Horror nędzy i demoralizacji

Jednoprocentowy wynik nie wszędzie okazuje się przesłanką do kapitulacji. Tyle uzyskała niezależna lewicowa kandydatka w Bułgarii – Wania Grigorowa. Wystartowała zupełnie samodzielnie, bez żadnego wsparcia finansowego czy strukturalnego. „To dopiero początek, i to jest dobry początek” – mówi w rozmowie z Bojanem Stanisławskim (strajk.eu).

Jeden procent to bardzo słaby rezultat. Traktowanie tego w kategoriach zwycięstwa jest nieporozumieniem. Twój entuzjazm zdaje się wpisywać w długą listę poznawczych problemów, które zjadają lewicę od dekad, takich jak właśnie mylenie porażek ze zwycięstwami. Tak się nie da robić poważnej polityki.
Po pierwsze, nigdy i nigdzie nie powiedziałem, że ten wynik to jakieś „zwycięstwo”. Jasnym jest dla każdego przytomnego człowieka, że w kategoriach walki o władzę jest to niski rezultat. Niemniej udział w wyborach, choć w ostatecznym rozrachunku musi się do tego sprowadzać, może też służyć innym, pomniejszym i bardziej pośrednim celom. Ja właśnie takie sobie postawiłam, a liczba głosów, którą uzyskałam, zwłaszcza przy możliwościach, którymi dysponowałam, była przeze mnie spodziewana. To oznacza, że działam z poczuciem proporcji i mam dobre rozeznanie własnych możliwości.
Oczywiście, każdy liczy na jak najwięcej, ale dobry polityk to taki, który potrafi przystosować swoje taktyki i strategie do okoliczności, również powyborczych. Walka o władzę to sprawa fundamentalna, niemniej w bułgarskich warunkach i przy moich i mojego sztabu możliwościach, nie da się przeprowadzić tego w ciągu jednego cyklu wyborczego. Poza tym, przypominam, to były wybory do Parlamentu Europejskiego. O jakiej walce o władzę w Bułgarii, technicznie biorąc, można mówić przy tej okazji?
Nie wiem. Ty zdecydowałaś się wystartować w tych wyborach. Opowiedz więc o swojej motywacji, skoro nie było nią zdobycie władzy.
W polityce zawsze chodzi o władzę, ale nie zawsze można o nią walczyć z natychmiastowym efektem i stawiać sobie maksymalistycznych oczekiwań. Dla mnie ta kampania i te wybory są początkiem początku i wcale nie są początkiem złym, czy choćby zniechęcającym. Nie bardzo rozumiem, dlaczego w Twoich pytaniach pojawiają się tego typu implikacje.
Dlatego, że napatrzyłem się w Polsce, przez ostatnie dwadzieścia lat na „niezależnych kandydatów”, na „niezależną lewicę” i temu podobne byty, które tonęły w odmętach wyborczych starć i zostały wypchnięte na zupełne peryferie życia politycznego, gdzie przepoczwarzają się w zespoły wzajemnego pocieszenia. Politycy i działacze z dużym stażem popełniali rażące błędy, fatalnie kalkulowali własne możliwości i źle oceniali nastroje społeczne. W ostatecznym rozrachunku tracili wiarygodność i mandaty.
Nie znam polskiej sytuacji i nie mogę jej komentować, ale z tego wynika, że sytuacja wyjściowa tam była zupełnie inna niż moja. Ja nie mam za sobą żadnej kariery w polityce, nie mam partii czy jakiegoś stanowiska, która mogłam stracić. Jeśli chodzi o mój wizerunek, to go tylko wzmocniłam i zyskałam bardzo ważną wiedzę dotyczącą tego jak działać dalej. Nie skalkulowałam niczego źle, dostałam tyle głosów, ile się spodziewałam.
W trakcie kampanii otworzyłam wiele drzwi. Dotarłam do ludzi, którzy są gotowi poprzeć lewicowy program pomimo całego zepsucia polityki, kultury i w ogóle moralnej, politycznej i ekonomicznej degrengolady jaką sprowadziła na Bułgarię transformacja. Dla mnie to były zwiady, początek początku. Wcale niezły.
Nie jestem na żadnych peryferiach życia politycznego. Tego nie można mierzyć wyłącznie rezultatem wyborczym, zwłaszcza w takich wyborach jak te do Parlamentu Europejskiego. Jestem na początku jakiejś drogi. Bułgaria to nie Wielka Brytania uwikłana w Brexit, gdzie dość było jednego charyzmatycznego prawicowego demagoga, by wygrać wybory i pokazać elitom środkowy palec. To też nie Francja, gdzie trwa masowa mobilizacja społeczna.
Co zatem wynika z tej misji zwiadowczej?
Bardzo wiele. Mój sztab wciąż analizuje wyniki i wspólnie pracujemy nad finalnymi wnioskami. Posłużą nam one do dalszej politycznej pracy. Nie jestem pewna, czy potrafię w tej chwili uszeregować te elementy pod względem ich wagi dla lewicowej sprawy w Bułgarii.
Co jednak wydaje Ci się najistotniejsze?
Najwięcej głosów uzyskałam w Sofii, w Płowdiwie i dwóch innych, sporych jak na Bułgarię, ośrodkach miejskich. Poparcie dla mnie wśród Bułgarów mieszkających zagranicą również bardzo mnie zaskoczyło. Są rejony, gdzie moja lista uzyskała drugi wynik, po partii GERB Bojko Borisowa [premiera Bułgarii – przyp. red.]. Np. na wyspie Rodos w Grecji. To oznacza, że mój przekaz, przy naprawdę bardzo skromnej kampanii dotarł nie do turystów jak sugerowały niektóre media, ale do bułgarskich pracownic migracyjnych, które zatrudnione są tam w hotelach jako sprzątaczki i kelnerki. To bardzo ważny sygnał, bo to jedna z grup, która jest dla mnie priorytetowa.
Kolejną ważną sprawą była próba wejścia w dialog w mieszkańcami wsi małych miast. Okazało się to nieco bardziej skomplikowane niż sądziłam i myślę, że to był największy niedostatek mojej kampanii. Moja kampania została przeprowadzona wyłącznie siłami mojego niewielkiego sztabu – grupy lewicowych dziennikarzy i aktywistów. Żadnych bogatych sponsorów. Wszystko jak najtaniej, a jednak zorganizowaliśmy mnóstwo spotkań w całym kraju. Robiliśmy „zrzutki” na benzynę, czasem także wśród osób, które przychodziły na spotkania. Własnym sumptem stworzyliśmy stronę internetową i działaliśmy w sieciach społecznościowych. Kilka razy w tygodniu byłam gościem różnych programów telewizyjnych i radiowych.
Niemniej jesteś osobą rozpoznawalną w Bułgarii. Jesteś głównym doradcą przewodniczącego drugiej co do wielkości organizacji związkowej w Bułgarii – KT Podkrepa, ten, kto interesuje się polityką, zna Twoje nazwisko. Zdumiewa mnie, że ruch pracowniczy nie rozpoznał w Tobie swojej kandydatki. Zanim jednak opowiesz o tym, dlaczego tak się stało, wróćmy do tematu małych miejscowości.
Tam występuje kilka bardzo poważnych problemów, które są wynikiem ogólnocywilizacyjnego upadku jakiego Bułgaria doświadczyła i cały czas doświadcza od 1989 r. Wszystko sprowadza się do biedy i wynikającego z niej ogólnoegzystencjalnego bezsensu. Nasz kraj znajduje się w stanie katastrofy gospodarczej i demograficznej. Wyludnienie obszarów wiejskich i małych miast jest jak gangrena. Niszczy wszystko! Dość powiedzieć, że w Bułgarii, pod koniec lat 80., mieszkało blisko 10 mln obywateli. Teraz, według oficjalnych statystyk, jest nas niecałe 7 mln. Tak naprawdę jeszcze mniej, bo wiele osób, które wyjechały za granicę nie zarejestrowały tam jeszcze rezydentury podatkowej i nie wymeldowały się ze swojego pierwotnego adresu w Bułgarii.
Skutek tego jest między innymi taki, że ludzie kompletnie utracili kontakt ze światem i przestali się interesować czymkolwiek co wykracza poza granice ich bezpośredniej codzienności, a ta jest niczym innym jak walką o ocalenie. Moja kampania o tyle była istotna, o tyle przyciągnęła uwagę, że mowa w niej była niemal wyłącznie o dochodach, tudzież o ich braku. Jako bodaj jedyna koncentrowałam się na kwestiach stricte socjalnych i to była podstawowa dźwignia mojej kampanii. Wzbudziłam spore zainteresowanie, ale – poza kilkoma wyjątkowymi punktami – na wsi i w małych miastach poradziłam sobie bardzo słabo.
Dotarcie do tych społeczności wymaga zdobycia ich zaufania, na co nie było czasu. Większość osób, gdy przyjeżdżałam, było przekonanych, że będę im oferowała pieniądze za głosy! Byłam w szoku. Zdawałam sobie, oczywiście, sprawę z tego jak gigantycznym problemem jest korupcja wyborcza w Bułgarii, ale nie sądziłam, że są w tym kraju miejsca, gdzie ludzie po prostu czekają na przyjazd kilku Jeepów, z których wysiądzie kilku dużych kolesi z walizkami pieniędzy i zacznie „zatrudniać” wyborców.
To jest horror nędzy i demoralizacji, żeby doprowadzić społeczeństwo do stanu, w którym całe rzesze ludzi czekają na to, by ich skorumpować. Ba, czują się dziwnie, są rozczarowani, gdy im się ogłasza, że nie, nie przyjechałam niczego kupować, przyjechałam zrobić spotkanie i namówić ich do głosowania na mnie i mój program. Oczywiście przegrałam z tym zjawiskiem.
Druga sprawa to kwestia totalnej trybalizacji polityki. Wyborcy w Bułgarii zachowują się już od 15 lat jak kibice klubów piłkarskich. Mamy dwie trzy ważne partie – Obywatele na Rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii (GERB), Bułgarską Partię Socjalistyczną i koalicyjną przybudówkę dla każdego rządu pod nazwą Ruch na Rzecz Praw i Swobód (DPS). Głosuje się na nie. Każda ma swoich „ultrasów” oraz zaciąg medialnych janczarów. Cokolwiek stronnictwa te nie uczynią, „kibice” będą na nie głosowali. Rzecz w wyborach idzie o to, kto zmobilizuje swoich fanów skuteczniej i kto kupi więcej głosów. Ja się oczywiście do tego nie zapisuję.
Natomiast w tym schemacie też działają związki zawodowe. Niektóre organizacje mnie poparły, że załogi kilku konkretnych dużych zakładów zagłosowały na mnie. To jednak wyjątki.
Dobrze, to gdzie w tym wszystkim widzisz szansę na sukces?
Przede wszystkim w tym, że lewica w Bułgarii wykonała pierwszy krok. Udało się przeprowadzić kampanię bez wsparcia tego czy innego oligarchy. Policzyliśmy się. Jest nas co najmniej 10 tys. Jak na bułgarskie warunki to naprawdę dużo!
Co więcej, nasza kampania była naprawdę polityczna. Żadnej propagandowej gadaniny o demokracji, społeczeństwie obywatelskim, komunizmie, gender, LGBT, konwencji stambulskiej. Ominęliśmy skutecznie wszystkie symboliczne nonsensy i klisze, którymi wszystkie partie maskują impotencję ideową. I jest odzew! Teraz musimy opracować plan na to, w jaki sposób tę rzeszę ludzi zjednoczyć. Przytomna lewica w Bułgarii właśnie się zaczyna!
Były już próby stworzenia alternatywy wobec prawicowej, establishmentowej Bułgarskiej Partii Socjalistycznej. Raczej nieudane.
Niektóre udane, niektóre nieudane. Partia ABW, bodaj największa taka inicjatywa, kierowana przez byłego prezydenta Georgi Pyrwanowa zdobyła mniej więcej tyle samo głosów co ja. A tam jest jednak struktura, są pieniądze, są nazwiska. Ja wystartowałam od zera i już dogoniłam największą z tych alternatyw.
Zresztą nie ma co spoglądać z żalem wstecz. Czas ucieka, państwo jest na krawędzi zupełnego rozpadu, społeczeństwo się rozlatuje. Trzeba działać i to szybko. Przed nami stoi nie kwestia jakichś kosmetycznych zmian, tylko ocalenia. Nie wiem, czy ktoś w Polsce to zrozumie, na Zachodzie jest to niemal niepojęte, póki co przynajmniej. Ale tak właśnie jest. Unia Europejska to też Bułgaria, gdzie powstaje nowy Trzeci Świat.
Ale co Ty i Twój sztab zrobicie? Jak chcecie temu przeciwdziałać?
Zbudujemy klasycznie lewicowy ruch, który zajmie się najważniejszymi zagadnieniami – biedą, służbą zdrowia, usługami publicznymi i odzyskaniem suwerenności w kwestiach polityki zagranicznej. Bułgarią nie będą rządzili oligarchowie i ambasady. Nie ma na to naszej zgody! Nie ma na to niczyjej zgody poza wąską, uprzywilejowaną grupką; poza naszą patologiczną elitą. Trzeba stworzyć polityczną dźwignię, by „odkleić” ludzi od tego schematu, dając im inny punkt odniesienia. Do tego potrzebna jest właśnie lewica z klasowym programem. Czyli my!

Nasi siatkarze o igrzyska zagrają z Francją, Słowenią i Tunezją

Nasza reprezentacja siatkarzy w rankingu FIVB znalazła się na 4. miejscu. Mistrzów świata na światowej liście wyprzedziły Brazylia, USA i Włochy.

 

Przy ustalaniu nowego rankingu FIVB liczyły się wyniki osiągnięte w ostatnich igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata oraz kwalifikacjach do mistrzostw świata, a także lokata zajęta w ostatnim Pucharze Świata i Lidze Światowej w 2017 roku. Sklasyfikowanie na czwartej pozycji sprawia, że nasi siatkarze w turnieju interkontynentalnym zagrają w jednej grupie z dziewiątym, szesnastym i dwudziestym pierwszym zespołem w rankingu. I tak rywalami reprezentacji Polski będą Francja, Słowenia i Tunezja. Prawo do gry o olimpijskie medale w Tokio uzyskają jedynie zwycięzcy sześciu turniejów interkontynentalnych. Drugą i ostatnią szansą na olimpijski awans będą turnieje kontynentalne w 2020 roku.

 

Grupy kwalifikacyjne do IO 2020

Grupa A: Brazylia, Egipt, Bułgaria, Korea Płd./Portoryko;
Grupa B: USA, Belgia, Holandia, Korea Płd./Portoryko;
Grupa C: Włochy, Serbia, Australia, Kamerun;
Grupa D: Polska, Francja, Słowenia, Tunezja;
Grupa E: Rosja, Iran, Kuba, Meksyk;
Grupa F: Kanada, Argentyna, Finlandia, Chiny.
Korea Południowa i Portoryko zajmują ex aequo 24. miejsce, decyzję o ich przydziale do grup podejmie FIVB.

 

Siatkarskie mistrzostwa świata w Polsacie i TVP

W niedzielę w Bułgarii i Włoszech rozpoczęły się mistrzostwa świata siatkarzy. Reprezentacja Polski pierwszy mecz rozegra 12 września w Warnie z Kubą.

 

Rozpoczynająca się w niedzielę impreza będzie miała niemal identyczną formułę jak jej poprzednia edycja, która miała miejsce w Polsce. Będzie się składała z trzech faz grupowych. W pierwszej 24 uczestników zostało podzielonych na cztery grupy. Z każdej do kolejnej rundy awansują po cztery najlepsze drużyny. Drugi etap turnieju, który z udziałem 16 zespołów rozpocznie się 21 września, również będzie się składał czterech grup.

Przypisanie do jednej z nich nastąpi w oparciu o zajęte w tabeli miejsce. Przy ustalaniu kolejności na koniec tej fazy brane będą pod uwagę wyniki z obu dotychczasowych rund. Do następnego etapu przejdą drużyny, które wywalczą pierwszą lokatę i dwie ekipy z drugiego miejsca z najlepszym bilansem. Od tego momentu rywalizacja toczyć się już będzie tylko w Turynie. Sześć zespołów podzielonych na dwie grupy walkę o półfinały rozpocznie 26 września. Po dwie najlepsze drużyny zdobędą przepustkę do strefy medalowej. W półfinale 29 września najlepszy zespół z grupy I zmierzy się z drugą ekipą z grupy J, a zwycięzca grupy J z drugą drużyną z grupy I. Dzień później odbędą się decydujące spotkania.

Polacy zaczną turniej w środę 12 września meczem z Kubą, potem zagraj z Portoryko (13 września, 16:00), Finlandią (15 września, 19:30), Iranem (17 września, 19:30) i Bułgarią (18 września, 19:30). Prawa telewizyjne do pokazywania spotkań MŚ 2018 posiada Polsat oraz Telewizja Polska. Polsat udostępni widzom transmisje z wszystkich meczów turnieju, TVP na swoich antenach pokaże mecze Polaków, finał oraz spotkanie o 3. miejsce. Transmisje internetowe będzie można znaleźć w serwisie Ipla TV.

 

W objęciach symboli

Słowo o rzeczywistości futbolowej, która ma coraz mniej wspólnego ze sportem. Przynajmniej w Bułgarii.

 

Piłkarskie potyczki mają swój wymiar nie tylko boiskowy. Ten jest, prawdę mówiąc, najmniej interesujący. O wiele ciekawsze jest to co dzieje się na trybunach i w kuluarach. W niektórych krajach właśnie to odzwierciedla ich realny stan. W czasie, gdy kibice toczą tradycyjną wojnę na symbole i obelgi, wygrywa lub przegrywa nie któraś z drużyn, lecz czyjś biznesowy projekt.
Niedawno w Bułgarii rozgrywano mistrzostwa tego kraju w piłce kopanej. Wygrał je klub Sławia. Szef tegoż, niejaki Wencisław Stefanow, puszył się odbierając puchar niczym generał wracający ze zwycięskiej bitwy. Miał powód: jego ekipa walczyła dostojnie i odważnie przez całe 120 minut, by w końcu pokonać faworyta, drużynę Lewski Sofia w rzutach karnych. Nie to jednak stało się newsem dnia. Ciekawsze było, że Stefanow, na okoliczność tego zwycięstwa zastosował szczególny dress code. Nie założył ów garnituru czy sportowego stroju z emblematami klubu, ale t-shirt z portretem prezydenta Federacji Rosyjskiej i napisem “Rosyjska armia”. I z takim emploi odebrał puchar i cieszył się do łez wznosząc go kilkakrotnie ku górze.

 

Ze zwycięstwem nam do twarzy

Na tym jednak nie koniec. Stefanowowi od tego zwycięstwa przybyło chyba wigoru i postanowił zebranym na stadionie oraz przed telewizorami przedłożyć cokolwiek bardziej złożoną perspektywę. Zwłaszcza historyczną. Pierwszą sprawą, którą postanowił zająć opinię publiczną w obliczu kamer, był nie sukces na stadionie, ale symboliczna data, w której został osiągnięty – 9 maja.
– Zdecydowanie najbardziej cieszy mnie fakt, iż to osiągnięcie przypadło nam w udziale w Dniu Zwycięstwa. Dziś jest 9 maja – nie żaden Dzień Europy, a Dzień Zwycięstwa nad faszystowskim państwem niemieckim. A nam z tym wszak bardzo do twarzy! – oznajmił z wyczuwalną celową niejednoznacznością szef Sławii.

Pierwszą reakcją były wycia i ryki ze strony kibiców Lewskiego, wśród których pełno jest prawicowych ekstremistów i rusofobów. Ale po tym, jak opadły wrzaski radości z jednej, a zgryzoty z drugiej strony, oczom obserwatora ukazała się cała plejada symboli, które oczywiście są w głównej mierze li tylko symbolami, ale z powodu braku czegokolwiek innego w całej przestrzeni publicznej, to właśnie one zaczynają formatować kulturę popularną.

Podczas finałowego meczu z trybun bił wyjątkowo kiczowaty pejzaż w rysunkach i obrazach. Kibice zwycięskiego klubu wyróżnili się tym razem gigantycznym transparentem z napisem “PrawoSławia”. Zaraz obok wisiał baner z podobizną bułgarskiego cara Borysa III, chybotliwego sojusznika Adolfa Hitlera. W epoce tegoż władcy Sławia przeżywała okres wyjątkowo sprzyjający i zdobyła nadzwyczaj dużo wszelkich nagród i zaszczytów.

Ultrasi drużyny Lewski, ongiś powiązanej z MSW, wystawili płótna z twarzami zaangażowanych bułgarskich faszystowskich polityków z lat trzydziestych zeszłego wieku – Aleksandyra Cankowa i Bogdana Fiłowa. Oprócz tego przygotowali tym razem coś jeszcze bardziej obleśnego i brutalnego, ma się rozumieć symbolicznie, ale jednak. I chyba udało im się tym postępkiem skutecznie wyprzeć z przestrzeni publicznej show zgotowane przez Stefanowa. Dosłownie w kilka godzin po zakończeniu finałowej rozgrywki portal gazety „Dnewnik” (bułgarski ekwiwalent „Gazety Wyborczej”; również nikt nie czyta, ale high society traktuje to jako kompas moralno-polityczny) pojawiły się fotografie dwójki, na oko 5 – 6-letnich dzieci, ze zdjętymi koszulkami. I nie byłoby w tym może niczego nadzwyczajnego (było bardzo ciepło) gdyby nie fakt, iż fotograf przyłapał je na gorliwym heilowaniu w stronię trybun obsiadłych przez kibiców Lewskiego.

Jakby tego było mało, torsy i plecy obu chłopców były okraszone nazistowskimi symbolami, między innymi swastyką. Sprawą cokolwiek frapującą był też fakt przebywania tych dzieci w strefie, w której kibice tradycyjnie bawią się materiałami pirotechnicznymi. Tym bardziej, że kilka tygodni wcześniej, podczas innego meczu, petarda o mało co nie oślepiła policjantki.

 

Przebudzeni z letargu

Poziom szoku, jaki nawet zmęczone biedą bułgarskie społeczeństwo zademonstrowało na widok tego niebywałego dziadostwa spowodował nawet, iż o swoim istnieniu przypomniała Agencja Ochrony Dzieci, która wydała specjalny komunikat, iż wszczyna oficjalne dochodzenie i poszukuje rodziców. Jak to jednak bywa najczęściej – dziennikarze byli szybsi od urzędników. Pięć dni później jeden z ojców błysnął przed kamerą.

– Doszło do jakiejś pomyłki – obwieścił rodzic. – Nie widziałem tych rysunków, gdybym je zobaczył, to bym do tego nie dopuścił. Jakiś młody człowiek narysował coś mojemu synowi, to było poza stadionem. Nie zgadzam się z przesłaniem, a przynajmniej nie z napisem oznaczającym, że wszyscy policjanci to śmieci – pokajał się tatuś-roztrzepaniec. Ma się rozumieć, tą wypowiedzą dolał jedynie oliwy do ognia.

Jest taka instytucja – Bułgarski Związek Futbolowy (BFS). Charakterystyczne dla niej jest to, iż żyje ona własnym życiem, na nic i na nikogo się nie oglądając i której nikt realnie nie kontroluje, gdyż jest ona jednym z wielu chorych konglomeratów oligarchicznych interesów. Inna sprawa, że bułgarskie stadiony widziały już tyle rożnych patologii, że niewiele może kogokolwiek zainteresowanego wzruszyć. Tym razem i ona została wybudzona z letargu. Po wielu dniach “badania sprawy” komisja dyscyplinarna BFS postanowiła z powodu hajlującej dziatwy ze swastykami na piersiach nałożyć na klub Lewski 37 500 lewów kary (około 80 tys. zł). Wypada jednak odnotować, że tuż po tym, jak o incydencie poinformowały media, BFS próbował odfajkować sprawę symboliczną karą rzędu ok. 2 tys. lewów (nieco ponad 4 tys. zł), ale się nie udało. Instytucja ta znana jest z tego, że kary poważne zarezerwowane są dla okoliczności, gdy przedmiotem ataku są sędziowie – nieudolni bądź skorumpowani. Dla sprawców takiej przemocy nie ma litości. Gromy sypią się na klub, a wraz z nimi mandaty. Tak pęcznieją też kiesy samego BFS. Np. za wspomnianą wcześniej niemal oślepioną policjantkę klub Lewski musiał zapłacić 11 400 lewów (około 25 tys. zł), ale gdy na jednym z niedawnych meczów kibic CSKA Sofia (coś jak Legia Warszawa) “rzucił w sędziego nieznacznej wielkości monetą” klub zapłacić musiał 38 700 lewów. Gdy w ubiegłym roku wściekli kibice Lewskiego obrzucili trenerów CSKA kamieniami i rozpostarli wielki sztandar ze swastyką kara wyniosła 25 300 lewów (ok. 55 tys. zł). Początkowo kara była wyższa, ale obniżono ją gdyż, jak tłumaczył rzecznik BSF, „symbol został dość szybko usunięty”.

 

Kibice za dźwiękoszczelną przegrodą

Ale wróćmy do aktualnych wydarzeń w bułgarskim futbolu. O ile krajowy puchar wygrał outsider – Sławia; o tyle w mistrzostwach nie było żadnych zaskoczeń. Tam dominuje klub Łudogorec. Finansuje go znany oligarcha i szef Bułgarskiej Konfederacji Pracodawców i Przemysłowców – Kirił Domuscziew. Od kiedy to indywiduum, jeden z najbogatszych ludzi w państwie, przejął ten prowincjonalny klubik z miejscowości Razgrad wszystko się zmieniło. Łudogorec, który nigdy nie wspiął się na choćby średni poziom w rozgrywkach ligowych nagle stał się drużyną pierwszorzędną i od razu zawojował samą górę, cały czas zajmując najwyższe miejsca. Grają tam głównie Brazylijczycy, jest jeden Holender i Argentyńczyk, dwóch Rumunów i dwaj Polacy – Jakub Świerczok i Jacek Góralski. To pewnie dlatego, że Domuscziew jest wielkim fanem importowania do Bułgarii siły roboczej z krajów spoza UE.

Oligarchiczna sprawczość ma jednak swoje ograniczenia, co rodzi kolejne groteski. Nowy właściciel jest w stanie bowiem zapewnić swojemu klubowi każdego typu wsparcie, także państwowe, gdy jest potrzebne, ale nie może mu nagonić publiki. Toteż na razgradzkim stadionie często siedzi grupka kupionych lub nie fanów Łodogorca i o wiele liczniejsza grupa kibiców drużyny przeciwnej. Zaradzono temu, ograniczając pulę sprzedawanych biletów oraz oddzielając trybuny klubu gości dźwiękoszczelną przegrodą z przezroczystego plastiku. Wyjaśniano, iż ma to “przeciwdziałać chuligaństwu”, jednak przeciwdziała głównie rozchodzeniu się okrzyków fanów drużyny, z którą gra Łudogorec.

 

Zostały tylko puste słowa

W tej chwili jedynie CSKA może w jakiś sposób zagrozić pozycji tego zespołu, choć i tu nie chodzi raczej o jakoś gry, lecz o walkę na symbole. Podczas niedawnego meczu tych dwóch drużyn, tuż przed jego rozpoczęciem nad stadion nadleciał wojskowy helikopter. Wszystkich to nieco przestraszyło, gdyż pilot zaczął obniżać poziom maszyny dokładnie nad centralnym punktem boiska. Gdy już wzbił tumany kurzu, a hałasem ogłuszył niemal wszystkich, z helikoptera wyskoczyły gwiazdy bułgarskiej piłki z 1994 r (podczas mistrzostw w USA bułgarska reprezentacja zajęła wtedy czwarte miejce) – Christo Stoiczkow, Dymityr Berbatow i Dymityr Penew. Chwilę później na boisko zrzucono kilku komandosów na spadochronach, którzy w powietrzu rozwinęli wielki transparent z czerwoną gwiazdą – symbolem klubu jeszcze z czasów socjalizmu, którego jednakowoż nie zdekomunizowano. W ten sposób armia uczciła 70. rocznicę powstania swojego klubu piłkarskiego.

Nie da się ukryć, że taki gest niełatwo będzie pokonać w sferze symboli, czyli jedynej jeszcze obecnej w bułgarskiej masowej świadomości. Armia i CSKA próbowały zademonstrować, że jeszcze żyją, że są obecne. Ale też zademonstrowały, że tylko do tego się nadają – by rozwiać sztandar potęgi i nostalgii za czasami, gdy za każdym z symboli stała jakaś substancja. Dziś są tylko słowa i banery. I dzieci ze swastykami na klacie.