Trzech pancernych bez psa

Wysłuchałem i przeczytałem uważnie wypowiedzi premierów trzech krajów – z naszym włącznie – na konferencji prasowej po spotkaniu w Budapeszcie, w dniu primaaprilisowym, czyli 01.04 br. Wiem, że mam narastającą sklerozę i to, co mówią mądrzy ludzie, dociera do mnie coraz trudniej. Nie zdziwiłem się więc, że z tych wypowiedzi niewiele zrozumiałem

O co chodziło?

Do moich rozpadających się komórek kory mózgowej przebiło się z trudem przekonanie, że właściwie tylko trzy grupy problemów, stanowiły podstawę rozmów Panów Premierów

Pierwsza, – że każdy kraj UE powinien mieć prawo do samodzielności w rozwiązywaniu swoich wewnętrznych kłopotów. Unia Europejska nie powinna mu nadmiernie zaglądać do garnka, w którym gotuje pasujące mu rozwiązania prawne i nową przyszłość narodu, czasem opartej na nieco inaczej rozumianej praworządności. Nie może być w Unii podziału na słabszych i silniejszych, wszyscy są równi i mają takie same, unijne, prawa i obowiązki. I tych słabszych nie można bez przerwy atakować i grozić im karami, także w formie ograniczeń finansowania.

Druga, – że Europa jest zbudowana na kulturze chrześcijańskiej. Nasze państwa będą bronić jej podstaw i nie zgadzają się na to, aby wprowadzano jakieś inne, obce nam i sprzeczne z nią, koncepcje i zwyczaje kulturowe. Nie po to robiliśmy kiedyś wyprawy krzyżowe, aby teraz zagrażał nam nie tylko Islam, ale także jakieś LGBTy i Gendery.

I trzecia – widoczny zwłaszcza w słowach i półsłówkach naszego Premiera pogląd, że nie lubimy Rosjan a zwłaszcza rządzącego w niej od lat prezydenta. Nie lubimy dlatego, że zwyczajowo nie lubimy, a zwłaszcza dlatego, że ze zdradzieckimi (w tym zakresie) Niemcami, budują gazociągi Nord Stream biegnące po dnie Bałtyku i nie stosują naszych zasad demokracji.

Ubocznym tematem rozmów była – podobno – pandemia Covid 19. Powinniśmy zwalczać ją razem i dostać więcej szczepionek. Powtórzono więc tylko to, co mówi się niemal od początku pandemii.

Cel

Mam wrażenie, że Wielce Szanowni Panowie spotkali się i prowadzili tą dyskusję właściwie tylko w jednym celu – żeby udowodnić reszcie Europy, że istnieją w Unii trzy państwa niezłomne w dążeniu do suwerenności. Maja one własne, ale częściowo podobne drogi rozwoju i nie pozwolą, aby jakaś unijna Komisja je ciągle atakowała.

Mam też wrażenie, że Panowie nie doszli do pełnego porozumienia. Nie ogłosili przewidywanego przez media powołania nowej, ultraprawicowej partii prawdziwie chadeckiej, ideologicznie opancerzonej i odpornej na wszelkie lewackie zakusy.

Nie jestem dziennikarzem politycznym. Moja wiedza w tej dziedzinie jest „wiedzą tłumu” i podlega nastrojom bardziej lewicowej jego części. Patrząc przez pryzmat tej wiedzy mogę jedynie nieśmiało sformułować przypuszczenia, dlaczego tym razem nasz niezawodny premier nie osiągnął standardowego sukcesu.

Co mogło przeszkadzać?

Teza, że jesteśmy równi, ważni i suwerenni zapewne nie spotkała się z wątpliwościami partnerów budapesztańskich rozmów. Ale mogły budzić wątpliwości przyczyny, dla których Polska jest tak ostatnio krytykowana w UE. Unijne pretensje koncentrują się coraz bardziej na kompletnym bałaganie, jaki wytworzono w naszym wymiarze sprawiedliwości, m.in. lekceważąc zalecenia międzynarodowego Trybunału. Węgry też mają problemy w tym zakresie, ale do bałaganu nie dopuściły. Włochy jeszcze mniej. Poza tym jesteśmy jedynymi w tym gronie, którzy nie chcą zatwierdzenia konwencji stambulskiej i stwarzają ciągłe problemy z LGBT, co także nie przysparza nam sympatii.

Przypuszczam, że mniej sporów w Budapeszcie wywoływała teza o chrześcijańskich źródłach naszej kultury. Ale jednak reprezentowane państwa różnią się znacznie w takich sprawach jak relacje państwo – kościół, aborcja i stosunek do chrześcijan, niebędących katolikami. Nie wszyscy też zgadzają się z obecnymi polskimi zwyczajami, w których rząd chce uchodzić za najbardziej religijną część społeczeństwa, próbuje traktować modlitwę, jako instrument zarządzania, dopuszcza do powstawania zakonnych imperiów gospodarczych, a potem stara się im przypodobać.

My, Oni i Rosja

Najwięcej kontrowersji na tym zebraniu mógł budzić trzeci z wymienionych przeze mnie tematów, – czyli stosunek do Rosji. Tylko u nas panuje trudna do wyleczenia choroba, która opisałem za zamierzchłych czasów na tych łamach, w artykule pt. „Kompleks Putina” (27.06.2019). Rosjanie są w większości zadowoleni ze swego prezydenta. Nasz rząd uważa, że ma prawo oceniać prezydentów innych państw. Nie tylko Rosji. Poddańczo głaskaliśmy Trumpa, z ukrywanym niesmakiem i sztucznym uśmiechem podchodzimy do Bidena.

Nasz premier miał trudne zadanie uzasadniania swojej niechęci do Rosji w sytuacji, gdy pozostali rozmówcy są z nią w dobrych, może nawet bardzo dobrych, stosunkach. Mnie też jest trudno tą niechęć całego pisowskiego środowiska zrozumieć. Oczywiście – musimy pamiętać o historycznych grzechach, ale ich przenoszenie na bieżącą politykę jest zawsze błędem. Aneksja Krymu i częściowa inicjacja walk w Donbasie mogły się nie podobać i spowodowały sankcje. Ale jednak trzeba też pamiętać, że ludność tych obszarów w większości mentalnie, językowo i psychicznie czuje się Rosjanami i że problem powstał dopiero po rozpadzie ZSRR, który „zarządzał” Ukrainą tak samo, jak carska Rosja. A aktualna pretensja o „gazociąg północny” u rozmówców naszego premiera może budzić współczucie, ale ich bezpośrednio nie dotyczy.

PIS popsuł do reszty nasze, może nie za bardzo przyjacielskie, ale względnie poprawne stosunki z Rosją. Były przecież czasy – i to już po PRL, – kiedy często przyjeżdżały do nas rosyjskie zespoły artystyczne, kiedy jeżdżono na urlopy do Soczi i na rejsy po Wołdze, kiedy polskie filmy i seriale święciły tryumfy w rosyjskiej telewizji. Kiedy Mikulski, – czyli Hans Kloss – już za rządów Mazowieckiego, przyciągał tłumy do polskiego ośrodka kultury w Moskwie.

Skutki braku psa

Spotkanie trzech opancerzonych ideologicznie premierów, w pięknym i już wiosennym Budapeszcie, nie dało więc nawet pozytywnego, propagandowego rezultatu. Może gdyby w czasie ich rozmów był obecny przyjazny pies, emanujący jednakową serdecznością do wszystkich zebranych, to przynajmniej niektóre bariery dałyby się pokonać. Ale nie było. A sam Tokaj – nawet z najlepszego rocznika – widocznie nie wystarczył.