Snowden: strach, rany boskie, strach

W 20 krajach, w tym w Polsce, ukazała się książka Edwarda Snowdena „Permanent Record” (u nas wydana pod tytułem „Pamięć nieulotna”).

Jeden z najbardziej znanych sygnalistów na świecie, podobnie jak Julian Assange z WikiLeaks, pozostaje ścigany przez imperium amerykańskie, gdzie grozi mu kara śmierci za „szpiegostwo”. Jedni go zapamiętają z ujawnienia bezprawnych podsłuchów obywateli prowadzonych przez amerykańskie i brytyjskie agencje wywiadowcze, inni z rady, by wyłączone telefony komórkowe zamykać w zamrażalniku lodówki, jeśli chce się tych podsłuchów uniknąć. Wiele państw zawdzięcza mu ochronę przed imperialnym śledzeniem rządów, ale właściwie wszystkie odmawiają mu azylu ze strachu przed imperialnym gniewem.
Historia ucieczki Snowdena to historia pewnego moralnego kontrastu: grupka uchodźców ze Sri Lanki dała mu azyl, ale nie zdecydowało się na to żadne z państw „demokratycznych”. Gdy były pracownik CIA i NSA w czerwcu 2013 r. uciekał do Hongkongu ze swymi czterema laptopami, by udostępnić tam międzynarodowym mediom dowody na amerykański totalitaryzm, uważano go za bohatera. Największe tytuły, dopóki nie zamknięto im ust, publikowały rewelacje na temat skandalicznego postępowania imperium amerykańskiego nie tylko wobec swych własnych obywateli, ale i cudzych rządów. Przez dwa tygodnie nikt nie wiedział, gdzie on jest, zanim nie wsiadł do samolotu do Moskwy, skąd miał lecieć dalej. Nie poleciał, bo zapanował ogólnoświatowy strach.
Jego adwokat z Honkongu wpadł na pomysł, by ukryć go tam, gdzie nikt się nie mógł tego spodziewać: w malutkim mieszkaniu uchodźców ze Sri Lanki i Filipin, którym pomagał załatwić prawo pobytu. Ci ludzie, gdyby poszli na policję, dostaliby więcej niż mogli kiedyś sobie wyobrazić: duże pieniądze i wymarzone prawo pobytu. Wiedzieli o tym, ale nie zdradzili. Dwoje z nich dostało w końcu (w tym roku) azyl w Kanadzie, ale rodziny są rozdzielone, a ci, którzy pozostali w Hongkongu, cierpią prześladowania: od 2016 r., kiedy Oliver Stone nakręcił swego Snowdena, są regularnie aresztowani, przesłuchiwani, pod groźbą deportacji do swych krajów, gdzie grozi im śmierć. A jednak nie żałują, wiedzą, co znaczy ściganie przez brutalne państwo.
Snowden w tym czasie złożył wnioski o azyl w prawie 30 krajach, od Francji i Niemiec po Indie i Brazylię. Wszędzie powiedziano mu „niet”, oprócz Rosji, gdzie dostał prawo tymczasowego pobytu, do przyszłego roku. Zaczął więc szukać innego miejsca na ziemi. W tym tygodniu udzielił wywiadu francuskiemu radiu publicznemu France Inter, w którym ponownie wyraził chęć osiedlenia się we Francji. W 2013 r. prezydent Hollande, neoliberalny „socjalista”, nie chciał sobie psuć stosunków z imperium, odmówił. Czy Emmanuel Macron się zgodzi? Od kiedy prezydent Trump zaczął nazywać go na Twitterze „głupkiem”, Macron zaczął demonstrować coś w rodzaju niezależności. Zawiedziona miłość francuskiego prezydenta do Trumpa byłaby więc szansą Snowdena. Ale USA mają tyle narzędzi nacisku politycznego, że wielu obserwatorów widzi to sceptycznie.
„To kwestia nie tylko Francji, ale całego świata zachodniego, systemu, w którym żyjemy. Nie ma nic wrogiego w ochronie sygnalistów. Przyjęcie kogoś takiego jak ja nie oznacza od razu ataku na Stany Zjednoczone” – przekonywał Snowden w radiu, ale raczej nie rozproszył politycznego strachu. Pałac Elizejski odpowiedział milczeniem, może się zastanawia? „Nikt nie chce, by Francja stała się taka jak kraje, których się nie lubi. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że jedynym miejscem, gdzie amerykański sygnalista może swobodnie rozmawiać jest Rosja, a nie Europa” – mówił Snowden w wywiadzie, który w całości zostanie nadany jutro. Czy czeka go rozczarowanie? Reżim Macrona nie jest mniej opresyjny od innych, a i gdzie indziej wszyscy się boją, choćby przyznawali sygnaliście pełną rację i wyrażali wdzięczność. Na naszej planecie panuje strach, który trudno będzie przezwyciężyć.

Zbrodnia Mansona po półwieczu

Bel Air powtórnie odwiedzone

Trzy lata po mordzie dokonanym 9 sierpnia 1969 roku przez bandę Charlesa Mansona w willi Romana Polańskiego w Kalifornii, ukazała się w Polsce niewielka książeczka Krzysztofa Kąkolewskiego poświęcona tej sprawie, zatytułowana „Jak umierają nieśmiertelni”. Kąkolewski zajął się nie tylko zbrodnią w wilii „Bel Air”, ale także osobą samego Polańskiego i jednym z jego akolitów, też wtedy zamordowanym, Wojciechowi Frykowskiemu, w tym także sensacyjnym faktom z dziejów jego łódzkiej rodziny. Lektura, zwłaszcza jak na owe czasy, była fascynująca. Od tej pory ta mroczna historia sprzed pół wieku nigdy już nie wyszła poza orbitę mojego zainteresowania. Dlatego z prawdziwym zaciekawieniem sięgnąłem po obszerną rzecz autorstwa dziennikarzy O’Neilla i Piepenbringa.
W porównaniu z nią niewielkie dziełko Kąkolewskiego to niewielka (acz smaczna) opowiastka w zestawieniu z prawdziwie gigantyczną opowieścią. Książka O’Neilla jest zapisem ponad 20 lat dziennikarskiego śledztwa, próbą stworzenia syntezy, która obszernością i głębokością ujęcia rywalizowałaby z kanoniczną książką „Helter Skelter” autorstwa prokuratora Vincentego Bugliosi, który przez wiele lat zajmował się sprawą. O’Neill prowadzi nas przez gęsty i ciemny bór, jaką jest sprawa mordów bandy Mansona, porusza setki wątków i personaliów, stawia liczne pytania i hipotezy. O’Neill podważa oficjalną wersję wydarzeń, acz – trzeba to zauważyć – sam nie formułuje niepodważalnych wniosków co do ich rzeczywistego przebiegu. „Z kim naprawdę zadawał się Manson i jak daleko posunęli się jego hollywoodzcy przyjaciele, żeby ukryć swoje powiązania? Dlaczego policja go nie powstrzymała, mając ku temu tak wiele okazji? I jak Manson zdołał przeistoczyć grupę dobrodusznych hipisów w bezlitosnych zabójców?
Podążając tropem zagadek i zastanawiających zbiegów okoliczności, autor szuka odpowiedzi wśród gwiazd Hollywood i byłych agentów służb specjalnych, kreśli fascynujący obraz Kaliforni lat sześćdziesiątych XX wieku, kiedy szarlatani uchodzili za geniuszy, wolna miłość była tak samo realna jak pranie mózgu, a utopijne światy znajdowały się w zasięgu narkotykowego odlotu” – jak formułuje problematykę książki wydawnictwo. Jeśli jednak ktoś spodziewałby się, że O’Neill przekazał opinii publicznej i nam, czytelnikom jego książki, jakąś niepodważalną prawdę o tym mordzie ten będzie zawiedziony. Autorzy podsunęli nam wiele tropów, śladów, sugestii, ale żadnej ostatecznej prawdy nie ogłosił.
Ogrom, gąszcz informacji jakie zaserwował na ponad sześciuset stronach nie czyni tej lektury łatwą. Trzeba samemu oceniać fakty wiązać je z innymi. Nie jest to łatwe tym bardziej, że przecież zwykły czytelnik, pozbawiony profesjonalnych instrumentów oceny sprawy, nie jest w stanie dokonać miarodajnej oceny treści pomieszczonych w książce. Jednak mimo to, a może raczej właśnie dlatego, książka dziennikarskiego duetu jest prawdziwie zajmująca, a momentami fascynująca.

Tom O’Neill, Dan Piepenbring – Manson. CIA, mroczne tajemnice Hollywood”, przekł. Radosław Maciejewski, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2019, str. 635, ISBN 978-83287-1169-3

Zbrodnia Mansona – 50 lat później

W najbliższych dniach nakładem wydawnictwa „MUZA” ukaże się pasjonująca książka Toma O’Neilla „Manson. CIA, narkotyki, mroczne tajemnice Hollywood” (przekład Radosław Madejski). Data premiery 17 lipca 2019.

W sierpniu upłynie 50 lat od chwili, kiedy Charles Manson zleca członkom swojej sekty brutalne morderstwa w Hollywood. W ciągu dwóch dni ginie siedem osób, w tym Sharon Tate, żona Romana Polańskiego.
Pół wieku później Tom O’Neill, dziennikarz i pisarz publikuje demaskatorski reportaż oparty nanieznanych bądź zatajonych faktach, zeznaniach i dokumentach, obalający oficjalną wersję tych wstrząsających wydarzeń. Jeśli myślisz, że znasz prawdę, mylisz się. „Manson. CIA, narkotyki, mroczne tajemnice Hollywood” to efekt ponad 20-letniego dziennikarskiego śledztwa.
Co naprawdę wydarzyło się latem 1969 roku? Czy Manson został słusznie skazany? Co zataiła policja? Dowiesz się już 17 lipca, trzy tygodnie przed wejściem do kin poruszającego ten sam temat nowego filmu Quentina Tarantino „Pewnego razu w Hollywood”, inspirowanego historią Mansona, jego związkami ze światem Hollywood oraz narkotycznym duchem Kalifornii lat 60. XX wieku.
Co się wtedy wydarzyło? 8 sierpnia 1969. Na pierwszych stronach dziennika „Los Angeles Times” informacje jak co dzień: W szpitalu głównym nie udało się uratować życia rannego policjanta. Uchwalono nowy budżet dla szkół. Naukowcy wciąż dyskutowali o pierwszych krokach człowieka na Księżycu, a z Londynu napłynęły doniesienia, że Beatlesi kończą nagrywać album „Abbey Road”.
Nic nie zapowiadało, że to ostatni tak spokojny dzień w Kalifornii, a zarazem koniec niewinnej hipisowskiej ery Peace, Love and Empathy. Po zachodzie słońca Charles Manson, rękami swoich wyznawców, dokona mordu, o którym usłyszy cały świat.
W dniu śmierci 26-letnia Sharon Tate była w ósmym miesiącu ciąży. Wraz z trójką przyjaciół spędziła spokojny dzień w swojej willi przy Cielo Drive w Hollywood. Sekta Mansona włamuje się do domu w nocy, kiedy śpią. Zabijają powoli, rozkoszują się cierpieniem i błaganiami swoich ofiar. Każda z nich ginie od kilkudziesięciu pchnięć nożem. Martwe ciało Sharon znaleziono w bawialni. Na drzwiach do pokoju widniał napis „Pig” („świnia”), napisany jej krwią. Dlaczego zginęli właśnie oni? Czy aby na pewno był to niefortunny zbieg okoliczności, jak głosi oficjalny raport policji?
​O’Neill przez ponad 20 lat szukał odpowiedzi na te pytania. W materiałach policyjnych i prokuratorskich znalazł setki nieścisłości. Z kim tak naprawdę zadawał się Manson i jak daleko posunęli się jego hollywoodzcy znajomi, żeby ukryć swoje powiązania? Dlaczego śledczy nie powstrzymali go, mając ku temu tak wiele okazji? Czy handlarze narkotyków, którzy znali Mansona, mogli zatrudnić go do zainicjowania mściwej masakry w willi Polańskich? Reportaż „Manson. CIA, narkotyki, mroczne tajemnice Hollywood” to całkowicie nowy obraz morderstwa, które wstrząsnęło światem. Zawiera setki niepublikowanych wywiadów i dziesiątki nieznanych opinii publicznej dokumentów z archiwów policji, FBI i CIA. Zgłębiając tajemnicę sprzed pięćdziesięciu lat, autor podąża tropem zagadek i mrocznych sekretów Hollywood. Szokująca prawda, do której dotarł, dopiero teraz ujrzy światło dzienne. Współautorem książki jest Dan Piepenbring, dziennikarz i redaktor, współpracujący m.in. z „New Yorkerem”.

Co będzie z Ameryką, kiedy spisku brak?

Upadek Russiagate i gnicie kapitalizmu

W USA trwa burza wokół końcowego raportu komisji Roberta Muellera. Całości tekstu jeszcze nie ujawniono. Wiadomo tylko, że etatowi tropiciele „agentów Putina” mają dobre powody, by niejedną noc przepłakać do poduszki. Oczywiście kochają Amerykę. Tylko czym ta Ameryka dla nich jest?
– Właśnie przegraliśmy wojnę z Rosją, bez żadnej bitwy. Nie jesteśmy już wolnym narodem, nie jesteśmy już demokracją. Jesteśmy ofiarami bezkrwawego przewrotu – na razie bezkrwawego – zorganizowanego przez Rosję, przy w najlepszym razie zdradzieckim zobojętnieniu ze strony Republikanów i Donalda Johna Trumpa (…) Rosjanie chcieli, by ten człowiek rządził naszym krajem i dopięli swego!
Tak w listopadzie 2016 r. grzmiał Keith Olbermann, gwiazda telewizji MSNBC, nazywając Donalda Trumpa “ruską swołoczą” i ostrzegając Amerykanów, że jeżeli żadna z państwowych instytucji nie przeszkodzi mu w objęciu urzędu prezydenta, to wolnych wyborów w Stanach Zjednoczonych już nie będzie. Od tamtej pory głośna afera ochrzczona – całkiem nieironicznie – mianem Russiagate stała się oczkiem w głowie Partii Demokratycznej i sympatyzujących z nią liberalnych mediów. Były to dzienniki New York Times i Washington Post, kanał CNN i wspomniany MSNBC, gdzie oprócz Olbermanna w tropieniu zdrady stanu przodowała Rachel Maddow, niekwestionowana królowa telewizyjnego “ruchu oporu przeciwko Moskwie” w Waszyngtonie, otwarcie nazywająca Trumpa “rosyjskim agentem”.
Biorąc pod uwagę dwuletnie patriotyczne wzmożenie w środowisku, które samo się uważa za światłe, trudno od razu pojąć, czemu Rachel Maddow wyglądała jakby zaraz miała się rozpłakać, kiedy 22 marca informowała widzów o tym, że końcowy raport głównej komisji niezmordowanie tropiącej najdrobniejsze ślady spisku między Trumpem i Putinem, wedle dostępnych danych uwalnia prezydenta od podejrzeń o zdradę kraju. Ameryka jest wolna. Skąd więc gorycz? Cóż, liberalno-lewicujące media włożyły tyle serca i pasji w nakręcanie antyrosyjskiej histerii w imię “wolności i demokracji”, że gdy nagle pękł balonik Russiagate, ich gwiazdy mają prawo czuć się, jakby straciły ponad dwa lata życia. Kraj owszem, uratowany, “najmojsza racja” – przeciwnie. Powód do łez, jak widać, jest. Do wstydu… niekoniecznie. Dziś wiadomo, że opowieść o “przejęciu USA przez Rosję” była wyłącznie bajką. Nie warto jednak liczyć na to, że ci, którzy rozpuścili ten fake news, choć przez chwilę pomyślą o sobie jako o kłamcach.

Russiagate: racja najmojsza

22 miesiące działania osławionej komisji Roberta Muellera zakończyły się sporządzeniem przez przewodniczącego sprawozdania i przekazania go jego zwierzchnikowi, prokuratorowi generalnemu Williamowi Barrowi. Raport nadal nie został upubliczniony. Wszystko, co do tej pory wiadomo o zawartości dokumentu, wiadomo z pisma na ten temat, jakie Barr skierował do Kongresu. W swoim memorandum streszcza on wyniki śledztwa Muellera, sprowadzając rezultaty do dwóch zasadniczych tez. Po pierwsze, komisarz nadzwyczajny “nie znalazł dowodów na to, że sztab wyborczy Donalda Trumpa lub ktokolwiek z nim związany, spiskował lub współpracował z rządem Rosji” w próbach wpłynięcia na wynik wyborów prezydenckich w 2016 r. Po drugie, Mueller nie udzielił rozstrzygającej odpowiedzi na pytanie, czy prezydent dopuścił się “obstrukcji wymiaru sprawiedliwości” w trakcie pełnienia czynności śledczych przez komisję.
Wynik śledztwa jest miażdżącym ciosem dla Demokratów i sprzyjających im dziennikarzy, którzy w okresie ostatnich dwóch lat postawili wszystko na jedną kartę: Russiagate. Ewentualność, że Trump kolaborował z rosyjskimi służbami, by w zamian za odpowiadającą Moskwie politykę zausznicy Władimira Putina zmanipulowali na jego korzyść wybory, nie występowała w narracji mediów i polityków jako hipoteza, a jako fakt – jako realny, stwierdzony w zasadzie naocznie stan zagrożenia kraju: opanowanie Białego Domu przez wysłanników Moskwy.
Ktoś, kto przez dwa i pół roku wyraża się w tonie pewności ma zazwyczaj problem ze zmianą zdania w zetknięciu z faktami. Demokraci więc, co zrozumiałe, reagują histerycznie. Próbują podważać wiarygodność opinii prokuratora Barra, zarzucając mu stronniczość, tak jakby wierzyli w to, że w sytuacji, gdyby Barr kłamał na temat treści raportu, sam Mueller, któremu ufają bezgranicznie, siedziałby cicho i nie wychylał się. Korzystając z faktu, że raport nadal nie został upubliczniony, Jerrold Nadler, członek demokratów przewodniczący komisji sprawiedliwości Izby Reprezentantów otwarcie oskarżył prokuratora generalnego o stronniczość i naciąganie ustaleń Muellera w interesie Trumpa.
Od kiedy tylko Donald Trump objął urząd, partia Nadlera robiła wszystko, by oskarżenia pod jego adresem potraktować jako sposobność do wszczęcia impeachmentu. Teraz działa u nich mechanizm utopionych kosztów: czują że muszą dalej jeść tę żabę, nawet jeśli dalszy ciąg Russiagate musiałby przerodzić się w walkę z samym departamentem sprawiedliwości. W tej sytuacji nie tylko oni żądają jak najszybszego ujawnienia pełnej treści sprawozdania. Apelują o to również Republikanie, świadomi, że bez tego nie rozstrzygnie się ostatni etap rozgrywki. Rzeczywiście będzie musiało do tego dojść. Bez upublicznienia wyników postępowania w sprawie o takiej randze, po wsze czasy pozostanie ona tak przedmiotem jak i motorem samonapędzającej się irracjonalnej jatki politycznej. Z drugiej strony, już w tej chwili wydaje się to sednem amerykańskiej polityki.
Liberalne media, które rozkręciły całą aferę, również nie stanęły na wysokości w reakcji na memorandum Barra. New York Times przykładowo, relacjonując wnioski prokuratora generalnego, nie do końca chyba przyjął do wiadomości, że “Trump nie współpracował”. Doniesienia na ten temat opatrzono w dzienniku kuriozalnym komentarzem pt. “Nie potrzebujemy czytać raportu Muellera”, nie pozostawiającym wątpliwości, że Donald Trump jest urodzonym kłamcą, że dochodzenie dowiodło, iż jego ludzie kłamali, a zatem i specjalny komisarz dał się okłamać. Czołowy tytuł stojący na straży “wartości demokratycznych” swoje zatem wie i żadnych komisji mu nie potrzeba. W przekonaniu redakcji Trump jest winny z założenia i kropka. To kwestia nie wymagająca dyskusji.
Część komentatorów podkreśla, że powodzenie śledztwa Muellera doprowadziło do postawienia wielu zarzutów ludziom z otoczenia Trumpa, dlatego pogoń za “agentami Putina” należy uznać za owocną. Nic podobnego. Postawione zarzuty dotyczą nie współpracy z Rosjanami, a oszustw i krętactw, którymi nabrzmiały biznesy Donalda Trumpa, a które wyszły “w praniu”. Najbardziej wpływowa z osób, które w ten sposób wpadły, Paul Manafort, szef kampanii prezydenckiej Trumpa w 2016 r., został skazany za ujawnione w trakcie śledztwa przekręty podatkowe. Komisja została powołana w jednym celu: ustalenia, czy Trump dopuścił się współpracy z Rosjanami, zagrażającej suwerenności USA. I z nadzieją na potwierdzenie tej tezy liberalne media kibicowały Muellerowi. Dzisiaj jest pewne: przegrali z kretesem.
Egzamin zdały z kolei niewielkie lewicowe media antyestablishmentowe, takie jak The Intercept, The Real News, Truthdig, Democracy Now! czy Counterpunch, które mimo że pałają odrazą do Trumpa, w narracji o “agenturze Putina” widziały od początku przede wszystkim polityczną nagonkę, grę pozorów i niesmaczny spektakl w interesie elit wycierających sobie usta “patriotyzmem” i “dobrem kraju” i korzystających z okazji, by odwrócić uwagę ludzi od stanu, w jakim zostawiły USA po upływie kadencji Baracka Obamy. Znaleźli się niezależni i utytułowani dziennikarze, jak Glenn Greenwald, którzy w ciągu dwóch i pół roku bicia piany przez mainstream, potrafili jednak trzeźwo oddzielić suche fakty od fikcji.
To polowanie na czarownice, gdzie oskarżenia starczyły za dowody, przyprawiło wielu o skojarzenia z ponurymi czasami maccarthyzmu w latach 50. XX w – na szczęście jednak objęło prawie wyłącznie bogaczy z otoczenia Trumpa, nie ludzi kultury, nauki i działaczy społecznych. Po raz kolejny sprawdziła się zasada: “Jeśli mówią o patriotyzmie, to znaczy że znowu coś ukradli”. Skorzystać z tej mądrości potrafiła przede wszystkim konsekwentna lewica – zawsze sceptyczna wobec sloganów o “ojczyźnie” i “kraju wolnych ludzi”, z zażenowaniem patrząca na straszenie Amerykanów Rosją w zimnowojennym duchu. Na tle Russiagate doszło wszak do zalewu amerykańskiej opinii publicznej falą żenujących i niebezpiecznych fake newsów, łącznie z sensacją, którą upowszechniał m.in. Washington Post, że Rosjanie zhakowali sieć energetyczną w USA i są o krok o wyłączenia Amerykanom prądu na zimę.

Russiagate: historia szaleństwa

Tak bezpardonowy atak na Trumpa nie miałby miejsca, gdyby nie polityczne zaangażowanie służb wywiadowczych, których wierchuszka od początku wyborów w 2016 r. sprzyjała Hillary Clinton ze względu na jej jednoznacznie antyrosyjską i antyirańską politykę zagraniczną oraz personalne powiązania z obozem Demokratów. Po “szokującym” zwycięstwie Trumpa kierownictwo CIA i FBI chętnie podjęło temat podejrzeń wobec Trumpa o spisek z Rosjanami, “wrzucony” pierwotnie przez sztab Clinton po ujawnieniu jej kompromitujących maili przez Wikileaks. Demokraci zaczęli krzyczeć o rosyjskiej prowokacji. Służby zaczęły wydawać oświadczenia i analizy pisane językiem żądnej sensacji prasy, byle tylko dać mediom powód do drapieżnego ataku na prezydenta-elekta. Tytuły prasowe, które kilka lat wcześniej broniły Snowdena i Assange’a przed waszyngtońskimi służbami, w obliczu zagrożenia “wrogiem demokracji” Donaldem Trumpem, postanowiły bezkrytycznie polegać na każdym słowie CIA i FBI – do tego stopnia, że obydwu sygnalistów, hołubionych wcześniej jako ikony walki o demokrację, uznały w końcu za “agentów Putina”.
Nastawienia mediów nie zmieniło to, że pierwszy raport CIA, rzekomo dowodzący zhakowania przez Rosjan skrzynek mailowych Hillary Clinton i Johna Podesty, zostały wyśmiane przez środowisko ekspertów od cyberbezpieczeństwa. Nie zmienił go fakt, że raport połączonych służb opublikowany w styczniu 2017 r. powstał z naruszeniem reguł i składał się wyłącznie z ogólnikowych formułek sugerujących m.in., że już samo istnienie telewizji RT jest zamachem na suwerenność USA. Nie zmienił jej fakt, że FBI posunęło się nawet do opierania swych wniosków na absurdalnym “raporcie” Christophera Steela, którego czołowe media same wcześniej nie chciały publikować, bo uznały go za stek niepotwierdzonych plotek oczerniających Trumpa w celu szantażu. Wszystko to przestało się już wówczas liczyć. Czołowe media bezdyskusyjnie orzekły: Ameryka w szponach Putina. Bo CIA tak mówi.
Końcowe wnioski Muellera z prawie dwuletniego śledztwa przyznają – jak informuje William Barr – że działania Rosjan zmierzające do wyborczego wzmocnienia Trumpa faktycznie miały miejsce. Raport potwierdza zarzuty wobec osławionej Internet Research Agency, która miała prowadzić “dezinformację” w mediach społecznościowych, to jednak sprawa małego kalibru. Istotne jest to, że Mueller podtrzymał też tezę o ataku hakerskim Rosjan na serwery Demokratów, z których wykradziono materiały (faktycznie) kompromitujące Clinton i jej stronnictwo w partii, a następnie dostarczono je Wikileaks. Na tej podstawie Mueller już kilka miesięcy wcześniej sporządził akt oskarżenia wobec 12 obywateli Rosji.=
Trudno uznać to za dowód cyberagresji Rosjan, bo dowodów może dostarczyć tylko proces sądowy. Ten zaś prawdopodobnie w ogóle się nie odbędzie lub do niczego nie doprowadzi, ponieważ służby wywiadowcze – a tylko od nich mogą pochodzić przesłanki, na których oparł się Mueller – mają pełne prawo zasłonić się klauzulą tajności i odmówić ujawniania źródeł. Ukazały się poza tym co najmniej dwa amerykańskie raporty eksperckie kwestionujące sposób, w jaki zdaniem Muellera Rosjanie mieli wejść w posiadanie e-maili Hillary Clinton. Najbardziej wiarygodnym źródłem potwierdzającym jakkolwiek tezę o “rosyjskiej ingerencji” okazał się dotychczas syn samego prezydenta, Donald Trump Jr. Przesłuchiwany przez komisję Muellera, plącząc się w zeznaniach, przyznał on w końcu, że podczas głośnego spotkania w Trump Tower w czerwcu 2016 r. jako członek sztabu wyborczego swojego ojca otrzymał on pochodzącą od Rosjan ofertę pomocy w “załatwieniu” kandydatki Demokratów.
Oburzenie, jakie w świecie zachodnim wywołuje myśl o tym, że Rosjanie mogli skutecznie pomóc Trumpowi, a nawet że w ogóle tego próbowali, jest raczej wyrazem liberalnej pruderii i obłudnej zasady “amerykańskiego ekscepcjonalizmu”, niż szczerej wierności demokratycznym wartościom. Publika szkalująca Trumpa na zawołanie Rachel Maddows nie podnosiła tak epickiej wrzawy w związku z powtarzającymi się zbrodniczymi agresjami USA na suwerenne państwa, np. na Irak. Nie dostrzegają analogii z faktem, że “doradcy” z USA wygrali dla Borysa Jelcyna wybory w 1996 r., czym magazyn Times otwarcie się wówczas chwalił na okładce pisząc: “Usadziliśmy swojego człowieka na Kremlu”, a Zbigniew Brzeziński cieszył się wtedy, że “rosyjska gospodarka przejdzie na konto USA”.
Demokraci i ich wyborcy ze zrozumieniem obserwują obecne wysiłki Trumpa na rzecz obalenia rządu Nicolasa Maduro w Wenezueli – oczywiście pod hasłem “przywracania demokracji”. Bądźmy szczerzy: jeżeli doszło do próby wsparcia kampanii Trumpa przez Rosjan, to był przysłowiowy “mały Pikuś”. Straszenie Putinem ma przede wszystkim podłoże rusofobiczne, zakorzenione w mitach “cywilizowanego Zachodu” i “dzikiego, barbarzyńskiego Wschodu”. Jest to poza tym doskonała okazja do utwierdzenia samych siebie w przekonaniu o wielkości i unikalności amerykańskiej demokracji. Szkoda jednak, że coraz częściej w tę demokrację wątpią nawet amerykańscy politolodzy. O jakiej bowiem demokracji może być mowa, kiedy Kongres w połowie składa się z milionerów, a analizy statystyczne pokazują, że społeczne poparcie dla inicjatyw ustawodawczych ma zerowe przełożenie na szanse przyjęcia ich przez Izbę i Senat?

Russiagate: kapitalizm

W 2019 r. trudno zachowując przytomność umysłu twierdzić jednocześnie, że Trump jest agentem Kremla w Waszyngtonie – i to zupełnie abstrahując od ustaleń komisji Muellera. Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych pozostaje całkowicie antyrosyjska, a stosunki między obydwoma krajami są gorsze niż pod koniec kadencji Obamy. Zaostrzenie sankcji to jeszcze nic. Odżywają najgorsze demony zimnej wojny: stoimy u progu nowego wyścigu zbrojeń i prężenia przez mocarstwa muskułów nuklearnych po tym, jak rząd Trumpa postanowił jednostronnie wycofać USA z układu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej średniego zasięgu. Prezydent postanowił na dodatek otwarcie zbroić Ukrainę przeciwko Rosji, nawet w sytuacji, gdy Kongres zwątpił w sens dalszego popierania ukraińskiej skrajnej prawicy.
Donald Trump wbrew niedawnym deklaracjom nie zamierza wycofywać reszty wojsk z Syrii ani z Iraku, idąc w ten sposób na pogłębienie konfliktu z Rosją. Zarzewiem kolejnej wasni z Moskwą staje się Wenezuela. Jest również na prostej drodze do wojny z Iranem, która była odwiecznym marzeniem Hillary Clinton. Jeśli więc faktycznie w 2016 r. obiecywali sobie coś po Trumpie, bo na złość “Killary” głosił hasło polityki “nieinterwencji”, to postawili na złego konia. “Dobrego” zresztą być nie może, bo nawet Trump – chodzący pomnik megalomanii – nie jest w stanie rządzić wyłącznie według własnego widzimisię. Każdy prezydent USA jest zakładnikiem amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, dla którego samo istnienie Rosji zawsze będzie pretekstem do wszczynania kolosalnie zyskownych wojen. A antyrosyjska panika “obrońców demokracji” w USA jest jak woda na młyn najagresywniejszych “jastrzębi” z CIA, Pentagonu i lobby zbrojeniowego.
Czym więc była Russiagate i czym może być w kolejnych swych odsłonach? Na pewno nie miała nic wspólnego z aferą Watergate – co najwyżej jako jej parodia. Siła i znacznie Watergate opierały się bowiem na wyrokach amerykańskich sądów, a nie na medialnej nagonce żywiącej się tym, co prasie podrzuci CIA. Pogoń za “agentami Putina” była bez wątpienia spektaklem, dzięki któremu Demokraci i ich media miały nadzieję zmieść przeciwnika bez konieczności rozliczania się z ich smutnym dorobkiem, który sprawił, że sfrustrowane masy wolały w 2016 r. zagłosować na politycznego klauna, jawnego rasistę, mizogina, mitomana, miliardera-chama, który kobiety “łapie za cipę” i obiecuje posłać do diabła wszystko co nieamerykańskie, niż na ich “damę”, reprezentującą podobno demokratyczne wartości i poprawność polityczną.
Wraz z upadkiem Russiagate Trump dostał wymarzone paliwo wyborcze na przyszłoroczne wybory. Ktokolwiek zechce rzucić mu poważne wyzwanie, będzie musiał przeciwstawić jego nienawistnemu show umiejętność i odwagę podjęcia palących problemów społecznych przygniatających większość Amerykanów w ich codziennym życiu. To nierówności sięgające poziomu absurdu; podporządkowanie państwa i gospodarki najbogatszemu jednemu procentowi; niekończąca się recesja; nieprzerwane bogacenie się bogatych i biednienie biednych; obozy namiotowe w metropoliach, gdzie koczują nędzarze, którzy potracili domy. To miażdżące koszty opieki zdrowotnej; konieczność chwytania się przez ludzi kilku prac, by przeżyć do pierwszego; “śmieciowe” zatrudnienie; deterioracja infrastruktury i usług publicznych; studencka spirala zadłużenia na opłacenie czesnego; rosnąca represyjność policji; pękające w szwach więzienia prowadzone jako intratny biznes…
Tak przedstawia się USA po ośmioletnich rządach Obamy, który osobiście chwalił się przed przedstawicielami Wall Street, że jego prezydentura uczyniła ich tak bogatymi, jak jeszcze nigdy nie byli. To jest porządek klasowy, który reprezentują Demokraci. Nie ma możliwości, by zmierzyli się z Trumpem na tym gruncie w sposób wiarygodny dla społeczeństwa coraz bardziej niechętnego oderwanym od rzeczywistości elitom. Są bowiem częścią elity na równi z Trumpem. On ma dla ludzi bajkę o “Wielkiej Ameryce” podlanej pobudzającym sosem ksenofobii. Tamci zaś myśleli, że opowiedzą lepszą bajkę, a “ciemny lud to kupi” – stąd “Ameryka w szponach Putina”. Część Demokratów pewnie sam w nią uwierzyła.
Wszystko, co najgorsze w polityce Donalda Trumpa: szczucie na imigrantów i zamykanie meksykańskich dzieci w obozach koncentracyjnych, lekceważenie zubożenia społeczeństwa i coraz wyższe koszty życia, ulgi podatkowe dla najbogatszych, policyjna przemoc dla najbiedniejszych, postępująca katastrofa ekologiczna, uwikłanie w niekończące się wojny pożerające już setki miliardów dolarów – to tylko nasilenie tendencji, które rozwijały się za Obamy. I to nie z powodu indywidualnej polityki głowy państwa. Rzecz w tym, że konsekwentna krytyka Trumpa nieuchronnie musi prowadzić do krytyki kapitalizmu w jego schyłkowej, gnijącej wersji, który trwa głównie dzięki sprzedaży ludziom fantazji lub napuszczaniu ich na siebie nawzajem. Trump robi to doskonale. Okazało się Amerykanom można z powodzeniem wciskać obrzydliwość, cynizm i przemoc kapitalizmu, jego wściekły darwinizm społeczny, bez żadnych upiększających pozorów, jedynie z rozbrajającym uśmiechem opalonego w solarium “Janusza biznesu”, urągającego bez ogródek kolorowym, “pedałom” i feministkom. Demokraci są po staroświecku przywiązani do pozorów demokracji, namiastki równości, która ma utrzymywać z ryzach porządek klasowy. Trump dowiódł, że to już nie działa. Po bladze straszenia Putinem kompletnemu wypaleniu uległ turbopatriotyzm w wydaniu “szlachtnym”. Nowej drogi politycznej na razie nie widać. Nie widać autentycznej siły społecznej. Nie widać nadziei dla Ameryki.

Nóż w plecy Trumpa

Dżamal Chaszodżdżi został zamordowany na osobiste zlecenie księcia Muhammada ibn Salmana – do takich wniosków doszło CIA i, co znaczące, wnioski te zostały podane do wiadomości publicznej na łamach „Washington Post”. Ameryka straci sojusznika nad Zatoką?

 

Pismo dodaje, że administracja USA uznała wnioski CIA za „bardzo godne zaufania”. Ani jednak Biały Dom, ani Departament Stanu nie zdecydowały się na oficjalny komentarz. Deklaracje opublikowane na łamach prestiżowego dziennika wprost przeczą oficjalnemu stanowisku rządu Arabii Saudyjskiej. Ultrakonserwatywne królestwo nieustannie zaprzecza, by następca tronu i najbardziej wpływowy człowiek w dynastii Saudów nakazał zamordowanie Chaszodżdżiego. W ubiegłym tygodniu saudyjski prokurator zapowiedział, że będzie żądał kary śmierci dla pięciu mężczyzn, którzy brali bezpośredni udział w zabójstwie – przekonując, że mieli „tylko” uprowadzić dziennikarza, a nie pozbawiać go życia. Dość powszechnie odczytano to jako zapowiedź zacierania śladów i likwidowania niewygodnych świadków.

„Washington Post” poinformował, że CIA doszła do takich, a nie innych wniosków, na podstawie analizy szerokiej bazy zdobytych informacji. Wśród dowodów wskazano nagraną rozmowę między Dżamalem Chaszodżdżim a ambasadorem Arabii Saudyjskiej w USA księciem Chalidem ibn Salmanem (rodzonym bratem Muhammada). Dyplomata zapewniał dziennikarza, że udanie się do stambulskiego konsulatu po dokumenty niezbędne do zawarcia małżeństwa nie wiąże się dla niego z niebezpieczeństwem. CIA nie ma wątpliwości, że rozmowa – którą zainicjował Chalid ibn Salman – odbyła się na polecenie Muhammada.

Ambasador Arabii Saudyjskiej zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek dzwonił do Chaszodżdżiego i sugerował mu udanie się do Turcji. Wezwał, by rząd USA zareagował na publikację „Washington Post”. Przypomnijmy, że kilka dni temu doradca prezydenta Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton twierdził, że przedstawione przez Turcję dowody w sprawie zabójstwa dziennikarza nie obciążają Muhammada ibn Salmana.

Nie mniej ważne wydaje się, że CIA decydując się na ujawnienie wniosków wynikających ze swoich badań postawiła administrację prezydenta Donalda Trumpa w sytuacji przynajmniej kłopotliwej – Arabia Saudyjska jest bowiem jednym z najbliższych sojuszników USA w kluczowym regionie Zatoki Perskiej, na którego „wyczyny” Waszyngton zawsze patrzył przez palce, uciekał od zajmowania stanowiska, sprzedawał broń i wspierał.