enuncjacji Babisz zagotował i burknął, że rząd czeski nie wycofa skargi z TSUE, dopóki nie zostanie podpisana umowa z Polską.
Zapowiadana przez Morawieckiego ugoda z Pragą wygląda dziś tak, że Czesi właśnie zawnioskowali o 5 mln euro kary za każdy dzień zwłoki w wykonaniu przez Polskę postanowienia TSUE o wstrzymaniu wydobycia w kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów.

Żeby tylko to. Komisja Europejska zdecydowała właśnie o dołączaniu jako strona do pozwu Czech przeciwko Polsce w sprawie Turowa. Rzeczniczka KE Vivian Loonela. Napomknęła przy okazji, że „celem Komisji w tym przypadku jest utrzymanie przed TSUE swojego stanowiska z 17 grudnia 2020 r. W tej opinii Komisja uznała szereg skarg Czech za zasadne i do dziś zdania – wbrew zaklęciom TVPiS i Morawieckiego – nie zmieniła.

Nie tylko Polska ma przerąbane w Brukseli. Wiceprzewodnicząca KE Vera Jourova zapowiedziała, że Komisja wszczyna postępowanie przeciwko Węgrom za nieprzestrzeganie unijnych przepisów telekomunikacyjnych. Po ludzku mówiąc, chodzi o zamknięcie ostatniego niezależnego radia działającego na Węgrzech.”Używamy wszystkich dostępnych nam środków, aby bronić wolności mediów. Zbyt często jednak nie ma dostępnych narzędzi. Dlatego też musimy pracować nad ustawą o wolności mediów, aby uznać kluczową rolę niezależnych mediów dla demokracji i odpowiedzieć na ataki przeciwko nim” – dodała Jourowa, co w języku eurobiurokratów oznacza, że nic z tego nie wyniknie.
Tym bardziej, że według Komisji decyzje węgierskiej Rady ds. Mediów o odmowie przedłużenia praw Klubradio były „nieproporcjonalne i nieprzejrzyste, a tym samym naruszały prawo UE”. Teraz Węgry mają dwa miesiące na śmianie się z pogróżek, by po tym czasie przesłać KE nic nie znaczącą odpowiedź.

O ile Brukselą w Budapeszcie nikt się nie przejmuje, to po tym jak amerykańskie agencje informacyjne doniosły, że w czasie trzygodzinnego pobytu na Węgrzech papież Franciszek nie spotka się z Orbanem prorządowe węgierskie media poszły na całość. Określając takie zachowanie papieża „bezczelną impertynencją”.
Franciszek ma przyjechać na Węgry na mszę zamykającą 52. Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny 12 września. Watykan poinformował o szczegółach i spotkania z premierem tam nie było. Miłujący religię Fidesz jakby dostał w pysk i musiał coś z tym zrobić.
Wystarczył jeden telefon i węgierski Kościół zrozumiał, kto tam rządzi, czyli dzieli unijną kasę.
Konferencja Episkopatu Węgier błyskawicznie dotarła do papieża i wkrótce opublikowała komunikat, że „Planuje się spotkanie papieża Franciszka z premierem Viktorem Orbanem i prezydentem Janosem Aderem podczas jednodniowej wizyty Ojca Świętego na Węgrzech we wrześniu”. Komunikat dowiódł, że Amerykanie nie wiedzą wszystkiego.

Ale Amerykanie w Warszawie wiedzą i nawet mówią.
„Kuriozalny jest pomysł reżimu Alaksandra Łukaszenki, aby ogłosić „świętem” rocznicę ataku ZSRR na Polskę przeprowadzonego w porozumieniu z nazistami – ocenił wprowadzenie nowego białoruskiego święta chargé d’affaires ambasady Stanów Zjednoczonych w Polsce Bix Aliu.
Dekret o wprowadzeniu nowego święta Dnia Jedności Narodowej podpisał Aleksander Łukaszenka. Będzie on obchodzony 17 września, który na Białorusi określa się jako rocznicę przyłączenia ziem zachodniej Białorusi do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.
„Wybór daty podkreśla łączność pokoleń, niewzruszoność i samowystarczalność białoruskiego narodu i państwowości” – napisała służba prasowa Łukaszenki. Nas głupi gest Łukaszenki nawet nie dziwi. Ale zdaniem Amerykanina Aliu świadczy o „kompletnym oderwaniu od rzeczywistości i jest kolejnym dowodem na to, jak niebezpieczne i antydemokratyczne są władze Białorusi”.

O demokratycznej władzy mówił też inny Amerykanin – były prezydent USA Barack Obama. Przy okazji opowiadał o kondycji demokracji na świecie i scenariuszach, jak uniknąć rozdemokratyzowania w USA. „Rozprzestrzenianie się stronniczych mediów i niszczenie bezpartyjnych lokalnych wiadomości ma z tym wiele wspólnego” – stwierdził nawet. Potem jednak przeszedł do rzeczy nam tu nad Wisłą bliższych.
„Gdy popatrzymy na takie miejsca jak Węgry albo Polska – które nie miały takich demokratycznych tradycji jak my, nie były w nich tak mocno zakorzenione. Jeszcze 10 lat temu były dobrze funkcjonującymi demokracjami, a stały się w gruncie rzeczy autorytarne” – rzucił znienacka Obama. Po czym, żeby nie było, że Kaczyński i Orban są najgorsi, wywiódł, że „Władimir Putin zostaje wybrany przez głosujących Rosjan, ale nikt z nas nie powie, że to jest demokracja, której chcemy”. W przeciwieństwie do pana Aliu, do Białorusi Obama nic nie miał.

Obama posiłkując się wspomnieniem sprzed dekady pokazał, że nie ma – jak większość elektoratu PiS – problemów z pamięcią. Niepamiętający obietnic Kaczyńskiego i Morawieckiego naród może jednak mieć nadzieję. W USA zatwierdzono pierwszy od 20 lat lek na chorobę Alzheimera. Medykament nazywa się Aducanumab i ma pomóc w redukcji postępowania objawów klinicznych choroby.
Szefostwo PiS może jednak spać spokojnie. Pamięć jego wyborców od specyfiku się nie poprawi. W marcu 2019 r. międzynarodowe badania nad lekiem, które objęły ok. 3 tys. pacjentów, zostały wstrzymane, gdy analiza danych wykazała że jego comiesięczne dawkowanie nie przynosiło pozytywnych skutków w spowalnianiu pogarszania się problemów z pamięcią i myśleniem. Producent jednak tak pokombinował z danymi, że teraz lek jest już cacy. Zupełnie jak PiS po obiecaniu Polskiego Ładu.

Bigos tygodniowy

Wicepremier do spraw bezpieczeństwa Jaro K. był bohaterem jednegoz nielicznych posiedzeń Sejmu RP w 2020.Koalicja Obywatelska i Lewica złożyły wniosek o votum nieufności wobec jego osoby. W czasie posiedzenia posłowie opozycji grzmieli o jego przewinach, z kolei Mateo w wyjątkowo wazeliniarski sposób udowadniał, że nic lepszego niż Jaro nie mogło nas Polaków i Polski spotkać. Opozycja miała rację, ale nic z tego oczywiście nie wyniknęło, bo tzw. nieubłagana arytmetyka sejmowa spowodowała, że Jaro pozostał wicepremierem i nawet dostał kwiatki od wzruszonych tym sukcesem posłanek Zjednoczonej Prawicy. Faktycznie, negatywna rola Jaro K. w życiu naszego społeczeństwa jest wielka, bardzo wielka. Jednak należy zauważyć, że nie działa on sam, otaczają go chmary wyznawców, którzy czasem bezrefleksyjnie, czasem cynicznie, realizują jego, niejednokroć od czapy, pomysły. Skąd się bierze ten czar nielubiącego bliźnich i świata człowieka? Czy tak naprawdę o czar tu chodzi, czy może o umiejętność skupienia wokół siebie określonego typu ludzi, którzy aby funkcjonować muszą mieć mentora, choćby kieszonkowego?

*****

W Brukseli toczone były negocjacje w sprawie budżetu Unii Europejskiej 2021-2027 i Funduszu Odbudowy. Zgodnie z początkowym planem mieliśmy zgarnąć niezły kawałek eurotortu, ale „nasi” zaczęli brykać, bo ci dziwni Europejczycy, przedstawiciele 25 krajów, chcieli powiązać szmal z praworządnością. ”Nasi” buńczucznie, przy wsparciu Viktora O. z bratnich Węgier, zapowiedzieli veto, rujnujące plany naszego i innych krajów. Niedługo trwali w tym zamiarze, bo zaczęły napływać niesympatyczne informacje, że Bruksela się wściekła i możemy dostać figę z makiem z Funduszu Odbudowy i jakieś ochłapy z budżetu. Rozpoczęły się gorączkowe rozmowy na linii Warszawa-Budapeszt, które przy udziale Berlina, ostatecznie pozwoliły na wypracowanie kompromisu, polegającego na wyjście z tej sytuacji i z kasą i z twarzą, a właściwie z jej resztką. I tak rozporządzenie wprowadzające mechanizm wiążący pieniądze z praworządnością opakowano w ”Konkluzje interpretujące”, co spowodowało, że Mateo wycofał się rakiem ze swoich planów zawetowania budżetu. Następnie wrócił do kraju i ogłosił sukces negocjacyjny. Ziober i jego kompani, którzy wzywali do veta albo śmierci, fundamentalnie nie zgadzają się z tym przekazem, negując sukces negocjatora. I ciekawe było, co w tej sytuacji zrobią? Wyjdą ze Zjednoczonej Prawicy? A jeśli tak, to dokąd pójdą, ściślej do kogo? I co będzie z tymi miłymi fruktami władzy, które tak cieszą, a które trzeba by było porzucić? Otóż wszystko stało się jasne już w sobotę, zebrali się na tzw. zarządzie i łaskawie uradzili, że jednak zostają w koalicji i Ziober i Kowalski i wielu innych, ale będą kontestować przyjęte przez Mateo rozwiązania. I ciekawe, jak w tej sytuacji Mateo zamierza rządzić?

*****

Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego poinformował, że w 2019 roku w niedzielnych mszach uczestniczyło 36,9 % wiernych, 16,7% z nich przystępowało do komunii, zaś 87,6% uczniów uczestniczyło w lekcjach religii w placówkach edukacyjnych. Suchy komunikat nie podaje przyczyn tego stanu rzeczy, ale nie ulega wątpliwości, że Kościół Katolicki w Polsce jest w ciężkim kryzysie, a 2020. przyniesie jeszcze gorsze dane. Stanowisko zajmowane przez część wcale niemałą polskich biskupów i księży, choćby w sprawie pedofilii, pełne buty, braku szacunku dla ofiar przestępców w sutannach, walnie się do tego przyczyni.

*****

7 grudnia 2020r. koncern Orlen, kierowany przez Daniela Obajtka, ogłosił, że kupuje 100 % udziałów w grupie Polska Press. W tej grupie jest 20 dzienników regionalnych, 120 lokalnych tygodników i 500 portali internetowych, które codziennie czytuje około 17 milionów osób. Nie ulega wątpliwości, że PiS kupując od Niemców Polska Press rozpoczął akcję „repolonizacji mediów”. Ma do zaoferowania liczne stanowiska redaktorów naczelnych, ich zastępców, naczelnych portali internetowych, szefów oddziałów regionalnych, szefów drukarni. Te wszystkie stołki będą dla swoich, którzy sumiennie i z pasją zrealizują linię partii, stając się po TVPiS kolejną tubą propagandową, która zostanie przez pisowskich sztabowców cynicznie wykorzystana. Towarzystwo Dziennikarskie zamierza monitorować zwolnienia pracowników mediów zakupionych przez prezesa Daniela, deklarując nagłaśnianie takich przypadków i pomoc prawną. Bigos tygodniowy będzie bacznie obserwował rozwój sytuacji na rynku mediów, bo już jest niepokojąco groźna, a jak się zdaje sektor energetyczny nie powiedział ostatniego słowa.

*****

Dworczyk Michał ogłosił, że w naszym kraju w ramach Narodowego Programu Szczepień w 8319 zespołach wykonujących szczepienia będzie można zaszczepić 3,4 mln obywateli miesięcznie. W jaki sposób minister Dworczyk obliczył tak gigantyczną liczbę szczepionych? Nie wiadomo, bo póki co do opinii publicznej docierają alarmujące informacje o braku wykwalifikowanej kadry, gotowej wykonać to zadanie, o niedostatecznym technicznym wyposażeniu punktów szczepień, w tym braku chłodziarek niezbędnych do przechowywania preparatu firmy Pfitzer. W tej sprawie nie wystarczy być przekonanym, że jakoś to będzie i przedstawić w połowie grudnia strategię NPS, w tej sprawie wszystko musi zadziałać jak szwajcarski zegarek, bo dotyczy zdrowia i życia obywateli. Problem jest palący, bo Mateo obiecuje start NPS w styczniu 2021r.

Sushi con carne

Przecieki z okolic Nowogrodzkiej pokazują, że kuluary polsko-węgierskiego veta wyglądały nieco inaczej niż się powszechnie sądzi. Dowodzi tego ostatnia wizyta Orbana, ta z zamaskowanym po czubek oczy Kaczyńskim. Orban przyleciał, bo nasi zaczęli się za jego plecami dogadywać z prezydencją niemiecką.
Niemcy wyciągnęli bowiem na stół coś, z czego upojeni narracją suwerennościowo-ideologiczną Kaczyński z Morawieckim nie wiedzieli. Dostali więc teczkę z wynikami unijnego śledztwa dotyczącego rozdysponowywania unijnych funduszy na Węgrzech. Załącznikiem do teczki było pytanie, czy partia nazywająca się Prawo i Sprawiedliwość chce mieć dorobioną przez europejskie media twarz obrońcy złodziei i łapówkarzy.
W teczce było o firmach związanych z rodziną węgierskiego premiera, które zarobiły w ostatnich latach dziesiątki milionów euro, głównie dzięki inwestycjom finansowanym z unijnych funduszy. Jak spółka Dolomit, której prezesem by ojciec premiera Győző a także firmy transportowe Arona i Gyozo jr. – braci Viktora Orbana.
Było o finansowanym przez UE 100 mln euro projekcie budowy systemu oczyszczania ścieków w Erd. Firma zarejestrowana przez Gyozo Orbana nie uczestniczyła w żadnym przetargu, ale dziwnym trafem stała się dostawcą kamieni i cementu dla głównych wykonawców – firm związanych z przyjaciółmi premiera Orbana. Współpraca zaskoczzyła, mimo iż oferta Dolomit była ok. 30 proc. wyższa od propozycji konkurencji.
Inne kwity dotyczyły budowy systemów kanalizacji w Budapeszcie, a także cementowni i stacji kolejowych w innych miejscowościach. Tylko w latach 2010-17, czyli za rządów Orbana Dolomit, największa z rodzzinnych firm, zaliczyła wzrost przychodów o 330 procent, a przyrosty zysków były nawet kilkunastokrotne.
Podobnych kwiatków było w unijnych materiałach kilkanaście. Plus wyliczenie, że liczba nieprawidłowości w wydatkowaniu europejskich funduszy na Węgrzech dziesięciokrotnie przekracza średnią unijną.
Najgorsze jednak dla Brukseli było to, że dzięki opanowaniu węgierskiego sądownictwa przez Fidesz, żaden tamtejszy są nie zrobił z tymi fantami nic. Każda skarga odbijała się od obranowskiego wymiaru sprawiedliwości jak od ściany.
Polskie przewiny Kaczyńskiego, Ziobry i Morawieckiego w stosunku do sądownictwa, to przy przegięciu węgierskim, były małym Pikusiem. Na nasze tłumienie praworządności i demokracji były sklonne przymknąć oko nawet Holandia, czy Dania. Nie wiązało się to bowiem z okradaniem tamtejszych podatników.
Dowody te przekonały wierchuszkę Zjednoczonej Prawicy do złagodzenia stanowiska i próby dopracowania definicji praworządności, tak aby dotyczyła wyłącznie kwestii związanych z aferami w rozdziale unijnych środków. Na to zgadzali się wszyscy.
Z wyjątkiem Viktora Orbana. Ten przyleciał i jedyne co wywalczył, to kilka detali w definicjach rozliczania unijnych dotacji.
O suwerenności, brukselskim kołchozie i nowym RWPG premier Węgier na spotkaniu z Kaczyńskim i Morawieckim nie wspominał. Ale ponieważ szefostwu PiS Wegry jeszcze się na forum europejskim przydać mogą, to udawano, że wszystko jest cacy jak zwykle.
Gdy oddajemy Trybunę do druku, nie znamy wyników uzgodnień brukselskich. Nie wiemy więc czy odpuszczenie praworządności w Polsce przez Unię przeszło.

A gdyby przeszło, to znaczyłoby, że bezczelność PIS rządzi. Chyba, że to nie bezczelność, ale głupota. A rzecz w tym, że trzy dni przed negocjacjami premiera w Brukseli ogłoszono, że państwowy, czyli należący do PiS Orlen, za 120 mln zł kupił od Niemców całą polską lokalną prasę wraz z przyległymi portalami internetowymi.
Podanie takiej informacji, gdy wiadomo, że Unia jest cięta na Orbana, za przekręty ale i likwidację wolnych mediów, a na nas za TVP i sądy była albo więc bezczelnością, albo głupotą. Bo nawet największy europejski miłośnik Kaczyńskiego w Brukseli nie mógł nie zauważyć, że to kolejny krok do całkowitego podporzadkowania Polski partii Kaczyńskiego. Krok jak widać skuteczny, bo Bruksela na przejęciu przez PiS kolejnych mediów nawet się nie zająknęła.
Wynikałoby z tego, że PiS wie, że prawdziwe miękiszony są właśnie w Brukseli. Gdyby nie byli tego świadomi, to w obawie, przed usztywnieniem stanowiska negocjacyjnego, kazanoby prezesowi Orlenu Obajtkowi poczekać z ogłoszeniem przejęcia tytułów, do powrotu z Brukseli. Bo po co drażnic misia?
Miś ma jednak Polskę i jej władze głęboko gdzieś, w przeciwieństwie do chęci bezproblemowegouchwalenia budżetu i wspólnego zaciągnięcia 750 miliardów euro na ratowanie gospodarek.
Widać Bruksela stosuje stare chińskie powiedzenie, żeby nic nie robić i czekać, aż zwłoki wrogów same spłyną z nurtem rzeki.

Jak polski rząd przyjmuje dyplomatyczne kopniaki

Prezydent Francji Emmanuel Macron poznęcał się na konferencji prasowej po szczycie w Brukseli nad jednym krajem członkowskim Unii Europejskiej – Polską.

Striwerdził, że, że choć szczyt przyjął cel neutralności klimatycznej do 2050 roku, to jeden kraj uzyskał „tymczasowe wyłączenie”. I co najistotniejsze, zepchnął Polskę na boczny tor, mówiąc, że ten fakt „nie spowolni wdrażania Europejskiego Zielone Ładu”.
– Pierwsze regulacje zostaną przyjęte większością kwalifikowaną. Jeśli Polska nie potwierdzi swojego udziału w celu osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 roku, to będzie poza europejskim mechanizmem, w tym w zakresie finansowej solidarności – powiedział Macron.
Politycy PiS jak zwykle zagotowali, twierdząc, że prezydent Francji grozi Polsce.
Musiał zareagować ambasador francji wydając oświadczenie.
„13 grudnia szereg polskich mediów podawało, że podczas konferencji prasowej po Radzie Europejskiej Prezydent Republiki Francuskiej Emmanuel Macron groził Polsce wykluczeniem z mechanizmów solidarności finansowej UE, jeżeli nie dołączy ona do celu osiągnięcia neutralności emisyjnej w 2050 r. Konieczne wydaje mi się sprostowanie błędów i uogólnień tychże publikacji, aby rozwiać wszelkie nieporozumienia” – napisał ambasador Frederic Billet.
Dodał, że prezydent Macron „po prostu tłumaczył znaczenie konkluzji Rady Europejskiej i nikomu nie groził”.
A ponadto „podczas konferencji prasowej Prezydent Republiki doprecyzował, że wszystkie kraje Rady Europejskiej popierają cel neutralności emisyjnej, ale że Polska zawnioskowała o wyjątek dotyczący wdrażania tego celu, „ponieważ dziś uznaje, że potrzebuje więcej czasu” i że otrzymała więc „dodatkowy czas, aby – do czerwca – potwierdzić, że będzie dążyć do tego celu na poziomie krajowym”.
Macron, nie groził „tylko wytłumaczył, co to oznacza dla Rady Europejskiej”. „”Ten wyjątek w żaden sposób nie spowalnia wdrażania Zielonego Ładu i gdyby ostatecznie Polska nie potwierdziła swojego udziału w dążeniu do tego celu, to postawiłaby się sama poza ramami mechanizmów europejskich, w tym solidarności finansowej”. Powiedział także, że jest przekonany, co do możliwości potwierdzenia tego zobowiązania 27 Państw członkowskich przez wszystkie kraje europejskie w bliskiej przyszłości” – kontynuował ambasador.
Oczywiście wszystko to , na jote nie zmienia tego co Macron myśli i co powiedział o roli Polski w walce ze zmianami klimatu. Ale oficjalne przeprosiny, zostały z uznaniem przyjęte przez polski rząd, który nic z tego nie zrozumiał.
Szef KPRM Michał Dworczyk napisał zatem na Twitterze: ”Komunikat Ambasadora Francji ws. wypowiedzi Prezydenta Francji po Radzie Europejskiej. Wszystko dokładnie wytłumaczone”.

W kraju i na eksport

W kraju wszyscy jak jeden mąż są zdecydowanymi obrońcami polskich interesów, których z determinacją bronią przed „szaleństwem brukselskich elit”. A w Brukseli?

Od dłuższego czasu obserwuję życie polityczne w kraju, sam w nim zresztą jako poseł do PE uczestnicząc. Dzięki temu, że pracuję w Brukseli, mogę z bliska obserwować zachowania przedstawicieli władzy tu i tam.

W kraju wszyscy jak jeden mąż są zdecydowanymi obrońcami polskich interesów, których z determinacją bronią przed „szaleństwem brukselskich elit”. Najbardziej zagraża „polskości” oczywiście Frans Timmermans, ale tuż za nim są Niemcy, a za Niemcami Francuzi, zwłaszcza prezydent Macron, i pozostałe kraje „starej Unii”. Przed nimi politycy związani z PiS sypią patriotyczne szańce i głoszą chwałę swojej niezłomności-polskości.

Tymczasem, gdy w grę wchodzą naprawdę poważne sprawy – polskiej przyszłości, naszego miejsca w świecie – rząd PiS zachowuje się zgodnie z interesem całej Unii.

Przykłady? Mimo buńczucznych zapowiedzi, że nie podpisze, premier Szydło, wraz z innymi szefami rządów, podpisała na Kapitolu Deklarację Rzymską, która potwierdzała wspólne zaangażowanie na rzecz współpracy w ramach Unii Europejskiej. Polska jest też lojalna w kwestii Brexitu. Unia występuje wspólnie i twardo broni swych interesów. Już drugi brytyjski rząd nie zdołał złamać europejskiej solidarności, która niewzruszenie stoi na stanowisku: wynegocjowane–postanowione.

A jednak polityka „na kraj” i „na eksport”, jest stałym elementem politycznego krajobrazu Polski. Dobrą tego ilustracją jest sprawa polskiego komisarza do spraw rolnych. W kraju prezes Kaczyński zapowiada, że podstawowym jego zadaniem jest doprowadzić do wyrównania dopłat dla polskich rolników do poziomi dopłat, jakie otrzymują rolnicy niemieccy. Kandydat na komisarza, powtarzał oczywiście to samo – bierze tę funkcję, żeby sprawę załatwić – czytaj: wyrównać oczywistą, brukselską niesprawiedliwość. Gdy jednak został już komisarzem, nie mówi, że „załatwi”, tylko, że „będzie się starał” załatwić i nie, że dla „polskich rolników”, tylko „w ramach całej Unii”, systemowo. „Załatwi” i „będzie się starał załatwić”, to jednak nie to samo…

Podobnie rzecz się ma z innymi problemami, na przykład głośnym obecnie problemem ekologicznym. Niedawno występowałem w telewizji wespół ze znanym europosłem PiS. Otóż ten polityk, bardzo doświadczony, ogłosił gromko, że projekt „zielonej Europy” przewiduje śmieszne pieniądze na dopłaty dla krajów, które będą musiały unieść trud ekologicznej transformacji. Chodziło o Polskę oczywiście. Jej interesów europosłowie PiS bronią bowiem w Brukseli najodważniej, ale „niestety ciągle są przegłosowywani”…

Pochylmy się na chwilę nad tą kwestią. Europa ze swym planem „Zielonego ładu” jest niewątpliwie w czołówce regionów, które chcą podjąć zdecydowaną i nieudawaną walkę z zagrożeniem klimatycznym, choć to nieprawda, że europejska gospodarka stanowi jedno z największych zagrożeń dla klimatu. Podobnie, jak nieprawdą jest, że Polska jest jednym z tych państw, które przysparzają europejskiej ekologii najwięcej zmartwień. Swoje za uszami mamy, ale na pewno nie jesteśmy w czołówce.

„Zielony europejski ład” Ursula von der Leyen przedstawiła jako jeden z priorytetów nowej Komisji Europejskiej. Żeby raz jeszcze rozwiać wątpliwości – Komisja Europejska działa w ramach mandatu, który uzyskała w Parlamencie Europejskim i od Rady Europejskiej. Przypominam to, gdyż „zielony ład” nie jest wymysłem „europejskich elit” niechętnie nastawionych do Polski, tylko jest programem mającym zgodę wyłonionych w wolnych wyborach w poszczególnych krajach ciał przedstawicielskich reprezentujących społeczeństwa całej Europy – Polaków też.

Negocjacje w związku z realizację tego programu będą niewątpliwie trudne, ale bez negocjacji, bez ścierania się na argumenty nie ma zgody, a w rezultacie postępu. Chodzi oczywiście o pieniądze. Pani Ursula von der Leyen mówi o „masywnych” inwestycjach, jakich będzie wymagało przestawienie wielu gospodarek europejskich na tory pro-ekologicznego rozwoju. Zdaniem nowej przewodniczącej KE taka przebudowa przemysłu musi być sprawiedliwie wsparta przez Unię Europejską. „To zdecydowanie za mało” – natychmiast odezwały się głosy z Polski tych, których słowem podstawowego użytku jest słowo „nie”. „Za mało” pieniędzy, oczywiście. Jeszcze nowa perspektywa finansowa Unii na lata 2021-2027 jest w powijakach, jeszcze końca rozmów i uzgodnień nie widać nawet na najodleglejszym horyzoncie, ale oni już wiedzą, że na wsparcie ekologicznej modernizacji kraju dostaniemy za mało, że ktoś tuczy się naszym kosztem…

Bierze się to moim zdaniem po trosze z ignorancji, po trosze ze skrywanego, lecz głęboko w duszy tkwiącego przekonania, że gdy jedzie się do Brukseli, to jak do obozu wroga. Są politycy, którzy są przekonani, iż Polskę otaczają tajemnicze, groźne spiski, których sensem istnienia jest zaszkodzić Polsce jak najbardziej. Bywają też wyrachowani…

Na szczęście są także, w PiS-ie również, politycy gotowi do poważnych rozmów i nastawieni na obronę polskich interesów, ale jednak w porozumieniu z innymi członkami UE. Ma rację szef nowego resortu klimatu mówiąc, że ze względu na różne uwarunkowania gospodarcze, społeczne czy nawet zasoby naturalne, w każdym z państw dochodzenie do neutralności klimatycznej musi odbywać się w sposób bezpieczny dla obywateli, gospodarki i państwa. Zgadzam się też z premierem Morawieckim, który z okazji madryckiego szczytu klimatycznego powiedział, że Polska może podejmować kolejne wysiłki zmieniające system energetyczny i zmniejszający emisję, ale musimy mieć za to odpowiednią rekompensatę pozwalającą na przebudowanie systemu elektroenergetycznego, i która będzie sprawiedliwa.

Wola zmian została więc wyrażona, pole do negocjacji również jest zakreślone. To znacznie bardziej mi odpowiada niż narzekanie, biadolenie, marudne i nadąsane czekanie na jak największe wsparcie, które „nam się po prostu należy”…

Tyle tylko, że premier i minister wypowiedzieli te wyważone zdania, a poprzez nie gotowość do merytorycznej dyskusji, w Madrycie, na szczycie klimatycznym, a nie w Warszawie. Czyżbyśmy także rząd mieli „na kraj” i „na eksport”?

Flaczki tygodnia

Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje groźbę nadchodzącej katastrofy politycznej. Przyszłego PiSPSL -u.

Przeciągające się targi polityczne urządzone przez liderów PSL można racjonalnie wytłumaczyć dwoma powodami.
Pierwszy to tradycyjnie, PSL- owskie kokoszenie się. Kuglowanie, kiwanie, fochowanie w celu uzyskania jak najwięcej miejsc biorących na przyszłych listach wyborczych.
Zwłaszcza tak zwanych „jedynek”, czyli pierwszych miejsc na listach.
Bo wielu polskich, wybitnych ponoć, specjalistów od wygrywania wyborów głosi tezę, że około 30 procent wyborców zawsze, automatycznie i bezkrytycznie głosuję na pierwsze nazwisko na liście wyborczej. Głosuje tylko dlatego, że jest to pierwsze nazwisko na wybranej przez nich liście wyborczej.
Ta prawidłowość ma dotyczyć wszystkich list wyborczych.
To może oznaczać, że około trzydziestu procent Wyborców w naszym kraju to ten przysłowiowy „ciemny lud”.

Drugim racjonalnym powodem tych nieracjonalnych targów politycznych PSL jest wola jego kierownictwa wyjścia z koalicji z PO.
I doprowadzenie do przyszłej koalicji z PiS.
Realizacji starej zasady obowiązującej w PSL. Że w każdych wyborach wygrywa przyszły koalicjant PSL.

Stąd ten nagły atak obrzydzenia do lewicy uwidaczniany wśród elit Polskiego Stronnictwa Ludowego. Jakieś uzasadnienie zerwania koalicji z już nie wygrywającą PO musi być.

Długo falowa kalkulacja prominentów PSL może być taka. PiS zapewne wygra najbliższe wybory parlamentarne. Ale wygra niewysoko. W Senacie może to być nawet remis ze wskazaniem na opozycję.
Zatem PiS na pewno nie będzie miał większości potrzebnej do zmiany Konstytucji RP, czyli dokończenia swojej kontrrewolucji narodowo- katolickiej. Będzie potrzebował koalicjantów do tego.
PiS może też nie mieć tych upragnionych 231 krzeseł w Sejmie RP potrzebnych do posiadania większości rządzącej. I być skazanym na koalicjanta.

Ponieważ aktyw PiS skutecznie spacyfikował prawicową konkurencję, albo ją wchłonął albo zdyskredytował jak to było w przypadku Konfederacji, to jedynymi potencjalnymi koalicjantami dla PiS mogą być klub fanów Pawła Kukiza i PSL.

Klub fanów Pawła Kukiza topnieje i może mieć problemy z przekroczeniem progu wyborczego.
Podobne kłopoty ma PSL, które jako samodzielny byt polityczny w przedwyborczych sondażach też oscyluje wokół progu wyborczego.
Ale koalicja Kukiz-PSL ma szansę na przekroczenie progu wyborczego. Zdobycia kilkunastu mandatów poselskich. Stworzenia klubu parlamentarnego PSL-Kukiz.

Ten klub może być na wagę większości rządzącej parlamencie. Może dać większość dla rządzącej, dziś opozycyjnej, Koalicji Obywatelskiej.
Może też dać większość rządzącej partii pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Oczywiście zanim przyszły klub parlamentarny PSL-Kukiz wjedzie z PiS lub KE w koalicję rządzącą, to wpierw usunie ze swych szeregów pana posła Pawła Kukiza. Bo jest on nie koalicyjny. To solista polityczny, a w parlamencie trzeba mieć również umiejętności śpiewania w chórze politycznym.

Następnie liderzy klubu parlamentarnego PSL + przystąpią do negocjacji. Jeśli PiS zaproponuje im więcej w przyszłej koalicji rządowej niż KO, i dodatkowo jeszcze coś w sejmikach wojewódzkich, to liderzy PSL + wejdą w koalicję z partią pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
To wreszcie uwolni ich od niedoli przebywania na niewygodnych ławach opozycji. I w parlamencie i w sejmikach wojewódzkich.

Wartość formacji PSL + zapewne wzrośnie w 2020 roku. Kiedy zaczną się wybory prezydenta RP. Wówczas każde nowe środowisko będzie cenne.
I wtedy liderzy PSL + znowu będą mogli poczuć się jak posiadacze złotej akcji. Decydującej o zwycięstwie w boju politycznym.

Historia dotychczasowych koalicjantów pana prezesa Kaczyńskiego nie jest zachęcająca. Pan prezes Jarosław jest wyjątkowo skutecznym kanibalem politycznym.
Liga Polskich Rodzin rozpadła się po koalicji z PiS. Podobnie rozpadła się „Samoobrona”. A jej lider Andrzej Lepper został znaleziony jako rzekomy samobójca.

Jak dzieci zachowują się euro deputowani PiS w Parlamencie Europejskim. Na złość Fransa Timmermansa utrącili jego kandydaturę na szefa Komisji Europejskiej. Aby utorować drogę Urszuli von der Leyen. Posiadającej równie pryncypialne poglądy na temat łamanej przez PiS praworządności w Polsce jak Timmermans. Ale młodszej od niego, bardziej energicznej i żądnej szybkich efektów. Zatem swym głosowaniem ekipa PiS zamieniła sobie przysłowiowy kijek na siekierkę.

Zablokowanie jednego kandydatka na rzecz innego, to normalka w parlamentarnej robocie. Zwykle mądrzy parlamentarzyści robią to w sposób zdecydowany i dyskretny. Nie biegają od knajp parlamentarnych po toalety i wszędzie chwalą się swym „historycznym zwycięstwem”.
A euro deputowani PiS tak czynili. Wszędzie przechwalali się swą udaną zemstą. W efekcie wzbudzili niesmak i niechęć pozostałych frakcji politycznych w Parlamencie Europejskim.
Taka niechęć szybko ujawniła się podczas głosowania nad kandydaturą euro deputowanej Beaty Szydło na przewodniczącą komisji pracy. Jej kandydatura upadła, choć nie było innej kandydatury. Bo ta komisja przypadła PiS w wyniku podziału komisji pomiędzy wszystkimi frakcjami politycznymi w euro parlamencie.

Teraz kierownictwo PiS odgraża się, że w tym tygodniu ponownie wystawi kandydaturę euro deputowanej Szydło.
Co będzie jeśli jej kandydatura znowu upadnie?
Propagandziści PiS wszystko zwalą na „wrażą Brukselę”? Na rzekomy antypolonizm pozostałych euro deputowanych?

Unia po wyborach

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami, teraz w całej Unii trwają analizy, co one nam właściwie powiedziały?
Jaki będzie układ sił w PE? A przede wszystkim, jaki jest wynik bezpośredniego starcia zwolenników Unii i dalszej jej integracji z jej przeciwnikami. Mówiąc językiem gazet: między „euroentuzjastami” a „eurosceptykami”.

Generalny wniosek jest taki, że demokratyczny zamach populistów na Unię nie powiódł się. Mimo zwycięstw w kilku ważnych krajach (Włochy, Francja, a zwłaszcza Wlk. Brytania), eurosceptycy uzyskali mniej głosów niż oczekiwali i nie będą w stanie zasadniczo zmienić układu sił w Parlamencie Europejskim, a więc nie będą mogli wcielić w życie swoich politycznych, niechętnych, czy wręcz wrogich UE, planów. Ostateczny podział mandatów wygląda następująco:
• EPL (Europejska Partia Ludowa, do której należą PO i PSL) – 179
• Socjaliści i Demokraci (S&D – frakcja, do której należy SLD i do której aplikowała i została przyjęta „Wiosna”) – 153
• ALDE&R (Porozumienie Liberałów i Demokratów) – 105
• Zieloni – 69
• EKR (Europejscy Konserwatyści Reformowani, do której należy PiS) – 63
• ENW (Grupa Narodów i Wolności – Liga Salviniego) – 58
• EFDD (Europa Wolności i Demokracji Bezpośredniej – Nigel Farage) – 54
• Zjednoczona Lewica Europejska/Nordycka Zielona Lewica – 38
• NI (niezrzeszeni) – 8
• Inni – 24
Te wyniki potwierdzają to, co pisałem w tym miejscu przed wyborami – że ruchy i tendencje populistyczne i nacjonalistyczne są dla Unii Europejskiej kłopotem, ale nie problemem. Są hałaśliwe, mają zdolność wzbudzania emocji, często pretensji do Unii, do sposobu jej funkcjonowania – również do różnych jej niesprawiedliwości zwłaszcza w zakresie polityki społecznej – jednak zawsze na końcu zwycięża pragmatyzm i zdrowy rozsądek Europejczyków. Jedyna pozytywna rola, jaką populiści odgrywają w Europie jest taka, że oni skutecznie pobudzają i dopingują do wyciąganie wniosków z błędów, do poprawiania funkcjonowania Unii, do jej przeorientowania na rzecz Europy socjalnej, przyjaznej swym obywatelom, ale jednak nie do destrukcji Unii, jako takiej.
Dobrym przykładem w tym względzie są Włochy – kraj, gdzie bodaj najgłośniej w Europie brzmiały głosy eurosceptyków. Ich lider, Matteo Salvini, już przed wyborami podróżował po Europie, (był m.in. w Polsce, gdzie prowadził rozmowy z liderem PiS), próbując budować przyszły sojusz eurosceptyków. Marzyła mu się taka pozycja, która w Parlamencie Europejskim gwarantowałby mu rolę bardzo ważnego gracza. Tymczasem, mimo oczywistego zwycięstwa w Italii, głosy tamtejszych wyborców rozproszyły się na tyle, że – przy jednocześnie słabszych niż spodziewane wynikach eurosceptyków w mniejszych krajach unijnych – ostatecznie nie dały Salviniemu siły, o jakiej marzył. Oprócz niego bowiem Włosi powierzyli mandaty także Europejskiej Partii Ludowej, Socjalistom i Demokratom oraz frakcji Konserwatystów Reformowanych. W rezultacie Salviniemu do spełnienia marzeń zabrakło armat.
Zdecydowany sukces odniosła również Marine Le Pen we Francji, ale też jednak nie taki, który dawałby jej moc sprawczą. Mimo wielotygodniowych niepokojów w tym kraju na tle socjalnym, mimo niezadowolenia z rządów prezydenta Macrona, uzyskany przez jej Zjednoczenie Narodowe wynik był gorszy niż w wyborach w roku 2014.
W Niemczech narodowo-konserwatywna Alternatywa dla Niemiec (AfD) przegrała nawet z Zielonymi, o CDU/CSU i SPD nie mówiąc.
Pragmatyczni Duńczycy także odmówili większego poparcia swoim populistom. Duńskiej Partii Ludowej z czterech eurodeputowanych został teraz jeden, który zasiądzie obok posłów PiS. Za to, co warto podkreślić, do grupy Socjalistów i Demokratów dołączy trzech Duńczyków. Socjaldemokracja wygrała zresztą niedawne wybory parlamentarne w Danii.
Jak podkreślają analitycy (np. z portalu Polityka.pl) największą stratą dla eurosceptyków jest brak możliwości skonsumowania zwycięstwa Brexit Party, Nigela Farage’a. Jego eurodeputowani będą w PE tylko do 31 października, kiedy to Wlk. Brytania opuści Unię.
Na tym tle – mimo licznych, groźnych przepowiedni – zaskakująco dobrze wypada europejska lewica.
Hiszpanie (gdzie lewica wygrała też wybory parlamentarne) wprowadzili do PE 20 europosłów, Włosi – 19, Niemcy – 16, Portugalczycy i Rumuni – po 9, Polska – 8. W sumie grupa S&D będzie liczyła 153 eurodeputowanych – mniej niż poprzednio, ale wciąż jest liczącą się siłą, zdolną tworzyć większościową koalicję.
Straty zaliczyła także Europejska Partia Ludowa (z PO i PSL) – będzie liczyła obecnie 179 eurodeputowanych.
To oznacza, że obie te partię będą musiały dobrać trzeciego koalicjanta dla uzyskanie bezwzględnej większości. Niczego nie przesądzając i zachowując polityczną skromność można powiedzieć, że nie wydaje się to niemożliwe. Ten domysł graniczący z pewnością potwierdzają ostatnie informacje o rozpoczęciu politycznych rozmów między czterema największymi ugrupowaniami (EPL, S&D, ALDE&R, Zieloni) na temat zbudowania programowego i politycznego porozumienia, które zapewniłoby pewne, stabilne kierowanie unijną nawą przez przyszłą Komisję Europejską.
Powyborcze rachunki pokazują też, jaka jest na europejskiej scenie realna siła Prawa i Sprawiedliwości. Buńczuczne zapowiedzi reformowania Unii, wręcz jej zmieniania, „walki” o „sprawiedliwy budżet”, „walki z Europą dwóch prędkości”, a nawet o dopłaty dla każdej krowy i świniaka, zderzą się teraz z realnymi możliwościami, które są niewielkie. Nadto zdolność koalicyjna PiS, które przez całą poprzednią kadencję było na wszystkich obrażone i ciągle wychodziło z sali na „znak protestu”, mówiąc oględnie nie jest przesadna. Może się to teraz zmieni, czego jako polski eurodeputowany życzyłbym sobie, bo każdy polski głos, mający realny wpływ na podejmowane decyzje, jest dla nas ważny, ale doświadczenie mi podpowiada, żeby za bardzo na to nie liczyć. Jak zwykle więc najlepiej liczyć na siebie – w przypadku polskiej lewicy – na grupę Socjalistów i Demokratów i na grupę EPL, gdzie zakotwiczyły pozostałe siły Koalicji Europejskiej, czyli PO i PSL.
W tej chwili rezultat polskich wyborów do europarlamentu jest taki, że PiS wprowadziło tam 26 posłów, a Koalicja Europejska (licząc SLD i „Wiosnę” łącznie – jako członków S&D) – 25. „Wojna o Polskę” zakończyła się zatem właściwie remisem. To jednak oznacza, że przy niewielkich możliwościach jednopunktowego zwycięzcy, większa odpowiedzialność za polskie sprawy w Unii Europejskiej spada na partie tworzące Koalicję Europejską. To zaś wiąże się z naprawdę bardzo ciężką pracą zarówno w PE, jak i w jego komisjach, gdzie ucierają się konkretne rozwiązania konkretnych spraw. Jeśli więc ktoś myśli, (a nawet zapowiada), że będąc europarlamentarzystą będzie jednocześnie odgrywał polityczne role w kraju, angażował się w kolejne wybory, to z góry mogę powiedzieć, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Taki ktoś po prostu nie zrozumiał, do jakiej roli pretenduje i czego się podejmuje startując w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Warto sobie to uzmysłowić od razu na początku rozpoczynającej się kadencji.

Wybory, które zmieniły historię

Przed każdymi wyborami powtarzane jest stwierdzenie, ze nadchodząca elekcja jest historyczna.

Z jednej strony dodaje to blichtru wiekopomności kampanii. Z drugiej strony sprawia, ze wyborcy mogą poczuć zew, uznając, iż rzeczywiście, warto udać się do urn wyborczych, by wziąć udział w niezwykłym, wiekopomnym wydarzeniu. W kontekście wyborów europejskich rzeczone zaklęcie o ich unikatowym charakterze artykułowane jest częściej, szczególnie, ze od lat kolejno odnotowywane frekwencje cechowała tendencja spadkowa. Ponieważ są one traktowane w domyśle jako swego rodzaju referendum na temat integracji europejskiej, na podstawie dotychczasowego miernego zainteresowania snuto często tezy o demokratyczno-egzystencjalnym kryzysie Unii.
Tym samym w maju 2019 już pierwsze doniesienia dotyczące wzmożonej partycypacji w wyborach stanowiły znak, ze cos drgnęło. W skali całego kontynentu około polowa uprawnionych wzięła udział, co stanowiło o 10 procent więcej niż piec lat temu. Takiego poziomu nie odnotowano na przestrzeni dwóch dekad.
Naturalnie, motywacja wyborców zależała często od sytuacji w kraju. W Polsce ważnym czynnikiem mobilizacyjnym były chęci poparcia bądź załamania potęgi PiS. W Wielkiej Brytanii do urn ruszyli zarówno zwolennicy i przeciwnicy Brexit-u, oraz jak się okazało ci, których zmęczył zaistniały kryzys demokracji reprezentacyjnej i chcieli skorzystać z okazji, by ukarać zarówno rządząca Partie Konserwatywna, jak i opozycyjna Partie Pracy. Obie wspólnie uzyskały poparcie zaledwie co piątego wyborcy na Wyspach. Jakkolwiek przykłady ważkich zajść na niwie krajowej można byłoby mnożyć, dokonywane przez obywateli wybory pośrednio bądź bezpośrednio dotyczyły niemniej jednak spraw europejskich, wyboru godnej reprezentacji do Parlamentu Europejsiego (PE) oraz zdefiniowania miejsca dla Ojczyzny w kontekście nadal jednoczącej się Europy. Tym samym wybory europejskie przestały być drugorzędna elekcja – jak kategoryzowali ja dotychczas politolodzy. Europejczycy i Europejski pokazali, ze chcą decydować o tym, w jakiej rzeczywistości i z jakimi prawami, obowiązkami i szansami na przyszłość przyjdzie im żyć.
Dla socjaldemokracji europejskiej wieczór 26 maja był dziwnym momentem, w którym uczucia ulgi i spełnionego obowiązku mieszało się z niepewnością oraz świadomością, iż nachodzą nowe czasy. Innymi słowy, socjaldemokraci zdawali sobie sprawę, iż nie jest tak źle, jak przewidywano, ale także nie tak dobrze, jak byśmy sobie tego życzyli. Krajobraz po bitwie przedstawiał się jako nader skomplikowany, ponieważ oprócz partii, które odniosły zwycięstwo bądź odnotowały porażkę na niwie krajowej, trudno było jednoznacznie określić, kto wyszedł z tej batalii zwycięsko na poziomie europejskim. Nawet jeśli Zieloni szczycili się ilością zdobytych mandatów, a potencjalnie zasileni przez eurodeputowanych z Republique en Marche Prezydenta Macrona Liberałowie ustami Guy Verhofstadt’a ogłaszali siebie krolotworcami w zbliżających się negocjacjach dotyczących obsady głównych stanowisk w UE.
Naturalnie, każdy ma prawo do własnej wersji historii i do uciekania się do propagandy sukcesu. Niemniej jednak w momencie zamknięcia lokali wyborczych i przedstawienia pierwszych sondaży pewne były tylko dwie kwestie. Po pierwsze, dwie największe frakcje (Europejskiej Partii Ludowej oraz Sojuszu Socjalistów i Demokratów) stopniały na tyle, ze nie mogły marzyc o utrzymaniu wielkiej koalicji, która od początku Wspólnot dzierżyła wspólnie rządy. Oznaczało to konieczność rozważenia innych scenariuszy od centro-lewicowych koalicji, poprzez kolorowe sojusze. Zarówno jedne, jak i drugie, mogły okazać się trwale, jak i wyłącznie mobilizować glosy w jednej bądź drugiej sprawie ad-hoc.
Po drugie, suma zrzeszonych i niezrzeszonych eurodeputowanych o proweniencji anty-europejskiej, euro-sceptycznej, prawicowo-radykalnej i nacjonalistycznej łącznie dawała cyfrę plasująca grupę tychże posłów na pozycji drugiej siły. Owszem, praktyka dowiodła, ze dotychczas nie byli się oni porozumieć na tyle, by stworzyć wspólny front i skorzystać ze skomasowanej tym samym siły nawet przy obsadzie stanowisk. Zgodnie z prognozami wieczoru wyborczego mieli zasilić przynajmniej trzy różne frakcje po około 50 członków każda. Niemniej jednak ponieważ maja oni inklinacje do traktowania Parlamentu Europejskiego jako sceny do wygłaszania opinii godzących w demokratyczne wartości i zasady, na których opiera się proces integracji, trzeba przyjąć, ze w nowej kadencji będą oni działać destrukcyjnie ze zdwojona silą, oponując przeciwko procesom wspólnotowym i werbalizując jeszcze bardziej poglądy, które dotychczas były w Brukseli karnie sankcjonowane.
Pomimo tychże zmartwień, na wyborczej mecie socjaldemokraci mogli poszczycić się udana kampania europejska. Kiedy przystępowali do niej po Kongresie Partii Europejskich Socjalistów (PES) w Lizbonie w grudniu 2018 oraz Radzie PES w Madrycie w lutym 2019, niewielu wróżyło im powodzenie. Wybór Fransa Timmermansa (Wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej (KE) z Holandii) na Wiodącego Kandydata odbył się w mało korzystnych okolicznościach w cieniu rywalizacji z Marosem Sefkovicem (Wiceprzewodniczącego KE ze Słowacji), którego popierała znaczna większość partii członkowskich z Europy Środkowowschodniej. To samo w sobie zdawało się być symbolem jednego z istniejących w obrębie PES-u podziałów. Co więcej, w kuluarach zastanawiano się, na ile Timmermans będzie w stanie dorównać jasnością poglądów i energia swojemu poprzednikowi z 2014 roku – Martinowi Schulzowi. Szybko jednak okazało się, jak akuratne jest maksyma Willy Brandt’a, iż na każdy moment w historii wymaga własnej, uwspółcześnionej odpowiedzi. Timmermans startował z pozycji europejskiego polityka zaprawionego w bojach o demokracje, obawa o przyszłość której dominowała kampanie na całym kontynencie. Do tego w trakcie swojego Tour de Frans silnie zaznaczył swoje przekonania na niwie społeczno-gospodarczej, agitując za ustanowieniem płacy minimalnej na poziomie europejskim, uporządkowaniem systemu podatkowego oraz za transformacja modelu produkcji i konsumpcji w kierunku bardziej przyjaznemu ludziom oraz środowisku. Obiecując „Nowy Kontrakt Społeczny” (tytuł Manifestu PES) z jednej strony wskazał na konkretne, nowoczesne postulaty stanowiące jednakże odzwierciedlenie raczej tradycyjnego kanonu ideałów socjaldemokracji. Z drugiej, udało mu się w kampanii zamanifestować niekłamany entuzjazm oraz chęć nawiązania rzeczywistego dialogu pomiędzy polityka a obywatelami. To wszystko razem złożyło się na fenomen Fransa Timmermansa, pozwalając mu wygrać wszystkie kolejne rundy dyskusji kandydatów; czyniąc go prowodyrem w preferencjach młodych (zaczynając od debaty w Maastricht) i rezonując z niezwykła silą w jego macierzystej Holandii. Tamże zdziesiątkowana w ostatnich wyborach Partia Pracy odniosła pod jego przewodnictwem w wyborach europejskich spektakularny sukces, podwajając z trzech do sześciu liczbę eurodeputowanych.
Kampania PES i Fransa Timmermansa pozostaje jednym z powodów dla których jest on obecnie rozważany jako silny kandydat w negocjacjach dotyczących podzialu stanowisk w Unii – mimo ze jak wspomniano socjaldemokraci są druga co do wielkości frakcja w PE i jedynie trzecia silą w Radzie. Niemniej jednak cząstkowe wyniki na poziomie krajowym (z wyłączeniem Holandii) były raczej bardziej efektem bezpośrednich działań partii członkowskich PES. Czasami kampanie przenikały się bardziej – jak miało to miejsce w Hiszpanii, gdzie na miesiąc przed europejskimi odbyły się wybory krajowe i gdzie Timmermans spędził dużo czasu. Zdarzało się jednak również, ze były powodem do zgrzytów, czego przykładem grunt Polski, gdzie Timmermans wziął udział w jednej konferencji partii członkowskiej PES – SLD, ale dwukrotnie pojawił się na rautach nie afiliowanej podówczas z nikim Wiosny Roberta Biedronia. Były tez państwa do których nie dotarł, czego przykładem Czechy czy Słowacja. Biorąc pod uwagę różnorodność wyników trudno oszacować na ile jego wsparcie bądź absencja miały znaczenie w końcowym rozrachunku.
Analizując poszczególne wyniki trudno oprzeć się wrażeniu, ze polityczna mapa Unii – podobnie jak Polski – pozostaje podzielona zgodnie ze strefami geograficznymi. Socjaldemokraci odnieśli zwycięstwa na południu: w Hiszpanii (umacniając tym samym pozycje PSOE i Pedro Sanchez’a przed rozpoczęciem negocjacji o nowym składzie rządu), w Portugalii (gdzie PS Antonio Costy zdobyła 9 mandatów, niezależnie od wiszącego w powietrzu strajku nauczycieli) i na Malcie (gdzie Partia Pracy podwoiła swój skład osobowy w EP). Zaskakująco dobry wynik odnotowali także we Włoszech (co przez cześć komentatorów przypisywana jest próbie jednoczenie się przeciwko fali Matteo Sallvini’ego, a po części zasługom nowego przewodniczącego centrolewicowej PD – Nicoli Zingaretti’ego). Na północy socjaldemokracja uplasowała się na drugiej pozycji (ze szczególnie dobrym wynikiem w Finlandii i zwycięstwem w Szwecji), niezależnie od dobrych notowań krajowych – gdzie nadchodzące wybory w Danii są postrzegane jako ostatni przystanek na drodze centro lewicy do przejęcia sterów władzy w tymże regionie. Socjaldemokraci znaleźli się na trzecim miejscu w Europie Środkowowschodniej (za silami związanymi z frakcja Europejskich Reformatorów i Konserwatystów, do której należy PiS) oraz poza podium na Zachodzie. Tutaj niechlubnym przykładem są szczególnie Niemcy, gdzie Zieloni zdeklasowali SPD, spychając ja na pozycje trzeciej partii. We Francji, Partia Socjalistyczna startując w koalicji uzyskała nieco ponad sześć procent, tracąc ponad polowe mandatów. Wyniki te wskazują na szykująca się zmianę dynamiki współpracy partii socjaldemokratycznych w obrębię frakcji S&D i silą rzeczy w obrębie PES. Na tej niwie głównym punktem odniesienia była dotychczas os Berlin – Paryż, która zastąpi Madryt – Rzym. Zdaje się to potwierdzać w osobach kandydatek i kandydatów rozważanych na liderów Frakcji, choć oczywiście sprawa nie jest jeszcze przesadzona. Co więcej, przetasowania oznaczają również wzrost znaczenia delegacji traktowanych dotychczas jako mniejsze. W tym polskiej, która jednak pozostaje podzielona pomiędzy 5 eurodeputowanych z SLD oraz 3 z Wiosny. Razem stanowiliby szóstą co do wielkości reprezentacje.
Jeszcze jednym ważnym powodem dla którego ostatnie wybory były historyczne jest echo z jakim odbiły się na niwie krajowej w wielu państwach członkowskich. Burzliwa kampania w Austrii była kontekstem w którym ujawniono taśmy Strache’go, doprowadzając do kryzysu rządowego i w konsekwencji przyspieszonych wyborów. W Grecji porażka rządzącej partii pod przywództwem Alexis’a Tsipras’a stała się przyczynkiem zarządzenia przyspieszonych wyborów. W Czechach brak mandatu dla socjaldemokratycznej CSSD może być impulsem do rozważenie przez partie wyjścia z koalicji rządzącej. W Holandii wynik wyborów diametralnie odbiegający od konstelacji w Tweede Kamer już spowodował napięcia w obrębie partii rządzących i opozycyjnych. Przykładów jest o wiele więcej, niemniej jednak już ich selekcja wskazuje na to, iż elekcja europejska przestała być momentem, w którym generalnie i niezależnie od ich poglądów na Europe, elektorat karał partie rządzące, nagradzając glosami mniejsze bądź dopiero co powstałe stronnictwa. Po raz pierwszy odpowiedź na pytanie „kto ma nami rządzić” i „kto ma nas reprezentować w Europie” stało się prawie tożsame.
Biorąc pod uwagę tenże analizę, pojawia się na koniec naturalnie pytanie, czego należy się spodziewać w następnych tygodniach. Jakkolwiek mnożą się w tej kwestie spekulacje, można zaryzykować kilka hipotez. Po pierwsze, negocjacje dotyczące obsady kierowniczych stanowisk w UE będą miały inny charakter niż uprzednio. Nie jest oczywistym, ze znajdzie w nich przełożenie instytucja „Wiodącego Kandydata”. W 2014 udało PE to poniekąd wymusić jej uznanie na Szefach Rządów, dzięki czemu Przewodniczącym KE został Jean-Claude Juncker (wtedy Wiodący Kandydat EPP). Jednak obecnie przeciwko jej akceptacji opowiada się wielu członków Rady, argumentując, iż cały mechanizm bynajmniej nie stal się przyczynkiem do demokratyzacji Unii. Dodatkowo Martin Webber, kandydat EPP, zdał się zawieść pokładane w nim oczekiwania, a po stronie ALDE nie było jednego kandydata, tylko drużyna siedmiu. To może wiec demotywować obie frakcje do podjęcia rękawicy Rady. Tak wiec jakkolwiek teoretycznie, w tej skomplikowanej sytuacji Frans Timmermans miałby oczywiście spore szanse na nominacje, praktyka może okazać się inna z wyżej wymienionych powodów.
Innym istotnym aspektem jest osiągniecie ponadpartyjnego konsensusu w odniesieniu do priorytetów dla Unii na okres legislacyjny 2019 – 2024. W uprzednich realiach wielkiej koalicji nie było tradycji sporządzania dokumentu na kształt ‘umowy rządowej’, co obecnie jednak może ulec zmianie, biorąc pod uwagę zgodę jak wielu partii trzeba uzyskać, by zapewnić sobie decydującą większość czy to w PE czy tez w Radzie. Socjaldemokraci antycypowali taki obrót spraw i tym razem sporządzili nie tylko Manifest na wybory (w oparciu o 6 rozszerzonych rezolucji tematycznych), ale także rozpoczęli prace nad szkicem „programu rządowego” już w styczniu, tak by być do nowego typu rozmów przygotowanymi. Naturalnie, wybór tematów, którym poświecić się powinna Wspólnota w następnych latach nie jest kompletnie przypadkowy. Wiadomo, ze kontynuacji będą wymagały sprawy takie jak wdrożenie obietnicy Europejskiego Filary Praw Socjalnych, reforma budżetu UE i uporządkowanie systemu podatkowego, czy tez polityka ochrony środowiska. Unia będzie musiała wreszcie zmierzyć się z problemem niefunkcjonalnej polityki migracyjnej, jak i podjąć rozmowy z państwami Afryki w celu odnowienia partnerstwa i spisania nowych umów handlowych. Koniecznością będzie spisanie nowej agendy na rzecz równouprawnienia w kontekście jubileuszu międzynarodowej deklaracji z Pekinu z 1995 roku, a także odnowienia strategii Unii wobec młodych. W obrębie instytucji, PE będzie starał się powiększyć swoje wpływy, szczególnie jeśli chodzi o prawo inicjatywy i prerogatywy w kwestii budżetu. Lista priorytetów jest tym samym całkiem jasna, jakkolwiek podejście do nich już nie i tutaj socjaldemokraci maja szanse na to, by zaistnieć. Może nie są największym ugrupowaniem, ale to nie odbiera im prawa bycia najaktywniejszym, najbardziej kreatywnym i dzierżącym tym samym polityczna inicjatywę.
I tutaj pojawia się jeszcze jeden powód, dla którego socjaldemokraci mogą być optymistami-realistami. Ostatnie wybory doprowadziły do największej w historii PE wymiany kadr. Szacuje się, ze blisko 2/3 eurodeputowanych zasiada w jego lawach po raz pierwszy. Owszem, wiąże się to ze strata kilku „wielkich” nazwisk w pewnych dziedzinach, co socjaldemokraci zapewne odczują szczególnie na niwie polityki instytucjonalnej i być może stricte społecznej. Niemniej jednak w nowej kadencji mogą liczyć na najsilniejsza jak dotąd reprezentacje specjalizującą się w takich domenach jak: polityka zagraniczna i obronna; demokracja i prawa człowieka; a także polityka gospodarcza i monetarna. Odzwierciedla to zresztą doskonale skład polskiej delegacji, z której dzięki poparciu SLD znalazło się trzech byłych premierów. To samo w sobie przesadza również o wzroście znaczenia. W całości nowa frakcja ma wiec olbrzymi potencjał polityczny, który może znaczyć więcej niż widziana gołym okiem liczba głosów.
Reasumując, jakkolwiek sytuacja po wyborach europejskich w Polsce nosi wszelkie znamiona bycia deprymująca, w szerszym kontekście dla europejskiej socjaldemokracji nie wypadły one bynajmniej negatywnie. Nawet jeśli kilka partii – szczególnie francuska PS, niemiecka SPD, czeska CSSD oraz brytyjska Partia Pracy – będzie musiało podjąć wzmożony wysiłek odnowy, jest to naturalnym, powtarzającym się okresowo stadium dla socjaldemokracji. W nowym rozdaniu centrolewica ma szanse odgrywać ważna, bądź nawet decydująca role na gruncie UE, jeśli zaufa sobie, swojemu potencjałowi i pofolguje politycznej kreatywności. Tym samym, nie był to boj nasz ostatni, lecz początek nowego rozdziału, którego ton i finał zależy wyłącznie od niej samej.

Co przyniosły te wybory socjalistom?

Modne jest pisanie dziś o wynikach ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wniosków pada wiele ze wszystkich stron sceny politycznej.

Nie widziałem, mimo upływu czasu zbyt wielu wniosków formułowanych z perspektywy lewicowej, szczególnie socjalistycznej. Jedyny sformułowany wiarygodnie po stronie lewej padł w wypowiedzi przewodniczącego SLD – partia odniosła sukces, do Parlamentu Europejskiego wprowadziła pięciu przedstawicieli. To fakt, wypełniający wcześniejsze zobowiązania.
Na tym tle refleksja dotycząca listy zwycięzców i przegranych. Autentyczni zwycięzcy to: Prawo i Sprawiedliwość, SLD i Wiosna. Autentyczni przegrani to: Koalicja Europejska, PSL i Lewica Razem.
Co do zwycięzców, to trzeba podkreślić wysoki wynik PiS i znaczący przyrost głosów. SLD zachowało swój stan posiadania i bardzo wysoki procentowo wynik mandatów wobec ilości startujących w wyborach kandydatów. Wiosna swoim wynikiem ponad czterokrotnie przekroczyła stan naturalnej obecności osób LGBT w populacji.
Co do przegranych to: Koalicja Europejska nie spełniła postawionych przed sobą zadań, jako porozumienie polityczne i wyborcze. PSL przegrała na własne życzenie nie mobilizując właściwie swego żelaznego elektoratu. Koalicja Lewica Razem nie zmobilizowała właściwej ilości ludzi młodych i wykluczonych, prezentując dość sztampowe założenia programowe.
W sumie pejzaż po tej drugiej z kolei bitwie wyborczej (po jesiennych wyborach samorządowych) zaczyna stawać się coraz bardziej wyrazisty z dwóch powodów. Po pierwsze – zarysowuje się znacznie wyraźniej ideowe tło sporu międzyformacyjnego, które wyznacza zmianę na pozycji lidera transformacji i po drugie – umacnia się medialny charakter technologii wyborczej, zyskując przewagę nad tradycyjnymi do niedawna formami prezentacji i promocji kandydatów i założeń programowych.
Obecny w tej kampanii spór o charakterze ideowym dotyczył przynajmniej dwóch spraw: przyszłego modelu społeczno-gospodarczego Polski w Unii Europejskiej oraz roli i miejsca Kościoła katolickiego w Polsce. W zasadzie nie toczyła się ta kampania wokół spraw Unii Europejskiej, choć wiele polskich, wewnętrznych problemów Unii dotyczy.
Można stwierdzić, że większościowe poparcie poprzez wskazanie zwycięzcy uzyskała polityka społeczna realizowana w ciągu ostatnich trzech lat przez PiS, przekreślająca neoliberalny model stosunków oparty o „niewidzialną rękę rynku”. Wydaje się, że społeczne poparcie zyskuje model w zamyśle realizujący koncepcję Minimalnego Dochodu Gwarantowanego, przekładający się w praktyce działania rządu na rozwiązania cząstkowe, oparte o likwidację enklaw biedy i wykluczenia na tle neoliberalnej narracji sławiącej zaradność elit i kreatywną rolę pieniądza.
W bloku spraw dotyczących roli Kościoła katolickiego trwa, ale nie zakończył się, spór o moralny wizerunek kleru i patriotyczną rolę Kościoła, jako instytucji publicznej. Widać wyraźnie, że znacząca część elektoratu, szczególnie prowincjonalnego, nie przyjmuje argumentów zawartych w przesłaniu m.in. filmu „Tylko nie mów nikomu”, który mimo wszystko odegrał ważną rolę w tej kampanii.
Patrząc z kilkudniowej już pespektywy na wybory europejskie można sformułować kilka wniosków:
– wybory te nie potwierdziły lansowanego podczas kampanii antyunijnego trendu w szerokich kręgach społecznych
– wyraźnie zarysował się jednak trend dotyczący nieuchronności reform w Unii Europejskiej i zwiększenia roli państw narodowych
– znaczące wsparcie i zwycięstwo uzyskały siły polityczne negujące dotychczasowy charakter i formę rynkowych przemian w polskiej transformacji
– wybory te pokazały, że Polska jest mocno podzielona w widzeniu perspektywy rozwojowej na tle ogólnych przemian cywilizacyjnych, szczególnie rewolucji technologicznej
Polska lewica uzyskała w tych wyborach dobre miejsce, ale ono nie wyznacza perspektywy pozytywnej na następne, jesienne wybory do Sejmu i Senatu. Uzyskaliśmy potwierdzenie , słabszego co prawda, ale trwałego miejsca na scenie politycznej, jak również potwierdzenie znaczącej roli narracji lewicowej, również socjalistycznej w debacie publicznej.
Problemem jest dziś to, jakie wnioski wyciągną szerokie gremia lewicowe z zaistniałej sytuacji. Czy będziemy razem, czy osobno, czy interes poszczególnych sił i nurtów na lewicy przeważy nad interesami ogólnymi dotyczącymi Polski i Polaków.
Socjaliści proponują budowę wspólnej lewicowej, socjalistycznej alternatywy wobec neoliberalnej i konserwatywnej demagogii. Tym bardziej, że wyniki wyborów wskazują na wyraźne oczekiwania społeczne zgodne z tym kierunkiem myślenia.

Polacy zasługują na PiS

Wybory do Parlamentu Europejskiego były przeprowadzone uczciwie. W historii Polski było wiele momentów, w których zbiorowa mądrość naszego społeczeństwa mogłaby być podawana w wątpliwość. By zobaczyć naszą narodową świadomość realiów ekonomicznych i geopolitycznych wystarczy się cofnąć do 1939, tudzież do fatalnego w skutkach eksperymentu transformacyjnego po 1989. Tak jak hekatomba drugiej wojny światowej była zawiniona przez nieumiejętność prowadzenia realistycznej polityki zagranicznej przez rząd w Warszawie, tak i obecna sytuacja jest następstwem samostanowienia narodu polskiego.

Niestety – zmiany w mentalności Polaków, które zaszły od 1989 czasu, to – z punktu widzenia rozwoju społeczno-gospodarczego – zmiany na gorsze. Jesteśmy niestarannie wykształconym, homofobicznym, zatęchłym narodem, o najwyższym w Europie poziomie nierówności dochodowych i folwarcznym charakterze gospodarki. Projekt Polski jako kraju nowoczesnego można ostatecznie zamknąć, pożegnać się z nim, pogodzić się z blamażem. Na nic trudy Daszyńskiego, Budzińskiej-Tylickiej, Pużaka, Dąbrowszczaków, działaczy PPS, mas pracujących miast i wsi. Polska progresywna umiera.

Liberalny paradygmat i jego koniec

III RP jako projekt modernizacyjny odniosła klęskę i prowadzi nas do czegoś o wiele gorszego niż sam PRL. PRL był formą ustrojową narzuconą przez wielkie mocarstwa, teraz w autorytaryzm idziemy samodzielnie. Wiara w to, że kryzys gospodarczy PRL w latach 80-tych wywołany był wyłącznie przyczynami wewnętrznymi to czysty, ideologiczny dogmatyzm. Powstanie „Solidarności” można uzasadniać kryzysem irańskim, wojną w Afganistanie i ogólną sytuacją na rynkach światowych. Mniej więcej w tym samym czasie w Anglii strajkują górnicy i powstaje Sex Pistols, najważniejszy zespół w historii muzyki punk. Wiara w to, że PRL zbankrutował z powodu sytuacji wewnętrznej nie ma poparcia w badaniach i nie ma sensu z punktu widzenia analiz makroekonomicznych; to mit, który miał uzasadniać kolonizację Polski przez zagraniczny kapitał.
W Polsce występują największe nierówności dochodowe wśród krajów Europy. Wśród państw wysokorozwiniętych gorzej jest tylko USA. Niemal każdy, kto był w USA wie, że w wielu miejscach państwo to wygląda jak kraj tzw. „Trzeciego Świata”. 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków posiada 40 proc. przychodów. Przy średniej europejskiej dla głównego decyla dochodowego na poziomie 34 proc., w żadnym innym kraju UE dysproporcja ta nie jest aż tak widoczna. W 1980 r. wskaźnik ten wynosił 29 proc. przychodów (średnia europejska); w Polsce jednakowoż kształtował się na poziomie około 20 proc. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 40 lat, część przychodów generowana przez górny decyl dochodowy powiększyła się dwukrotnie. Jednocześnie skumulowany wzrost gospodarczy PKB wyniósł w latach 1980-2018 98,2 proc. Dekada lat 1980-1989 cechowała się skumulowanym spadkiem PKB na poziomie 5,7 proc., zaś w latach 1990-2000, 2001-2010 oraz 2011-2017 cechowały się odpowiednio skumulowanym wzrostem PKB na poziomie 37,8 proc, 38,1 proc. oraz 22,3 proc. Oznacza to, że nie tylko od 1980 r. gospodarka Polski podwoiła wartość swojego PKB, ale także, że najbogatsze 10 proc. społeczeństwa, które podwoiło swój udział w dochodach całego społeczeństwa, de facto czterokrotnie zwiększyło swoją zamożność. Wzrost ten nie był niestety jednak udziałem najmniej zamożnej części społeczeństwa.
Pianie nad sukcesem rozwojowym III RP miałoby jakikolwiek sens tylko wówczas, gdyby cały świat stanął w miejscu w roku 1989, a my byśmy rozwijali się tak, jak rozwijaliśmy się od 1989 do 2019 r. Niestety, przez ten czas drepczemy w miejscu i zajmujemy mniej-więcej to samo miejsce w globalnym podziale pracy. Bogactwa nie należy mierzyć wartościami bezwzględnymi; przeciwnie – zawsze ma relatywny charakter.
Dziś statystyczny Polak dysponuje luksusami niedostępnemu średniowiecznym królom, ale chyba zestawianie tego jest kompletnie pozbawione sensu, bo rozumienie biedy zależy od czasu i od szerokości geograficznej (czym innym jest bycie biednym w Szwajcarii, czym innym w Erytrei, czym innym w średniowieczu, czym innym we współczesności). Niestety, od 1945 do 1989 r. tempo awansu w globalnym podziale pracy, tj. wzrost PKB per capita w porównaniu do innych krajów, był szybszy niż za czasów neoliberalnego eksperymentu Balcerowicza i jego kontynuacji przez establishment III RP. Wprowadzenie kapitalizmu w Polsce w taki sposób, w jaki został wprowadzony – niedemokratycznie, wbrew hasłom „Solidarności”, przy dużym sprzeciwie społecznym wobec Planu Balcerowicza – spowodował, że polska demokracja skarlała już w chwili poczęcia. Fakt ten, wraz z dwukrotnym wzrostem nierówności dochodowych w latach 1989-2015, utorował drogę do zwycięstwa PiS.

Dwie machiny

PiS wygrywa i będzie wygrywał, bo przełamał liberalny paradygmat w sprawach gospodarczych. Na ten temat powiedziano już wiele i nie widzę sensu rozwlekania się o tym. Polska to kraj o niskim współczynniku urbanizacji i klasa polityczna powinna się zorientować, że LGBT i teoria płci kulturowej (gender) to tematy polaryzujące tylko dla bardzo niewielkiej części społeczeństwa. To, co się liczy, to to, że w Polsce od 2015 r., po raz pierwszy od 1989 r., nierówności dochodowe zaczęły spadać, a nie rosnąć. Te wybory to ostateczny blamaż obrońców III RP. Co więcej, stało się to w otoczeniu, w którym elektorat wielkomiejski miał być mocniej zdyscyplinowany.
Polska wydaje się rozbita na dwa obozy. Z jednej strony wielkomiejska, liberalna klasa średnia, która gdzieś ma hasła sprawiedliwości społecznej, i choć przynależni do niej pracownicy najemni tyrają za 3500 złotych na umowie-zlecenie, to będą bronić interesu klasowego najbogatszych. Z drugiej strony jest zapóźniona, katolicka polska wieś. Jest to spór o kilku zmiennych osiach, w którym trybalizm rozmył ostrość obrazu i zatracił pierwotną, ideologiczną treść. Dziś jest to jedna machina polityczna przeciw drugiej. W polityce jednakowoż wartości mają charakter wtórny: zakładanie nienaruszonego związku pomiędzy aksjologią a polityką może być tylko domeną naiwnych. Realpolitik wygląda inaczej. Rolę grają zasoby i możliwość ich utylizacji. Polityka jest, między innymi, sztuką kreowania sporów i wygrywania ich. Niestety, w dzisiejszym świecie polityką rządzą pieniądze.
Zwycięzcy i przegrani
Drugim zwycięzcą tych wyborów jest niewątpliwie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Przy niewielkich nakładach na kampanię i bez ryzyka wpadnięcia pod próg wyborczy, wprowadzili do Parlamentu Europejskiego 5 osób, praktycznie bez kosztów utrzymując swoją reprezentację w Europarlamencie i utrzymując jedyną polską delegację we frakcji socjalistów. Brawo, Włodzimierzu Czarzasty. SLD rozegrało tę sprawę po mistrzowsku, bo wystawianie jednej listy z Razem byłoby dla obu tych partii ostatecznie skutecznym samobójstwem, a i podobnież w sprawie Wiosny, nie ma w przypadku tych ruchów podobieństw elektoratów. Podtrzymanie pięcioosobowej reprezentacji Polski w S&D to większy sukces, niż wszystko, co zrobiło Razem od początku powstania tej partii.
Wynik Wiosny Roberta Biedronia – porażająco niski. Mimo medialnej wrzawy wokół filmu braci Sekielskich i świetnej identyfikacji wizualnej, obecności w mediach (na co nie mogła liczyć np. koalicja Razem, UP i Ikonowicza) oraz sympatii, którą Biedroń ma w warszawskich salonach, nie udało się zrobić dwucyfrowego rezultatu. Na Wiosnę głosują młode kobiety z wielkich miast. Również młode kobiety z wielkich miast są statystycznie najlepiej wykształcone, więc ta korelacja nie powinna dziwić. Niestety, hipsterami spod Planu B nie wygrywa się wyborów.
Zrywy są możliwe. Tyle, że nie są trwałe. Palikot, Razem, Nowoczesna, Kukiz, być może Biedroń, który podzieli ten sam los. Sprawa inaczej ma się tylko z narodowcami, którzy stanowią ideologicznych kontynuatorów LPR (które przecież też nie wzięło się znikąd) i mają wsparcie potężnej instytucji, jaką jest kościół. Bynajmniej nie jest to kwestia szukania w tym jakichkolwiek ogólnych prawideł, tylko racjonalne przeanalizowanie ostatnich 30 lat polskiej sceny politycznej.

Sztuka przetrwania i jej brak

Próby zinstytucjonalizowania mikrolewicy w Polsce nie powiodła się, mimo, iż w ostatnich 3,5 roku mikrolewica miała zasoby, którymi nigdy wcześniej nie dysponowała. Pół miliona głosów w 2015 to był wypadek przy pracy, efekt świeżości i Adriana Zandberga w TVP. Taki wypadek się drugi raz nie powtórzy. Trochę mi jednak szkoda, że dla takich ludzi jak Adrian Zandberg nie ma miejsca w polityce (a myślę, że znalazłoby się dla niego biorące miejsce na liście Koalicji Obywatelskiej do Sejmu, jeśli takowa powstanie), bo choć polityk z niego marny, to wniósłby merytoryczny powiew świeżości do obrad parlamentu. W polityce najważniejsze jest przetrwanie. Sztuka, której ortodoksyjna lewica nieparlamentarna ewidentnie nie potrafi. Trochę więcej realizmu, kochani. Już po wyborach samorządowych Razem powinno było się samorozwiązać. Choć oczywiście poglądowo jest mi to najbliższe środowisko, to nieudolność hermetycznych, lewicowych kółek krytyki marksistowskiej – bo właściwie taką mam percepcję Razem, trudno nazwać mi to ugrupowanie partią polityczną, choć formalnie niewątpliwie nią jest – nie pozwala mi z czystym sumieniem zagłosować na ten ruch.
Budowanie lewicowego zaplecza od zera, w kraju przeoranym przez prawicową narrację historyczną – paradoksalnie ogranicza, a nie przybliża realizację lewicowej agendy. Zdeterminowanie walki politycznej przez zgromadzone przez rozmaite ruchy zasoby jest prawdziwe, docelowe i realne. Niepogodzenie się z tym faktem sprawia, że lewica marnuje w Polsce swoje zasoby. Niestety, Partia Razem – mówiąc o darmowych lekach – żadnego konfliktu nie wykreuje, nie spowoduje żadnej polaryzacji. Tym bardziej, że nie dysponuje żadnymi zasobami, poza grupą świetnie wykształconych znawców pism Wallersteina. Być może zatem członkowie Razem powinni raczej zajmować się pisaniem książek, może robieniem filmów na YouTube, ale nie zajmować się polityką. Niestety, ale inna polityka nie jest możliwa.
Są też i pozytywy. Nie ma ich zbyt dużo, ale są.
Dzięki brawurowej akcji Gwiazdowskiego, któremu dziwnym trafem zabrakło (serio? ktoś w to wierzy?) 400 głosów do rejestracji list w całym kraju – Konfederacja Korwin Braun Liroy Narodowcy nie weszła do PE. Z boku wygląda to tak, jakby Gwiazdowski był dogadany z PiS-em, bo gdyby zarejestrował listy w całym kraju, mógłby też urwać parę punktów procentowych partii Kaczyńskiego. A prezes na pewno by tego nie chciał.

Rewolucji nie będzie

Przedwojenny PPS i późniejsza „Solidarność” rodziły się w momentach kryzysu, wojny bądź stanu wojennego. Wszakże do klimatu wojny bardzo pasuje narracja o niechęci na pogodzenie się z „bezsilnością i odmową podjęcia walki”. Znamienne. Dlaczego? Ano dlatego, że lewica mogłaby w Polsce objąć władzę jedynie na dwa sposoby – albo niedemokratycznie, poprzez przewrót lub rewolucję, albo poprzez wojnę, która, tak jak w przypadku drugiej wojny światowej, zresetowałaby stan elit politycznych. Praktyczną aplikacją tej walki byłoby zatem przekształcenie ruchu typu Razem w uśpioną siatkę, czekającą na rewolucję. Tudzież rozpoczęcie aktywnych działań rewolucyjnych, w stricte marksistowskim sensie.
Niestety, nie ma w Polsce świadomości klasowej i polski elektorat nie ma lewicowych poglądów. Polityką rządzą super-sprofesjonalizowane, technokratyczne partie. Każdy, kto chce realizować się w działaniu na rzecz dobra społecznego, nieważne, czy poprzez akt głosowania, czy dążenie do aktywnej obecności w polityce i bycia wybieranym, powinien rozważyć, co zrobić, by te poglądy miały jak największą szansę realizacji i zastanowić się, na jakie kompromisy jest w stanie pójść. Niestety: jak się kto brzydzi, to niech nie zajmuje się polityką – zawsze można prowadzić kanał na YouTube i przekonywać innych do swojej wizji świata. Rewolucji nie będzie. Wojny – miejmy nadzieję – też nie. Choć tego ostatniego nigdy nie wiadomo.