PZPN: Tajemnice wychodzą na wierzch

W polskiej piłce zrobiło się gorąco po tym, jak do siedzib PZPN i wszystkich Wojewódzkich ZPN wkroczyło CBA na wniosek prokuratury. Nie wiadomo jakie dokumenty sprawdzali funkcjonariusze, nikomu z piłkarskich działaczy nie postawiono zarzutów, nikogo też nie zatrzymano. Mimo to PZPN rozesłał do WZPN-ów informację wyjaśniającą biznesowe relacje między piłkarską centralą a należącą do brata prezesa PZPN Zbigniewa Bońka firmą Mikrotel.

PZPN z firmą należącą do brata prezesa Zbigniewa Bońka – Mikrotel współpracował bezpośrednio w okresie 23 sierpnia 2017 do 30 września 2018 roku. Zakończyła ją po wejście w życie nowelizacji ustawy o sporcie i potem bydgoska firma świadczyła i nadal świadczy usługi dla współpracującej z PZPN firmą Lagardere (dawniej Sportfive). To m.in. o tę współpracę pytał Bońka dziennikarz „Gazety Polskiej” Piotr Nisztor i w tej też sprawie sąd wydał jemu i gazecie na wniosek prezesa PZPN roczny zakaz publikacji. W wysłanym z piłkarskiej centrali do wojewódzkich oddziałów wyjaśnieniu napisano m.in.: „Firma Mikrotel jest jednym z wielu podwykonawców, którzy świadczą usługi techniczne przy okazji wydarzeń organizowanych przez PZPN. Obejmują one swoim zakresem wykonywanie przez ww. firmę usług związanych z brandingiem wybranych meczów. Do zadań podwykonawcy należy: produkcja nośników (np. bandy statyczne, bannery i bramy reklamowe, ścianki), transport, ekspozycja na terenie obiektów sportowych (montaż i demontaż), bieżąca konserwacja oraz magazynowanie. W okresie 20 lat współpracy Sportfive z Mikrotel, spółka ta nigdy nie brała udziału ani nie pośredniczyła w sprzedaży praw marketingowych, medialnych i telewizyjnych należących do PZPN”. W przekazanej informacji nie podano żadnych kwot, jakie PZPN wypłacił firmie Mikrotel bezpośrednio lub opłacając faktury wystawiane przez Lagardere. Ale nie są już tajemnicą.

Prokuratura i CBA buszują w PZPN

Decyzja Sądu Okręgowego w Warszawie nakładająca na „Gazetę Polską Codziennie” zakaz pisania przez rok o prezesie PZPN Zbigniewie Bońku wywołała oburzenie w kręgach rządzącej prawicy. Głos w tej sprawie, rzecz jasna krytyczny zabrał nawet prezes PiS Jarosław Kaczyński. Minęło kilka dni i do siedziby piłkarskiego związku zawitali funkcjonariusze CBA.

Pierwszym kamyczkiem, który poruszył lawinę zdarzeń, była decyzja Prokuratury Regionalnej w Warszawie o przystąpieniu do dwóch postępowań sądowych o ochronę dóbr osobistych z powództwa Zbigniewa Bońka przeciwko dziennikarzowi Piotrowi Nisztorowi i „Gazecie Polskiej”. W oficjalnym komunikacie napisano: „Na polecenie Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego Prokuratura Regionalna w Warszawie na podstawie art. 7 Kpc przystąpiła do dwóch postępowań sądowych o ochronę dóbr osobistych prowadzonych przed Sądem Okręgowym w Warszawie z powództwa Zbigniewa Bońka przeciwko dziennikarzowi Piotrowi Nisztorowi oraz Forum SA – wydawcy Gazety Polskiej Codziennie”.
Dla przypomnienia: Boniek wytoczył powództwo w związku z publikacjami Piotra Nisztora, które odnosiły się do przeszłości powoda i jego powiązaniach, jak również do działalności kierowanego przez niego Polskiego Związku Piłki Nożnej. Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował, że „Gazeta Polska Codziennie” przez rok nie może pisać o prezesie PZPN artykułów, w których zawarte będą zarzuty i twierdzenia dotyczące: powiązania (w przeszłości lub obecnie) z władzami komunistycznej Polski, Służbą Bezpieczeństwa; pełnienia w PZPN roli gwaranta i rzecznika systemu komunistycznego; sprawowania funkcji prezesa PZPN w sposób nieetyczny, naruszający prawo i nietransparentny; popełnienia przestępstwa karnoskarbowego poprzez nieujawnienie przed urzędem skarbowym 1,1 mln euro dochodu i nieodprowadzenie podatku od tej kwoty. Prokuratura uznała, że sąd wydał decyzję kontrowersyjną „z uwagi na ograniczenie – pod groźbą sankcji finansowych – konstytucyjnej wolności słowa, która jest wartością nadrzędną, jak również naruszenie prawa obywateli do informacji”. Dlatego swój udział w tych postępowaniach uzasadniła „koniecznością zagwarantowania ochrony praworządności i interesu społecznego”.
W miniony czwartek w warszawskiej siedzibie PZPN przy ul. Bitwy Warszawskiej 1920 r. 7 oraz w siedzibach 16 wojewódzkich Związków Piłki Nożnej pojawili się funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Formalnie wkroczyli na polecenie Zachodniopomorskiego Wydziału Zamiejscowego do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Szczecinie w związku ze sprawą tzw. afery melioracyjnej, w której głównym podejrzanym jest Stanisław Gawłowski, były sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej. Jednym z wątków afery melioracyjnej są nieprawidłowości finansowych w działalności Fundacji All Sports Promotion, działającej w imieniu AZS Koszalin S.A. W tej sprawie zatrzymano już 7 osób, które usłyszały zarzuty tzw. prania brudnych pieniędzy.
„To są przeszukania związane z jednym z wątków postępowania, które zostało wyłączone z tzw. afery melioracyjnej. W momencie, kiedy skierowaliśmy akt oskarżenia przeciwko Stanisławowi Gawłowskiemu i innych, prokuratura wskazywała, że niektóre wątki są wyłączone i nadal są prowadzone. Jednym z nich jest wątek dotyczący nieprawidłowości finansowych działalności fundacji All Sports Promotion. Przeszukania, które zostały dokonane przez funkcjonariuszy CBA mają związek właśnie z tym wątkiem” – poinformowała rzecznik prasowy Prokuratury Krajowej Ewa Bialik.
Bońka akurat w czwartek nie było w siedzibie PZPN, bo dzień wcześniej wrócił do Rzymu, a żaden z jego najbliższych współpracowników nie odważył się wypowiedzieć w tej sprawie. Musiał to zdalnie ze stolicy Włoch uczynić dopiero prezes, który w wypowiedziach dla mediów powiedział: „Nie mamy nic do ukrycia. Jesteśmy transparentni. Jeśli CBA bada jakąś sprawę i chce coś sprawdzić, to jesteśmy pierwsi do współpracy i jesteśmy do dyspozycji służb. Przygotowaliśmy wszystkie dokumenty, o które nas poproszono, żeby pomóc tę sprawę wyjaśnić. Z tego, co mi przekazano, chodzi m.in. o organizację przez jeden z wojewódzkich związków jakiegoś turnieju plażowego” – zapewnił Boniek.
Chyba jednak nie do końca jest tak, jak twierdzi prezes PZPN, bo agenci CBA w czwartek wkroczyli nie tylko do biur piłkarskiej centrali i jej regionalnych agend, lecz również do siedziby firmy Mikrotel, kierowanej przez brata Zbigniewa Bońka. Przypadek?

W czapce urodzony

Czapka to bardzo ważna część garderoby. Nie wszyscy ją lubią. Nie każdy w niej dobrze wygląda. Ale w chwilach załamania pogody, bez czapki ani rusz. Dobrze więc mieć ją na sobie lub przynajmniej przy sobie, żeby w porę się w nią przyoblec, gdy nieszczęście wisi w powietrzu lub z powietrza nadciąga. Gorzej, gdy się czapkę zgubi lub straci. Z roztargnienia, zapominalstwa, gapiostwa, po alkoholu. Wtedy nieszczęście gotowe.

Mój kolega, piosenkarz, nie przyszedł niedawno na próbę, ponieważ źle się poczuł i bolało go gardło. Zapytany, czy coś się stało, odparł, że nic, tylko dzień wcześniej spożywał do trzeciej nad ranem alkohol na świeżym powietrzu. I dziwisz się, że teraz że cię boli gardło, odparliśmy pospołu z resztą muzykantów, kiedyśmy usłyszeli tę opowieść. Rzeczywiście, to mogło mieć jakiś wpływ, odparł piosenkarz. No, ale przecież, miałem czapkę-przytomnie dorzucił na koniec.

No właśnie. Czapka może goreć na złodzieju. W czapkę można dostać na ulicy. Lub co najmniej w beret. Czapkować można przed zwierzchnikiem. Tak jak to czynił do niedawna Marian Banaś przed Mateuszem Morawieckim, a oni obaj przed Jarosławem Kaczyńskim. Tak jak to miał w zwyczaju robić Tomasz Kaczmarek przed Mariuszem Kamińskim, a oni pospołu przed prezesem, jak wyżej. Czasami jednak ludzkie ścieżki stają się na tyle kręte, że łatwo się pogubić i „z tylu różnych dróg przez życie, każdy ma prawo wybrać źle”. Marian Banaś i Tomasz Kaczmarek w pewnym momencie zdecydowanie źle wybrali. Źle dla siebie ma się rozumieć, bo Polska i Polacy jakoś sobie bez nich poradzą. Bo ich już nie ma. Wyrok zapadł dawno temu, a teraz obserwujemy właśnie jego wykonanie.

Naturalnie, obydwaj dżentelmeni będą się bronić i nie zechcą się poddać bez walki, szczególnie prezes NIK, ale, mam wrażenie, że obaj doskonale wiedzą, że niewiele będą mogli wskórać. Podpadli prezesowi. Zaczęli kąsać rękę która ich karmi, jak zły pies. Czapa ochronna, roztoczona dotychczas nad ich głowami i głowami ich rodzin, w dniu ich nielojalności, a zapewne doskonale obydwaj pamiętają ten dzień, zamknęła się, tak, jak zamyka się parasol.

Wiecie Państwo, dlaczego nie można pozwalać małym psom na to, żeby podczas niewinnej zabawy, gryzły Wasze ręce swoimi ostrymi jak szpileczki ząbkami? Bo zostanie im na starość w głowach, że można gryźć rękę pana, a ręka pana nie służy do gryzienia. Ręka pana karmi, ręka pana dopieszcza, ręka pana nagradza, wreszcie, za przewiny ręka pana wymierza kary. Pańską rękę należy szanować; można ją lizać szorstkim językiem, łasić się do niej, ale nie gryźć do krwi. Bo jeśli pan okaże się srogi, to może się rozsierdzić i nie będzie się wtedy gdzie skryć przed jego gniewem.

Całe zamieszanie z Banasiem i agentem Tomkiem to jest taka właśnie behawiorystyczna historyjka, którą można ezopowym językiem opowiedzieć najmłodszym. To żadna rozgrywka na szczytach władzy, bo na szczycie jest Pan panów, a nieposłuszne szczenięta ledwie pętają się przy jego nogach, ogryzając pod stołem resztki z obiadu. Oczywiście, psy będą się szarpać, kąsać, wreszcie będą skamleć i prosić o litość, ale ta najpewniej nie nadejdzie. Tymczasem, kiedy kampania w zenicie, trzeba narodowi pokazać, jak bardzo jesteśmy pryncypialni, że eliminujemy ze swego stada tych wszystkich, którzy mogą nam zagrozić. Bo, co tu kryć, Banaś i Kaczmarek jakąś wiedzę mają. Przyparci do muru mogliby próbować jej użyć, ale obaj doskonale wiedzą, że jeśli to zrobią, sami pójdą też na dno, gdyż wchodząc w układ stali się jego częścią i bomba którą nastawili, zdetonuje także ich samych. Tak czy owak: będzie bolało.

Pustki w kasie CBA

Z funduszu operacyjnego Centralnego Biura Antykorupcyjnego mogło zniknąć 15 mln zł – alarmują media. Lewica apeluje o zwołanie specjalnego posiedzenia komisji służb specjalnych, a CBA odpowiada: nic złego się nie dzieje!

Niepokojące doniesienia o służbie, która jest ukochanym dzieckiem PiS i osobiście Mariusza Kamińskiego, jako pierwszy podał 17 stycznia Onet. Pisał o pracownicy CBA, która mogła wyprowadzić z instytucji miliony złotych. Uzależniona od hazardu funkcjonariuszka, odpowiedzialna za kasę CBA, miała przywłaszczyć sobie nawet 5,5 mln zł. Kobieta została zatrzymana, ale okazało się, że to dopiero początek afery.

Znikające miliony

Według dziennikarzy „Gazety Wyborczej” pieniądze z kasy funduszu operacyjnego służby, przeznaczone na potrzeby tajnych operacji, czyli w przypadku CBA na akcje kontrolowanego wręczania łapówek, znikały od wielu miesięcy i chodzić może o kwoty od 6,5 mln do nawet 15 mln złotych. Według informacji „GW” jeszcze w maju 2019 r. milion złotych przepadł z funduszu podczas operacji wymierzonej w Michała Królikowskiego, doradcę prezydenta Andrzeja Dudy, a wcześniej wiceministra sprawiedliwości w rządzie PO-PSL. Gotówkę, przygotowaną na potrzeby akcji specjalnej, miał przejąć „pośrednik współpracujący z Biurem”, który następnie po prostu zniknął. Po tej właśnie cokolwiek kompromitującej sytuacji do „GW” zgłosił się informator, alarmując, że nie był to wcale wyjątkowy przypadek. Poniekąd potwierdził to wiceszef CBA Bogdan Sakowicz miesiąc po zdarzeniu. Przyznał, że w funduszu operacyjnym „doszło do nadużyć”.

CBA: nic się nie stało

Czy kasa CBA pozostawała poza wszelką kontrolą, a pieniądze wybierano z niej według własnego uznania? Biuro prasowe CBA stanowczo zaprzecza. – Nie jest prawdą, jakoby CBA utraciło jakiekolwiek środki finansowe – grzmi w komunikacie przesłanym „GW”.

Tyle, że trudno w to uwierzyć w świetle faktu, że w ostatni czwartek, 16 stycznia, na emeryturę równocześnie wysłani zostali szefowie bezpieczeństwa wewnętrznego i pionu ekonomicznego CBA.
– Obydwaj należeli do wewnętrznego kręgu zaufanych nie tylko szefa Ernesta Bejdy, ale także ministrów koordynatorów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika – mówił o nich anonimowy informator TVN.

Niech Kamiński się wytłumaczy

Sejmowa Lewica domaga się zwołania specjalnego posiedzenia komisji służb specjalnych, a także tego, by premier lub minister koordynator służb specjalnych wytłumaczył się z całej sytuacji przed Sejmem. Na konferencji prasowej poseł Maciej Gdula sugerował, że możemy mieć do czynienia z większą aferą, niż w sprawie Mariana Banasia.

Poseł Andrzej Rozenek przypomniał natomiast, że liczne nieprawidłowości w CBA wyszły na jaw dopiero wtedy, gdy PiS stracił władzę.

– CBA od zawsze było wykorzystywane politycznie, tak jest i teraz, ale ponadto Centralne Biuro Antykorupcyjne stało się teraz źródłem finansowania dla jakichś grup osób, które wskazało PiS. Sytuacja jest niepokojąca, ponieważ nie chodzi o 5 mln złotych, jak donosiły na początku media, ale o kilkanaście milionów złotych. Każdy człowiek, który zna się na funduszu operacyjnym, zada proste pytanie: jak to było możliwe bez wiedzy przełożonych? – mówił.

Wystarczy nam policja

Rozenek przypomniał również, że stanowisko SLD jest od lat niezmienne: CBA nie jest nikomu do niczego potrzebne. Zadania, jakie przydzielono tej służbie, z powodzeniem mógłby realizować ktoś inny.

– Centralne Biuro Antykorupcyjne jest służbą od dawna skompromitowaną i powinno zniknąć. Kilkaset milionów złotych, które pozostanie w budżecie po likwidacji CBA, będzie można przeznaczyć na Policję – podsumował Rozenek.

Państwo z kartonu

Polskie państwo za rządów Prawa i Sprawiedliwości na wielu ważnych obszarach istnieje tylko w teorii. Najlepszym dowodem słabości władzy publicznej są patologie w firmach właśnie przez państwo nadzorowanych.

Władza lekceważy je, bezradnie rozkłada ręce, gdy o nich słyszy, a niekiedy też je firmuje i umacnia. Od wielu miesięcy wychodzi na jaw coraz więcej bulwersujących nieprawidłowości w funkcjonowaniu Państwowych Portów Lotniczych. Informowały o nich tamtejsze związki zawodowe, informowały media, informowali przedstawiciele władz PPL-u, którzy zostali wyrzuceni z firmy przez prezesa, Mariusza Szpikowskiego.

Patologia goni patologię

Szpikowski zwolnił dyscyplinarnie około 50 osób, w tym wysokiej klasy specjalistów, i bez zgody związków zawodowych wręczył wypowiedzenia zmieniające ponad 90 proc. załogi, narażając Lotnisko im. Fryderyka Chopina na paraliż. Przede wszystkim jednak Szpikowski ukrywał patologie w firmie, które go obciążały.

Po badaniu Urzędu Lotnictwa Cywilnego, które wskazywało na nieprawidłowości stopnia pierwszego (ich stwierdzenie uruchamiało procedurę zamykania lotniska), Szpikowski zabrał obciążający go raport ULC z biura ówczesnego Kierownika Odpowiedzialnego, Andrzeja Ilkowa – odebranie materiału było wynikiem włamania do biura. Drugi egzemplarz raportu został odebrany Urzędowi Lotnictwa Cywilnego w wyniku włamania Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Zabrano wtedy wszystkie papiery obciążające Szpikowskiego, jak też laptopy pracowników. To bulwersujący przykład przekraczania uprawnień przez CBA i wykorzystywania służb przez prezesa spółki skarbu państwa.
W tej sprawie jako przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa napisałem pismo do premiera, Mateusza Morawieckiego. Odpowiedź jest bardzo pouczająca i reprezentatywna dla PiS-owskiego państwa. Okazuje się, że rząd nie chce brać odpowiedzialności za jakiekolwiek nieprawidłowości w firmie państwowej, a ministrowie nie czują się władni, by cokolwiek zrobić.

Ministerstwo nic nie może

W reakcji na list, w którym przedstawiłem długą listę zarzutów wobec prezesa Państwowych Portów Lotniczych, premier przekazał list do Ministra Infrastruktury, Andrzeja Adamczyka. W swojej obszernej odpowiedzi ministerstwo nie zaprzeczyło istnieniu patologii, tylko wskazało, że nie jest instancją władną do ich zwalczania.
Odpowiadając na zarzut, że Mariusz Szpikowski wręczył wypowiedzenia zmieniające 90 proc. pracowników, narażając Lotnisko im. Fryderyka Chopina na paraliż, ministerstwo pisze: „PPL jest samodzielną i samofinansującą się jednostką organizacyjną prowadzącą działalność w zakresie i na zasadach określonych w ustawie i statucie”. Innymi słowy nawet, gdyby prezes firmy swoimi działaniami doprowadził ją do upadku, ministerstwo by nie ingerowało. „Samodzielność” Portów Lotniczych jest dodatkowo interesująca, biorąc pod uwagę fakt, że PPL nie jest nawet spółką skarbu państwa, tylko jednym z nielicznych przedsiębiorstw w 100 proc. należących do państwa.

Porzuceni pracownicy

W kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość obiecywało nową jakość w dialogu społecznym. Pracownicy PPL od wielu miesięcy skarżą się, że dialog w firmie kuleje. Co na to ministerstwo? Konstatuje, że rozmowy prezesa firmy ze związkami zawodowymi „nie doprowadziły do zawarcia porozumienia dotyczącego zasad postępowania w sprawach dotyczących pracowników objętych zamiarem grupowego zwolnienia”. Sam „zamiar grupowego zwolnienia” nie wzbudził jakiejkolwiek reakcji rządu.
Jeszcze bardziej obojętne jest ministerstwo wobec patologii dotyczących stosunków pracy w PPL. Na zarzuty o łamanie praw pracowniczych, masowe zwolnienia, dyskryminację niewygodnych związków zawodowych ministerstwo odpisało: „W świetle obowiązujących przepisów prawa sprawy prawno-pracownicze, w tym kwestie stosunków pracowniczych oraz rozstrzyganie sporów, należą do właściwości sądów pracy oraz Państwowej Inspekcji Pracy”. Całkowita dezercja państwa! Gdy prezes firmy masowo zwalnia ludzi i zastrasza związkowców, minister twierdzi, że tego typu patologiami powinny zajmować się sądy i inspektorzy pracy. Rząd z boku się przygląda i nie widzi potrzeby, aby interweniować, gdy jego nominat łamie prawa pracownicze.

CBA może wszystko?

Najbardziej zdumiewająca jest jednak odpowiedź ministra na zarzuty o wykorzystywanie służb specjalnych przez Mariusza Szpikowskiego. Jak rząd odnosi się do doniesień, że CBA włamało się do Urzędu Lotnictwa Cywilnego, aby wynieść papiery obciążające prezesa? „Wobec zarzutów sformułowanych w przedmiocie Centralnego Biura Antykorupcyjnego podkreślenia wymaga, że zakres i metody pracy służby pozostają poza właściwością ministra właściwego do spraw transportu” – czytamy w piśmie przesłanym przez Ministerstwo Infrastruktury. Innymi słowy rząd nie komentuje zarzutów o ukrywanie patologii obciążających prezesa i wykorzystywanie przez niego służb, tylko uznaje, że to nie jego sprawa!

Podsumowując, premier lekceważy doniesienia o gigantycznych patologiach w firmie państwowej i ceduje na ministra obowiązek zajęcia się nimi, zaś minister bezradnie rozkłada ręce. Przestrzeganie praw pracowniczych w firmie jest poza jego kompetencjami, organizacja pracy w firmie poza jego kompetencjami, interwencje CBA w celu ukrycia nieprawidłowości w firmie – też. Oto PiS-owskie państwo z kartonu.

Łączenie kropek Ważny tunajt

Nie wierzę w przypadki. Rzadko też daję wiarę szczęśliwym zbiegom okoliczności. Zwłaszcza w polityce. Może właśnie dlatego staram się wszędzie szukać drugiego dna i zadawać niewygodne pytania. Najczęściej samemu sobie. Niektórzy nazywają ten stan umiłowaniem dla spiskowej teorii dziejów. Czasami jednak kropki zostawione między A i Z są na tyle dorodne i wyraźne, że naiwnością byłoby wierzyć, że znalazły się tam przypadkiem.

W czasie kiedy piszę ten tekst, nie wiem jeszcze, czy marszałek Kuchciński wciąż jest marszałkiem. Na 12 w południe przewidziana jest konferencja naczelnika Kaczyńskiego, na której może poświęcić Kuchcińskiego przed wyborami, choć jak wieszczy kolega Nizinkiewicz z „Rzepy”, nie zrobi tego w imię lojalności i oddania, z jakim marszałek w latach ciężkiej próby mu służył, ale ja w to nie do końca wierzę. W tę lojalność właśnie. Mam wrażenie, że jest sporo spraw, o których prezes wie, a marszałek, było nie było, druga osoba w państwie, nie do końca mu mówi.
2 sierpnia wiesza się w celi na Białołęce Dawid „Cygan” Kostecki, bokser, rodem z Rzeszowa, skazany m.in. za kradzieże, rozboje i sutenerstwo. Karę więzienia denat odbywa do tego czasu w Rzeszowie, ale na czas procesu o pobicie z lat 2007-2008, w którym miał być świadkiem, zostaje przewieziony do Warszawy. Nie jest żadną tajemnicą, że Dawid Kostecki ma ogromną wiedzę na temat tzw. „afery podkarpackiej”, w której to główne role odgrywają ukraińscy bracia R. oraz politycy i duchowni, filmowani rzekomo przez nich i ich ludzi w czasie schadzek z prostytutkami na terenie Podkarpacia. Dawid Kostecki działa w konkurencji do braci R. Nie przepadają za sobą. Pewnego dnia „Cygan” trafia do szpitala i wychodzi śmierci spod kosy. Media podają, że była to nieudana próba samobójcza, ale ślady wskazują na ciężkie pobicie. Pobić się samemu na śmierć? Wypadek z drugiego sierpnia prokuratura kwalifikuje jako udaną już próbę samobójczą. Dawid Kostecki wiesza się w celi na sznurze z prześcieradła. Zadzierzga sobie pętlę na szyi leżąc jednocześnie w łóżku i nie wychodząc spod koca, czym nie wybudza ze snu współosadzonych. Od 2 sierpnia próbuję to sobie wyobrazić; jak można się powiesić w łóżku w pozycji horyzontalnej. Dawid Kostecki jest już trzecią ofiarą „podkarpackiej afery”. W inetrnecie krąży, a może już nie, odtajnione albo shakowane przez internautów przesłuchanie rzeszowskiego agenta CBA, który o „aferze podkarpackiej” powiadomił m.in. Zbigniew Ziobrę, przed posłami z komisji ds. służb. Wiarygodność zeznań to oczywiście inna sprawa, niemniej, w trakcie swobodnej wypowiedzi świadek zeznaje, że taśmy matki z nagrań ze schadzek w agenturach i hotelach rzeszowskich są nie wiadomo gdzie, natomiast kopie wywieziono na Ukrainę i znajdują się najpewniej w rękach ichniejszych służb. Państwo teoretyczne? Potrzeba Wam jeszcze więcej kropek?
Marszałek Sejmu lata za państwowe wożąc rodzinę. Temat dobry jak na wakacje, ale czy na tyle mocny, żeby właśnie za tą przewinę utracić marszałka ze stolca? Borusewicz też latał, jednakowoż nikt go z Senatu nie pogonił. Może i jestem wariatem albo naiwniakiem, a może to wszystko mi się śni, ale jak dla mnie za dużo w tym wszystkim punktów stycznych. Na Podkarpaciu politycy i bonzowie korzystają z usług pań od ukraińskich kolegów-są na to taśmy, którymi ci mają szantażować korzystających. To, jak na moje oko, dość prawdopodobne. Słyszy się tu i ówdzie, że wśród klientów agencji trafiają się grube ryby lokalnej prawicy. Tym bardziej mnie to nie dziwi. W niewyjaśnionych okolicznościach ginie dwóch ważnych świadków, a trzeci, najbardziej znany, popełnia w celi samobójstwo. Tu już, moi zdaniem, za dużo jest znaków zapytania i półcieni, zza których wyłania się dość parszywy i brutalny obraz teoretycznego kraju. W mediach pojawia się jedna duża publikacja, potem trop się urywa. Być może rzeczywiście jest tak, że cała „podkarpacka afera” to mitomański wymysł niespełnionego i niedocenionego człowieka. Ale kiedy na raz poczynają ginąć ludzie, którzy mogliby coś o niej powiedzieć przed sądem, zaczyna się robić niebezpiecznie. I to właśnie tu media wolne, jeśli jeszcze takowe w kraju są, powinny węszyć i chodzić za tematem. Nawet jeśli nic nie znajdą. Choć wcale się nie dziwię dziennikarzom że węszyć nie chcą, jeśli potrafią łączyć kropki, nawet tak łopatologicznie jak ja przed chwilą…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Problem VIP-ów z PZPN

Funkcjonariusze CBA zatrzymali we wtorek sześć osób podejrzanych o wyłudzenie ponad dwóch milionów złotych od Zakładów Chemicznych Police. Wśród zatrzymanych jest Łukasz B., sędzia piłkarski i syn wiceprezesa PZPN.

Do akcji CBA i ŻW (jeden z zatrzymanych jest żołnierzem Wojska Polskiego) doszło we wtorek rano. W komunikacie Centralnego Biura Antykorupcyjnego podano, że „Postępowanie dotyczy podejrzenia nieprawidłowości finansowych w działalności fundacji, występującej w imieniu AZS Koszalin SA”. Konkretnie chodzi o fundację All Sports Promotion, której założycielem i prezesem jest rzeczony Łukasz B., 37-letni obecnie były piłkarz Amiki Wronki (2000-2002) i Pogoni Szczecin (2003), a od 2004 roku sędzia piłkarski.

Jego ojciec jest wpływowym działaczem piłkarskim, od 2004 roku prezesem Zachodniopomorskiego Związku Piłki Nożnej, a od trzech kadencji także wiceprezesem PZPN ds. piłkarstwa amatorskiego. Był również posłem na Sejm V kadencji (2005-2007) z ramienia Samoobrony.

W latach 2011-2013 fundacja reprezentująca koszykarski AZS Koszalin podpisywała umowy o świadczenie usług reklamowych z Zakładami Chemicznymi Police, ale część przekazywanych przez ten podmiot pieniędzy nie trafiła do AZS Koszalin. Śledczy ustalili, że klub otrzymał jedynie 600 tys. z 2,5 mln złotych, jakie miały do niego trafić. Z analizy dokumentów fundacji i innych podmiotów wynika, że „środki te zostały przelane na konto innej fundacji, a następnie przekazane na rzecz spółki i wypłacone przez jej wspólników”.

Zatrzymania B. i innych podejrzanych to odprysk tzw. afery melioracyjnej, w której głównym podejrzanym jest Stanisław Gawłowski, były sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej.

 

Znów aresztują działaczy PZPS

W miniony poniedziałek funkcjonariusze CBA na wniosek prokuratury dokonali zatrzymania siedmiu osób, wśród nich znanych siatkarskich działaczy.

 

Najwyraźniej zdobycie przez naszych siatkarzy mistrzostwa świata przynosi pecha Polskiemu Związkowi Piłki Siatkowej, bo podobnie jak cztery lata temu po sukcesie kadry Stephane’a Antigi, tak i tym razem po sukcesie ekipy Vitala Heynena CBA dokonała na wniosek prokuratury zatrzymań siatkarskich działaczy. Tylko że maja one związek z rzekomymi nieprawidłowościami przy organizacji w naszym kraju mistrzostw świata w siatkówce mężczyzn w 2014 roku.

I jakoś tak wyszło, że w poniedziałek 19 listopada funkcjonariusza CBA zapuszkowali siedem osób. Biuro prasowe Prokuratury Krajowej poinformowało, że wśród podejrzanych jest Artur P., były wiceprezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej, a obecnie prezes Profesjonalnej Ligi Piłki Siatkowej, Waldemar K. – sędzia siatkówki oraz członek zarządu PZPS, Paweł I. – sędzia siatkówki i koordynator w Profesjonalnej Lidze Piłki Siatkowej, oraz Krzysztof L., wieloletni współpracownik PZPS. Pozostali zatrzymani to przedsiębiorcy prowadzący interesy z PZPS. Prokuratura stawia im zarzuty m.in. nadużycia uprawnień i niedopełnienia obowiązków, przez co PZPS poniósł straty w wysokości 7,6 mln złotych. Za przestępstwa te wg. kodeksu karnego grożą kary do nawet 10 lat pozbawienia wolności.

PZPS w wydanym oświadczeniu zaznaczył, że nie podawana w mediach kwota 7,6 mln nie jest domniemaną szkodą PZPS, bo związek nie poniósł start finansowych przy organizacji MŚ 2014, tylko jest to całkowita wartość usług związanych z organizacją imprezy zrealizowanych przez firmy reprezentowane przez osoby zatrzymane. Federacja zapewnia też, że dostarczyła prokuraturze dowody wykonania powyższych usług.

 

Kto powinien dostać tę kasę?

Dwa ważne urzędy zajmujące się przestrzeganiem prawa – resort sprawiedliwości oraz NIK – twierdzą coś zupełnie odmiennego na temat finansowania CBA

 

Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że Ministerstwo Sprawiedliwości przekazało 25 milionów złotych Centralnemu Biuru Antykorupcyjnemu – czego nie powinno czynić, gdyż pieniądze te, pochodzące z kar finansowych zasądzanych od przestępców, zgodnie z prawem powinny trafić do Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym i Funduszu Pomocy Postpenitencjarnej (łącznie określanych jako Fundusz Sprawiedliwości).
Gromadzone w tym funduszu pieniądze przeznaczane są przede wszystkim na wszechstronną pomoc dla ofiar przestępstw.

 

Dwóch mówi co innego

Za sprawą resortu sprawiedliwości CBA pożywiło się więc kosztem osób pokrzywdzonych przestępstwami.
Prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski oświadczył zatem, że według oceny izby doszło do złamania przepisów, które wyraźnie mówią, że służby specjalne, w tym CBA mogą być finansowane wyłącznie z budżetu państwa. Zapowiedział też złożenie zawiadomienia o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych.
Ministerstwo Sprawiedliwości odrzuca jednak twierdzenia Najwyższej Izby Kontroli, jakoby niezgodnie z prawem przekazało środki z Funduszu Sprawiedliwości na działalność Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
NIK uważa, że ustawa o CBA mówi o finansowaniu Biura wyłącznie ze środków budżetu państwa. Ministerstwo Sprawiedliwości podkreśla zaś , że w tej ustawie nie ma takiego ograniczenia.
Tak więc, dwa ważne urzędy państwowe, zajmujące się prawem, twierdzą coś zupełnie odwrotnego.

 

Będziemy finansować CBA

– Ustawa wręcz nakazała Funduszowi Sprawiedliwości finansowanie ustawowych zadań jednostek sektora finansów publicznych, czyli m.in. CBA, związanych właśnie z wykrywaniem i zapobieganiem przestępczości. A przecież nie żadnych wątpliwości, że to główne zadania CBA – tłumaczy Jan Kanthak, dyrektor gabinetu politycznego i rzecznik Ministra Sprawiedliwości.
Ponadto, przekazana kwota została ujęta w planie finansowym Funduszu w pozycji „inne działania”, który został zatwierdzony przez Ministerstwo Finansów i Sejmową Komisję Finansów Publicznych.
Ministerstwo Sprawiedliwości oświadcza, że celem Funduszu Sprawiedliwości jest realna pomoc tym, którzy doznali krzywdy albo nieszczęścia. I zadania te Fundusz wypełnia sumiennie. Po raz pierwszy od jego utworzenia tak duże pieniądze – od 2017 roku 160 mln zł – szeroko trafiają do osób rzeczywiście pokrzywdzonych i służą zapobieganiu nieszczęść.

 

Dobro wcielone

Fundusz rozporządza pieniędzmi, które sądy zasądzają od sprawców przestępstw. Środki te – pochodzące z kieszeni ludzi, za sprawą których stała się komuś krzywda – zaczęły czynić wyłącznie dobro – zauważa Jan Kanthak. Wspomagają pokrzywdzonych w wypadkach i na skutek innych przestępstw, służą finansowaniu wciąż rozrastającej się sieci pomocy pokrzywdzonym i organizowaniu dla nich pomocy psychologicznej oraz prawnej.
Są to również środki na profilaktykę, które mają zapobiegać przestępstwom, tak by ból i nieszczęście dotykały jak najmniejszą grupę ludzi.
Ministerstwo Sprawiedliwości podkreśla, że wszystkie pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości – zgodnie z przepisami ustawy, Kodeksu karnego wykonawczego oraz rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości – są przeznaczane wyłącznie na pomoc osobom pokrzywdzonym przestępstwami, ich rodzinom oraz świadkom, na działania prewencyjne i przeciwdziałanie przyczynom przestępczości oraz pomoc postpenitencjarną. Bo przecież CBA, jako instytucja tropiąca przestępców, również w istocie pomaga ludziom pokrzywdzonym przestępstwem, ich rodzinom oraz świadkom. Może nawet lepiej, niż ktokolwiek inny.
Wielka jawność i przejrzystość
Resort sprawiedliwości wskazuje, że działalność Funduszu Sprawiedliwości jest transparentna, jawna i powszechnie dostępna (choć do tej pory jakoś cicho było o wpływach do funduszu i zasadach rozliczania tych pieniędzy) – a zasady przyznawania dotacji, szczegółowe warunki ogłaszanych konkursów czy naborów wniosków, a także listy beneficjentów konkursów wraz z przyznanymi sumami, są publicznie prezentowane na stronach internetowych Ministerstwa Sprawiedliwości oraz w licznych komunikatach udostępnianych mediom (które jednak jakoś trudno znaleźć wśród aktualności na stronie internetowej resortu sprawiedliwości).

 

Strażak antykorupcyjny

Obecnie, dzięki Funduszowi Sprawiedliwości, od stycznia 2017 r. na bezpośrednią pomoc osobom pokrzywdzonym przekazano i będzie nadal się przekazywać ponad 160 mln zł rocznie. W ubiegłych latach pomoc ta była 10-krotnie niższa.
Na przykład, dzięki środkom z Funduszu Sprawiedliwości wszystkie jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, które złożą wnioski, otrzymują dotacje na zakup specjalistycznego medycznego wyposażenia. W Polsce co o roku dochodzi do kilkuset tysięcy wypadków i kolizji, w których giną tysiące ludzi, a dziesiątki tysięcy odnosi poważne obrażenia. Ochotnicy z OSP są bardzo często pierwsi na miejscu wypadku, który w rozumieniu prawa jest przestępstwem drogowym, i tylko dzięki ich umiejętnościom wielu rannym, w rozumieniu prawa: pokrzywdzonym w wyniku przestępstwa, udało się uratować życie. Wyposażenie tych jednostek w specjalistyczny sprzęt medyczny jest wręcz obowiązkiem państwa, a obowiązek ten wypełnia właśnie Fundusz Sprawiedliwości.
Oczywiście, trudno się nie zgodzić z Ministerstwem Sprawiedliwości, że ochotniczym strażakom można i należy pomagać pieniędzmi z Funduszu Sprawiedliwości. Trudno jednak nie zapytać, dlaczego ma być nimi zasilane Centralne Biuro Antykorupcyjne, które nie tyle ratuje ludzi, co wciąga ich w aranżowane prowokacje łapówkarskie?