Flaczki tygodnia

Jeszcze 7 sierpnia w rozmowie z Radiem RMF FM pan minister Łukasz Szumowski zdecydowanie zaprzeczał plotkom o swej dymisji: „Nigdzie się nie wybieram. W takiej sytuacji, jaką mamy, nie można w ogóle rozmawiać o opuszczeniu okrętu. Jestem żeglarzem i sternikiem, wiem, że takich rzeczy się nie robi”. Dziesięć dni tylko minęło i pan minister ogłosił, że jednak odchodzi.

Dlaczego tak szybko zmienił zdanie? Najprościej można by rzec, że 7 sierpnia pan minister kłamał. Nie pierwszy raz i może nie ostatni. Kłamał, bo mógł. Bo jego szef – pan premier Mateusz Morawiecki jest uważany za notorycznego kłamcę. Bo cała polityką PiS polega na potędze zakłamanych obietnic. Zwykle nie spełnianych. Poza obietnicami rozdawania nam naszych pieniędzy. Tych pochodzących z naszych podatków.

Ale wiewiórki w Warszawie ćwierkają, że pan minister Szumowski prysnął jak szczur z rządowego „okrętu” za strachu. Bo prokuratorzy pana ministra Ziobry, zwanego „Zbyszkiem Mściwym”, posiadają już zeznania jednoznacznie dowodzące udziału pana ministra, i jego zastępcy pana Janusza Cieszyńskiego też, w gigantycznych, wielo milionowych przekrętach finansowych. Zakupach wadliwych maseczek i nieistniejących respiratorów.
Dlatego „Zbyszko Mściwy” złożył ponoć panu ministrowi od przekrętów propozycję „nie do odrzucenia”. Albo dostanie oficjalne zarzuty prokuratorskie albo ogłosi swą dymisję. Dlatego też obaj podejrzani o finansowe przekręty „żeglarze i sternicy” dali w przysłowiową długą.

Po co panu prokuratorowi generalnemu i ministrowi sprawiedliwości w jednym Zbigniewie Ziobrze była taka zagrywka? Zawodowi PiSolodzy uważają, że wyeliminowanie obu ministrów osłabiło pozycję polityczną pana premiera Morawickiego. Osobistego wroga i konkurenta politycznego „Zbyszka Mściwego”.

Ale nie płaczcie po szczurzych ucieczkach panów ministrów. Bo choć jaśniepan prezes Kaczyński kiedyś deklarował, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, to zapewne kłamał on, jak jego pan premier i jego ministrowie. Niepełne zwykle oświadczenia majątkowe prominentów PiS dowodzą, że każdy z nich zdążył już uzbierać sobie na przyszłość przysłowiową „poduszkę finansową”. Niejedną nierzadko, bo niejeden zaopatrzył w nią swe kolejne żony, mężów i posiadane potomstwo. Przodował w tym procederze pan minister Szumowski. On zapewnił sobie zapewne nie tylko skromną poduszkę, lecz ciepłą „pierzynę finansową”. Teraz może pod nią bezpiecznie spać aż do końca swego żywota.

Teraz stać go na to, żeby nie być już ministrem w rządzie jaśniepana prezesa.

Następcą „złotego chłopaka” PiS, czyli pana ministra Szumowskiego został nieznany do tej pory dyrektor oddziału NSZ. Ponieważ w Polsce ministrowie zdrowia zmieniają się szybko, to nie podajemy teraz jego nazwiska. Po co je zapamiętywać, skoro niebawem mogą kazać je zapomnieć.

Wielki sukces zawodowy odniósł pan minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Po wielu tygodniach przypominania, że bardzo chce się podać do dymisji wreszcie skutecznie opuścił ten rząd. Decyzja o dymisji to najlepsza ze wszystkich jakie podjął w czasie swego urzędowania. Od początku był uważany za „eksperyment” jaśniepana prezesa, czyli osobę tymczasową na tym stanowisku. Nie miał wiele tam do powiedzenia i roboty. Bo służalczymi relacjami z USA zajmują się panowie ministrowie Szczerski i Błaszczak, a obrażaniem Unii Europejskiej pan Konrad Szymański, osobisty minister pana premiera.
Dlatego kierowany przez pana ministra Czaputowicza resort stał się przede wszystkim „biurem obsługi ambasad”. Zresztą czym mógłby się więcej zajmować skoro rządzące elity PiS skłóciły Polskę ze wszystkimi potencjalnymi partnerami. Poza orbanowskimi Węgrami i amerykańskim Suwerenem.

Następcą pana ministra Czaputowicza został pan poseł Zbigniew Rau. Były senator RP, były wojewoda łódzki. Profesor, prawnik. Obecny szef sejmowej komisji spraw zagranicznych i delegacji Sejmu RP do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Nowy minister już na wstępie został obsobaczony przez opozycję liberalną, i lewicową też, za niedawne ultra konserwatywne wypowiedzi. Krytykujące liberalną Unię Europejską.„Flaczki” mają jednak słabość do pana profesora Raua, bo w latach 2005-2007 były wraz z nim w delegacji Sejmu RP do ZP Rady Europy. I pamiętają go jako fascynującego rozmówcę, wielce interesującego partnera wielu inspirujących dyskusji.
Dlatego „Flaczki” będą teraz życzliwie obserwować działalność nowego ministra. Pamiętając, że posiada on odznakę „Zasłużony dla Ochrony Przeciwpożarowej”, co może pomoc mu w gaszeniu przyszłych, politycznych pożarów. Współczując mu kierowania resortem, który przez wielu prominentów PiS uważany jest za drugorzędny. Bo przecież tam o uzbieraniu sobie na pierzynkę finansową trudno liczyć.

Zmarł niestety Andrzej Walicki. Mądry historyk idei, znawca relacji polsko-rosyjskich. Nowy minister spraw zagranicznych zna zapewne książki profesora Walickiego, zwłaszcza „O Rosji inaczej”. Dobrze by się stało gdyby konserwatywny liberał Rau znalazł wspólny język z konserwatywnymi liberałami rządzącymi obecnie Rosją i choć trochę poprawił relacje polsko- rosyjskie.

Czym jest pisowska dyplomacja, jakie stosunki międzynarodowe wykreowała?

Sztuka dyplomacji, sfera polityki zagranicznej i stosunków międzynarodowej to dla nominatów PiS istna terra incognito. Dla nieznającego świata zewnętrznego Jarosława Kaczyńskiego są to pojęcia równie obce i nierozpoznane jak zapach kobiety lub dla Andrzeja Dudy – zapisy Konstytucji.

Podobnie beztroska niewiedza i dyletanctwo cechuje całą armię pomniejszych pisowców sprawdzających się na odcinku kontaktów międzynarodowych. Na intelektualnie jałowym gruncie dyplomacji rosną nam ładne kwiatki.
Siła czy argumenty?
Cyceron już 2 tys. lat temu mówił o dwóch sposobach rozstrzygania sporów: jeden przy użyciu siły, drugi przy pomocy argumentów. Pisowska polityka wyraźnie cierpi na deficyt obu tych sposobów. Z argumentem siły jako państwo nie zaszalejemy. Dyplomacja jako funkcja polityki zagranicznej wiąże się z rozwiązywaniem w pokojowy sposób problemów między państwami. Czy jednak elementem dyplomacji jest wojownicze oświadczenie wówczas jeszcze ministra obrony Antoniego Macierewicza o tym, że ,,faktycznie jesteśmy w stanie wojny z Rosją”? Czy to buduje stosunki z silniejszym od nas sąsiadem, czy bardziej buduje nastrój grozy, a wśród sojuszników z NATO konsternację? Takie niefrasobliwe wypowiedzi mają już swą historię. Nonszalanckie oskarżanie rosyjskiego przywódcy o zamordowanie polskiego prezydenta może służyć wszystkiemu, lecz nie tworzeniu choćby poprawnych stosunków z Rosją.
Odbywa się to zresztą przy łoskocie roztrzaskiwanych pomników i miejsc upamiętnienia radzieckich żołnierzy. Czemu właściwie ma służyć to jeżdżenie prętem po klatce z rosyjskim niedźwiedziem? Prawdopodobnie umocnieniu przekonania o rzekomej mocarstwowości Polski. Dowodem na to ma wiodąca rola Polski w budowaniu abstrakcyjnego, rozbijającego unijną jedność i niechcianego przez nikogo tworu Międzymorza, czy też przekonywanie o zazdrości świata patrzącego na polski dobrobyt i kalkującego polskie rozwiązania antykryzysowe. Jest jednak inny klucz do wytłumaczenia aberracyjnej postawy wobec Rosji. Sprawa jest trywialnie prosta i polega na cechach osobowych dyplomatołków, ich kompleksach i zahamowaniach. Ma ona swą analogię w dyplomacji pierwszych rządów PiS. Świadomość pisowskich dygnitarzy własnych braków i dyletanctwa wobec nadzwyczaj profesjonalnej, wytrawnej dyplomacji rosyjskiej podpowiada im najlepszą w ich rozumieniu taktykę unikania wszelkich kontaktów ze stroną rosyjską. Nie będzie konfrontacji, nie będzie kompromitacji, to proste.
Tej zasadzie hołdowała Anna Fotyga sprytnie unikając jakichkolwiek kontaktów z Rosją, dopóki ta nie ukorzy się przed Rzeczpospolitą, nie uzna swoich historycznych win i przeprosi. Tyle, że czasy cara Wasyla Szujskiego i króla Zygmunta III dawno przeminęły, z czego Fotyga nie wpuszczająca do MSZ posłańca z kwiatami od rosyjskiego ambasadora, najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy. Nie zaryzykuję twierdząc, że Fotyga, jak i jej pisowscy następcy nie mają pełnej świadomości, iż dyplomacja jest trudną sztuką poszukiwania możliwego do przyjęcia dla negocjujących stron, zadowalającego kompromisu. Niestety, dla PiSu słowa: kompromis, ustępstwo, negocjacje są pojęciami obcymi, niezrozumiałymi i nieakceptowalnymi. Podobną postawę przyjmował zresztą i Lech Kaczyński, skutecznie unikając wszelkich rozmów z Putinem, a obecnie Andrzej Duda, ślepo zapatrzony w postać swego mentora. Mówimy o prezydencie Kaczyńskim, który prawdopodobnie jako jedyny w historii dyplomacji dopuszczał kuriozalną możliwość złożenia wizyty w innym państwie bez spotkania się z prezydentem tego państwa, po prostu jako turysta, na podstawie ważnej wizy.
Budować relacje
Dyplomacja to mozolne, konsekwentne budowanie niezbędnych więzi, relacji międzypaństwowych i klimatu zapewniającego bezpieczeństwo, owocną i korzystną współpracę, pozwalającą przypieczętować i utrwalić dobre stosunki między partnerami, wypracować najlepszą formułę wzajemnych kontaktów. Te relacje buduje się różnymi sposobami będącymi w zasobach dyplomacji. Także zacieśniając osobiste, przyjazne więzy osobiste między przywódcami. Co robią jednak przedstawiciele totalnej władzy? Robią wszystko na odwrót. W 2016 r. pełniąc obowiązki wicepremiera, Mateusz Morawiecki opisał kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych jako ,,dżumę i cholerę” (!), a prezydent Duda składając w lipcu 2020 r. przedwyborczą wizytę w Stanach unika spotkania z kontrkandydatem Donalda Trampa Joe Bidenem. To nie tylko skandal, ale i budzący politowanie przejaw dyletanctwa i dyplomatycznego partactwa. Uważnie będziemy przyglądać się stanowi wzajemnych stosunków między Andrzejem Dudą, a potencjalnie przyszłym amerykańskim prezydentem Bidenem.
Równie trudno zrozumieć jakim swoiście pojętym interesem Polski kieruje się Andrzej Duda, osoba na stanowisku prezydenta, który obraża na jakimś powiatowym spędzie, wszystkich łącznie partnerów z UE, z którymi współpraca i przyjaźń, rzekomo nic nam nie przynosi, bo to wyimaginowana wspólnota. Jak prezydent, do którego kompetencji należy współkształtowanie polityki zagranicznej, chce po tych słowach rozmawiać z prezydentami państw europejskich, czego może się po nich spodziewać, jakiego traktowania swej osoby? Czy to nie niedorzeczna postawa, bezmyślna i pełna irracjonalności? Co to za pisowski absurd?
Pewnie nie mniejszy od tego, gdy ośmieszany przez rosyjskich komików prezydent Polski wskazuje Ukraińców jako przyczynę szerzącej się w Polsce zarazy. I robi to prezydent, który na arenie międzynarodowej chce być promotorem unijnych i NATO-wskich ambicji Ukraińców.
Jeśli dyplomacją jest także opierający się na założeniach naukowych zespół metod i środków oraz sztuka osiągania celów polityki zagranicznej państwa, prowadzenia i utrzymywania stosunków między państwami, to jaką to naukową metodę i jaki cel polityki zagranicznej prezentuje Mariusz Błaszczak, co chciał osiągnąć kiedy mówił o ambasador USA i zarazem przyjaciółce Trumpa, pani Georgette Mosbacher, że jest niekompetentna?
Każde słowo wypowiedziane przez dyplomatę, szczególnie szefa dyplomacji musi służyć osiągnięciu pożądanego celu, ma być wyważone i przemyślane. Czemu więc służy wypowiedź ministra Jacka Czaputowicza o tym, że Francja jest chorym człowiekiem Europy i ciągnie nas w dół. W jakim celu wiceminister obrony Bartosz Kownacki, z pogardą mówił o Francuzach jako ludziach nie potrafiących jeść widelcem. W imię czego Antoni Macierewicz zerwał z Francuzami kontrakt na Caracale, jakby nie dość, że ci już w 2003 r. obrazili się na nas za przetarg na myśliwce F-16, a następnie ogłosił zdradę Francji, sprzedającej Rosji Mistrale w cenie 1 euro. Jak PiS mógł dopuścić by młodociany i niedoświadczony na polu polityki międzynarodowej Patryk Jaki wysmażył zwyczajnie głupkowatą ustawę obrażającą uczucia obywateli Izraela, a przy okazji dotknął ważnego interesu Stanów. Czy pokazem kunsztu dyplomatycznego jest pełna ognia, wykrzyczana przez prezydenta Dudę przestroga: ,,Niemcy chcą wybierać w Polsce prezydenta!”. A to przy wcześniej przygotowanym wtórze sensacyjnego doniesienia Macierewicza o niemieckim ostrzeliwaniu poprzez granicę mieszkańców jeleniogórskiego z armaty elektromagnetycznej, przez co ofiary ostrzału ,,źle się czują”.
Ostatecznie jednak źle się mają stosunki polsko-niemieckie, lecz również stosunki z innymi ważnymi partnerami z UE, choćby w związku z zastrzeżeniami do praworządności, czy z powodu polskiej ksenofobii i braku solidarności wobec Włoch i Grecji zmagających się gigantycznym problemem uchodźców i imigrantów. Najwidoczniej politykom PiS, od których aż nadto często słyszymy o archaicznie rozumianym patriotyzmie, trudno zrozumieć, że wymogiem współczesnego patriotyzmu jest umacnianie silnej pozycji Polski wśród państw członkowskich UE, zabieganie i dbanie o dobre stosunki z partnerami, szukanie realnych sojuszy i wsparcia w Europie, nie tylko za oceanem.
Utrwalać izolację
Pisowskim dyplomatom udało się jedno: doprowadzić Polskę do ostracyzmu i faktycznej izolacji na europejskiej arenie. To sytuacja mająca analogię w tej, w jakiej znalazł się ZSRR w latach 30. Jednak kilkadziesiąt lat wstecz radziecka dyplomacja robotniczo – chłopska cechowała się zadziwiającą skutecznością i profesjonalizmem. Potrafiła meandrować w wrogim otoczeniu, w warunkach izolacji międzynarodowej i z powodzeniem rozgrywać swoje interesy. Tego pisowska dyplomacja żadną miarą dokonać nie potrafi, mając wszelkie możliwe warunki pomyślnego działania. Co więcej, zamiast międzynarodową izolację Polski niwelować, przyczynia się do jej utrwalenia. W przekonaniu pisowskich polityków otacza nas wrogi świat, łącznie z tym unijnym, który chce odebrać nam suwerenność, zniewolić i pozbawić tożsamości. Podobnie przekonywali obywateli radzieccy propagandyści: należy się zamknąć w swoim świecie, nie dopuszczać obcych, nie ufać im, odgrodzić się od zachodniej zgnilizny. To wspólny dla radzieckich, północnokoreańskich i pisowskich działaczy syndrom oblężonej twierdzy.
Kadry najważniejsze, choć nienajlepsze
Czy w ogóle za rządów PiS wymagane są dyplomatyczne kwalifikacje aby w taki właśnie sposób, jaki obserwujemy, prowadzić dyplomację i kierować polityką zagraniczną? Widać, że nie. Generalnie prawica zawsze miała pecha do kadr, choć jak Lenin, uważa, że kadry są najważniejsze. Tyle, że dla prawicy nie ważne jest by kadry były wykształcone i kompetentne. Przecież jak Lenin, uważają, że rządzenia państwem jest łatwe.
Tyle, że Lenin pisał te słowa zanim objął rządy, a PiS mimo dwukrotnego rządzenia zdaje się wciąż tkwić w swoim beztroskim przekonaniu. Dlatego pozwalano by tacy dyletanci jak min. Witoldowi Waszczykowski w sposób karygodny ujawnił notatkę MSZ z 2008 r. dotyczącą relacji z Rosją i polityki wschodniej, tylko po to by w ten sposób zaszkodzić swemu poprzednikowi Radosławowi Sikorskiemu. A gdy senator John McCain krytykował w 2019 r. pisowską ustawę o Sądzie Najwyższym i wpływy polityków na polskie sądownictwo, Waszczykowski słuchał go struchlały, stojąc pod ścianą na końcu sali, nie odważywszy się jednak na polemikę. Dlaczego? Bo nie potrafił, zresztą jakie mógł mieć argumenty. Dopiero po powrocie do kraju oświadczył, ze McCain został wprowadzony w błąd przez polityków opozycji.
Sprawny dyplomata, którym Waszczykowski z pewnością nie był, wie, jak wybrnąć z trudnej sytuacji i przekuć porażkę w sukces, a nie ośmieszyć się. On natomiast nie miał oporów dowodzić groteskowej tezy o tym jak polityka zagraniczna PO-PSL doprowadziła do katastrofy smoleńskiej, natomiast pod jego kierownictwem jakimś cudem wśród personelu MSZ znalazł się dziwny człowiek z amerykańskim paszportem pracujący dla amerykańskich instytucji. Wprawdzie Waszczykowski meldował Beacie Szydło wykonanie całego programu dotyczącego dyplomacji, lecz polityka kadrowa w MSZ, pod rządami „dobrej zmiany” zawiodły na całej linii. Wydaje się, że kluczem do kwestii kadr jest doświadczenie. Dlatego wysyłanie na istotne placówki dyplomatycznych debiutantów z politycznego nadania nie rokuje dobrze na przyszłość. Tymczasem jednak proceder ten kwitnie, a do tej najtrudniejszej domeny zarządzania interesami polskiego państwa zatrudnia się amatorów z nadania politycznego, osoby przypadkowe, historyków, filozofów, byłych posłów PiS, aktywistów partyjnych, znajomych, świeżo upieczonych absolwentów, którzy z dnia na dzień zostawali przełożonymi ludzi z dziesięcioletnią praktyką, powiatowo – parafialnych aktywistów rekomendowanych do MSZ przez lokalnych proboszczów, z uzasadnieniem, że kochają Boga i są dobrymi chrześcijanami.
Jednak takie sytuacje nie są postrzegane w PiS jako kontrowersyjne, jest na nie pełne przyzwolenie. Dynamika zmian na placówkach dyplomatycznych jest ogromna, ambasadorowie otrzymują nominację z dnia na dzień, obejmują stanowiska bez przygotowania merytorycznego, rozpoznania uwarunkowań państwa przyjmującego, niektórzy nie wytrzymują presji i składają rezygnacje, inni tkwią na posterunku przynosząc wstyd i kompromitacje. Personifikacją takiego stanu rzeczy jest ambasador w Berlinie Andrzej Przyłębski, który zasłynął wystąpieniem poświęconym wzajemnym relacjom Polski i Niemiec, które nazwał „katastrofą”, mówił o niemieckiej arogancji, podłości i rozwodził się nad wrodzony u Niemców instynkt mordercy.
Dyplomacja jest delikatnym, finezyjnym instrumentem, za pomocą którego państwo wyraża i prowadzi swą politykę zagraniczną i umacnia stosunki z światem zewnętrznym. Nie każdy jednak potrafi zagrać na tym instrumencie bez dostrzegalnego fałszowania. 16 lipca br. Morawiecki broniąc Mariusza Kamińskiego przed wnioskiem o wotum nieufności stwierdził, że podległe jemu służby działają sprawnie i odnoszą sukcesy, choć są one niedostrzegalne, bo ,,nie widać tego co działa dobrze”. Od 4 lat nie widzę profesjonalnej polskiej dyplomacji, nie widzę jej sukcesów i jednak mam poważne wątpliwości czy to rezultat dobrego jej działania.

  • autor jest byłym pracownikiem służb dyplomatycznych.

Sojusznicy Wolności Religii, czyli USA

Powołany przez USA Sojusz Wolności Religii, to kolejny sposób na to, żeby Stany Zjednoczone mogły pełnić rolę żandarma świata. Pod płaszczykiem międzynarodowo-religijnym, tym razem.
Oficjalnie sojusz zajmie się walką z prześladowaniami religijnymi, będzie też monitorować i karać obywateli nietolerancyjnych, sprzeciwiających się dialogowi międzyreligijnemu czy krytycznie wypowiadających się o nagannych zachowaniach przedstawicieli niektórych wyznań. Oczywiście kto będzie tym nietolerancyjnym państwem, bądź obywatelem orzekać będzie Biały Dom. I na pewno nikt nie usłyszy złego słowa o wolnościach religijnych, którymi wszak przepełniona jest bliska Stanom Arabia Saudyjska.
Sankcje dotkną Chiny za Ujgurów, czy Birmę za Rohinjów. A jak trzeba będzie, to wyśle się marines do każdego państwa, które wpadnie na pomysł realizowania laickiego państwa. I na przykład, wyrzuci religię ze szkół,
W Sojuszu są kraje takie jak Kosowo, Togo, czy Albania. No i najwierniejsi sojusznicy Ameryki, czyli Izrael, pobrexitowa Wielka Brytania, czy Polska.
Nie ma w nim przedstawicieli laickiej Francji, Niemiec czy nawet Włoch i Hiszpanii. O Skandynawii nie wspominając. To wszystko o czymś świadczy.
O tym jak Trump traktuje wolność religijną świadczy jego wypowiedź sprzed paru tygodni.
– Aby chronić wspólnoty wyznaniowe, podjąłem historyczne działania w celu obrony wolności religijnej, w tym konstytucyjnego prawa do modlitwy w szkołach publicznych – stwierdził prezydent USA, czyniąc wszystko jasnym.
W tym kontekście istotna staje się rola amerykańskiego podnóżka, czyli Polski. Minister Czaputowicz zapowiedział, że to właśnie nasz kraj zorganizuje spotkanie dla 1000 osób z najzagorzalszych religijnie organizacji. Czyli wydamy miliony polskiego podatnika na spotkanie organizowane dotąd 2 razy przez Departament Stanu USA.

Amatorski teatr

Dyplomacja to sztuka budowania mostów na autostradzie świata, po której ciągle jadą samochody. My obecnie budujemy jeden most i to na pustej autostradzie, gdzie są tylko dwa samochody, polski i amerykański – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dyplomata i historyk dyplomacji dr Janusz Sibora.

JUSTYNA KOĆ: Prawie dwie godziny przemawiał w Sejmie minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Podsumował ubiegły rok, nakreślił przyszłe cele. Jak pan je ocenia?
DR JANUSZ SIBORA: Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę, że minister nie wysłuchał debaty po swoim wystąpieniu, tylko w tym czasie zorganizował konferencję prasową. To zachowanie mało dyplomatyczne, a nawet mało eleganckie. Wracając do wystąpienia, to doskonale widać w nim, w jakim punkcie znajduje się obecnie nasza polityka zagraniczna.
Zdaniem ministra Czaputowicza „Polska jest dziś krajem aktywnym i słuchanym, cieszącym się coraz większym szacunkiem”.
W wystąpieniu mamy dużo chwytów retorycznych, a minister stosuje pojęcia ogólne, którym nadaje rozszerzone znaczenie, gdy chce uniknąć wypowiadania się o konkretach. Dużo było takiej waty słownej zamiast konkretnych odniesień do naszej polityki i jej problemów, jak Izrael czy Rosja. Z kolei w drugiej połowie tego wystąpienia słuchacze zostali zalani dużą ilością szczegółowych danych, które niczego nie ilustrowały, informacjami drugo- i trzeciorzędnymi, które nie powinny zaistnieć w tym przemówieniu, np. ile budynków zostało oświetlonych na biało-czerwono w dniu 11 listopada. Moim zdaniem to informacje na poziomie dyrektora departamentu, a nie exposé ministra. Dodatkowo, chyba po raz pierwszy, szef polskiej dyplomacji, dokonując pewnego bilansu polityki zagranicznej, mówił o szopkach krakowskich. Moim zdaniem to przejdzie do historii przemówień. Bardzo cenię dziedzictwo kulturowe, ale chyba nie tego oczekujemy od ministra występującego z sejmowej trybuny. Podobnie zabrzmiała informacja o założeniu placówki w Panamie, która przecież powstała doraźnie na potrzeby Światowych
Dni Młodzieży.
Czego zabrakło?
Konkretów, chociażby o placówkach dyplomatycznych. Niedawno Estonia założyła pierwszą elektroniczną placówkę dyplomatyczną. Nowe technologie wchodzą także do dyplomacji, o tym nie było słowa. Znam ministerstwa spraw zagranicznych, w których po analizie Big Data dokonywane są wyprzedzające działania umożliwiające zapobieganie rodzącym się konfliktom. Nie było mowy o dyplomacji obywatelskiej współdziałającej z MSZ. Ubolewam nad usuwaniem zawodowych dyplomatów. Wymiana kadr czy wręcz czystki muszą budzić niepokój. Od przedstawienia tych zagadnień minister de facto uciekał.
Dzisiejsza polityka zagraniczna przybrała model dyplomacji jednoosiowej zorientowanej na USA, która znalazła się w bardzo niekorzystnym układzie do dyplomacji unijnej. To wystąpienie dobrze obrazuje, w jakiej pułapce znajduje się nasza polityka zagraniczna, w pułapce, w którą sami weszliśmy. Nazywam to polityką bezalternatywności.
Pierwszą część swojej wypowiedzi minister poświęcił UE, ale o uruchomionym art. 7 nawet się nie zająknął.
Bo minister próbował uwiarygodnić przekaz, że jesteśmy bardzo prounijni. To był przekaz zbudowany na okres kampanii wyborczej do PE. Nawet nie wchodząc w meritum, przekaz był jasny. Gdyby przejść do konkretów, to minister pouczał Unię, a nawet zarzucił jej łamanie postanowień traktatowych, co miało być ripostą na zarzuty o łamanie przez Polskę praworządności. Zresztą słowo praworządność z ust ministra chyba nie padło ani razu. Usłyszeliśmy natomiast, że po brexicie większą rolę w UE będą odgrywać Niemcy i Francja. W tej części przemówienia, co tu dużo mówić, powiało antyniemieckimi demonami. Minister nie odniósł się też w żaden sposób do propozycji prezydenta Francji Macrona odnośnie do uzdrowienia UE. Jeżeli partia rządząca ogłosiła przed kilkoma dniami 12-punktową deklarację odnośnie do Europy, to była dobra okazja, żeby minister skonfrontował ją z deklaracją prezydenta Francji. Można było zarysować kontury polskiej wizji europejskiego renesansu.
Potem minister przedstawił obszerną część dotyczącą NATO i relacji z USA, ale o Fort Trump także się nie zająknął.
Muszę powiedzieć, że gdyby tę część analizować zdanie po zdaniu, to spokojnie mogłaby to być wypowiedź ministra obrony narodowej. Tam były bardzo szczegółowe, zresztą wielokrotnie powielane informacje: gdzie stacjonują jednostki amerykańskie, gdzie jeszcze będą, ilu jest żołnierzy. Natomiast jeżeli już szef dyplomacji mówi o Pakcie Północnoatlantyckim, to oczekiwałbym refleksji w części politycznej tego sojuszu. Tu widać jak na dłoni miałkość tego wystąpienia – brak pogłębionej refleksji geopolitycznej. Dostaliśmy wystąpienie, gdzie Polska leży w środku mapy Europy, w centrum. Tymczasem wolałbym, aby w wystąpieniu ministra Polska znajdowała się na globusie, gdzie jest inaczej pozycjonowana, bo te powiązania światowe, ta światowa pajęczyna stawia przed polską służbą dyplomatyczną inne jakościowo wyzwania.
Choć żyjemy u schyłku drugiej dekady XXI wieku, odniosłem wrażenie, iż jest to tekst ze schyłku minionego stulecia. Chociażby sprawa Chin i „Jedwabnego Szlaku”, o którym chyba już dziś zapomniano – ani słowa nie usłyszeliśmy. Zabrakło a n a t o m i i polityki zagranicznej w kontekście globalnym. W tej części odnośnie do NATO można było tego oczekiwać. Zdecydowanie najsłabsza część.
Jak ocenia pan wypowiedź ministra o stosunkach Polska-Izrael? Tu polska dyplomacja zaliczyła szereg wpadek.
To jest bardzo niepokojące i niestety potwierdza naszą słabość. Po tym, co się wydarzyło, czyli po dokonaniu obrazy narodu polskiego przez izraelskiego ministra i jeszcze nieprzeproszeniu nas, zazwyczaj odwołuje się na kilka tygodni, może trzy miesiące, ambasadora. To pokazałoby, że trzymamy się pewnych standardów. Izrael odwoływał swoich ambasadorów z krajów skandynawskich, gdy ich posunięcia w Radzie Bezpieczeństwa były dla nich niekorzystne. Myśmy tak nie postąpili, wybraliśmy politykę przetrwania i milczenia. Minister powiedział tylko enigmatycznie: „nie godzimy się na takie wypowiedzi”. To nie były „jakieś” wypowiedzi, tylko słowa premiera wygłoszone na ziemi polskiej, a następnie ministra już w Izraelu.
Wydaje mi się, że tu można było jednak stanowczo pokazać, że oczekujemy ze strony Izraela przeprosin. Szczerze to zastanawiam się, na co nasza dyplomacja liczy, że zapomnimy o tym jako społeczeństwo?
Podobnie w stosunkach z Rosją. Tu widzę intelektualny czy polityczny brak chęci podjęcia tej kwestii. Oczywiście minister wielokrotnie mówił, że nie godzimy się na agresję Rosji na Ukrainie, na Nord Stream 2. Natomiast ja polecałbym tu drogę Angeli Merkel, która prowadzi dyplomację XXI wieku, czyli na wielu poziomach. „Dyplomacja nie jest ulicą jednokierunkową”, jak powiedział kiedyś prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier. Merkel ma taką siłę, że mówi, że nie zgadza się z Rosją w pewnych punktach, ale ma świadomość, że w innych musi z nią współpracować. My takiej pozycji do rozmowy nie mamy i moim zdaniem nawet nie chcemy takiej mieć. Nasze stosunki z Rosją nie mogą się ograniczać do pomruków o wydanie wraku Tupolewa, a do osiągnięć nie możemy zaliczać wyposażenia nauczycieli w materiały do nauki historii. Mamy przecież takie instytucje, jak Ośrodek Studiów Wschodnich czy różne komisje, które mogą pomóc w dialogu z Rosją, ale wydaje mi się, że ten rząd boi się powiedzieć, że będzie z Rosją rozmawiać.
W kontekście tego aż boję się myśleć, jak będą wyglądać obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte. My ciągle nie wiemy, kto tam przyjedzie i czy zaproszony zostanie Putin (już wiadomo – nie zostanie, przyp. red.). Ta okrągła rocznica jest dobrym momentem, aby przełamać trwającą od wielu lat inercję, co może wyjść tylko na dobre. Przypomnę, że jest słynne powiedzenie, że przyjaciół trzeba mieć blisko, a wrogów daleko. Proszę pomyśleć, że prezydent USA też kiedyś pojechał do komunistycznych Chin. To był przełom. W stosunkach z Rosją potrzeba wizji ułożenia wzajemnych relacji i przełomu politycznego myślenia. Proszę porównać, jak balansują w stosunkach z Rosją Węgry i Austria.
Minister wśród sukcesów wymienił konferencję bliskowschodnią.
Nawet nie chcę już pastwić się nad tym szczytem, bo tu już wiele zostało powiedziane, że niestety spełniliśmy w tym przypadku niewdzięczną rolę organizatora. Dlatego minister skupił się na innych elementach, a przed sednem informacji uciekł. Stąd też ta wyliczanka, ilu żołnierzy amerykańskich gdzie stacjonuje.
To jest właśnie pułapka polskiej polityki zagranicznej, zorientowania się na jednego partnera, jakim są Stany Zjednoczone. A co będzie, jak się zmieni prezydent?
Niepokojąco zabrzmiała też krytyka autonomii strategicznej UE. Minister Czaputowicz powiedział, że oczywiście możemy uczestniczyć w koncepcji europejskiego funduszu obrony, ale jeśli to będzie korzystne dla naszego przemysłu. To stawia nas poza jądrem Europy.
Nasza dyplomacja przypomina mi dziś amatorski teatr. My już nie gramy ról pierwszoplanowych, pytanie, czy zdarzają się nam jeszcze role drugoplanowe. To też pokazuje słabość ośrodka prezydenckiego. Proszę zwrócić uwagę, ile i jakich wizyt zagranicznych odbył prezydent, a w końcu, między innymi poprzez takie wizyty, liczy się siłę dyplomacji. Mieliśmy wizytę w Australii, roboczą wizytę w USA. Wspomniano o wizycie prezydenta Dudy w USA w tym roku. Czy będzie to oficjalna wizyta państwowa? Te przymiotniki w dyplomacji mają znaczenie fundamentalne.
Może ośrodek prezydencki abdykował z tej roli i pozostawił ją ministrowi spraw zagranicznych?
Oficjalne wizyty państwowe służą także temu, aby podnieść relację na wyższy poziom. O ile w zeszłym roku minister Czaputowicz jeszcze wymieniał, gdzie pojedzie prezydent, choć już było tego mało, to tym razem nawet takiego passusu nie było. Nikt nie przyjechał do Katowic na szczyt, nikogo znaczącego nie było na obchodach 11 listopada, czyli 100-lecia odzyskania niepodległości, chociaż szumnie zapowiadano, że przyjadą delegacje z całego świata. Nic nie tworzymy, nikt nas nie zaprasza, dosiadamy się tylko do stołów, które ustawia ktoś inny.
Podsumowując, dyplomacja to sztuka budowania mostów na autostradzie świata, po której ciągle jadą samochody. My obecnie budujemy jeden most i to na pustej autostradzie, gdzie są tylko dwa samochody, polski i amerykański.