Pacjenci skazywani na śmierć przez rząd PiS

Polska staje się coraz gorszym miejscem do życia, a zwłaszcza do chorowania. Jedyna pociecha jest taka, że pod rządami obecnej ekipy chorzy nie muszą się zbyt długo długo męczyć.

Coraz dotkliwsze skutki przynosi polityka Prawa i Sprawiedliwości, zagrażająca życiu i zdrowiu Polaków.
Poczynania liderów PiS doprowadziły już do spadku liczby narodzin, skrócenia długości życia, wzrostu śmiertelności, rozszerzenia obszaru skrajnej biedy. To niemałe osiągnięcia jak na zaledwie 3,5 roku rządzenia.
Ekipa rządząca robi oszczędności na zdrowiu Polaków oraz wykazuje całkowitą obojętność na zły stan opieki medycznej w naszym kraju (zgodnie z zasadą: rząd się wyleczy). Dzieje się coraz gorzej, co pokazują choćby niedawne ustalenia Najwyższej Izby Kontroli.

Ratujemy dzieci – ale tylko poczęte

Wymierzone w społeczeństwo działania PiS-owskiego rządu, doprowadziły właśnie do kolejnej, złowrogiej sytuacji, godzącej w życie i zdrowie ludności Polski. Lawinowo nasiliły się bowiem braki leków w aptekach.
Rząd PiS już niejednokrotnie nie godził się na refundowanie rozmaitych leków, niezbędnych zwłaszcza w leczeniu onkologicznym, skazując w ten sposób na śmierć mniej zamożnych pacjentów.
Szczególnie drastycznym przykładem była tegoroczna odmowa refundowania leku pomagającego utrzymać przy życiu wcześniaki. Ministerstwo Zdrowia nie godziło się na refundację tego leku, wyjaśniając, że czyni to z powodów ekonomicznych. Gdyby bowiem zaczęto go częściej stosować dla ratowania wcześniaków, oznaczałoby to problemy dla budżetu państwa.
„Rozszerzenie populacji może stanowić znaczne obciążenie budżetu” – tłumaczył resort w oficjalnym stanowisku. Populacja się więc nie rozszerzyła, a Ministerstwo Zdrowia było zadowolone – tym bardziej, że taka linia postępowania jest zgodna z generalnym podejściem, wedle którego ważne jest życie dzieci poczętych, a nie tych już urodzonych.
Obecnie rząd poszedł o krok dalej – i spowodował to, że leków po prostu nie ma.
„Brak dostępu do podstawowych produktów leczniczych przybiera dramatyczne rozmiary” – alarmuje Naczelna Izba Aptekarska.
Nie jest to jednak nowa sytuacja. Już od miesięcy Izba otrzymywała wiele sygnałów, wskazujących na brak dostępności do produktów leczniczych, przede wszystkim wydawanych na podstawie recepty w aptekach ogólnodostępnych.

Widzą problem i nic nie robią

Sam problem jest znany od paru lat. Od początku rządów PiS zaczął się w Polsce nasilać proceder nielegalnego wywozu leków za granicę.
PiS-owska ekipa rządząca doskonale o tym wiedziała, ale z niewiadomych przyczyn (przyjmijmy łagodniejszą wersję: że tylko z powodu swej nieudolności i lenistwa) – nie robiła nic, aby temu zapobiec.
Jak informują farmaceuci, w aptekach brakuje leków stosowanych w takich chorobach jak: cukrzyca, nadciśnienie, choroby tarczycy, astma, przewlekła obturacyjna choroba płuc, alergia. Początkowo problem dotyczył niemal wyłącznie drogich leków oryginalnych, jednakże od pewnego czasu zaczyna również brakować popularnych leków generycznych, zamienników.
Naczelna Izba Aptekarska wystosowała do Ministra Zdrowia apel o podjęcie pilnych działań, mających na celu „wyeliminowanie zaistniałego problemu braku dostępności do produktów leczniczych dla pacjentów”. NIA wskazuje, że każdy z brakujących leków jest stosowany nawet i przez setki tysięcy chorych.
Co gorsza, farmaceuci szpitalni informują, że i w szpitalach brakuje lekarstw, w tym, co szczególnie dotkliwe, niezbędnych leków onkologicznych. Lekarze rozkładają ręce, bo są przecież bezradni.
W poszukiwaniu niezbędnych lekarstw Polacy zaczynają wyjeżdzać do Niemiec. Tam leków nie brakuje, ale kosztują nawet i dziesięć razy drożej niż w naszym kraju.
Z punktu widzenia rządzących takie wyjazdy są jednak korzystne, bo w ten sposób wydawane są prywatne zasoby chorych – a nie pieniądze budżetowe, które są potrzebne na inne cele (np. na muzea Żołnierzy Wyklętych) niż zakupy koniecznych medykamentów.

Rząd mówi: Chin wina

Rząd odpowiedzialnością a brak leków w Polsce obarcza… Chiny – i tłumaczy, że w Państwie Środka w kilku wytwórniach ograniczono produkcję różnych substancji czynnych, które są podstawą każdego leku. Dlatego tych leków u nas nie ma.
To tłumaczenie jest oczywistą lipą. Wszystkie koncerny farmaceutyczne zaopatrują się w substancje czynne z Chin – ale w innych krajach lekarstw jakoś nie zabrakło. W rzeczywistości brak leków w Polsce jest spowodowany świadomą polityką rządu PiS, który robi oszczędności na naszym zdrowiu.
Naczelna Izba Aptekarska policzyła, że dziś prawie pół tysiąca produktów leczniczych w Polsce jest „niedostępnych dla pacjentów”. W tej grupie jest około 300 leków, które podczas rządów PiS są stale zagrożone brakiem dostępności.
Aptekarze próbują ratować sytuację – i zdrowie chorych – poprzez sprzedawanie zamienników, ale i ich zaczyna brakować. Zwłaszcza, że pacjenci, powodowani uzasadnionym niepokojem, zaczynają robić zapasy
medykamentów.
„W ocenie Naczelnej Rady Aptekarskiej sytuacja pogarsza się z dnia na dzień” – stwierdza Naczelna Izba Aptekarska.

Propaganda sukcesu was wyleczy

Jaka jest reakcja obecnej władzy na tę sytuację?. Taka jak zawsze. PiS-owskie media (tzw. „publiczne”) w ramach swej propagandy sukcesu poinformowały, że problem jest już rozwiązany.
To doskonała recepta na wszelkie kłopoty – skoro propaganda rządowa oświadcza, że problem jest rozwiązany, znaczy to,
że go nie ma.
Pacjenci w aptekach wprawdzie tego nie zauważają – ale nie od dziś rozumieją, że teraz w Polsce liczy się rzeczywistość magiczna przedstawiana przez rządowe media, a nie ta codzienna, jaką widzą oni na własne oczy.

Dlaczego Polacy umierają przed czasem?

„Dobra zmiana” spowodowała, że w naszym kraju brakuje leków. Przez ostatnie lata nikt się tym nie przejmował, a liczba zgonów rosła.

Umieralność Polaków w ostatnich kilku latach wzrosła. W styczniu bieżącego roku zmarło o jedną trzecią osób więcej niż w tym samym miesiącu roku ubiegłego.
W efekcie rosnącej liczby zgonów skróci się być może przeciętna długość życia w Polsce. Obecnie Polacy żyją średnio o trzy lata krócej w porównaniu ze średnią wyliczoną dla Unii Europejskiej.

Nie ma się czym leczyć

W sprawie czynników powodujących obecny wzrost umieralności, nietrudno o zgodę – główną winę ponosi stan zdrowia polskiej ludności. Niepokojąco zły – lecz i pogarszający się w minionych kilku latach.
Przyczyny faktu, że osłabienie kondycji zdrowotnej Polaków nastąpiło tak gwałtownie, jawią się dość niewyraźnie.
Ważne miejsce zajmuje hipoteza, iż winę za zwiększoną umieralność ponosi skokowe pogorszenie jakości powietrza przed kilku laty. Wiele wskazuje na to, że jest to rzeczywiście przyczyna istotna – ale na pewno nie jedyna.
Dramatyczne pogarszanie się stanu zdrowia Polaków należy traktować łącznie z – również dramatyczną i radykalną – zmianą na gorsze, jaką stał się ostatnio, zwłaszcza w ubiegłym roku, katastrofalny brak lekarstw w Polsce. Także leków ratujących życie.

Pora umierać

Już w roku 2016 apteczne zamówienia lekarstw w hurtowniach były realizowane terminowo średnio nie więcej niż w 39 procentach. Po dwóch latach, już tylko 14 procent zamówień miało szanse na normalną realizację. Rok bieżący zapowiada się jeszcze gorzej.
Będzie gorzej zwłaszcza w wyniku decyzji Ministerstwa Zdrowia o wstrzymaniu importu znacznej liczby medykamentów, produkowanych za granicą.
Których leków konkretnie nie będzie się już importowało? – tego trudno się na razie dokładnie dowiedzieć – i ani pacjent, ani lekarz nie bardzo wie, gdzie tych danych poszukiwać.
Również apteki niewiele potrafią powiedzieć na ten temat, a urzędnicy ministerstwa i hurtownie leków udzielają odpowiedzi wyraźnie wykrętnych.
Wydaje się, iż wstrzymanie importu obejmie w znacznej mierze te same leki, których wykaz zamieszcza Obwieszczenie Ministra Zdrowia z dnia 14 stycznia 2019 r.
Figuruje na tej liście 338 „produktów leczniczych i środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego”, o których powiedziano tylko tyle, że będą „zagrożone niedostępnością”. Z jakiego powodu będą nią zagrożone i w jakim stopniu, nie wiadomo.
Jak w tej sytuacji ratować zdrowie i życie ludzi, którzy czasami bez tych brakujących specyfików nie mogą się obejść, żadne ministerialne obwieszczenie nie informuje.

Brakuje i będzie brakować

Z wyrywkowych na razie informacji, można wywnioskować, że ministerialna blokada importu dotyczy niemałej liczby leków, także tych koniecznych do ratowania życia.
Między innymi, zaprzestaje się importu preparatów na bazie gamma-globuliny, zdolnych przedłużyć życie nawet o kilkadziesiąt lat, człowiekowi choremu na przykład na białaczkę limfatyczną – umożliwiając mu normalną egzystencję i pracę.
Jeszcze w 2018 r. można było taki preparat dostać w polskich aptekach bez trudu, choć już kosztował bardzo dużo. W roku obecnym, kiedy gamma-globulina stała się już zupełnie niedostępna, zdany na nią człowiek niezamożny musi się liczyć z rychłą śmiercią.
Istnieje niebezpieczeństwo, że coraz więcej osób umrze także w wyniku ograniczeń w dostępności insuliny, leków na chorobę Parkinsona, onkologicznych, przeciwzakrzepowych.
Brakuje w Polsce nawet penicyliny benzatynowej, jedynego skutecznego środka do leczenia kiły nabytej i wrodzonej, na którą zapadalność znowu rośnie, i to podobno dramatycznie. Brak tego antybiotyku w roku 2019 wynika z faktu, że 12 stycznia także i jego import został wstrzymany.

Tylko dla wybranych

Wbrew pozorom, położenia chorych potrzebujących zagranicznych leków, nie poprawi tak zwany import docelowy.
Jest to, istniejąca już od dość dawna regulacja, która pozwala lekarzowi składać w Departamencie Polityki Lekowej Ministerstwa Zdrowia, odpowiednie zapotrzebowanie na leki dla wybranych chorych, potwierdzone pisemnie przez konsultanta z danej dziedziny medycyny.
Informacje o zakresie skuteczności tych procedur są wszakże tak skąpe i niepewne, iż wśród większości lekarzy i pacjentów przyjęła się opinia o fikcyjnym lub prawie fikcyjnym charakterze tej drogi: panuje przekonanie, że w rzeczywistości korzystają z niej co najwyżej niektórzy chorzy, leczeni długoterminowo w szpitalu.
Czasochłonne biurokratyczne procedury w połączeniu z opieszałym działaniem urzędników sprawiają, że przy najlepszej choćby woli lekarzy nie są oni w stanie pomóc w ten sposób znaczniejszej liczbie pacjentów.
Innych możliwości jednak nie ma, gdyż ze względu na zawrotnie wysokie ceny leków w hurtowniach zachodnich, prywatny ich import nie wchodzi praktycznie w grę. Pominąwszy, rzecz jasna, ludzi majętnych lub zaprzyjaźnionych z majętnymi.
Dla przykładu, jedna ampułka Privigenu, czyli 100 gramów wspomnianej gamma-globuliny, kosztuje w aptece niemieckiej prawie tysiąc euro.
Jeśli zważymy, że niejeden chory, by się nie pożegnać z życiem przedwcześnie w dłuższych lub krótszych mękach, potrzebuje rocznie 10 do 12 takich ampułek, nie zdziwimy się, iż takich chorych takich opanowuje czasem rozpacz. Samopoczucie bliskich, którzy nie potrafili się dorobić odpowiedniego majątku, by chorego, będącego w takim położeniu, móc finansowo wspomóc i uratować, jest nietrudne do odgadnięcia. Także dla wielu polskich lekarzy jest to stan rzeczy przyprawiający o głęboką frustrację.

Rząd umywa ręce

Wielką szkodę pacjentom – i lekarzom poszukującym brakujących leków – przynosi też dezinformacja. W szczególności, chodzi o nieprawdziwe informacje hurtowników o medykamentach, rzekomo w handlu dostępnych, a w rzeczywistości zeń wycofanych. Nie pomagają też wymijające i pokrętne odpowiedzi, których udziela Ministerstwo Zdrowia.
Sporo złudnych nadziei stworzyły wyjaśnienia, szukające przyczyn braku leków w aptekach i hurtowniach.
Najpierw pojawiały się, usprawiedliwiające rząd i polityków, rewelacje o zawiązanej przez polskich aptekarzy i hurtowników wielkiej mafii lekowej, która co cenniejsze leki w przemyślny sposób kradnie dla ich zyskownego sprzedawania zagranicą.
Następnie – w pierwszych miesiącach 2018 r. i później – rządowe media ogłaszały triumfalne doniesienia o rozbiciu polskiej mafii lekowej, dzięki czemu „leki wracają do aptek!”. A o wszystkich tych odkryciach i sukcesach władz, Polak dowiadywał się właśnie w czasie, w którym władze te pracowały pilnie nad kolejną blokadą importu, skracającą nasze życie. Nad blokadą importu także tych leków, które ratują życie.
Trudno nie zapytać: jaki jest główny powód tej tragicznej sytuacji? Tego dramatycznego braku leków, jak i ogólnego niedorozwoju opieki medycznej w Polsce?
Niezwykle ważne są tu przyczyny systemowe. Należy do nich przede wszystkim bezradność oszukiwanej ludności wobec egoizmu i wszechwładzy polityków oraz władz państwowych. Ale chodzi także o słabość państwa, które nie potrafi zorganizować w miarę sprawnego systemu zaopatrywania aptek w medykamenty. Słabość również i w stosunku do kapitału, który jest ze swej natury nastawiony na wyzysk – i ma inne priorytety, niż angażowanie się w normalizację sytuacji na polskim rynku leków.
Wygląda na to, że poziom umieralności w Polsce jest w niemałym stopniu zależny od moralności społecznej, współtworzącej obecny system.