Arcybiskup Anatole Milandou docenia wysiłki Chin

Podczas, gdy uwaga świata kieruje się ku nadchodzącym Zimowym Igrzyskom Olimpijskim w Pekinie – ważnym sportowym święcie, które zapowiada się na wielki sukces; kongijskie media przeprowadziły wywiad z Arcybiskupem Brazzaville, Anatole Milandou. Tematem rozmowy była opinia katolickiego hierarchy na temat postępowania Chin jako partnera strategicznego Republiki Konga.

Arcybiskup, który sam przyjął już podwójną dawkę chińskiej szczepionki, wykorzystał tę okazję by zachęcić Kongijczyków do szczepień, jego zdaniem „jedynej drogi, pozwalającej uzyskać odporność zbiorową”.
Odnosząc się do współpracy między Chinami a Republiką Konga, arcybiskup Milandou powiedział: „współpraca pomiędzy naszymi krajami trwa od wielu lat. Taki partnerstwo przynosi Kongu wiele korzyści (…) Uważam, że Chiny to ogromne państwo, którego nie sposób lekceważyć, a z jego doświadczeń mogą skorzystać wszyscy”.
„Niezależnie od tego, co czasem się słyszy, obecnie nie możemy już żyć bez Chin” – dodał hierarcha.
Wskazał również, że podczas kryzysu wywołanego przez światową pandemię, Chiny niosły pomoc wielu krajom, oraz pochwalił wysiłki Chin na rzecz Konga. Przy tej okazji, Arcybiskup życzył również sukcesu organizatorom nadchodzących Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie.
Nawiązując do tematu pandemii COVID-19 i do obecnej sytuacji związanej ze szczepieniami, Arcybiskup przyznał, że w kwestii tej nie można polegać jedynie na boskiej opatrzności, lekceważąc dokonania współczesnej medycyny, bo Bóg dał ludziom rozum właśnie po to, by czynić z niego użytek.
Podczas wywiadu dla ACI, Arcybiskup Milandou dodał również, że „prawdą jest, że obecnie, zwłaszcza w mediach społecznościowych, pojawia się coraz więcej fake newsów i niesprawdzonych informacji, ale uważam, że naszym obowiązkiem jest się szczepić”.
Według danych dostarczonych przez stronę kongijską, system szczepień wprowadzany jest obecnie i realizowany na terenie całego kraju. Od 14 marca 2020 do 7 października tego roku, Kongo odnotowało 14,561 przypadków zarażenia wirusem, w tym 12 421 wyleczonych i 199 zgonów. Śmiertelność waha się na poziomie ok. 1,3. proc.

Covid kaleczy moje człowieczeństwo

No, może z tym okaleczeniem to trochę przesada, lecz przecież coś jednak jest na rzeczy. Po półtora roku (od marca 2020) trwania stanu pandemii (epidemii) koronawirusa covid 19 moje człowieczeństwo uległo pewnej degradacji. Spróbuję to opisać z indywidualnego punktu widzenia, co podkreślam mocno, by nie być posądzonym o uogólnianie indywidualnego doświadczenia, a już w szczególności indywidualnych odczuć. Jednak na obraz czasów pandemii złożą się tysiące zapisanych relacji, wspomnień, świadectw. Niech dołączy do nich i to.

Przez cały niemal rok 2020 nosiłem maski bez większego oporu i nawet z nieszczególnie silnym poczuciem dyskomfortu, ale od pewnego czasu, którego nie potrafię dokładnie określić, zacząłem się denerwować w sytuacjach, w których zmuszony byłem stykać się, w przestrzeni zamkniętej, z osobami nie noszącymi masek. Dotyczy to głównie dwóch zasadniczych przestrzeni, obecności w których nie sposób od czasu do czasu uniknąć. Mam na myśli przestrzenie handlowe (sklepy spożywcze, markety), komunikację – miejską i dalekobieżną oraz banki i może od czasu do czasu, niestety, jakieś urzędy. Wizyty w przestrzeniach zamkniętych, takich jak kina, teatry, księgarnie odpuściłem sobie dokumentnie także po tym, gdy zostały otwarte, bo obecność w nich nie jest – przykro mi czynić tę uwagę – bezwzględnie konieczna. Nikt nie może mnie posądzić o to, że lekceważę kulturę – jestem właścicielem wielu setek książek, mnóstwa kaset z filmami i spektaklami teatralnymi, mam telewizor i internet, więc mogę z kultury korzystać do woli, ale produktów żywnościowych nie sprokuruję sobie samodzielnie, przemieścić się z miejsca na miejsce od czasu do czasu muszę (a auta osobistego posiadać nie chcę z lęku przed szaleństwem polskich – pożal się boże – kierowców), a z bankowości internetowej nie korzystam,również z lęku, więc do banku muszę od czasu do czasu się wybrać.
Kiedy więc w owe miejsca się udaję i widzę osoby nie stosujące się do obowiązku noszenia maski, trafia mnie szlag i budzą się we mnie instynkty krwiożercze. I przyznam szczerze, że to nie strach przed zakażeniem mną powoduje, lecz wściekłość i upokorzenie wywołane tym, że wielu innych nie stosuje się do przepisów, podczas gdy ja w sposób zdyscyplinowany je respektuję. Do irytacji skierowanej ku innym, nieomaskowanym (przypominam, że mam na myśli przestrzenie zamknięte) dołącza się irytacja nakierowana na obsługę (sprzedawców, konduktorów, kierowców, urzędników, etc.), która nie dyscyplinuje klientów czy pasażerów. Przez półtora roku obostrzeń sanitarnych ani razu, powtarzam, ani razu nie miałem okazji być świadkiem takiego dyscyplinowania, a to o czymś mówi. Trzecia warstwa agresji jest autoagresją, to znaczy nakierowana jest na mnie samego. Jestem na siebie zły, że jestem frajerem i respektuję przepisy płacąc za to dyskomfortem, podczas gdy wielu innych ma to w dupie. Ta synergicznie wzmocniona złość kumuluje się w szewską pasję, białą gorączkę, cichą furię.
Jest jeszcze gorzej. Moja złość, irytacja, złość, furia, upokorzenie nie pojawiają się wyłącznie w momencie wejścia do takiego przybytku i w czasie przebywania w nim (n.p. czynienia zakupów czy podczas podróży), ale dużo wcześniej, w przewidywaniu takiej sytuacji, gdy decyduję się na wyjście z domu w celu udania się do sklepu czy w podróży. Moja wściekłość jest więc antycypowana, czuję ją już wtedy, gdy zbliżam się do sklepu, banku lub czekam na autobus na przystanku bądź na pociąg na peronie, a niejednokrotnie dużo wcześniej, gdy dopiero planuję tego rodzaju aktywność. Bo wiem, że niezawodnie natknę się na osoby, które nie noszą masek, a znajdują się niedaleko ode mnie. Tym samym banalne, pospolite, zazwyczaj emocjonalnie obojętne, choć czasem przynoszące odrobinę przyjemności czynności dokonywania zakupów lub odbywania podróży stały się źródłem psychicznej udręki i to rozlanej w czasie. Innymi słowy żyję w stanie nieustannego wkurwienia.
Ktoś może powiedzieć, że stres związany z życiem społecznym to nic nadzwyczajnego i zawsze człowiekowi towarzyszy w życiu codziennym i niecodziennym. Wychodząc z domu, robiąc zakupy, korzystając z komunikacji, idąc do kina czy teatru etc. zawsze narażamy się na ryzyko doznania jakiejś przykrości ze strony innych. To prawda, ale czymś innym jest potencjalne ryzyko zaistnienia takiej sytuacji, statystycznie rzadko występujące, a czym innym stres, który wiąże się z pewnością, że natkniemy się na okoliczności wprowadzające nas we frustrację, irytację, dyskomfort, gdy mamy – praktycznie – stuprocentową pewność (o czym przekonuje nas empiria codzienna) narażenia się na przykrość.
Wspomniałem o unikaniu wizyt w kinie czy teatrze. Bardzo chętnie bym się tam wybrał (ostatnio byłem w kinie w lutym 2020 roku na filmie Quentina Tarantino „Pewnego razu w Hollywood”, w teatrze jeszcze wcześniej, nie pamiętam na jakim przedstawieniu). Jednak, choć kina zostały udostępnione publiczności, nie zdecydowałem się tam wybrać. W wyobraźni widzę bowiem taką sekwencję zdarzeń. Jadę do kina tramwajem lub autobusem, zirytowany tym, że część pasażerów, częściej młodych niż starszych, nie ma na twarzy masek. Wchodzę do kinowego hallu z kasami biletowymi. Sala wypełniona jest przybyłymi, którzy w większości przypadków także nie ma na twarzy masek, względnie mają je pod nosem lub co gorsza pod podbródkiem, co jest przecież równoznaczne z nienoszeniem maski. Nabywam bilet i mieszam się w nieomaskowaną w większości publicznością. Na kilka minut przed rozpoczęciem seansu bileter zaczyna wpuszczać na salę kinową. Są dwa możliwe warianty takiej sytuacji. Jeśli posiadacze biletów na seans zorientują się, że bileter (bileterzy) nie reagują na brak masek u osób wręczających im bilety do kontroli, sami też nie nakładają maski (nawet jeśli je mają).
Nie jest jednak lepiej także w sytuacji, gdy bileter (bileterzy) przypominają o obowiązku noszenia masek, względnie nie wpuszczają do sali widzów nieomaskowanych. W takiej sytuacji, widzowie z biletami zakrywają twarz (często bez zakrycia nosa) maską na sam moment kontroli. Gdy jednak widzowie wejdą na salę, po grze pozorów zacznie się ogólne zdejmowanie masek, a gdy zgaśnie światło raczej nie dojrzy się osoby, która zachowałaby maskę na twarzy. Jestem pewien, że tak przebiegałaby moja wizyta w kinie, więc rezygnuję i jestem zły zaocznie na widzów-bezmaskowców, na bierność obsługi i na siebie samego, za upokorzenie wywołane rezygnacją (kapitulacja) z przyjemności obejrzenia filmu z powodu lekceważącej postawy ze strony innych. Takie oto mechanizmy, których analizę można by tu długo kontynuować, sprawiają, że towarzyszy mi permanentny stan irytacji, nienawiści i pogardy dla innych i dla siebie samego. Nienawidzę społeczeństwa, którego jestem częścią, nienawidzę siebie i sobą też pogardzam, a to przecież uczucia złe, szkodliwe dla innych i dla własnego samopoczucia i zdrowia, nie tylko psychicznego.
W ten oto sposób, choć nie zaraziłem się koronawirusem, nie zachorowałem na covid 19 (a przynajmniej nie miałem żadnych powszechnie znanych tego objawów), jestem zaszczepiony podwójną dawką Astrazeneki, żyję w bezustannym stanie irytacji, stresu, złości, nienawiści, pogardy i autopogardy. A przecież nikogo nie muszę pr
zekonywać, że takie życie, to udręka, która sprawia, że wszystkiego, lub prawie wszystkiego, się odechciewa. Ktoś może doradzać: wyluzuj, nie myśl o innych, olej bezmaskowców, nie bij się z koniem, sam noś maskę, a z resztą daj sobie spokój, świata nie zmienisz.
Może to i dobra, rozsądna rada, tyle że mój charakter i temperament nie pozwala mi się do niej zastosować. Nie potrafię machnąć ręką i spuścić uszy po sobie kiedy otaczający mnie zewsząd, na każdym kroku bezmaskowcy mówią do mnie bezgłośnie: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”.
Analogiczny proces wewnętrzny przechodzę w odniesieniu do niezaszczepionych. Wtedy zaczynam też odczuwać, że cała ludzka kultura, tak mi bliska, jest tak krucha, że można ją o dupę potłuc. A walczyć z tymi objawami ludzkiej głupoty nie sposób, bo to walka z wiatrakami, donkiszoteria. I wtedy odzywa się we mnie bestia, zwierzęca natura i podpowiada mi najgorsze myśli.
Tak oto uległo degeneracji moje (i bez tego nie nadmiernie wygórowane) człowieczeństwo. Afera epidemiczna pogorszyła generalnie nasze człowieczeństwo. Homo sum … i co z tego wynika?

Nad Wisłą mu przyszło

Zmarł nam Tomek Wiater.

Znakomity karykaturzysta. Jego postacie rysowane charakterystyczną, powszechnie znaną kreską, codziennie rodziły się w Internecie i raz na tydzień w tygodniku „Nie”. Były graficznymi twarzami tego tygodnika. Odrażające, pokraczne, złe. A jednocześnie niezwykle dowcipne, bo zwykle autoironiczne.
Najlepiej wychodziły Tomkowi rysunki bezpruderyjnych panienek, biskupów, polityków i panów bogów. Codzienny poczet władców naszej Polski. Najśmieszniej bywało kiedy politycy rechotali z wizerunków panienek i biskupów, panienki podśmiewały się z polityków i biskupów, a biskupi chichotali na taki widok panów bogów. Panom bogom pozostawało kpić z pozostałych, z tego całego Dzieła Bożego, czyli z siebie.
Miały jego postacie wszędzie swych fanów. Zasłużona artystka Krystyna Janda ukochała sobie jego karykaturę „Daj głos”, za co znienawidzili ją PiS-owscy „naziole”. Ci sami „Niziole” powielali na swoich forach internetowych Wiaterowe kpiny z kulturowej lewicy, fanów Krystyny Jandy, czasem nawet gejowatych biskupów. A kulturowa lewica powielała u siebie Wiaterowe kpiny z panów bogów, nazioli, biskupów, no i salonu Krystyny Jandy.
Tak to dla lewicy był Tomek sztandarem ateizmu i anty PiSizmu, dla centrum pogromcą PiS- u i konserwatywnych hierarchów, a dla radykałów PiS celnym prześmiewcą zadufanej Warszawki i „lawendowych” biskupów.
Niewielu jego zapiekłych fanów wiedziało, że ten ostry karykaturzysta był także wielce zdolnym rzeźbiarzem, malarzem, fotografikiem, grafikiem, projektantem logo i sloganów reklamowych.
Pomagał też redaktorowi Piotrowi Gadzinowskiemu w w jego kampaniach wyborczych. I wówczas „jego rysunki zawsze były lepsze od uzyskanych przez kandydata wyników”, co sam Gadzinowski przyznawał.
Bo Tomek Wiater był niesłychanie wrażliwym i inteligentnym człowiekiem. I karykaturalnym fanem polskości.
Gdyby Tomek urodził się w Francji, to na pewno byłby gwiazdą tygodnika „Charlie Hebdo” i celem religijnych radykałów.
Ale mu przyszło w kraju nad Wisłą. Tu dopadł go covid.

Księga Wyjścia (70)

Ballada o słowach kluczach.

Zanim wyjechałem do Afryki, musiałem porobić odpowiednie sczepienia i badania. Nie wiedziałem jeszcze, że nikt nigdzie nie będzie tego sprawdzał. Kraje do których jechałem wymagały, więc stając na głowie robiłem wszystko, żeby się wyrobić. Przede wszystkim Covid PCR – pod tym względem Armenia wypadła świetnie. Przyjeżdżający nie musieli się przejmować badaniem, ponieważ robiono je na lotnisku zaraz po przylocie. Kolejka jak do zwykłej odprawy, a że trwało to kilkanaście sekund, nie było wielkich zatorów. W razie wykrycia, mieli informować mailem.
Podczas kolejnej podróży sam już musiałem wszystko zorganizować. W poszukiwaniu szczepionki od żółtej febry obdzwoniłem wszelkie możliwe przychodnie, aż znalazłem taką, w której mieli ostatnią. Kiedyś robił to SANEPID, teraz są przychodnie medycyny podróży.
Gdy udało się wreszcie wrócić do kraju, ledwo przekroczyłem próg mieszkania telefon z informacją, że zostałem objęty kwarantanną, że muszę ściągnąć obowiązkową aplikację i nie opuszczać miejsca pobytu. Zdziwiła mnie ta obowiązkowa aplikacja, przecież nie każdy ma smartfona i nie każdy potrafi ją ściągnąć. Sam miałem kłopoty. Gdy już udało mi się ją zainstalować, każdego dnia, przynajmniej dwukrotnie dzwonił telefon domagając się bym zrobił i wysłał swoje zdjęcie. Polecenia wykonywałem, aż do momentu gdy aplikacja poinformowała mnie, że już koniec kwarantanny. Wtedy ją odinstalowałem.
Nie zdziwiłem się więc, gdy po kilku dniach, zadzwonił telefon. W słuchawce miły damski głos wymienił moje imię i nazwisko potwierdzając czy ja to ja. Następnie informacja, że rozmowa jest nagrywana i w końcu usłyszałem, że zostałem wytypowany do szczepienia przeciwko wirusowi Covid, metoda nowa, w fazie testów.
Pani zapytała czy wyrażam zgodę i czy może mnie zapisać na to szczepienie? „Oczywiście”, odparłem i nawet się ucieszyłem – „to zapisuję pana na poniedziałek, pojutrze. Godzina 18.50. Muszę tylko zapytać jeszcze czy nie ma pan raka?”
„Tego nie wiem, ale chyba nie” – odrzekłem – „gdyby pan miał, to by pan wiedział” – zażartowała – co wydało mi się dość dziwne, a przynajmniej niestosowne.
Dopytała jeszcze czy nie chorowałem na Covid. Zaprzeczyłem i natychmiast usiłowałem dowiedzieć gdzie mam się zgłosić.
Nie kojarzyłem podanej nazwy ulicy, poprosiłem więc, by powiedziała jak mam tam dotrzeć. Po kilku próbach przypominania sobie sąsiednich, większych osiedli, zrezygnowanym już głosem powiedziała – „najlepiej taksówką, bo ja nie jestem stąd”. Na tym rozmowa się zakończyła. A ja zorientowałem się, że chodzi o Lublin.
Trochę ucieszony, trochę zdziwiony i zaniepokojony tym sposobem informacji, postanowiłem ponownie zadzwonić w dniu wizyty, czyli w poniedziałek rano. W niedzielę przyszedł jeszcze SMS potwierdzający sobotnie ustalenia, z lekką zmianą, byłem umówiony na konsultację, nie było w nim mowy o żadnym szczepieniu. Treść poniżej:
„KO-MED CK ZAGIEL LUBLIN przypomina o konsultacji lekarskiej umowionej na dzien 2021-01-25, na godzine 18:50. Zapraszamy.
Komunikat automatyczny. Nie odpowiadaj na niego. Informacje dot. przetwarzania danych osobowych dostepne pod adresem www.komed-ck.pl/odo”, (pisownia oryginalna).
W poniedziałek odebrał mniej miły głos, który wyjaśnił, że są to badania kliniczne w ostatniej ich fazie, że w zasadzie nie ma ryzyka, że dostanę specjalną aplikację na telefon i pełną, bezpłatną obsługę medyczną – wydawało mi się, że taką mam, ale oni wiedzą lepiej – pomyślałem i zadałem kilka „dziecinnych pytań”, głos powiedział, że nie o wszystkim może informować ze względu na RODO, a wątpliwości moje rozwieje, gdy sam się wszystkiego dowie. Umówiliśmy się, że oddzwoni za godzinę.
Minęło półtorej. Zniecierpliwiony ponownie wybrałem numer. Tym razem inny, już bardziej sympatyczny głos, powiedział, że wcześniej rozmawiałem z szefem, że umówiona na dzisiaj wizyta to dopiero konsultacja z lekarzem.
Ponieważ w sobotę powiedziano mi już co może mnie z tego wykluczyć (nowotwór i przebyty Covid), spokojnie więc pojechałem z nadzieją że jeszcze tego samego dnia szczepionkę dostanę.
Pięćdziesiąt kilometrów, busem, akurat spadł śnieg, późne popołudnie lub wczesny wieczór. Na przystanku stał odpowiedni autobus.
Wsiadłem i pojechałem. W Lublinie byłem dużo za wcześnie, postanowiłem jednak nie czekać, ale pojechać i dokładnie wszystkiego się dowiedzieć.
Nazwa ulicy nic mi nie mówiła, nie kojarzyłem gdzie się ta „klinika” znajduje, poza tym zrobiło się już znacznie zimniej, a chodniki zupełnie zasypało. Zamówiłem taksówkę. Niewielki budynek, skryty między blokami jakiegoś osiedla, na nieoświetlonej ulicy.
Miałem sporo czasu do umówionej wizyty, ale gdy tylko podszedłem do rejestracji, podałem swoje dane, od razu zaprowadzono mnie do gabinetu.
Tam dowiedziałem się, że są firmą prywatną, nie mają nic wspólnego z rządowym programem, że jest to zupełnie nowa oparta na białku szczepionka. Do tego dla powagi kilka medycznych terminów i zaczęły się pytania, powiedziałem, że testy Covid PCR miałem robione wiele razy (przed każdym wyjazdem zagranicznym) – wynik zawsze ujemny, a z chorób przewlekłych to uzależnienia, biorę też w związku z tym różne lekarstwa.
Pani doktor jakby zastygła – poinformowała mnie, że w takim razie się nie nadaję, ponieważ nikt nie uzna takich badań. Nie można robić testów na osobach przewlekle chorych i przyjmujących na stałe leki.
Zapytałem dlaczego nie powiedziano mi o tym przez telefon, usłyszałem magiczne słowo „RODO”. „Przecież pytano mnie o nowotwór i czy przechodziłem Covid, nie można było poinformować, że nie kwalifikują się osoby przewlekle chore i przyjmujące na stałe leki?” – zapytałem naiwnie. Pani doktor wzruszyła ramionami i odpowiedziała: „RODO”. „No dobrze, ale o raku mnie uprzedzono” – drążyłem uparcie – „ja tam nic nie wiem” powiedziała w końcu zniecierpliwiona. Zapytałem jeszcze skąd mają moje dane, w odpowiedzi usłyszałem, że współpracują z wieloma przychodniami i one typują im pacjentów.
Wszystkie przychodnie, z którymi miałem kontakt wiedzą o moich nałogach i że jestem w trakcie leczenia, nawet gdy się szczepiłem przed wylotem do Afryki poinformowałem o tym lekarza. Pani doktor ponownie wzruszyła ramionami, wspomniała, że jej przykro, że już dzisiaj musiała komuś odmówić itp. ton wyraźnie pojednawczy.
Chcąc, nie chcąc zacząłem wędrówkę powrotną usiłując przejść przez świeże zaspy. Nigdzie nie dostrzegłem postoju taksówek, Po kilku nieudanych skrętach, trafiłem wreszcie na przystanek autobusowy. Ponad dwadzieścia minut czekania, na miejską komunikację, trzy kwadranse czekania na transport do domu – ta część dworca nie ma budynku, w którym można byłoby się schronić, a ponieważ jeżdżące zwykle co kilkanaście minut busy tym razem zostały odwołane, kolejka do stanowiska rosła. Skończyło się oczywiście gorączką i kilkudniowym przeziębieniem.
Następnego dnia, z samego rana zadzwoniłem do tej firmy, ale powiedziałem już, że jestem dziennikarzem. Poprosiłem o rozmowę z przełożonym. „Managera nie ma” – usłyszałem, więc zacząłem zadawać pytania osobie, która odebrała telefon. Dlaczego nie poinformowano mnie o tym, że choroby przewlekłe eliminują mnie z programu szczepień?
Głos, znowu ten miły – powiedział, że dostali taką informację, by pytać tylko o raka i Covid, i że „manager” do mnie oddzwoni. Nie oddzwonił. Po kilku dniach zadzwoniłem do ich głównego biura prasowego, tam również podczas rozmowy przewijało się magiczne słowo „RODO” i że nie mogą wszystkiego mówić ze względu na tajemnicę jaką objęte są te badania. Oczywiście natychmiast stwierdzono, że przeziębić mogłem się wszędzie, na co odparłem że nie, ponieważ jestem świeżo po kwarantannie, a wcześniej byłem w Afryce i było to moje pierwsze wyjście – lekko zbiło to z tropu moją rozmówczynię. Oczywiście o niczym nie wiedziała, co jak się potem okazało nie było do końca prawdą, wygadała się, gdy wspomniała o „pani doktor”, która mnie przyjmowała, ale szybko wybrnęła mówiąc, że właśnie teraz zobaczyła na monitorze.
W efekcie poprosiła o listę pytań i adres e-mail. Natychmiast wysłałem SMS, w którym zapytałem o to samo, czyli: kto pokrył koszty porady, której nie chciałem i jaka to była kwota? Skąd wzięli moje dane, bo z pewnością nie była to żadna przychodnia? Dlaczego nie poinformowali o przeciwwskazaniach takich jak choroby przewlekłe, do których nałogi też się zaliczają, pytając jednocześnie wprost o inne choroby? Czy celowo używają określeń takich jak – „Covid, szczepienie, wytypowany”. Słowa klucze, które każdego stawiają na baczność.
Napisałem również, że na zwrot poniesionych kosztów nie liczę. Rozmówczyni odpisała „Dziękuję” i na tym się skończyło
Mimo obietnicy, że do końca tygodnia postara się odpowiedzieć. Skończył się jeden tydzień, drugi. a odpowiedzi wciąż nie ma.
Wciąż czekam, sądząc jednak po ilości reklam tej firmy w Internecie, zależy im na ściągnięciu jak największej liczby pacjentów. Milczenie skłania do różnych refleksji. Np. ile dostają za nikomu niepotrzebną „poradę lekarską”? Czy naprawdę chodzi o szczepionkę, czy jedynie te niechciane konsultacje. To naprawdę są ogromne pieniądze.

Bigos tygodniowy

Koniec 2020. to okazja do podsumowania, tego co się zdarzyło i będzie miało wpływ na nasze życie polityczne i społeczne w następnym roku. Poniżej PT Czytelnicy znajdą krótki, subiektywny przewodnik po takich zdarzeniach…


W marcu dowiedzieliśmy się, że w Polsce mamy pandemię. Zaraza rozwija się cały czas i niestety, pozostanie z nami na dłużej, przy czym jak się zdaje, my obywatele jesteśmy za to przynajmniej w części odpowiedzialni. Nagminne lekceważenie zaleceń wirusologów, przy niejasnych komunikatach rządzących spowodowało, że stoimy u progu „trzeciej fali”. Oznacza to oczywiście więcej zakażonych, więcej ciężko chorych i więcej zgonów, przy coraz bardziej niewydolnym systemie opieki zdrowotnej. Niestety, lud nie tylko nie przestrzega zaleceń specjalistów, ale także nie chce się szczepić, niewykluczone że pod wpływem Dudy, który w czasie kampanii prezydenckiej z rozbrajającą szczerością oświadczył, że się nie szczepi na grypę, bo nie, co mogło spowodować podejrzenia, że na COVID-a też się nie zaszczepi. Epidemiolodzy już wieszczą, że jeśli zaszczepi się jedynie 20%-30% populacji, to zaraza może zostać z nami do 2024. Chyba, że coś się zmieni i Duda idąc za przykładem Bidena, Joe Bidena, amerykańskiego prezydenta–elekta w świetle reflektorów, nadstawi swoje prezydenckie ramię igle, zmieniając nastawienie swoich wyborców do szczepień.


Oczywiście pierwsza połowa roku, a i trochę drugiej upłynęły pod znakiem wyborów prezydenckich. Po rzuceniu przez pisowców niewiarygodnych środków na front walki o reelekcję Dudy, udało się go przeczołgać do drugiej kadencji. Na nic rojenia, że może ta druga kadencja będzie lepsza, że może Duda odpowiedzialny jeno przed Bogiem i historią, okaże się kimś innym niż był w pierwszej. Nic z tych rzeczy, bo Duda pozostał Dudą, takim jakim był. Jego grudniowa interwencja u Gowina, speca od gospodarki z dyplomem filozofa, w sprawie otwarcia stoków narciarskich, jedynie tę ocenę potwierdziła. Pamiętajmy, że Duda pozostanie z nami przez 5 lat, niestety. Szykujmy się zatem na moc sportowych wrażeń z jego udziałem. Zawsze zimą, nawet pandemiczną, Duda jakiś stok znajdzie, żeby sobie poszusować, a według Elżbiety Jakubiak byłej pisowskiej ministerki, admiratorki tej postaci, jak będzie chciał to mu nawet taki stok usypią. Latem wyskoczy sobie na Hel, gdzie ma 2 fajne skutery wodne niezłej klasy i sobie pojeździ na falach, oby z lepszym skutkiem niż w mijającym roku, gdy na oczach obserwatorów, pierdyknął do wody wraz z jakąś pasażerką, którą przewoził prezydencką maszyną. A dobro Polski? E tam, poczeka, zawsze można obskoczyć jakąś rocznicową imprezkę, popleść coś na okrągło i odhaczyć wykonanie prezydenckich obowiązków. I tak kolejne latka sympatycznie miną.


Nie sposób zapomnieć też o dniu 22 października 2020 roku, kiedy zapadł wyrok Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, który uderzył w tzw. kompromis aborcyjny, ustalony wiele, wiele lat temu. Spowodował, że przesłanka pozwalająca kobiecie na usunięcie ciąży w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej życiu płodu, zniknęła z przepisów prawa. Nasze kobiety i dziewczyny, wspierane przez mężczyzn i chłopaków, wyszły pod sztandarami Strajku Kobiet, ale nie tylko, na ulice polskich miast i miasteczek, protestując przeciwko ograniczeniu praw kobiet w zakresie decydowania o reprodukcji. W miarę trwania protestów, pokojowo strajkujący rozszerzyli swoje postulaty o choćby uporządkowanie spraw na linii państwo-kościół. Brutalne akcje policji państwowej uprzytomniły być może niektórym, gdzie jako kraj jesteśmy. I niestety, nie jest to kraj w pełni demokratyczny, dbający o każdego, nawet najsłabszego swego obywatela czy obywatela myślącego inaczej niż akurat rządzący. To kraj, gdzie w stolicy państwa, należącego do Unii Europejskiej, w trakcie doprowadzania do radiowozu dziewiętnastolatkom łamie się ręce w trzech miejscach, to kraj gdzie w trakcie pokojowego protestu zamaskowany funkcjonariusz policji państwowej leje demonstrantów pałką teleskopową, to kraj gdzie posłanki na Sejm w czasie interwencji poselskiej są przez policję państwową gazowane, a Babcia Kasia z tęczową torbą na Placu Piłsudskiego w Warszawie, zostaje przez kilku rosłych policjantów zatrzymana i wsadzona do radiowozu, bo niedaleko Jaro ze swoją ekipą oddaje hołd ofiarom naszej narodowej bylejakości. Zaiste ciekawy to kraj i ciekawe jak się skończy historia oporu naszych kobiet i dziewczyn zderzonych z siłą państwa, kierowanego przez ludzi, krzywdzących człowieka prostego. Tak dla porządku i informacji rządzących, Polacy chyba polubili swoją wolność i tak łatwo jej nie oddadzą.


W sobotę z Belgii do Polski przywieziono 10.000 dawek szczepionki na SARS-CoV-2, przeznaczonych dla 5000 medyków, walczących na pierwszej linii covidowego frontu. W styczniu 2021. Pfizer dostarczy jeszcze 1,5 miliona dawek, wystarczających do zaszczepienia 750000 osób z grupy zero. Jeśli wszyscy w tej grupie się zaszczepią, to po zsumowaniu z liczbą osób, które są ozdrowieńcami, może się zbierze trochę osób, które miały kontakt z zarazą, ale to za mało, aby zatrzymać zakażenia. W każdym razie w niedzielę, w godzinach porannych, w szpitalu MSWiA w Warszawie, zostali zaszczepieni pierwsi Polacy – pracownicy tej placówki. To początek akcji szczepień, nazwanej pompatycznie, jak to pisowcy mają w zwyczaju, Narodowym Programem Szczepień. Pal sześć nazwę, jedno jest pewne, musimy jako nacja zaszczepić się nie tylko szybko, ale w znacznej liczbie, by wróciła normalność. I obyśmy zdrowi byli.

Do Czytelników Trybuny

Rok 2020 dobiega do końca. Rok pełen niepewności, bólu i rozstań. Ale również pełen nadziei na lepszą przyszłość. Zmagamy się z pandemią, ale na horyzoncie pojawiła się szczepionka. Wybory prezydenckie zakończyły się niepomyślnie, ale kobiety walczące o swoje prawa zachwiały potęgą konserwatywnej władzy. W nowy rok możemy więc spojrzeć z optymizmem.
Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom „Trybuny” życzę zdrowia i pomyślności w Nowym Roku. Abyśmy za rok mogli spotkać się w szerszym gronie i w dobrych nastrojach, w dobrym zdrowiu, mogli z optymizmem spojrzeć  w przyszłości Polski i Europy.

Włodzimierz Czarzasty
Wicemarszałek Sejmu
Przewodniczący Nowej Lewicy

Epidemie dla dyktatorów

“Epidemie to okazje dla dyktatorów” – napisałam w marcu w „Pozdrowieniach z czerwonej strefy”. Kaczyński na pewno nie omieszka jej wykorzystać.

Wyczuł też znakomity moment. Sytuacja polityczna i geopolityczna na całym świecie jest fatalna. Od jutra Francja i Niemcy wchodzą w kolejny lockdown, łagodniejszy niż ten marcowy, ale który na pewno odbije się na gospodarce i na nastrojach społecznych. Sytuacja epidemiologiczna w wielu krajach Europy jest bardzo zła. W niedzielę 1 listopada, w Mołdawii odbędą się wybory prezydenckie.
Również tam kobieta, była premier Maria Sandu z partii proeuropejskiej będzie się mierzyć z prokremlowskim prezydentem Igorem Dodonem. Niby nic, ale od tego co stanie się w Mołdawii zależy, czy Putin będzie miał mniej lub bardziej zajęte ręce, by załatwić sprawę Białorusi. Ewentualne wkroczenie Rosji na Białoruś, przy całkowitym osłabieniu Europy przez pandemię, postawi Polskę i Litwę na pierwszej linii.
Świat z zapartym tchem oczekuje na historyczne wybory prezydenckie w USA, które odbędą się we wtorek 3 listopada. Nic nie jest jeszcze przesądzone. Jeżeli wygra Donald Trump czeka nas przynajmniej przez kolejnych kilka lat umacnianie białego suprematyzmu w skali globalnegej. Całkowity zakaz aborcji może stać się „moralnym” standardem, prawa kobiet zostaną ograniczone, a społeczność LGBT będzie uznana za wroga publicznego, który zawsze jest niezbędnym elementem w systemach autorytarnych. Wybór Amy Coney Barrett, ulubienicy religijnych konserwatystów, matki siedmiorga dzieci i przeciwniczki aborcji, na członka Sądu Najwyższego w USA, która zastąpiła Ruth Bader Ginsburg – ikonę walki o równość płci, ras, i orientacji seksualnej, jest jasnym sygnałem dla całego świata, jak będzie wyglądała kolejna kadencja prezydencka.
Jeżeli Trump przegra niewielką różnicą głosów – nie wiadomo, czy nie spróbuje podważyć rezultatu wyborów na wszelkie możliwe sposoby. Wielu annalistów politycznych i dziennikarzy zaniepokoił jeden z jego licznych tweetów, skierowany do członków Pround Boys, aby byli w gotowości.
Kolejnym niepokojącym elementem są poczynania Erdogana, który po zamachu na francuskiego nauczyciela Samuela Paty’ego, od kilku dni dyskredytuje Macrona i podburza muzułmanów w wielu krajach świata, twierdząc, iż w Europie są oni traktowani jak Żydzi w okresie drugiej wojny światowej. O dzisiejszym ataku w Nicei, w kościele Notre Dame, w którym w sposób brutalny zamordowano trzy osoby, trudno jeszcze cokolwiek powiedzieć.
Można jednak zaobserwować eskalację terroryzmu islamskiego, która we Francji trwa od września. To niepokojące wzmożenie terroru islamskiego jest doskonałą motywacją do tego, aby hasła, które już dobrze znamy „Europa będzie biała albo bezludna” i „Demokracja to farsa”, wprowadzić w życie. Konflikt fundamentalizmów religijnych cofa nas w tył i projektuje znowu w średniowiecze. Radykalizm, fundamentalizm, kryzys demokracji, recesja gospodarcza i pandemia – to elementy „perfekcyjnej burzy”, którą widać już na horyzoncie.
Druga fala pandemii Covid-19, która (jak pokazały historia), bywa groźniejsza od pierwszej, najprawdopodobniej zmusi kolejne kraje do wprowadzenia mniej lub bardziej zaostrzonych lockdownów. To wzmoże protesty społeczne, które widzimy już na ulicach wielu krajów, jak na przykład we Włoszech: w Neapolu, Turynie i Rzymie, gdzie w pokojowe demonstracje ludzi obawiających się o utratę pracy i sytuację ekonomiczną, miały miejsce infiltracje camorry, faszystów, anarchistów, wandali i zwykłych szaleńców.
Już wkrótce na takich manifestacjach może być trudno oddzielić „dobrych” od „złych”. Pandemia niestety stanie się uzasadnieniem do odbierania wolności obywatelskich. To, co znamy z historii jako stan wojenny, stan wyjątkowy, godzinę policyjną, teraz przyjmie nazwę „stanu zagrożenia epidemiologicznego”.
Nie, to co dzieje się nie przypomina mi radosnej rewolucji obyczajowej z 1968 roku. Jeżeli już, to jej dziwaczne skrzyżowanie z ponurymi latami trzydziestymi XX wieku oraz z okresami krucjat i polowania na czarownice.
Nie chcę sobie nawet wyobrażać tego, co możemy jeszcze zobaczyć i przeżyć do końca 2020 roku. Zresztą nikt z nas nie ma kryształowej kuli, a przewidzenie przeszłości, nawet na podstawie bardzo konkretnych i rzeczowych analiz, po raz pierwszy jest niemożliwe.
Jedno jest pewne – po 2020 roku, świat będzie już inny niż przed nim. Jest on historyczną cezurą.

Polacy roznoszą covida

13 października Dania z dumą poinformowała, że odnotowano w tym dniu najniższą od prawie dwóch miesięcy liczbę nowych zachorowań na covid. Było tych przypadków poniżej 300. Litościwie nikt nie dodał, że co najmniej 25 z nich stanowili polscy budowlańcy zatrudnieni w Kopenhadze przez firmę Budomex.

14 października duńskie media doniosły, że po przebadaniu w minioną niedzielę 143 pracowników zatrudnionych przy budowie tzw. Carlsberg Byen (Miasto Carlsberg’a, kompleks budowany na terenie byłego browaru Carlsberg w Kopenhadze) u prawie pięćdziesięciu z nich stwierdzono covida. 25 z tej pięćdziesiątki to Polacy zatrudnieni przez Budomex.
Zakażeni polscy pracownicy zakwaterowani są razem z co najmniej 115 innymi Polakami w trzech położonych kilkadziesiąt kilometrów od Kopenhagi obiektach (nieczynna gospoda, stare gospodarstwo rolne i zamknięta szkoła), skąd dojeżdżają codziennie do pracy stłoczeni w niewielkich busach.
Władze oddzieliły zakażonych od zdrowych, których przeniesiono w inne miejsce. Chorymi zaopiekowała się służba zdrowia.
W pierwszych dniach września br. głośno było o innym przypadku masowego zarażenia koronawirusem, gdzie również głównymi „bohaterami” byli Polacy. W rzeźni firmy Danish Crown w miejscowości Ringsted, gdzie znaczną część zatrudnionych stanowili Polacy, stwierdzono wtedy ponad 150 przypadków zakażenia, spośród których znaczną część stanowili Polacy.
W rezultacie testom poddano ponad 1.300 pracowników koncernu ze wszystkich duńskich zakładów Danish Crown i po odizolowaniu chorych oraz wprowadzeniu zaostrzonych zasad bezpieczeństwa sytuacja została opanowana.
Już w wakacje podnosiły się głosy o tym, że mimo rozmaitych restrykcji wprowadzanych przez duńskie władze w związku z pandemią, polscy robotnicy zatrudnieni na Wyspach Duńskich bez przeszkód i bez jakiejkolwiek kontroli mogli wjeżdżać i wyjeżdżać z Danii.
Można przypuszczać, że ujawnione w tych dniach informacje w połączeniu z gwałtownym rozszerzaniem się zarazy w Europie spowodują, że lada chwila zostaną zaostrzone zasady wjazdu i kontroli zdrowotnej zatrudnionych w Danii cudzoziemców.