Gospodarka 48 godzin

Widmo sądu i kary
Wbrew nieprawdziwym zapewnieniom przedstawicieli polskiej ekipy rządzącej, nie ma niestety szans na szybkie porozumienie z Czechami w sprawie kopalni węgla brunatnego Turów. Strona czeska przygotowuje jeszcze projekt umowy w tej sprawie, który ma być przedstawiony stronie polskiej. Później nastąpi spotkanie zespołów obu państw oraz negocjacje, które powinny prowadzić do zawarcia porozumienia i wycofania skargi przez Czechy. Szacuje się, że dla polskich podatników będzie to oznaczać dodatkowy wydatek wynoszący około 50 milionów euro, przeznaczony na pilne inwestycje mające zniwelować niekorzystne skutki funkcjonowania kopalni Turów. Ponieważ zapewnienia polskich przedstawicieli nie są wiarygodne dla Czechów, zamierzają się oni domagać możliwości regularnego kontrolowania sytuacji w Turowie przez własnych ekspertów. Jeśli po wyborach dojdzie do zmiany władzy, oczywiste jest, że członkowie PiS-owskiej ekipy staną przed sądem za doprowadzenie do tak wielkiej straty, której można było uniknąć przy zachowaniu minimum rzetelności w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Dziś jest to naturalnie niemożliwe, bo podporządkowana władzy prokuratura nie dopuści do postępowań przeciw prominentom PiS.

Dla dobrej promocji
Zakończyła się 31. edycja konkursu „Teraz Polska”, mającego nagradzać produkty i usługi wysokiej jakości, pochodzące z Polski. Laureatów w różnych kategoriach jest bardzo dużo, więc ich wymienienie jest tu niemożliwe. Można natomiast wskazać, że w tegorocznej edycji konkursu „Teraz Polska” nagrodzono produkty i usługi między innymi z branż: biotechnologicznej, odnawialnych źródeł energii, informatycznej, finansowej, medycznej, budowlanej, elektrotechnicznej, bezpieczeństwa oraz edukacyjnej. „Polacy wybierają produkty i usługi oznaczone Godłem „Teraz Polska”, bo właśnie takich produktów i usług potrzebują. Są świadomymi patriotami i pocieszające jest, że dotyczy to wszystkich pokoleń, w tym również ludzi młodych” – oświadczył Krzysztof Przybył, prezes fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. Dotychczas w tym konkursie wzięło udział około 5 tys. polskich firm, zarówno dużych, jak i małych, rodzinnych, reprezentujących wszystkie branże krajowej gospodarki, spośród których nagrodzono łącznie aż ponad 750. Ponadto, w konkursie od 2017 r. przyznawane są tytuły Promotora Polski, wyróżniające osoby działające na rzecz społeczności lokalnych, których – jak twierdzą organizatorzy – „postawa zawodowa i społeczna przyczynia się do umacniania pozytywnego wizerunku naszego kraju”. Natomiast w tym roku wprowadzono wyróżnienie Młody Promotor Polski, które przyznaje Agata Kornhauser-Duda, wybierając spośród kandydatów nominowanych przez kapitułę nagrody „Teraz Polska”. W bieżącym roku nominowanymi zostali: Marcin Poręba, chemik ; Piotr Alexewicz, pianista; Jan Krzysztof Duda, szachista. Decyzją Agaty Kornhauser-Dudy Młodym Promotorem Polski 2021 został Piotr Alexewicz. „Ta nagroda jest dla mnie niespodziewanym i oczywiście wielkim wyróżnieniem. Występuję na wielu międzynarodowych konkursach, gram wiele zagranicznych koncertów i wszędzie jako Polak reprezentuję nasz kraj. Dlatego cieszę się, że moje dotychczasowe działania na rzecz ojczyzny zostały dostrzeżone” – powiedział nagrodzony.

Portrety kobiet

Teatr coraz głębiej portretuje kobiety. Nie tylko sięgając po dawniejsze, sprawdzone utwory, jak „Trzy siostry”, ale dramaty świeżej a nawet najświeższej daty.

Do takich udanych zbliżeń portretowych należy „Aleja zasłużonych” Jarosława Mikołajewskiego, tym debiutanckim dramatem zaznaczającego swoje odrębne miejsce w teatrze. To bodaj pierwszy polski dramat, który na serio mierzy się z naszym trudnym czasem, choć nie padnie tu ani jedno słowo o pandemii.
Oto pisarka (Krystyna Janda) wiedziona
przeczuciem rychłej śmierci
i dręczona obawą, że jej męża nie będzie stać na pogrzeb, rozpoczyna starania, aby jej pochówek odbył się na koszt państwa, a więc w alei zasłużonych. Ma ku temu podstawy: ileś wydanych tomów, dorobek całego życia, zwykle niedoceniany i lekceważony.
Jarosław Mikołajewski, poeta, eseista i reportażysta odsłania kulisy pisarskiej misji, w szczególności Poetki, obserwującej świat i utrwalającej takie jego przejawy, które uchodzą uwadze zwykłych zjadaczy chleba. Ogromny monolog Poetki w pierwszej scenie podczas wspólnego posiłku z Mężem (Olgierd Łukaszewicz) penetruje te nieznane rejony, nasycając jej opowieść falami wściekłości. Poetka ma swoje powody – jej trud może wydawać się daremny, a najbliższe otoczenie, nawet ukochany mąż, człowiek konkretu, bo księgowy, nie doceniają jej wysiłku i wciąż pytają o wymierne korzyści materialne, jakie przynosi pisanie. A te są niewielkie. Lży więc świat, miota przekleństwa, łącząc się w swojej słownej agresji z protestami strajku kobiet. Ten pozornie plugawy język przynosi oczyszczenie, staje się jedyną skuteczną formą wyrzucenia z siebie własnej bezradności i gniewu na obojętność i głupotę wielu ludzi – to tak przy okazji przestroga pod adresem zasromanych brzydkimi słowami ciotek kulturalnych.
Krystyna Janda maluje Poetkę z nerwem, prawdziwie błyskotliwie, wywołując salwy śmiechy i wewnętrznej satysfakcji widzów (któż nie ma swoich porachunków z tymi ch… i k…), choć tak naprawdę wcale nie jest do śmiechu. Spotykając się z urzędnikami cmentarza (Grzegorz Warchoł) i ministerstwa kultury (Dorota Landowska), Poetka zyskuje nawet ich sympatię, podobnie jak poparcie matki (Emilia Krakowska). Niemal dopina celu, ale życie lubi sprawiać gorzkie niespodzianki.
Janda wyreżyserowała ten wcale nieprosty dramat z wielką precyzją, organizując prawdziwy balet, który uprawiają aktorzy grający partnerki/rów Poetki: na początku każdej sceny wytaczają na scenę stół, ustawiają krzesła i wykonują czynności, które od razu ich określają. Mąż przygotowuje posiłek, przynosi talerze na tacy, starannie jej rozstawia, od razu widać, jaki jest dokładny i pedantyczny. Urzędnik cmentarza rozkłada na stole czarne skoroszyty z wariantami pochówku i wciąż zmienia ich położenie jak w funeralnym obrządku. Matka zabiera się do sprzątania, przecierając stół ścierką. Urzędniczka z ministerstwa, zresztą niegdyś poetka, wbiega nerwowo z laptopem i wciąż jest „rozlatana”. Te rytuały nadają spektaklowi rytmy, ale głębię przynosi poezja, wiersze, które płyną od czasu do czasu ze sceny: w duecie wykonany poemat o muzyce cmentarnej (Janda, Warchoł), a na koniec piękna fuga o odchodzeniu i pozostawianiu po sobie śladu, którą obdarza widzów Olgierd Łukaszewicz.
Matka i syn na huśtawce
Matkę i Syna w sztuce białoruskiego autora Andrieja Iwanowa „Kruk z Tower”, granej na scenie im. Haliny Mikołajskiej w Teatrze Dranmtycznym, dzieli przepaść osamotnienia. Po śmierci ojca Kostia całą nienawiść i ból przenosi na matkę, a matka swoją tęsknotę wyraża wybujałą nadopiekuńczością. Nie potrafią już rozmawiać. Matka znajduje na to sposób, wiedziona instynktowną obawą, że jej syn może być gejem – nawiązuje z synem znajomość przez internet pod przybranym nickiem Toffi. Tak rozwija się onlinowa więź między nią i Krukiem z Tower, bo taki mroczny nick obrał Kostia. Ta ryzykowna gra nie zmienia jednak ich relacji w prawdziwym życiu. To nie może skończyć się dobrze.
Katarzyna Herman portretuje kobietę, która nie może pogodzić się ze śmiercią męża, nie potrafi wyjść z żałoby, a jej troska o syna przybiera obsesyjne formy – kiedy coś do niego mówi, wrzeszczy, posuwa się nawet do rękoczynów, żyje na granicy histerii i depresji. Kiedy jednak przemienia się w Toffi, staje się słodka jak cukiereczek, promienieje, z czasem przypominając bohaterkę antycznej Fedry. Podobną przemianę przechodzi Kostia, który na każdy gest matki, nawet przyjazny, odpowiada agresją albo demonstrowaną obojętnością. Podczas czatów z Toffi zmienia się nie do poznania, a początkowo przelotna znajomość przeradza się w coś niepokojąco głębszego.
Opowieść została poprowadzona z prawdziwym kunsztem – aktorzy stworzyli kapryśną linię emocjonalną, wznoszącą się po ścieżce wzajemnej więzi, ale przerywanej wybuchami niechęci i gniewu z chwilą, kiedy łącze internetowe zawodzi. Tak naprawdę wszystko tutaj zależy od wykonania – pewne wsparcie aktorom daje ascetyczna scenografia: umieszczona w centrum wąska huśtawka, chybotliwa jak relacje Matki i Syna, która pełni czasem funkcję arki pojednania a nawet miłości, czasem jednak gwałtownie dzieli. Prócz huśtawki na scenie stoją tylko: fotel komputerowy i zwykły fotel oraz klatka dla papużki.
Przejmująca sztuka, trafiająca w sam środek podziałów, dzielących rodziców i dzieci, celnie rozpoznaje plagę samotności, niszczącą ludzi silniej niż pandemia.
Znużenie
Na deser „Trzy siostry” Antoniego Czechowa, dramat, w którym portrety kobiet wciąż domagają się nowych ujęć. Nierzadko mistrzowskich, jak w Teatrze Narodowym w spektaklu Jana Englerta.
Scenę zajmują meble ogrodowe: stoły i poustawiane przy nich rozkładane krzesełka, po prawej parkowa ławka, po lewej skład rupieci, pamiątki po ojcu, koń na biegunach, walizki. Prowizorka. W głębi po lewej trzepak, przy którym czyha sztabskapitan Solony (Karol Pocheć), na śmierć zakochany w Irinie tak jak baron Tuzenbach (Piotr Kramer). W tle majaczy fasada willi Prozorowych z otwartymi oknami i drzwiami. Widać w środku stół, ale do salonu scenograf Andrzej Witkowski nas nie wpuści, podobnie jak Lew Dodin w petersburskiej inscenizacji Trzech sióstr w Teatrze Małym (2010). Dopiero w trzecim akcie zobaczymy strych zawalony walizami, pościelą i ubraniami, które siostry przekażą pogorzelcom.
Wtedy już wiadomo, że siostry Prozorow nie wyjadą do Moskwy, choć o tym marzą. Prawdę mówiąc wiadomo o tym, zanim rozpocznie się spektakl – krzyczy o tym okładka teatralnego programu, na której widać trzy kamienne sakwojaże. Nie tylko siostry by ich nie udźwignęły.
Bohaterów dramatu Czechowa ogarnia wielkie znużenie i nuda. Wciąż uskarżają się na zmęczenie, a nawet jeśli temu przeczą, jak rogacz Kułygin (Grzegorz Małecki) powtarzający trzykrotnie, że jest „zadowolony”, znużenie trudno im ukryć. Znużeniu nie ulega tylko Natalia (Milena Suszyńska), narzeczona, a potem żona Andrieja Prozorowa (Marcin Przybylski), straszna drobnomieszczanka, ale to raczej nędzna pociecha – nie chcielibyście dostać się w jej ręce.
Spektakl Jana Englerta przesycony jest rozgoryczeniem, które usiłuje rozproszyć tęsknota za świetlaną przyszłością. W roztaczaniu jej wizji celuje pułkownik Wierszynin Jana Frycza, grany bez mała z farsowym polotem. Wybranek Maszy jest kochankiem w drugim gatunku, który swoje zużycie maskuje, plotąc o czasach, które nadejdą. Nikt w to nie wierzy, nawet on, toteż po jego tyradach wybuchają salwy śmiechu. Na scenie i na widowni.
Na początku siostry żywią jeszcze nadzieję (może wyjadą do Moskwy?), zwłaszcza najmłodsza Irina (Michalina Łabacz), która rwie się do życia i miłości, choć i Masza (Wiktoria Gorodeckaja) ma nadzieję na odwet za zmarnowane lata u boku nudnego męża, a nawet rozsądna Olga (Dominika Kluźniak) liczy, że jej życie może być udane. Srodze się jednak zawiodą, choć Czechow każe im trwać, bo kto wie, co los przyniesie. Toteż spektakl po symbolicznej scenie ukazującym stróża Fieraponta (Jacek Różański), ciągnącego linę przez całą szerokość sceny, zamknie nie tylko westchnienie OIgi („gdyby wiedzieć, gdyby wiedzieć”), ale rzewna pieśń wyśpiewana a capella przez trzy siostry. I nie zaburzy tego nawet gorycz aroganckiego doktora Czebutykina (Mariusz Benoit), który nie jest pewny, czy istnieje.
To jest spektakl przygotowany z czułością, w którym wszystko leży na swoim miejscu, nawet najdrobniejsze epizody (stylowa niania Amfisa Anny Chodakowskiej), nie ma tu ma rzeczy zbędnych. A do tego nowy przekład Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej wybrzmiewa współczesną polszczyzną, bez ambicji modernizowania języka Czechowa.

ALEJA ZASŁUŻONYCH Jarosława Mikołajewskiego, reż. Krystyna Janda, Teatr Polonia, premiera 26 lutego 2021.
KRUK Z TOWER Andrieja Iwanowa, reż. Aldona Figura, Sala im. Haliny Mikołajskiej, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy, premiera 19 lutego 2021.
TRZY SIOSTRY Antoniego Czechowa, reż. Jan Englert, Teatr Narodowy, premiera 27 lutego 2021.