Strajk Kobiet przed sąd?

Do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko trzem przywódczyniom Strajku Kobiet.

– Zarzut obejmuje sprowadzenie niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób i spowodowanie zagrożenia epidemiologicznego w postaci możliwości zarażenia wirusem SARS-CoV-2 i szerzenia się choroby zakaźnej COVID-19 poprzez organizację i prowadzenie marszów w październiku, listopadzie oraz grudniu 2020 r. na ulicach Warszawy – tłumaczy Aleksandra Skrzyniarz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Gdyby liderki OSK zostały uznane za winne, grozi im maksymalnie 8 lat pozbawienia wolności.

Dęta sprawa

Zdaniem komentatorów spoza mediów rządowych skazanie trzech kobiet jest jednak mało prawdopodobne. Sąd Najwyższy uznał wszak niedawno, że zakaz zgromadzeń nie miał podstaw, bo rada ministrów w ramach walki z chorobą zakaźną może ustanawiać tylko nakazy, obowiązki i ograniczenia, nie zakazy. To w zasadzie kończy dyskusję o tym, czy zgromadzenia kobiet (i ich sojuszników) były legalne i czy policja mogła zamykać je w kotłach, a potem wnioskować o ukaranie organizatorek lokalnych demonstracji.

Będą robić swoje

– Prokuratura informuje prasę, że ściga Martę L., Klementynę S. oraz Agnieszkę C-F za spowodowanie zagrożenia epidemicznego. W perspektywie 8 latek. A tymczasem SN stwierdził, że nie można karać na podstawie rozporządzenia. Nasza reakcja: śmiech. Będziemy dalej robić to, co robimy – odpowiadają na Twitterze trzy kobiety, które były twarzami masowych protestów.

Strajk kobiet był najpotężniejszym protestem społecznym przeciwko PiS. Drakońskie orzeczenie pseudotrybunału konstytucyjnego wyciągnęło na ulice tysiące obywatelek i obywateli, w tym takich, którzy nigdy wcześniej nie angażowali się politycznie.Młodzi ludzie odważnie domagali się pełni praw dla kobiet i świeckiego państwa dla wszystkich. Władzy PiS broniła policja: były przypadki opryskiwania demonstrantek gazem łzawiącym, złamane palce i ręce, sponiewierani dziennikarze. Rząd nie ustąpił, a ustawa antyaborcyjna skutecznie zniechęca Polki do zachodzenia w ciążę.

Uchwała Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie podziękowania pracownikom ochrony zdrowia za zaangażowanie i poświęcenie w walce z pandemią SARS-CoV-2

Rada Naczelna PPS, obradująca w dniu 19.06.2021 roku w Warszawie, wyraża głęboką wdzięczność pracownikom Polskiej Służby Zdrowia, zwłaszcza w sektorze szpitalnictwa za bezprzykładne poświęcenie i zaangażowanie w walce z pandemią koronawirusa.

Dziękujemy za pracę ponad siły, za sprostanie trudnym zadaniom w warunkach braku przygotowania przez instytucje rządowe ochrony zdrowia do tej sytuacji. To Wy zapobiegliście całkowitej katastrofie i załamaniu się systemu ochrony zdrowia. Stanęliście do walki bez środków ochrony osobistej, bez opracowanych procedur, bez zmian organizacyjnych, które dokonywały się za późno i często nie w tym kierunku, który był optymalny. 

Rada Naczelna PPS jest niewrażliwa na rządową propagandę sukcesu, my wiemy, w jakich warunkach przyszło Wam pracować, jakie były zaniedbania, jak wyglądała sytuacja pacjentów i Was, którzy stawiliście czoła pandemii.

Wyrażając wdzięczność, szacunek i podziękowania pragniemy zapewnić, że ochrona zdrowia jest i będzie priorytetem dla Polskiej Patrii Socjalistycznej. Wspólnie nie możemy dopuścić do tego, aby szkodliwe plany Rządu w zakresie reorganizacji ochrony zdrowia weszły w życie. Ostatnie protesty środowisk medycznych, które z całą mocą popierają świadczą o tym, że kierunek wprowadzanych zmian jest niewłaściwy.

Tele-pierdoły

Rządy wielu krajów, w tym też Polski, powoli luzują obostrzenia związane z pandemią koronawirusa. Holandia z końcem czerwca praktycznie powraca do stanu sprzed pandemii. Są też jednak państwa jak choćby Portugalia, Wielka Brytania, które przedłużają czas obostrzeń z powodu nowej odmiany wirusa tzw. indyjskiego „Delta”.

Wracam jednak do Polski. Można już robić praktycznie normalnie zakupy, jeździć publiczną komunikacją, robić wesela i inne tego typu uroczystości, chodzić na stadiony i do hal sportowych, siłowni, restauracji, dyskotek , kin itp. No i co najważniejsze normalnie działają szkoły. Wydawać by się mogło, że wreszcie możemy normalnie żyć. 

Niestety jest jedna branża która z lubością hołduje koronawirusowym zakazom, jest nią branża medyczna. Lekarze, w tym głównie ci rodzinni tkwią dalej w ogniu ostrej pandemii i olewają pacjentów. Przyjmują garstkę wybranych, reszcie proponują teleporady. Proszę mi powiedzieć jak opisać telefoniczne bóle stóp. Moja znajoma ma ten problem. Zadzwoniła i uzyskała poradę, że musi zrezygnować z chodzenia w butach na wysokim obcasie, albo po prostu ma płaskostopie. Płaskostopie ma się albo nie ma, nie jest to przypadłość nabywana z wiekiem. Jeśli chodzi o buty na wysokim obcasie to tych moja znajoma nigdy nie nosi i nie nosiła. Tyle jest warta w tym przypadku teleporada medyczna.

Podam jeszcze inny przypadek, tym razem mój. Ni z tego ni z owego pewnego dnia skoczyło mi ciśnienie na 210/113. To już ciśnienie alarmowe. Nie pozostało mi nic innego jak pojechać do szpitala. Oczywiście przeszedłem całą procedurę, mierzenia temperatury, wypełniania różnych nikomu niepotrzebnych druczków, by w końcu usiąść przed gabinetem lekarza POZ. Sympatyczna pielegniarka zadzwoniła do lekarza, który zamiast pełnić dyżur w POZ, przebywał na oddziale. Jakim, a jakże Covidowym. Posiedziałem jeszcze z dziesięć minut, niestety konował nie raczył zejść do poradni. Leczenie rozpoczęła pielęgniarka. Dała mi jakąś tabletkę, zastrzyk i posadziła po drzwiami poradni. Siedziałem tak ponad pół godziny, nie budząc już żadnego zainteresowania ze strony medyków. W końcu wstałem i wyszedłem. Tak wygląda leczenie w czasach pandemi koronowirusa.

Rodzi się pytanie ile osób umiera z powodu z powodu COVIT-19, a ile z powodu zaniedbań w leczeniu różnych medycznych przypadłości, często zagrażających życiu. Wizyta u specjalisty to swoisty horror. W moim mieście ortopeda przyjmuje nawet po osimdziesiąt osób. Co można zdiagnozować w ciągu kilku minut. Dobrze, że w ogóle przyjmuje. Są poradnie specjalistyczne, w których na wizytę czeka się miesiącami, a nawet latami.

Oczywiście jest sporo lekarzy specjalistów przyjmujących prywatnie. Wizyta sporo kosztuje, kosztuję też zlecone przez tych lekarzy badania, ale przynajmniej można doczekać się tej wizyty za życia. Lekarz rodzinny wystawi skierowanie na badania tylko w przypadku przystawienia mu do głowy pistoletu. W gabinetach wiszą setki bzdurnych ogłoszeń, zaś w żadnym nie wisi wykaz badań jakie przysługują pacjentowi do zlecenia przez lekarza rodzinnego. Ja znam ten wykaz i uwierzcie mi są tam nawet skierowania na USG, nie mówiąć już o tak prozaicznych jak morfologia,  badania wątrobowe i wiele, wiele innych.

Czy jest jakiś sposób na wybręcie z tego impasu. Owszem jest. Pieniądze jakie płacimi w postaci składki zdrowotnej, powinniśmy płacić na swoje prywatne konto. Konto to powinno być zastrzeżone. Można by było z niego wypłacić pieniądze na fakturę z apteki, szpitala, lub za wizytę u lekarza specjalisty. Pieniądze wypłacane do tej pory armii darmozjadów zatrudnionych w NFZ, przeznaczyć na publiczną służbę zdrowia, a biura zajmowane przez NFZ na mieszkania dla potrzebujących. Może tym sposobem premier Morawiecki choć o jeden procent zbliżył by się do obiecanej liczby miliona mieszkań dla potrzebujących. Dodam że są to kwoty spore, ja sam odprowadzam grubo ponad 300 zł składki zdrowotnej, co dawało by mi nieco ponad 4 tys. zł rocznie. Kwota niebagatelna, pozwalająca na solidne i skuteczne leczenie.

Mam świadomość, że nic się nie zmieni. Partie rządzące potrzebują całej masy urzędniczych stanowisk, którymi obdarowywuje swoich popierających ją ludzi i ich rodziny. NFZ to łakomy kąsek, wart kilku tysięcy miejsc pracy, dla urzędników, czyli nic nierobiących, dających na dodatek pieniądze „swoim” lekarzom.

Pisze o tym w pełni świadomy, że pisanina taka niczego nie zmieni. PiS ma nas wszystkich za durniów i zawłaszcza kolejne obszary panstwowych urzędów. Opozycja nie ma jakiegokolwiek pomysłu na naprawę państwa, a obywatel musi zrozumieć, że jeśli chce przeżyć musi sobie radzić sam.

Słowacki gol prezydenta Dudy

W czasie, kiedy nasi chłopcy, pod wodzą Portugalczyka, brylowali na boisku ze Słowacją, nasz kraj, Polska, reprezentowany przez Andrzeja Dudę na konferencji międzynarodowej na Słowacji, został wreszcie zauważony. I dobrze. Bo prezydent poruszył wątek, który i mnie dość mocno ostatnio zastanawia. Dodać na koniec należy, że Polacy ze Słowakami na boisku przegrali, a w drużynie naszych rywali występował nie kto inny jak…Ondrej Duda. Prowokacja? Przypadek? Jedno i drugie? 

Zaprawdę, nie wiem jak to wszystko wytłumaczyć. Tyle dziwnych zbiegów okoliczności, za dużo jak na jeden raz. Tak czy inaczej, w Bratysławie, Andrzej Duda, Polak, nie mylić ze Słowakiem-Ondrejem, piłkarzem zawodowym, łaskaw był zawrzeć w swoim przemówieniu pewną wątpliwość, tyczącą się tego, czy to, że mamy dziś w Polsce przyrosty covidowe rzędu 200-300 przypadków dziennie, podobnie jak to miało miejsce w zeszłym roku, jest wyłącznie zasługą powszechnego programu szczepień, czy może pomaga nam w tym…geografia. Jest bowiem tak, jak przytomnie zauważył prezydent, że w zeszłym roku, kiedy nie szczepiono ludzi, bo nie było jeszcze czym, po fali zimowej i wiosennej pierwszego żniwa zarazy, w lato wirus nieco odpuścił. Ba, zrobił to na tyle roztropnie, że nawet premier dał się nabrać, i w szczycie kampanii wyborczej ogłosił, że wirusa już nie ma; poszedł sobie i nie wróci. Parę miesięcy później ten jednak znowu się pojawił, i do marca trzymał za pysk cały kraj, żeby swe apogeum osiągnąć na wiosnę, w kwietniu, dając chwilę wytchnienia po Nowym Roku. Tak to już bowiem bywa z transmisją wirusów, jak mniemał polski prezydent na słowackiej ziemi, że w niektórych krajach, tam zwłaszcza, gdzie jest klimat mieszany, ludzie zapadają na nie częściej, gdy mają nieco osłabioną odporność. Np. na grypę sezonową, zapada się w Polsce w okresach przejścia z jesieni w zimę i zimy w wiosnę.

Przypomnijmy: grypa, podobnie jak covid, też jest wirusem, więc radzi sobie u nas całkiem nieźle od wielu lat. Są wszak w sprzedaży szczepionki na grypę, ale sięga po nie jedynie dwa procent ogółu Polaków. Na covid zaszczepiło się już dużo więcej. Na szczęście. Ten jednak wciąż istnieje i zaraża. I zdradzę Państwu sekret: nadal będzie zarażał. Jest bardzo dużo szansa, że podobnie jak z grypą, na jesieni, kiedy ludzie zaczynają smarkać i kichać, covid znowu zwiększy zasięgi. Wie o tym doskonale prezydent Duda i nieśmiało daje do zrozumienia, że należy nauczyć się z tym żyć. Szczepić się oczywiście, w miarę możliwości, ale nie dać się zwieść, że pandemię zwalczymy raz na zawsze, co to, to nie. Zaczyna również podobne sygnały wysyłać i minister Niedzielski, wspominając, że jesteśmy blisko osiągnięcia odporności stadnej, bo ponad 60 proc. społeczeństwa ma już przeciwciała. Jeszcze pół roku temu, na dźwięk słów „odporność stadna” i jej przydawki, odsądzono by każdego polityka od posiadania mózgu w czaszce, a dziś sam minister zdrowia zaczyna głośno o tym mówić. Oczywiście, są na straży tępi mądrale, którzy każą się Polakom bać jak najdłużej; ot, np. Włodzimierz Cimoszewicz, który po wynurzeniach prezydenta o sprzyjającym klimacie, każe mu doczytać, jak wirus sadowił się w Indiach czy Brazylii, gdzie generalnie cały czas jest ciepło i że prezydenckie bajanie to życzeniowe myślenie pierwszoklasisty po oblanym sprawdzianie ze znajomości pór roku i nazw kontynentów. Na pozór, rzeczywiście, Cimoszewicz może w tym dwugłosie wydawać się bardziej racjonalny w myśleniu, ale to nie sama temperatura jest zwornikiem procesu szerzenia się zarazy, a właśnie wspominana odporność organizmów. W lato po prostu rzadziej chorujemy, bo nie narażamy się na kaprysy pogody-każdy chłop we wsi pod Białymstokiem to wie. Nie trzeba być Cimoszewiczem, żeby tę zależność dostrzec. Podobnie jak to, że jak się człek przemoczy w polu albo na przystanku i wiatr go wysmaga, to się choróbsko przywlecze szybciej. I tak będzie jesienią i zimą. Będzie też panika, że, o la Boga, Polacy umierają na covid, tak jakby teraz nie umierali. Jest jednak dla nas, gatunku ludzkiego, nadzieja. Aby ją posiąść, najsamprzód należy wykonać jedną, ważną czynność-nie słuchać ani nie czytać mediów głównego nurtu. Ich pieniądze i klikalność podszyte są syceniem w ludziach strachu i lęku o wszystko i przed wszystkim. Choćby jak teraz, w Wielkiej Brytanii. Pojawił się nowy szczep „Delta”, który szybko się rozprzestrzenia. Larum grają, ludzie chorują i umierają, a u nas ponoć nawet jedna zakonnica już go ma. Nic tylko czekać, jak wszyscy od niego zginiemy. Gdyby jednak ktoś zadał sobie trud, jak np. ja, i poczytał o wirusach w książkach do wirusologii, dowiedziałby się, że to, że nowy szczep rozwija się szybko, jest czymś zupełnie normalnym. Wirusy bowiem mają to do siebie, że dość prędko się demokratyzują. Chcą zakażać coraz więcej nosicieli, ale czynią to kosztem swojej mocy. Innymi słowy, każdy nowy szczep szybciej przeskakuje z człowieka na człowieka, ale wraz z jego mobilnością, maleje jego siła. Jak z grypą. Rzadko kiedy, na szczęście, ludzie przechodzą ją ciężko, a proszę mi wierzyć, to też nic fajnego, a dużo częściej kończy się na klasycznym przeziębieniu z tygodniem w łóżku i kubkiem herbaty z miodem i cytryną. Z covidem zapewne też tak będzie. Tylko za jakiś czas. Teraz, kto może niech się szczepi i korzysta z lata, bo coś czuję w swoich starych kościach, że jesienią znowu nas zamaskują i zabetonują w domach.

A, byłbym zapomniał, ten słowacki piłkarz Ondrej Duda, występował ongiś w drużynie Legii Warszawa i w związku z tym, bardzo dobrze mówi po polsku. Tu musi być coś na rzeczy!

Jak rząd sobie radził z Covidem?

Czternastomiesięczny okres walki z pandemią pozwala – pomimo, że dość daleko jest do jej końca – na wstępne wnioski i generalne oceny, co do zjawisk i procesów, które miały wpływ na efektywność zwalczania pandemii.

Być może najbliższe miesiące przyniosą wydarzenia i przemiany, które poniższe tezy zweryfikują negatywnie, ale w moim przekonaniu, zasadnicze konstatacje pozostaną bez większych zmian. Ująłbym je następująco.

Po pierwsze – nie całe państwo walczy z pandemią. W Polsce rząd centralny wziął w swoje ręce kierowanie, organizowanie i prowadzenie walki z pandemią. Poza frontem decyzyjnym i wykonawczym w tej walce jest poważny segment władzy wykonawczej państwa jakim jest samorząd terytorialny. Rząd przejął bezpośrednie kierowanie służbą zdrowia i jej placówkami, co spowodowało, że organy władzy samorządowej poczuły się zwolnione od troski i odpowiedzialności za zaspokajanie potrzeb zdrowotnych obywateli, w tym zwłaszcza nie chorujących na Covid-19.

Mało tego, wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji odpowiedzialny za ten ostatni dział administracji rządowej wyraził pogląd, że tylko rząd centralny i jego aparat terenowy jest zdolny skutecznie walczyć z pandemią, a kryzys ów obnażył nieracjonalność wszelkiej decentralizacji. Pogląd ten znalazł potwierdzenie podczas operacji szczepień profilaktycznych, kiedy początkowo odrzucano wszystkie inicjatywy samorządów na rzecz zwiększenia ilości punktów wykonujących owe szczepienia. W moim przekonaniu to błąd, bowiem poza frontem walki z pandemią znalazły się bogate zasoby kadrowe i materialne pozostające do dyspozycji samorządu terytorialnego. Ten brak zaufania do własnej, państwowej wszak administracji, widać było w decyzji o scentralizowaniu systemu informacji o przebiegu pandemii i wydanym zakazie dla powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych informowania o lokalnym wymiarze pandemii.

Ten sam błąd – to po drugie – popełniono w odniesieniu do systemu zarządzania kryzysowego państwem. Nie dano szansy chociażby weryfikacji jego potencjału, struktur i procedur działania. Nic nie wiadomo o jakiejś szczególnej roli Rządowego Centrum Bezpieczeństwa i jego potencjału analityczno-operacyjnego. Szczególnie dotkliwy był fakt nie wykorzystania lekceważonego przez lata, a formalnie i faktycznie istniejącego, systemu Obrony Cywilnej. Zaprzepaszczono okazję do sprawdzenia schematów działania, zwłaszcza w wymiarze lokalnym, podmiotom, którym przypisuje się istotną rolę w systemie reagowania kryzysowego. Mogły one sprawdzić się „w prawdziwym boju”, a nie w schematycznych ćwiczeniach. Można nawet postawić tezę, że albo systemu i struktur OC praktycznie nie ma, albo też – nie wiadomo z jakich powodów – zaniechano ich użycia, mimo, iż powszechnie uważa się, że to są struktury dedykowane m.in. zwalczaniu epidemii i pandemii. Być może było to konsekwencją nie przyjęcia od początku jednolitej i jednoznacznej podstawy prawnej całej operacji walki z pandemią. Nie zastosowano żadnej z istniejących ustaw o stanach nadzwyczajnych czy o zarządzaniu kryzysowym, a przepisy dotyczące wprowadzania ograniczeń praw obywatelskich wprowadzano w ustawach epizodycznych.

Odnotować tutaj też trzeba – po trzecie – rezygnację z wykorzystania potencjału organizacji pozarządowych. Nie sięgnięto po zasoby kadrowe, materialne i organizacyjne, takich struktur jak ochotnicze straże pożarne, Polski Czerwony Krzyż, ochotnicze organizacje ratownicze, Polski Komitet Pomocy Społecznej, Caritas czy liczne organizacje pozarządowe wspomagające służbę zdrowia czy politykę socjalną państwa. Owszem zdarzały się chwalebne przypadki aktywności harcerzy czy strażaków-ochotników, ale nie ujęto ich w jakiś system. Nie stawiano im zadań, nie mobilizowano do aktywności, choćby w obszarze komunikacji społecznej, pomocy osobom przebywającym na kwarantannie, czy też wsparciu przeciążonej pracą służbie zdrowia na oddziałach niecovidowych.

Pandemia z jednej strony obnażyła słabość społeczeństwa obywatelskiego, a z drugiej nieumiejętność współdziałania państwa z trzecim sektorem. Tego typu powszechne zagrożenie owocuje na ogół pewnym wzmożeniem aktywności i zaangażowania szerokich grup społecznych i państwo powinno robić wszystko, aby umacniać tego rodzaju postawy, utrwalić je i przekształcić na czas pokryzysowy. Tę okazję zmarnowaliśmy.

Po czwarte – kwestią dyskusyjną jest hierarchia celów w kierowaniu walką z pandemią. Poza sporem jest kwestia ratowania życia i zdrowia obywateli. Dość sprawnie prowadzono operację wspomagania gospodarki, w tym zwłaszcza z sektora handlu i usług. Owszem, zdarzały się błędy lub zaniedbania, ale nie przysłaniają one efektywności wysiłku rządu i jego służb w tym zakresie. Co prawda, niektórzy analitycy zwracają uwagę, że gospodarka bardzo ucierpiała na nieprzewidywalności i zmienności decyzji rządowych w sprawach zakazów odnoszących się do działalności gospodarczej. Tak się dla przykładu stało, gdy niespodziewanie zamknięto cmentarze przed 1 listopada 2020 roku.

Natomiast najsłabszym elementem tej operacji okazała się edukacja. Polityka w tym względzie była niestabilna i niekonsekwentna. Zlekceważono negatywne konsekwencje zawieszenia nauki w placówkach szkolnych, decyzje zmieniano wielokrotnie i bez wyraźnego komunikowania ich przesłanek. W efekcie polskie szkoły zamknięte były przez 35 tygodni, a więc dłużej niż np. Francja (10 tygodni) czy Wielka Brytania – 27 tygodni. Także nauka zdalna okazała się mniej wydolna niż zakładano. Brakło sprzętu, tak w szkołach, jak i w domach, w wielu rejonach brakło dostępu do internetu, a generalnie nie starczyło umiejętności posługiwania się cyfrowymi formami komunikacji. Dotyczy to zarówno nauczycieli, jak i młodzieży.

Konsekwencje tego stanu rzeczy są znane i niejednokrotnie podnoszone oraz analizowane przez pedagogów i psychologów rozwojowych. To, co ważne, to długofalowość następstw tego stanu rzeczy. Sądzię, że mniej ważne są niedostatki edukacyjne, bowiem można sobie wyobrazić proces nadrabiania zaległości i intensywniejszej dydaktyki (choć w mniejszym stopniu, z oczywistych powodów, dotyczy to tegorocznych maturzystów). Znacznie poważniejsze są zaburzenia rozwojowe o znaczeniu wychowawczym, wynikłe z braku przebywania w środowisku rówieśniczym. Jak się wydaje, ośrodki kierownicze państwa nie mają żadnej koncepcji rozwiązania tego problemu i co gorsza nie ma żadnych przesłanek do twierdzenia, że taka koncepcja jest poszukiwana. A zaniedbania socjalizacyjne mogą przynosić widoczne skutki przez wiele jeszcze lat.

Po piąte – zabrakło liderów w walce z pandemią. Możliwe tu były dwa rozwiązania. Jedno to sytuacja, kiedy twarzą walki z pandemią stają się epidemiolodzy, uznane autorytety naukowe, z których rekomendacji politycy podejmują decyzje, uzasadniane, wyjaśniane i bronione przez te autorytety. Taką drogą poszła Szwecja, czy w początkowym okresie Stany Zjednoczone. Drugie rozwiązanie przyjmuje się wtedy, kiedy twarzą polityki epidemiologicznej są politycy, ale wszyscy wiedzą, że decyzje podejmowane są w nieustannej konsultacji z fachowcami, a i sami politycy prezentują pewien poziom profesjonalizmu. Tak było z ministrem Łukaszem Szumowskim (pierwszy etap pandemii), taki model kierowania walką z pandemią przyjęto w Wielkiej Brytanii. W Polsce kwestię te zdominowała doraźność i niekonsekwencja. W jej skutku frontmenami walki z pandemia stali się politycy wraz z chybotliwością ich prestiżu społecznego i falującym zaufaniem, często o niskiej rozpoznawalności społecznej. Zrezygnowano z ekspozycji ministra właściwego w sprawach wewnętrznych i administracji, mimo, że to on jest zwierzchnikiem aparatu zarządzającego państwem. Zrezygnowano z drugorzędnego politycznie szeregu kompetentnych urzędników, jak np. Główny Inspektor Sanitarny, Komendant Główny PSP czy szef Agencji Oceny Technologii Medycznych. Niejasna jest także rola – powołanej dopiero w drugim szczycie pandemii (koniec października 2020 r.) – Rady Medycznej przy Premierze. Zabrakło jednolitych komunikatów, eksperci zbyt często wypowiadali się krytycznie o podejmowanych przez władze decyzjach, część z nich w ogóle publicznie nie zaistniała. Tak więc, wbrew zasadom zarządzania kryzysowego, opinia publiczna nie poznała składu sztabu kryzysowego, kompetencji i zakresu odpowiedzialności jego członków. Nie wiadomo było, kto podejmował decyzje w sprawach ważnych i zupełnie drobnych, jakimi przesłankami się kierował, jakich efektów oczekuje.

Szczególnie widoczne to było przy okazji decyzji wprowadzających ograniczenia swobód poruszania się, prowadzenia działalności gospodarczej czy wolności obywatelskich. Pomimo dość niejasnych podstaw prawnych tych działań, przestrzeganie tych ograniczeń wymuszane było głównie poprzez działania represyjne, przy nadużywaniu policji i karnych narzędzi będących w kompetencjach służb sanitarno-epidemiologicznych. Brakło działań edukacyjnych i promocyjnych, „miękkiej” polityki argumentacyjnej, odwołującej się do racji naukowych i moralnych, do postaw obywatelskich. Nawet jak takie próby podejmowano, to długo nie mogliśmy się doczekać na osobisty, pozytywny przykład polityków. Zbyt wiele było przykładów niewłaściwych zachowań, nieprzestrzegania norm i zasad przez nich samych ustalonych.

To wszystko składało się na uzasadnione wrażenie chaosu w zarządzaniu kryzysem. Nie jest zamiarem autora ocena podejmowanych decyzji z punktu widzenia medycznego i zasad walki z pandemią. Bardziej mnie interesują ewidentne braki w komunikacji ze społeczeństwem, nieumiejętność wyjaśnienia decyzji skutkujących procesami zaostrzania i luzowania restrykcji, niejasne i zmienne instrukcje dla organów bezpieczeństwa i porządku publicznego. Także brak wyobraźni, którego przykładem było wpuszczenie Polaków z Wielkiej Brytanii na Święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku bez stosownej kontroli epidemiologicznej na granicy. Przejawem tegoż chaosu był także niejasny system zbierania informacji o przebiegu i geografii pandemii oraz niewykorzystanie powstających w placówkach naukowo-badawczych systemów prognozowania jej przebiegu. W ogóle zaniedbano kwestie bezpieczeństwa systemów informatycznych, o czym świadczy „błąd” systemu rejestracji na szczepienia, który miał miejsce 1 kwietnia 2021 roku czy też o dwadzieścia dni późniejszy „wyciek” danych osobowych funkcjonariuszy formacji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo z rejestrów prowadzonych przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa.

Nałożyć na to trzeba wspominaną już „epidemię” prawa epizodycznego. Jest to o tyle, groźne, że naturą i istotą ustaw epizodycznych jest faktyczne ograniczenie praw obywatelskich, zachwianie relacji pomiędzy aparatem państwa a obywatelem.

Jednakże ewidentnym błędem w zarządzaniu tym kryzysem było nałożenie się na niego zdarzeń i konfliktów o charakterze politycznym. Najpierw konflikt o termin i sposób przeprowadzenia wyborów prezydenckich wiosną 2020 roku, zajmujący całą klasę polityczną, w tym osoby odpowiedzialne za prowadzenie walki z pandemią. Potem wrześniowe przetasowywania w rządzie i w koalicji rządzącej, które angażowały kierownictwo polityczne kraju i skupiały uwagę opinii publicznej, a które – jak można sądzić – miały wpływ na stan i poziom przygotowań do drugiej fali pandemii. Wreszcie jesienny konflikt światopoglądowy, który poruszył tysiące ludzi, a został wywołany przez władzę publiczną. Spowodował ona dalsze obniżenie zaufania sporej części obywateli do kierownictwa polityczno-administracyjnego kraju, wywołał przekonanie, że pandemia nie jest najważniejszym wyzwaniem, przed którym stanęła Polska.