Odmrażanie sportu budzi kontrowersje

Sportowcy z jednej strony cieszą się z rządowych decyzji znoszących część wprowadzonych na czas pandemii ograniczeń, ale też wskazują na niekonsekwencję lub nielogiczność w projekcie odmrażania sportu. Najwięcej kontrowersji budzą zwłaszcza wyznaczone limity osób mogących tym samym momencie trenować w jednym miejscu.

W pierwszym etapie „odmrażania sportu” ustalono m.in. ile osób może przebywać jednocześnie na boiskach piłkarskich, stadionach lekkoatletycznych i w halach sportowych. Gwoli przypomnienia – od 18 maja na stadionach, boiskach, skoczniach i torach może przebywać maksymalnie 14 osób plus dwóch trenerów, na otwartych pełnowymiarowych boiskach piłkarskich 22 osoby plus czterech trenerów, a w halach sportowych powyżej 1000 m2 35 osób. Przy ustalaniu tych limitów nie uwzględniono jednak stadionów lekkoatletycznym, bo może na nich w jednej grupie trenować 14 zawodników pod opieka dwóch trenerów.
To ograniczenie bulwersuje lekkoatletyczne środowisko, co nie dziwi, bowiem jest rzeczywiście trochę nielogiczne. Skoro w zamkniętej hali może na raz przebywać ponad 30 osób, to dlaczego nie może tyle samo ćwiczyć na znacznie większym przecież obiekcie lekkoatletycznym. Wygląda jednak na to, że przepis w ministerstwie sportu konstruowano pod presją przedstawicieli gier zespołowych i nie uwzględniono w nim potrzeb sportów indywidualnych.
Narzekania dochodzą też z Centralnych Ośrodków Sportu w Spale i w Wałczu, gdzie skoszarowano sportowców z olimpijskich dyscyplin sportu, dla których jest to jedyna możliwość prowadzenia profesjonalnych treningów. Podkreślał to w publicznych wypowiedziach m.in. nasz znakomity tyczkarz Piotr Lisek. „W Centralnym Ośrodku Sportu w Spale jest wygodniej trenować niż na przydomowej działce. Wiadomo, że w tym sezonie mamy problem z tym, żeby przygotowywać się pod konkretną imprezę. Są zawodnicy, którzy mogą sobie sezon odpuścić, ale ja jestem ambitny i jakie zawody by się w tym roku nie odbywały, jeżeli będą bezpieczne, to ja jestem gotów startować. Robię to także dla swoich fanów” – podkreśla nasz medalista mistrzostw świata.
Nie wszyscy z tej szansy skorzystali, bo gdy odwołano sierpniowe mistrzostwa Europy w lekkiej atletyce, odpadła motywacja do dobrowolnego poddania się znacznie większemu reżimowi sanitarnemu niż w domu. Poza tym w Wałczu trenerzy i sportowcy czekali na wynik testów na obecność koronawirusa trzy dni, co zaburzyło ich plan treningowy. Po 70 godzinach oczekiwania otrzymali w końcu informację, że wszystkie wyniki są negatywne. Sportowcy są przyzwyczajeni do innych standardów pracy i nawet podczas pandemii nie chcą bez potrzeby tracić dni treningowych. Na opieszałość w testach narzekali nie tylko lekkoatleci, ale także trener kadry kajakarek Tomasz Kryk. Podobna sytuacja miała też miejsce w Spale, gdzie sportowcy także czekali bezczynnie na wyniki testów dwa dni. Niby wszyscy rozumieją, że takie są teraz realia i na razie nic nie da się z tym zrobić, ale czasem trudno jest zawodnikom znosić takie sytuacje, nawet jeśli wiedzą, że bez tego musieliby siedzieć nadal w domach.
Lekkoatleci ostatnio trochę odżyli, bo po przeniesieniu na przyszły rok igrzysk oraz mistrzostw Europy zapowiadało się, że w tym roku nie będą mieli w ogóle okazji do startów, ale ostatnio podbudowały ich wieści, że w sierpniu jednak ruszy sezon mityngów. Każdy zawodnik przecież trenuje po to, żeby jak najlepiej przygotować się do rywalizacji, nie da się też pominąć bardziej prozaicznego powodu dopingującego do wytężonego wysiłku podczas treningów, bo starty w mityngach to przecież źródło dochodów, a kto lepiej w zawodach wypada, ten więcej zarabia.
Zdaniem trenerów wszelkich specjalności i dyscyplin, brak jakichkolwiek startów w tym roku za całą pewnością odbiłby się poważnie na formie sportowców w przyszłym roku. Zapewniają, że ich organizmy potrzebuje startów i adrenaliny, jaka przy tej okazji się wytwarza, a nawet najbardziej wydajny trening to jednak zupełni inna kategoria wysiłku.