Razem – partia happening

W ostatnich dniach przez Polskę przelała się fala politycznego happeningu.

 

Obywatelki i obywatele Rzeczypospolitej w proteście przeciwko brutalnemu przejmowaniu państwa przez pisowski aparat zaczęli ubierać pomniki w koszulki z napisem „Konstytucja”. Wielu komentatorów oraz obserwatorów życia politycznego dostrzegło podobieństwo z końcówką PRL, kiedy to aktywiści „Pomarańczowej Alternatywy” przebrani za krasnale zaczęli drwić z absurdów schyłku Polski Ludowej. Warto w sierpniu bieżącego roku wspomnieć jeszcze o innym kabarecie, tym razem w wydaniu Partii Razem.
3 miesiące temu, 7 maja br. Partia Razem ogłosiła, że rozpoczyna zbiórkę podpisów pod obywatelskim projektem ustawy skracającym tydzień pracy z 40 do 35 godzin. Na konferencji prasowej działacze Razem byli przekonani, że spokojnie uda się zebrać 100 tysięcy podpisów, dzięki czemu Sejm VIII kadencji zajmie się tą słuszną propozycją legislacyjną. „Entuzjazm ludzi na ulicy przeszedł nasze oczekiwania” ekscytowała się Marcelina Zawisza. Adrian Zandberg pisał na Twitterze: „Siedmiogodzinny dzień pracy i Partia Razem zdobywa jedynki dzienników regionalnych. Pracujmy krócej – i sensowniej!” odnosząc się do rzekomego zainteresowania mediów lokalnych. Na początku kampanii Razem stworzyło dedykowaną stronę internetową, na łamach której w przystępny sposób tłumaczyło dlaczego skrócenie czasu pracy jest w naszym interesie. W mediach społecznościowych zaczęły pojawiać się fotograficzne relacje zbiórki podpisów, czasem wyłącznie ze zbierającymi podpisy. W ostatnim czasie akcja całkowicie ucichła. Partia Razem nie poinformowała opinii publicznej ile osób podpisało się pod ich wnioskiem. Jest to zachowanie niepoważne, cechujące się brakiem szacunku dla obywatelek i obywateli RP, tym bardziej że wieść gminna niesie, że razemitom nie udało zebrać się nawet połowy wymaganych podpisów.
Warto zadać pytanie co wynika z blamażu Razem? Po pierwsze możemy stwierdzić, że jest to partia happeningowa, bazującą na doraźnych akcjach, konferencjach prasowych, wystąpieniach w liberalnych mediach oraz aktywności w mediach społecznościowych. Mająca niezwykle słabą strukturę regionalną, zdemotywowanych działaczy oraz liderów, którym brakuje cywilnej odwagi by z równym szumem medialnym przyznać się do swojej organizacyjno-politycznej porażki. Nieskazitelna i antykomunistyczna lewica spod buraczkowej flagi pokazała, że jej samodzielna inicjatywa skazana jest na porażkę. Brak pomocy innych postępowych partii i ugrupowań brutalnie zweryfikował ich ambicje, tym bardziej że w tej kadencji Sejmu już trzykrotnie prezentowano lewicowe, społeczne projekty ustaw. Dwukrotnie w sprawie liberalizacji prawa aborcyjnego oraz w temacie cofnięcia nieludzkich zapisów ustawy opresyjnej, pozbawiającej praw nabytych obywateli RP aktywnych zawodowo przed 1989 rokiem. Po trzecie można mieć za złe Partii Razem, że poprzez swoje nieudacznictwo ośmieszyło niezwykle słuszny postulat skrócenia czasu pracy, gdyż jak uszczypliwie komentowali prawicowcy: „Po prostu zbierali podpisy po 7h dziennie i się nie wyrobili”.

Przeciw wydłużeniu pracy

Mimo wielkiej manifestacji w Wiedniu, rząd Sebastiana Kurza ma zamiar za trzy dni poddać pod głosowanie w parlamencie swój projekt przedłużenia do 12 godzin dziennie i 60 tygodniowo maksymalnego czasu pracy. Przeciw neoliberalnemu pomysłowi skrajnej prawicy w sobotę manifestowało ok. 100 tys. osób, zmobilizowanych przez konfederację związkową ÖGB.

 

Wszystko, co udało się uzyskać opozycji, to ustanowienie takiej długości pracy jedynie dla „chętnych”, ale wszyscy wiedzą, że kapitalistom bardzo łatwo będzie taką zgodę wymusić. Sobotnia manifestacja była największa w Austrii od czasu objęcia w tym kraju rządów przez koalicję skrajnej prawicy z prawicowymi neoliberałami, ale to nie zmusiło administracji do zmiany swego projektu.

Normalna długość pracy w Austrii to osiem godzin dziennie i 40 tygodniowo. Wyznaczona do tej pory maksymalna długość wynosiła 10 godzin dziennie i 50 tygodniowo. Rząd używa neoliberalnej nowomowy propagandowej, by przekonać do swego. Mówi o „podniesieniu konkurencyjności” i „wolności gospodarczej”.

W kraju, w którym ustawy dotyczące prawa pracy są tradycyjnie owocem negocjacji między związkami zawodowymi a kapitalistami, chęć rządu obrania bezpośredniej drogi legislacyjnej została bardzo źle przyjęta przez związkowców.

„Będziemy opierać się tej ustawie wszystkimi środkami do naszej dyspozycji” – ostrzegł szef ÖGB Wolfgang Katzian. Wezwał prawicową koalicję do spełnienia swej wyborczej obietnicy „demokracji bezpośredniej”, tj. do przeprowadzenia referendum na ten temat. Rząd jednak odmawia.