Czarny ląd z czerwoną ziemią

Ledwo wróciłem z Kaukazu, jeszcze się porządnie nie rozpakowałem, a tu nagle telefon. „Słuchaj, poleciałbyś do Republiki Środkowoafrykańskiej. Potrzebni są ludzie do misji obserwacyjnej, będą u nich wybory” – nie trzeba było mnie namawiać, niemal krzyknąłem w słuchawkę „LĘCĘ” i aż podskoczyłem z radości. „Jest pewien problem, po pierwsze: w kraju wojna domowa i okres świąteczny. Nie można nikogo namówić, może znasz kogoś z doświadczeniem w tego typu wyjazdach? Jeśli tak, to spróbuj zebrać ze trzech ludzi, aha jeszcze szczepienia przeciwko żółtej febrze i badania Covid PCR z tłumaczeniem na angielski, to dosyć kosztowne, ale na miejscu rozliczą wam delegację i zwrócą kasę”.

Oczywiście pierwszym do którego zadzwoniłem, był Grzesiek Waliński. Wiedziałem, że kocha Afrykę i jako były ambasador w Nigerii, pracownik UNESCO ma doświadczenie znacznie większe od mojego. Nie musiałem go długo przekonywać. Zgodził się równie szybko jak ja.
Gorzej było z pozostałymi, już trzeciej osoby – mimo wysiłków – nie udało się znaleźć, pomijam już, że niewielu odebrało ode mnie telefon. Skontaktowałem się też z Romanem, czeskim dziennikarzem pracującym w gazecie Halo Noviny. Poznaliśmy się na Kaukazie i znałem jego obycie w warunkach kraju ogarniętego wojną. Idealny kandydat – przeszło mi przez myśl.
Niestety, nie mógł – zobowiązania rodzinne, chociaż dało się wyczuć, że podobnie jak ja, rwał się do tego wyjazdu. Nie chciał też marnować okazji i zaangażował w poszukiwanie jakiegoś reportera – desperata, całą swoją redakcję.
Nie znaleźli nikogo, ich naczelny mocno przepraszał, tutaj też wyraźnie wyczuwałem żal, że się im nie udało nikogo namówić. Trudno, lecimy we dwóch, w Paryżu mieliśmy się spotkać z Milenkiem, macedońskim dziennikarzem i znanym w swoim kraju youtuberem. Tak więc już z lotniska Charlesa de Gaullea miało być nas trzech.
Formalności, szczepienia i badania okazały się pierwszą przeszkodą. O wyjeździe dowiedziałem się niecały tydzień przed planowanym wylotem. Obdzwoniłem przychodnie medycyny podróży w całym województwie lubelskim – gdzie mieszkam. Znalazłem jedną, która miała ostatnią ampułkę. Lekarka namawiała mnie na kilka innych szczepień, ale w pośpiechu ją zbyłem. Zapłaciłem trzy stówy za zastrzyk, który zacznie działać dopiero po kilku dniach pobytu w Afryce.
Szczepionkę podała mi 18 grudnia, dwa dni po tym, gdy dowiedziałem się o wyjeździe. W „żółtej książeczce” napisała, że skuteczność jej znacznie się dopiero 28 grudnia. No ładnie – pomyślałem, bilety mamy na 21, w Afryce będziemy 22 i jeśli przy odprawie spojrzą na datę, to już leżę. Zwyczajnie mnie cofną.
Trudno, ryzyko zawodowe – powiedziałem sam do siebie i zacząłem szukać punktu, w którym zrobią mi badanie na Covid PCR, dokładnie takie same jakie robili mi, kilkanaście dni wcześniej gdy wylądowałem
w Erewaniu.
Nie dawali jednak żadnego zaświadczenia, o wyniku informowali pocztą elektroniczną. Te badania i tak są ważne jedynie 72 godziny, więc niezależnie od tamtego wyniku, straciłyby już swoją graniczną wartość.
Znalazłem punkt gdzie robili te testy. Niestety drożej nawet niż szczepionka – niecałe pięćset złotych. Trudno, przy takim wyjeździe nie liczyły się już żadne koszty, miałem w głowie jedynie Afrykę. Nawet gdyby kosztowało to trzykrotnie więcej, sprzedałbym jeden z rewolwerów czarnoprochowych, których wciąż mam niezłą kolekcję. Byłem gotów sprzedać nawet Remingtona 1958 New Army z ośmiocalową lufą – słynna broń Bufflo Billa, o której napisał, że walczył nim z Indianami, polował na bizony i nigdy go nie zawiódł.
Ta pasja jest pozornym zaprzeczeniem mojego pacyfizmu, ale jest to historia, której nie zamiatam pod dywan. Po prostu bardzo lubię strzelać. Nie chodzę na ryby, nie poluję, tylko taka pasja, pozostałość pierwotnych instynktów.
Nigdy jednak nie strzelam do żywych celów. Ot, strzelnica, tarcze, puszki, a w lecie arbuzy.
Natychmiast też przegrzebałem wszelkie informacje o miejscu do którego lecę. Pierwszym źródłem był oczywiście Internet.
RŚA, to niespełna pięciomilinowy kraj wielkości Francji, wciśnięty gdzieś między Czadem, Kongiem, Kamerunem
i Sudanem.
Mimo, że od lat toczy się tam wojna domowa, to światowe media niezbyt chętnie ją relacjonują. Być może więcej krwi tam spłynęło, niż wartość wszystkich podziemnych złóż? W głowie telepią się myśli.
Kraj, który zaledwie pięćdziesiąt lat temu wyzwolił się z francuskiej okupacji kolonialnej. Ale czy na pewno? Czy to tylko teoretycznie? Znalazłem informacje, że Francja wciąż usiłuje kreować ich politykę, choćby przez pomoc w ucieczce przed wściekłymi mieszkańcami i próbę ponownego wsadzenia na urząd prezydenta znienawidzonego generała Boziźe. Zabrali go z Konga, gdy w ostatnim momencie wskoczył na łódź i przeprawił się na drugi brzeg rzeki Ubangi. Dostał dom i wszelkie prezydenckie apanaże w kraju niedawnych kolonialistów. Jedyną firmą, która eksploatuje tam ropę, również jest francuski koncern – Total.
Rzut okiem na mapę. W samym centrum suchego kontynentu, zielona wyspa, a mimo to mało kto w Polsce wie o istnieniu tego państwa.
Gdy mówiłem znajomym, że jadę do Republiki Środkowoafrykańskiej, zwykle padało pytanie: „ale do której konkretnie?”.
Informuję więc, że kraj taki istnieje, nie jest może atrakcyjny turystycznie, bo żadnego oceanu, nawet dostępu do Morza Śródziemnego. Ot, ledwie kilka dziewiczych parków narodowych, dwie duże rzeki i lokalna wersja Katedry Notre-Dame. Oczywiście znacznie mniejsza, a ryzyko zwiedzania bez porównania wyższe.
Zamieszki praktycznie nie ustają, a lokalni przywódcy dżipowych bojówek spod każdej, najciemniejszej gwiazdy, nie szczędzą cywilnych mieszkańców. ONZ uznało kraj za upadły i w hierarchii bezpieczeństwa uplasowano niżej niż Somalię.
Ambicje i interesy miejscowych watażków nie rachują ilości przelanej krwi. Świat się tym specjalnie nie interesuje i nie reaguje – w tak niestabilnym regionie nie wiadomo z kim rozmawiać, wysłanie specjalistów by oszacowali zasoby jest zbyt ryzykowne. Tylko Francuzi wiedzą jak się tam bezpiecznie poruszać – i znowu refleksja, czy i w jakim stopniu wspierają rebelię? Może zależy im na takiej niestabilności i braku kontroli władz nad całym obszarem republiki.
Jadę tam, ponieważ 26 grudnia szykują się wybory zarówno prezydenckie i do Zgromadzenia Narodowego, czy coś to zmieni, czy wreszcie mieszkańcy będą mogli bez strachu wyjść na ulicę?
Część zobaczę na miejscu, a resztę czas pokaże. Z pewnością od razu wiele się tam nie zmieni.
Czytam i się zastanawiam.
Będę tam dosyć długo, bo aż do ósmego stycznia.
Ruszyliśmy z Warszawy do Paryża tuż po 14.00. We Francji cała noc czekania na przesiadkę i dopiero bezpośredni lot do stolicy tego afrykańskiego kraju – Bangui.
Noc na paryskim lotnisku była całkiem przyjemna. Weszliśmy do strefy poza europejskiej, nie było odwrotu, nie dało się już wyskoczyć do miasta.
Ta część terminala opustoszała jeszcze przed północą, byliśmy we dwóch i jeszcze jakiś jeden facet – jak się okazało, już w RŚA, był to Milenko, nasz towarzysz z Macedonii. W wyludnionej hali kanapy do spania, ale i tak sen nie przychodził. Ekscytacja skutecznie go wyparła.
Łaziłem więc całą noc od jednej palarni do drugiej, czas zleciał dosyć szybko. O świcie samolot. Odprawa i pierwszy „opad szczęki”, Air France podstawiło wypasionego airbusa z czterema klasami – ekonomiczną, ekonomiczną premium, biznes i biznes premium, w której nawet mieli łóżka. Dokładnie takie same samoloty latają w etiopskich liniach, które już kupiła Lufthansa. Tego jeszcze nie wiedziałem, nie wiedziałem też, że ten sam standard, ale afrykańska załoga znacznie bardziej rozpieszczała pasażerów. Jedzenie naprawdę wyśmienite, każdy z pasażerów dostał kosmetyczkę wypełnioną przyborami toaletowymi, skarpetami i lekkimi – domowymi kapciami.
Jak w bajce, tylko drążąca myśl, by nie sprawdzili daty w „żółtej książeczce”, był 22 grudnia, jeszcze sześć dni do terminu od którego szczepienie zaczyna działać. Zbyt wyraźnie to napisała, przeklinam ją w duchu, gdyby tym lekarskim charakterem, jak na receptach, tak by nie dało się odczytać. Ale nie. Pięknie i wyraźnie wykaligrafowała, że działanie od 28 grudnia. Nic nie dało się przerobić. Według lekarki wyjazd wcześniej to zbyt duże ryzyko, a według prawa, nie mogli mnie do tej Afryki wpuścić. Tylko tego się bałem.
Pomyślałem, że będę udawał idiotę, trochę liczyłem też, że nikt nie zwróci uwagi. I miałem rację. Podczas wszystkich lotów, granic, przesiadek – nikt nie chciał ode mnie żadnego zaświadczenia.
Wreszcie po wielogodzinnym locie, który niemal w całości przespałem, zeszliśmy trapem na płytę lotniska w Bangui. Uderzenie gorąca i niesamowity zapach.
Lotnisko, to szumna nazwa kilkalu, zbitych z desek, baraków wieże kontrolne przypominały myśliwskie ambony. Ale przede wszystkim powietrze. Jego aromat i ogromny skok temperatury.
Afryka pachnie, jest to niepowtarzalna, bardzo miła woń. Pierwszy raz byłem na tym kontynencie, mógłbym jednak wysiąść i z zawiązanymi oczami gdyby ktoś zapytał „gdzie jestem”, bez wahania odparłbym – Afryka.
Specyficzny zapach rozżarzonej, czerwonej ziemi pomieszany z aromatem lokalnej flory.
Na te charakterystyczną barwę, zwróciłem już uwagę, gdy samolot zniżył lot, zobaczyłem, że ziemia jest czerwona. Podobno dlatego, że jest w niej wysoki procent żelaza.
Na płycie „lotniska” – chociaż trudno nazwać to w ten sposób, trochę asfaltu i klepisko, gdy już wyszliśmy z samolotu, ludzie kierowali się do kontroli celnej w obskurnym baraku. Czekała na nas pracownica ministerstwa Afrykanka w odpowiednim, służbowym stroju. Wysoko nad głową, trzymała tabliczkę z naszymi nazwiskami.
Wyciągnęła nas z kolejki i zaprowadziła na parking. Zabrała kwitki od bagażu i paszporty, żeby załatwić wizy.
A my pojechaliśmy z kierowcą do hotelu. Całkiem ładny budynek, chociaż już widać było, że zaczynał brać go grzyb, farba się pryszczyła, a jak się później okazało, gdy zapominałem zostawić włączoną klimatyzacje, to robił się potworny zaduch. Budynek nowy, zaledwie rok, a już wyglądał na wieloletnie użytkowanie.
Tam faktycznie, o czym mówił mi znajomy, bardzo szybko starzeją się domy. Myślałem, że to najlepszy hotel w mieście, bo standard wysoki i naprawdę czysto, a okazało się, że takich hoteli jest więcej.
Do naszego, na zarówno na basen jak i do restauracji mogli przychodzić i często nawet bywali miejscowi. Na basenie wystarczyło wykupić niedrogi bilet i mogli pluskać się do woli. Ulga, poprawiło mi to bardzo nastrój, cholernie nie lubię popularnych dla turystów hoteli „nur fur” czyli „tylko dla”.
Oczywiście był w Bangui i taki, ale tam zatrzymywały się delegacje innych państw europejskich, my zasiedliliśmy ten, gdzie były reprezentacje kilku głównych organizacji afrykańskich – Unii Afrykańskiej i Wspólnoty Gospodarczej Państw Afryki Środkowej.
To już zupełnie mnie uradowało. Po porządnym odpoczynku, rankiem następnego dnia pojechaliśmy oglądać komisje wyborcze i poznawać zasady głosowania, gdy w pewnym momencie nasz przewodnik – Kameruńczyk, potem zresztą świetny kolega, odebrał telefon.
Szybko nas pozbierał, powiedział, że rebelianci zajęli cześć miasta i musimy uciekać. Zapytał mnie czy mam broń. Zrobiłem wielkie oczy, wytłumaczyłem, że jak mógłbym mieć wsiadając do samolotu i podczas wszystkich kontroli.
Podjechał najpierw do ogrodzonej murem i zasiekami twierdzy – w Bangui wszystko jest ogrodzone murem, zabrał Makarovy i pojechaliśmy do hotelu po rzeczy. Musieliśmy zabrać wszystko, bo nikt nie wiedział czy i kiedy tam wrócimy. Warunki polowe, trochę koszarowe, jak to w tego rodzaju prowizorycznych koszarach.
Chociaż „twierdza” to po prostu szumna nazwa większego budynku, w którym było dużo broni, amunicji I zasieki na murze.
Gdyby nie to, wyglądał jak zwykły, większy dom. Było kilka takich. Głownie urzędy czy ambasady. Nie wyglądały imponująco. Placówka kanadyjska, która była w samym centrum miasta, sprawiała wrażenie niechlujnej, zapuszczonej i częściowo odartej z tynku budowli.
Czekaliśmy kilka godzin, szykując się na to, że zamiast hotelu resztę dni spędzimy w tych cywilnych koszarach. Każdemu z nas, niezależnie czy chciał, przyznano zapas bojowy, kilka granatów, karabin kałasznikowa, po cztery magazynki i po pistolecie Makarova. Wtedy padły słowa, jeśli wejdą, każdy musi radzić sobie sam. Kilkadziesiąt minut czekania w panice, nasłuchiwania strzałów i uważnej obserwacji bramy.
Na szczęście, po kilku godzinach dotarła wiadomość, że wojsko opanowało sytuację, wyparli najeźdźców. A my wróciliśmy spokojnie do hotelu.
Kolejne dni, to poznawanie topografii, kandydatów, systemu wyborczego i spotkanie z głównym doradcą obecnego prezydenta i jednocześnie kandydata na to stanowisko, czyli Faustina Archangela Taudèry.
Minister Albert Yalokè Mopkème przyjął nas w swoim mieszkaniu. Dom nie wyróżniał się od innych w okolicy. Niewielki, parterowy budynek, bez żadnych oznak luksusu. Ogrodzony murem, zamiast drutów kolczastych na jego szczycie było rozłożone potłuczone szkło. Stojące butelki tzw: „tulipany” chroniły obejście przed napastnikami. Poza jednym człowiekiem, nie widziałem też ochrony, może byli w głębi domu. Tuż pod bramą, podobnie jak pod hotelem rozłożył się niewielki biedabazarek.
Tam każdą wolną przestrzeń natychmiast zajmują sprzedawcy „wszystkiego”. Już po kilku dniach pobytu znałem wielu handlarzy spod naszej, hotelowej bramy.
Kolejne dni zleciały na zwiedzaniu komisji, w dniu wyborów polecieliśmy we trzech, plus pilot małą, jednosilnikową cesną w odległe zakątki kraju. Samolot był fantastyczny, tak mnie zauroczył, że po kolejnym lądowaniu – oczywiście na klepisku, bo lotnisk jako takich było niewiele, a z asfaltowymi pasami nie widziałem żadnego. Postanowiłem pogadać z pilotem, czy nie pozwoliłby mi przez chwilę sterować tym powietrznym „motorowerem”. Jak się okazało, nie było problemu, młody chłopak zgodził się bez namysłu. Szczęśliwy zaliczyłem pierwszy lot. Potem motocyklami, po trzech na jednym ruszyliśmy w dżunglę.
Cdn.

Potrzebujemy alternatywy „zero-covid”

Minął już ponad rok od wybuchu pandemii COVID-19 i niedługo upłynie rok od wprowadzenia pierwszych lockdownów w Europie. Oficjalna liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła dwa miliony, a na całym świecie odnotowuje się obecnie około 14tys. zgonów dziennie, czyli dwukrotnie więcej niż podczas pierwszej fali. Uderzającą cechą tej pandemii jest niemal całkowita porażka zachodnich krajów demokratycznych w skutecznym zwalczaniu wirusa.

Świadczy o tym zdumiewający fakt, że obecnie liczba zgonów w Stanach Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii stanowi prawie połowę wszystkich zgonów z powodu COVID-19 tygodniowo na świecie.
Sytuacja na zachodzie różni się od tej w wielu krajach w Azji i Pacyfiku. Łączna liczba zgonów z powodu COVID-19 od wybuchu pandemii w Chinach, Wietnamie, Korei Południowej, Tajlandii, Tajwanie, Singapurze, Nowej Zelandii i Australii wyniosła 7,216, a liczba zgonów w tygodniu poprzedzającym 26 stycznia wyniosła 13. Kraje te mają łączną populację ponad 1,76 mld osób, czyli ponad dwukrotnie więcej niż populacja USA, UE i Wielkiej Brytanii łącznie. W samym Wietnamie, z populacją ponad 97 milionów ludzi i długą granicą z Chinami, odnotowano zaledwie 35 zgonów, bez ofiar COVID-19 od początku września.
Względny sukces tych krajów wynikał z wprowadzonej przez ich rządy strategii ‘zero-covid’, której celem jest całkowite powstrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa. Nadano priorytet zdrowiu publicznemu i zdołano ochronić swoje populacje przed najgorszymi skutkami wirusa COVID-19. Te rządy wprowadziły wczesne i twarde lockdowny, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa, a następnie otworzyły swoje gospodarki i społeczeństwa poprzez programy testowania i śledzenia, pozwalając na izolację obszarów w przypadku wybuchu lokalnego ogniska wirusa. Im wcześniej te blokady zostały wprowadzane, tym skuteczniejsze były. Lockdown w Wuhan trwał ok. 2 miesiące, podczas gdy w Wietnamie zaledwie dwa tygodnie. Odkąd rozprzestrzenianie się wirusa zostało stłumione, a osoby wjeżdżające do kraju są poddawane kwarantannie i testowane, życie powróciło prawie do normy. Zdjęcia z przyjęć sylwestrowych w Wuhan, dużych festiwali muzycznych w Nowej Zelandii i z turniejów tenisowych w Australii pokazują skuteczność tej polityki.
Większość rządów na Zachodzie przyjęła odwrotne strategie. Te rządy zazwyczaj zbyt późno wprowadzały lockdowny, ze zbyt luźnymi ograniczeniami i zbyt wcześnie je znosiły. W najgorszych przypadkach rządy otwarcie (np. Szwecja i Zjednoczone Królestwo) lub de facto realizowały strategie tzw. „odporności stadnej”. Postuluje to umożliwienie wirusowi szybkiego rozprzestrzeniania się wśród populacji i po tym, jak pewien odsetek populacji zostanie zarażony, wirus wymrze wraz z osiągnięciem odporności w społeczności. Nie ma dowodów na to, że jakakolwiek choroba kiedyś została wyeliminowana poprzez naturalną odporność stadną (tj. bez szczepionki) i jest coraz więcej dowodów na to, że nie osiąga się tego nawet w tych społecznościach, w których występuje wyjątkowo wysoki poziom zakażeń COVID-19. Na początku pandemii premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson twierdził, że Wielka Brytania nie wprowadzi ostrego lockdown’u i że Brytyjczycy powinni przyjąć wirusa „na klatę” (take it on the chin). Przez kilka tygodni po wprowadzeniu ograniczeń w większości krajów europejskich Wielka Brytania zezwoliła na kontynuowanie masowych spotkań, takich jak imprezy sportowe i muzyczne. Doprowadziło to do tego, że Wielka Brytania ma najwyższy wskaźnik zgonów na osobę ze wszystkich krajów na świecie o populacji powyżej 20 milionów, a ponad 100 tys. ludzi już straciło życie z powodu wirusa.
Nawet te kraje na Zachodzie, które początkowo osiągały lepsze wyniki niż Wielka Brytania, zasadniczo poszły za jej przykładem z dramatycznymi skutkami. Często twierdzono, że należy znaleźć równowagę między potrzebą zapobiegania najgorszym skutkom wirusa a szkodami spowodowanymi przez lockdowny. Argument brzmi, że gospodarka powinna być chroniona i powinniśmy nauczyć się aby „współżyć z wirusem”. Takie argumenty padały głośno pod koniec pierwszej fali pandemii. Lockdowny zostały zakończone przedwcześnie, bez żadnych środków mających na celu powstrzymanie dalszego rozprzestrzeniania się wirusa. Było to szczególnie widoczne w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce.
W naszym regionie wirus COVID-19 pojawił się stosunkowo późno, a silne lockdowny zostały wprowadzone względnie wcześnie. To dosłownie uratowało dziesiątki tysięcy istnień ludzkich w krajach środkowo-wschodniej Europy i oznaczało, że kraje te nie przeszły katastrof, jakie miały miejsce podczas pierwszej fali w krajach zachodnich europejskich, takich jak Włochy, Hiszpania, Francja i Wielka Brytania. Przed sierpniem dzienna liczba nowych przypadków COVID-19 w Polsce nie przekraczała 400, a łączna liczba zgonów wynosiła około 1,700. Ponadto przypadki były izolowane w kilku regionach kraju, przy czym wiele części Polski zasadniczo było wolnych od COVID-19. Zamiast kontynuować strategię eliminacji COVID-19 (poprzez zamknięcie obszarów, na których rozprzestrzeniał się wirus i ograniczenie przemieszczania się po kraju), rząd zadeklarował, że udało mu się pokonać wirusa i otworzył życie gospodarcze i społeczne. W całym kraju odbywały się wiece masowe wyborcze (organizowane przez wszystkich kandydatów, w tym z lewicy), a rząd przyznawał nawet dotacje na wyjazdy wakacyjne w Polsce , co przyspieszyło rozprzestrzenianie się wirusa po całym kraju. Po otwarciu szkół we wrześniu liczba przypadków i zgonów wzrosła dramatycznie, co spowodowało, że liczba zgonów COVID-19 obecnie przekracza 37tys.
Często argumentuje się, że nie można wprowadzić strategii „zero-covid” w krajach demokratycznych. Jednak kraje, które wprowadziły strategie „zero-covid”, mają różne systemy gospodarcze i polityczne. Podkreśla się ponadto, że nasze społeczeństwa nie zaakceptują surowych ograniczeń, nałożonych w tych krajach i że bardziej cenimy prawa człowieka. Jednak pandemia trwa już ponad rok i przez większość tego czasu nasze wolności i prawa zostały poważnie ograniczone. O wiele bardziej szkodliwe dla naszego prawa i wolności jest życie w permanentnym stanie „semi-lockdownu”. Co więcej, najbardziej podstawowym prawem człowieka jest prawo do zdrowia i życia, a tego naszym rządom najwyraźniej nie udaje się zagwarantować. Również przekonanie, że słabsze lockdowny lepiej chronią gospodarkę i miejsca pracy, nie okazało się znaleźć potwierdzenia w przypadku niektórych z największych regresji gospodarczych z jakimi borykają się obecnie takie kraje jak USA i Wielka Brytania. Tymczasem na przykład PKB w Chinach w czwartym kwartale ubiegłego roku wzrósł o ponad 6 procent; a w trzecim kwartale wzrost PKB w Nowej Zelandii osiągnął imponujący 14 procent.
Jednym z obecnie preferowanych argumentów przeciwko stosowaniu strategii „zero-covid” jest to, że jest już za późno na wyeliminowanie wirusa, który jest obecnie szeroko rozpowszechniony w naszych społeczeństwach. Ten punkt widzenia jest często przedstawiany jako fakt dokonany: ci, którzy początkowo sprzeciwiali się strategiom eliminacji wirusa, teraz ogłaszają, że jest za późno, aby to osiągnąć. Ale, nie jest prawdą, że nie jest możliwe wyeliminowanie rozprzestrzeniania się COVID-19 po pierwszej fazie pandemii. Rząd Australii przyjął strategię „zero-covid” dopiero w sierpniu, to znaczy po dużym wzroście liczby przypadków podczas drugiej fali pandemii w Australii. Od połowy października w tamtym kraju nie odnotowano praktycznie żadnych zgonów z powodu COVIDu.
Kolejnym argumentem przeciwko strategii „zero-covid” jest to, że nowe szczepionki wkrótce wyeliminują wirusa. Opracowanie szczepionki COVID-19 jest wspaniałym osiągnięciem naukowym, które zrodziło się z dziesięcioleci wspólnych prac prowadzonych w połączonych w sieć instytucjach publicznych i prywatnych. Jednak szczepionka jest tylko jedną bronią używaną w wojnie na wyczerpanie przeciw COVIDowi Najskuteczniejszą obroną przed wirusem jest racjonalne zorganizowanie naszych stosunków społecznych na czas dostatecznie długi, by rozprzestrzenianie się wirusa zostało zatrzymane. Jednak neoliberalizm odwraca tę rzeczywistość, przedstawiając produkt (towar) jako podstawowe, albo nawet jedyne, remedium na pandemię. Dlatego paradoksalnie jednym z największych zagrożeń dla radzenia sobie z obecną fazą pandemii jest sama szczepionka. Nie dotyczy to tylko problemu skutecznego i sprawiedliwego dostarczania tych szczepionek przez duże prywatne korporacje. Istnieje również zagrożenie, że rządy uznają teraz, że mogą złagodzić zasady i że życie może toczyć się „normalnie”, zwłaszcza po zaszczepieniu osób najstarszych i najbardziej bezbronnych..
Pogląd ten jest błędny z wielu powodów. Po pierwsze, zaszczepienie wystarczającej części populacji w celu stłumienia wirusa zajmie kilka miesięcy, a nawet lat. Ten proces będzie oczywiście znacznie trudniejszy w biedniejszych krajach, które nie mają środków na zakup i dostarczenie szczepionki. Jeśli teraz rządy wykorzystają szczepionkę jako powód do poluzowania ograniczeń, znacznie więcej ludzi straci życie w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Ponadto istnieje coraz więcej dowodów na to, że wiele młodszych i wcześniej zdrowych ludzi cierpi na poważne, długotrwałe skutki zdrowotne po zarażeniu się COVIDem. Najpoważniejsze jest zagrożenie, że jeśli pozwoli się wirusowi na dalsze rozprzestrzenianie się wśród populacji, pojawią się nowe mutacje, przeciwko którym szczepionki nie będą skuteczne. W ostatnich miesiącach pojawiło się już wiele mutacji. Nie jest przypadkiem, że mutacje te pojawiły się w krajach, w których wirus był szczególnie rozpowszechniony podczas pierwszej fali pandemii: w Wielkiej Brytanii, Brazylii i RPA. Brytyjski wariant wirusa przyczynił się do ogromnego wzrostu liczby zachorowań w tym kraju w ciągu ostatnich kilku miesięcy i nie wiadomo jeszcze, w jakim stopniu szczepionki będą skuteczne przeciwko wariantom brazylijskim i południowoafrykańskim oraz czy pojawią się inne nawet groźniejsze mutacje, w sytuacji kiedy liczba przypadków na świecie nadal będzie wysoka.
Ludzie są zmęczeni i wyczerpani prawie rokiem obostrzeń. Wielu pracowników i właścicieli firm zostało pozostawionych przez rządy bez żadnego dochodu. Niektóre rządy wykorzystują pandemię do wprowadzenia nowych drakońskich środków, z których niektóre mogą nigdy nie zostać zniesione nawet po zakończeniu pandemii. Doprowadziło to do wzrostu gniewu społecznego i niepokojów w wielu krajach, które niewątpliwie wzrosną, jeśli nasza obecna sytuacja się utrzyma. Skrajna prawica karmi się tym społecznym niezadowoleniem, oferując libertariańskie i społeczno-darwinowskie rozwiązania kryzysu. Wymaga to stawiania zysków przed ludźmi i pełnego otwarcia gospodarek bez względu na konsekwencje dla zdrowia ludzi, zwłaszcza osób starszych i najbardziej narażonych.
W obliczu tragicznych doświadczeń minionego roku i ogromnych wyzwań, przed którymi wciąż stoimy, lewica musi przedstawić alternatywę dla nieudanej polityki zachodnich rządów. Oznacza to promowanie polityki stawiania zdrowia publicznego na pierwszym miejscu i uświadomienia sobie, że życie gospodarcze, społeczne, edukacyjne i psychologiczne będzie nadal cierpieć, dopóki wirus będzie się rozprzestrzeniał w naszych społeczeństwach. Dlatego lewica powinna zaproponować racjonalną i radykalną alternatywę, która nie polega jedynie na odbieraniu rzeczy społeczeństwu. Istnieje potrzeba całkowitego lockdownu, z zawieszeniem wszystkich zbędnych prac lub realizowaniem jak największej części zadań on-line, dopóki liczba nowych codziennych przypadków nie zbliży się do zera. Ale taki lockdown może zostać utrzymany jedynie pod warunkiem otrzymywania od państwa pełnego wynagrodzenia przez wszystkich, którzy nie pracują (np. poprzez tymczasowy powszechny dochód podstawowy przez kilka miesięcy) i wspieranie przez państwo małych i średnich przedsiębiorstw, aby przetrwały okres, w którym nie mogą działać. Pozwoli to społeczeństwom i gospodarkom na bezpieczne otwarcie, jeśli zostaną wprowadzone takie środki, jak skuteczny system testowania i śledzenia oraz system kwarantanny i testowania osób wjeżdżających do kraju. W połączeniu z szybkim i skutecznym programem szczepień taka polityka oznaczałaby, że moglibyśmy za kilka miesięcy dołączyć do krajów, które już skutecznie poradziły sobie z tym wirusem. Alternatywą jest więcej miesięcy lub lat takich samych albo nawet gorszych kryzysów, jak te, które przeszliśmy przez ostatni rok.

Szczepionek będzie brakować!

Dlaczego produkcja szczepionek na koronawirusa idzie tak powoli? Dlaczego mogąc produkować niezliczone suplementy diety i specyfiki, których skuteczność jest wątpliwa, nie możemy szybko i sprawnie rozpocząć masowej produkcji szczepionek? Dlaczego korporacje farmaceutyczne mogą jednostronnie i bez szczególnych obaw informować wielkie państwa, że „od dziś” szczepionek będzie mniej?

Dlaczego rolą Unii Europejskiej w całym tym procesie jest głównie negocjowanie kontraktów z korporacjami, a nie pełna odpowiedzialność za produkcję i dystrybucję ratujących życie leków? I dlaczego nic nie zapowiada, by proces szczepienia miał przebiegać sprawnie?
Odpowiedź znajdziemy w sercu religii, która zdominowała współczesny świat: religii zysku.
Sposoby, którymi obecne korporacje farmaceutyczne próbują powiększyć swoje możliwości produkcyjne, są w pełni właściwe dla epoki kapitalistycznej a nawet wczesnokapitalistycznej. Podnajmowanie pojedynczych zakładów produkcyjnych w roli podwykonawców, zazdrosne ukrywanie własnych patentów i działanie w skali mikro – wszystko to szybko zbierze swoje żniwo. Ludzie umierają i będą umierać, ponieważ oddaliśmy produkcję szczepionki w ręce tych, którzy żyją i osiągają zyski dzięki gospodarce kapitalistycznych niedoborów. Bo niedobory w dostawach lekarstw nie są w globalnym kapitalizmie niczym nowym. Ludzie wciąż umierają na choroby, które można wyleczyć lub powstrzymać. W 2019 roku na AIDS zmarło blisko 600 tysięcy osób. Gruźlica – wyeliminowana w Polsce dzięki wysiłkowi Polski Ludowej – zabija na świecie rocznie 1,5 miliona osób. A jest jeszcze gorzej – z powodu braku dostępu do czystej wody i żywności umiera rocznie na świecie kilkanaście milionów ludzi. Czy więc śmierć dodatkowych milionów z powodu kapitalistycznego zacofania oraz powiązanego z tym braku systemowych zdolności do produkowania oraz dostarczenia szczepionek na czas wciąż jeszcze wydaje się niemożliwa?
Różni autorzy i badacze zwracali w przeszłości uwagę, dlaczego w systemie kapitalistycznym nie opłaca się skuteczne zwalczanie chorób zakaźnych. Po pierwsze: wielkie firmy farmaceutyczne niespecjalnie zarabiają na środkach, które po krótkiej terapii całkowicie leczą pacjenta. Wiele z leków, a w tym szczepionki, jest też dość tanich i zajmowanie nimi całej linii produkcyjnych zwyczajnie się nie opłaca. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w posiadaniu jednej fabryki i możemy wybrać, czy będziemy produkować w niej szczepionki warte kilkadziesiąt złotych za dawkę, czy też inne lekarstwa, które sprzedamy za tysiące? Która – złożona z prywatnych inwestorów – rada nadzorcza wybierze produkcję mniej opłacalnych substancji? Innymi słowy – która rada nadzorcza postawi na produkcję leków dla biednych?
Współczesny system kapitalistyczny nie posiada żadnej zbiorowej tożsamości, którą próbowali nadać mu klasycy liberalizmu i neoliberalizmu, doszukujący się logiki i ogólnej mądrości w walce egoistów na giełdowych rynkach. Dlatego system ten może jednocześnie cierpieć z uwagi na kryzys i załamanie się globalnej konsumpcji oraz blokować możliwości skutecznego i szybkiego szczepienia całej populacji. Chociaż szczepienie – taką przynajmniej nadzieję ma wielu epidemiologów – właśnie mogłoby kryzys zakończyć…
Łańcuchy dostaw wszystkich produktów w kapitalizmie są wytwarzane przez popyt konsumentów, a jeszcze bardziej przez podaż tego, co prywatne firmy uznają za opłacalne. Oddawanie zdrowia, edukacji, wyżywienia, czy kultury w tryby takich mechanizmów to zgoda na to, by cele i wartości społeczne cenzurowali i edytowali inwestorzy. Ludzie, których często jedyną zasługą jest to, że posiadają kapitał i mogą wpływać poprzez to na życie innych.
Pozostają też bariery dotyczące samej specyfiki kapitalistycznej produkcji. Łatwo wyjaśnić można to na przykładzie tego, jak NIE działają współczesne szkoły zawodowe. W czasach Polski Ludowej kształcenie zawodowe wiązało się z bezpośrednim zapewnianiem pracowników dla publicznych fabryk i zakładów. Technika budowy okrętów dostarczały pracowników do stoczni, cukiernicze szkoły zawodowe kierowały swych absolwentów do cukierni. Obecnie wiele szkół zawodowych i techników nie może nawet wysłać swoich uczniów na praktyki i staże. Dlaczego? Ponieważ prywatne firmy obawiają się, że uczniowie wykradną ich patenty, na przykład przepisy na firmowe ciastka. Ze szkołami tymi nie są też powiązane żadne publiczne zakłady (które skutecznie zabito), a dla wszystkich prywatnych firm przyjęcie niedoświadczonego pracownika wiąże się z kosztowną koniecznością przyuczenia go do konkretnego zawodu. Tu też dochodzi do konkurencji i walk rynkowych, które odbijają się na życiu zawodowym ludzi. Firmy walczą ze sobą i do pracy wolą zawsze przyjąć kogoś ze zdobytym wcześniej doświadczeniem, aby inwestować w nowego pracownika jak najmniej czasu i środków.
Podobne zjawiska występują też przy okazji organizowania kapitalistycznej produkcji szczepionek. Koncerny farmaceutyczne żyjące z patentów i praw autorskich nigdy swobodnie nie wymienią się swoimi pracownikami. Nie ujawnią przed sobą żadnych firmowych „sekretów”, bo mogłoby to wiązać się z ryzykiem utraty zysków. Problemem będzie nawet wzajemne prezentowanie maszyn, taśm produkcyjnych, budynków, czy dostęp do baz danych. Jeszcze gorzej, jeśli fabryki jakiejś korporacji okażą się zbyt małe do produkcji niezbędnych do szczepionek substancji. Wtedy pozostanie ryzykowne i długotrwałe kupowanie na chciwym rynku całych nowych zakładów produkcyjnych albo kłopotliwa konieczność dogadywania się z konkurencją, przed którą trzeba będzie wszystko ukrywać. I nawet jeśli to wszystko da się w końcu zrobić, to wyobraźmy sobie ile wysiłku i czasu może to wszystko pochłonąć.
Te szkodliwe zjawiska – które w socjalizmie, a nawet w wąsko rozumianej sferze publicznej nie istnieją – są dla kapitalizmu podstawowym, gigantycznym hamulcem w rozwiązywaniu wszystkich społecznych problemów. Przychodzi tu także do głowy myśl niepokojąca: a co by się stało, gdyby ludzkość doświadczyła epidemii o wiele bardziej niebezpiecznej i śmiertelnej? Przecież specjaliści sytuacji takiej bynajmniej nie wykluczają, wręcz przeciwnie. Wymagałaby ona natychmiastowej organizacji i reakcji w skali globalnej. Niestety, nic nie wskazuje, że system współczesny poradziłby sobie z takim zagrożeniem. Patrząc z perspektywy niepewnej przyszłości marnujemy po prostu szansę „przećwiczenia” odpowiedniego postępowania.
A zatem jak proces produkcji szczepionek mógłby wyglądać w systemie socjalistycznym lub odpowiedzialnie socjaldemokratycznym?
Po pierwsze państwa i ich grupy, na przykład Unia Europejska, same zarządzałyby produkcją szczepionek lub – w wersji „lżejszej” – skupowałyby prawa do szczepionek już na wczesnym etapie badań laboratoryjnych. W czasie, kiedy wciąż dopracowywano by szczepionki, te same państwa organizowałyby już cały łańcuch produkcji i w tym celu, płacąc odszkodowania lub wynajmując po prostu inne firmy o zbliżonych zdolnościach produkcyjnych, przejmowałyby zakłady produkcyjne. Następnie urządzenia i sami pracownicy szybko i sprawnie zostaliby oddelegowani do pracy nad produkcją szczepionek. Pracowaliby tam, gdzie w danym momencie zaistniałaby największa społeczna potrzeba wzmożenia mocy produkcyjnych – a nie tam, gdzie dana firma przewiduje dla siebie największy zysk. Ostatnim krokiem byłoby systematyczne wprowadzanie szczepionek do obrotu, zgodnie z publicznie przedstawionym planem oraz z publiczną odpowiedzialnością i na odpowiednio szeroką skalę.
Zamiast wojny patentowej i rywalizacji o kontrakty między korporacjami farmaceutycznymi istniałby przejrzysty publiczny plan, który zakładałby dostarczenie zróżnicowanych szczepionek w określonych odstępach czasu, także dla biedniejszych i wykluczonych ekonomicznie. Nie istniałaby też możliwość jednostronnego ogłoszenia przez jakąkolwiek korporację, że „oto nagle dostawy szczepionek spadną o 40 proc., bo załatwiamy sobie większe hale, albo bo po prostu tak sobie życzymy i nie zadawajcie pytań”. Nie byłoby też rywalizacji pomiędzy państwami i sytuacji, w której niektóre z nich załatwiają sobie dodatkowe dostawy szczepionek z obejściem jakiejkolwiek międzynarodowej współpracy i solidarności. Dowody na to, że nieprywatna produkcja szczepionek może być bardziej wydajna są zresztą na naszych oczach: licząca 11 milionów mieszkańców Kuba już zapowiedziała, że zaszczepi w tym roku całą swą populację, a jeszcze dodatkowo wyeksportuje do państw zaprzyjaźnionych 100 milionów dawek.
Wszystko to brzmi może dla części czytelników „niemodnie”. Dla niektórych problemem może być w tym projekcie kwestia przejmowania własności lub rola państwa. Projekt nie odbiega jednak od rzeczywistości zbyt daleko: oto prywatne koncerny otrzymały od państw i ich organizacji olbrzymie dotacje na badania nad szczepionkami i ich produkcję – od Stanów Zjednoczonych po Europę. Państwa, czyli przede wszystkim skromni podatnicy zafundowali zatem koncernom ich zyski. Państwa także, z uwagi na „niedokończony” proces weryfikacji skutków szczepień w znacznej mierze wzięły na siebie odpowiedzialność za niepożądane konsekwencje szczepień. Jest to „umowa” dla koncernów zaiste doskonała, nie można wyobrazić sobie lepszej. Umowy te wskazują także, czyje to w istocie interesy są realizowane.
Moment, w którym obecnie żyjemy to czas, kiedy rozrost sił wytwórczych i mocy produkcyjnych jak najbardziej umożliwia nam już globalną, zintegrowaną produkcję leków i szczepionek oraz dostarczanie ich według potrzeb. Na podobnej zasadzie od dawna dysponujemy już narzędziami niezbędnymi do eliminacji głodu i pragnienia na całej Ziemi. To wszystko się nie dzieje, ponieważ kryterium naczelnym globalnego systemu gospodarczego pozostaje prywatny zysk, wsparty jeszcze dodatkowo pełną zazdrości wojną konkurujących ze sobą i zwalczających się monopoli, koncernów, funduszy, itd. To zjawiska, które nasi potomkowie (zakładając oczywiście, że przeżyją katastrofę klimatyczną, a może i epidemiologiczną) będą uznawali za przejaw ciemnego irracjonalizmu, nierozumu, i miejmy nadzieję, że ich opis znajdą wyłącznie w rozdziałach o mrocznej i wstydliwej przeszłości gatunku ludzkiego.
Jest w tym wszystkim jednak również pewien akcent optymistyczny, przewidziany zresztą przez Różę Luksemburg i innych klasyków myśli marksistowskiej. Wiemy i widzimy doskonale, że obecna epoka to epoka systemu, który wyczerpał już swe zdolności do efektywnego oraz elementarnie humanitarnego zarządzania posiadanymi przez ludzkość zasobami – pracownikami, maszynami, technologiami, surowcami… Ale zasoby te przecież już istnieją i czekają tylko na to, by odpowiednio nimi zarządzać, rozwiązując przy tym palące – dosłownie – ludzkość problemy.
Globalne możliwości produkcyjne, globalne siły wytwórcze duszą się pod naporem małostkowych, prywatnych interesów. Samo to, że zaczynamy masowo to dostrzegać dowodzi jednak, że na horyzoncie jest już system, który przedłoży ludzkie życie ponad zysk i ponad korporacyjne prawa własności czy kapitalistyczne ograniczenia. I system ten z pewnością nie będzie czekał z dostawami szczepionek do chwili, kiedy inwestorzy zbiorą swój łup lub kiedy rynek uzgodni już ze sobą, że czasem warto jednak wyjść poza wąskie ograniczenia skłóconych, prywatnych przedsiębiorstw.

Chińskie szczepionki docenione na całym świecie

Szczepionki przeciwko COVID-19 wyprodukowane w Chinach dotarły do szeregu państw, w tym Serbii, Brazylii, Turcji, Egiptu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Indonezji i Pakistanu.

Wielu światowych przywódców zostało zaszczepionych chińską szczepionką w ramach kampanii szczepień. Kolejne kraje zwracają się do Chin z prośbą o dostawy i wykorzystanie szczepionek.
Prawdziwy światowy boom współpracy z Chinami w sprawie szczepień dodaje pewności co do efektu globalnej walki z niszczycielską pandemią COVID-19.