Ku pamięci Armii Ludowej

Co roku 26 sierpnia kombatanci i przedstawiciele organizacji lewicowych składają kwiaty przed kamienicą przy ul. Freta 16 na warszawskim Nowym Mieście. Przedstawicieli władzy państwowej czy samorządowej nikt się zaś nawet tam nie spodziewa…

O Armii Ludowej prawicowe władze nie mają wszak nic dobrego do powiedzenia. Nie liczy się dla nich danina krwi jej bojowników, w większości młodych ludzi z robotniczych, ludowych rodzin, walczących z niemieckim okupantem o Polskę niepodległą i sprawiedliwą. Nie liczy się też udział oddziałów lewicowych w Powstaniu Warszawskim, o którym dowództwo AL zdecydowało już 2 sierpnia.

Przy Freta 16 mieścił się powstańczy sztab AL – tam też 26 sierpnia pod gruzami zbombardowanej kamienicy zginęli jego członkowie: Bronisław Kowalski, dowodzący zgrupowaniem AL na Starym Mieście, Stanisław Nowicki, Edward Lanota, Anastazy Matywiecki i Stanisław Kurland. Na elewacji budynku ciągle znajduje się tablica pamiątkowa. Tam też 26 sierpnia wieńce złożyli kombatanci Armii Ludowej, przedstawiciele proobronnego stowarzyszenia Amor Patria, członkowie komitetu obrony pomnika gen. Berlinga oraz działacze lewicy, jedynej siły w polskiej polityce, która nie godzi się na wymazywanie z historii polskich komunistów i socjalistów.

Kolejny rok z rzędu na Freta 16 pojawiła się Anna-Maria Żukowska, obecnie posłanka. Były delegacjie Unii Pracy, Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Socjalistycznej i Stowarzyszenia Historia Czerwona. Jego przedstawiciel symbolicznie dołączył również do wojskowej asysty w zrekonstruowanym mundurze partyzanta Armii Ludowej.

Jak powiedział do zebranych płk Zbigniew Rokita, udział Armii Ludowej i innych lewicowych grup w Powstaniu Warszawskim to 1500, może 2000 żołnierzy, walczących wspólnie z oddziałami AK na Żoliborzu, Mokotowie, w Śródmieściu, na Starym Mieście i Woli. Czterej żołnierze AL-owskiego szturmowego batalionu Czwartaków otrzymali 18 sierpnia Krzyże Walecznych.

Wymowna lekcja historycznego kłamstwa

Jako student i pasjonat historii, od dawna z dużym smutkiem obserwuję, jak instrumentalnie jest ona traktowana w przestrzeni publicznej. Zazwyczaj z uczuciem bezsilności przechodzę obok tego obojętnie, ostatnio jednak pewien tekst przelał we mnie czarę goryczy.

Chodzi konkretnie o artykuł ,,Wymowna lekcja historii” Pawła Łepkowskiego, redaktora naczelnego miesięcznika ,,Uważam Rze Historia”, który ukazał się na łamach ,,Rzeczypospolitej”. Manipulacja faktami to dla autora zdecydowanie za mało. Bez ogródek posuwa się on do bezczelnych kłamstw i traktuje szlachetną dziedzinę nauki niczym kobietę lekkich obyczajów. Najgorsze zaś w tym wszystkim jest to, że historia braci Grakchów, którą redaktor Łepkowski tak okrutnie potraktował, jest mimo upływu lat bardzo aktualna i wszyscy (a szczególnie ludzie lewicy) możemy wyciągnąć z niej wiele wartościowych refleksji.

Zacznijmy jednak od początku. Paweł Łepkowski, jak można wywnioskować z lektury artykułu człowiek o bardzo wolnorynkowych przekonaniach, wziął sobie za cel krytykę ,,socjalnego rozdawnictwa”. By dodać swoim koncepcjom inteligenckiego sznytu, sięgnął po historię antyczną, przez stulecia będącą podstawą kodu kulturowego ludzi wykształconych. Robiąc to przyjął zasadę ,,jeśli moje przekonania nie są zgodne z faktami, to tym gorzej dla faktów”. Z takim zamysłem wziął sobie na warsztat historię reform braci Tyberiusza i Gajusza Grakchów. Zapewne mniemał, że na skutek braku powszechnej znajomości tych dziejów, jego kłamstwa nie zostaną podważone i posłużą za ,,naukowy” argument potwierdzający prawicowe wynaturzenia. Naprawdę warto rozłożyć ten tekst na czynniki pierwsze, wzorcowo obrazuje on bowiem typowe metody dla tak namiętnie stosowanej obecnie po prawej stronie propagandy pseudohistorycznej.

Na czym polegało dzieło reform trybunów ludowych z lat 133 i 123 – 122 p.n.e.?

By pojąć jego istotę, musimy cofnąć się do roku 390 p.n.e., kiedy młoda republika rzymska poniosła nad rzeką Alią straszną klęskę z rąk Galów. Po wycięciu rzymskiej armii okupowali oni miasto przez siedem miesięcy. Rzymskie elity, aby uniknąć w przyszłości powtórki z tego koszmaru, postanowiły znacząco zwiększyć liczebność armii. Armii, której podstawę stanowili wtedy drobni właściciele ziemscy, mogący sami się wyekwipować zbrojnie. W tym celu zdecydowano się wydzielać nieposiadającym obywatelom po 7 iugera (2 ha) ziemi zdobywanej w wyniku podbojów – minimalny areał obligujący do służby w wojsku.

Pomysł ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Po kolejnych zwycięstwach i następujących każdorazowo po nich podziałach ziemi państwowej prawie wszyscy obywatele rzymscy posiadali swoje gospodarstwa i mogli być wykorzystani jako żołnierze. Podczas gdy inne państwa regionu mogły przy maksymalnym wysiłku zaangażować wojskowo 1/3 obywateli, Rzym miał rezerwy sięgające ponad 90 proc. obywateli. Zapewniło mu to niezrównaną siłę militarną, a także rozwój społeczeństwa świadomych i niezależnych obywateli, uwolnionych dzięki temu od bycia klientami możnych. Wszystko to pokazuje, że owo ,,zgubne państwowe rozdawnictwo” na które tak pomstuje autor tekstu nie tylko nie było wymysłem Grakchów, ale stanowiło fundament potęgi Imperium Rzymskiego.

Mnogość podbojów sprawiła jednak, że nie całą ziemię publiczną, szczególnie obszerną na południu Italii, można było od razu asygnować. Oddawano ją więc w czasowe użytkowanie najbogatszym obywatelom, według prawa maksymalnie po ok. 150 ha. Z czasem jednak zaczęli oni zajmować dodatkowe obszary ponad tę miarę i traktować te ziemie państwowe jak swoje własne. W tym samym czasie drobni i średni właściciele, pozostawieni bez wsparcia w postaci kolejnych asygnacji, zmuszeni do biedowania na swoich wyjałowionych 2 ha, zaczęli masowo popadać w ubóstwo i zasilać szeregi rzymskiego plebsu miejskiego.

Skutki dla państwa były opłakane – armii zaczęło brakować rekrutów, a w wyborach na zgromadzeniach obywateli coraz większą rolę zaczęły odgrywać masy biedoty miejskiej, sprzedającej swoje głosy za jedzenie.

W tym momencie na scenę dziejową wkroczył Tyberiusz Grakchus, wybrany w 133 p.n.e. trybunem plebejskim. Złożył on projekt ustawy rolnej, dającej możliwość każdemu nieposiadającemu starania się o przyznanie 30 iugera z ziemi publicznej na południu (dotychczas bezprawnie zajmowanej przez bogatych, torpedujących propozycje asygnacji). Reforma nie kosztowała więc państwa w zasadzie nic, bo oddawała ziemię już i tak obecnie okupowaną, tylko że teraz miała ona legalnie przejść w ręce najbardziej potrzebujących.

Jak widać, wbrew temu co pisze redaktor Łepkowski, propozycja reformy nie była ,,bolszewicka” ani nie służyła ,,kupieniu wyborców”. Była ona po prostu kontynuacją ponad 200 – letniej tradycji dbania przez państwo rzymskie o dobro własnych obywateli i służyła rozwiązaniu najbardziej palących problemów republiki. Autor kłamie nawet w kwestii miar powierzchni – proponowanie przez Tyberiusza 30 iugera na osobę to nie 125 ha, tylko ok. 8 ha.Także ustalona wieloletnia niemożność odsprzedaży ziemi, wbrew słowom redaktora, nie tylko nie zniechęciła, ale nawet jeszcze bardziej zachęciła potencjalnych beneficjentów, bardzo pragnących powrotu do życia na roli na tak korzystnych warunkach.

O tym, jak dużym poparciem cieszyła się reforma Tyberiusza Grakcha, świadczy paniczna reakcja senatu. Senatorom jego reformy szkodziły podwójnie – zabierały im zarówno bezprawnie zajmowane przez nich ogromne połacie ziemi państwowej, jak również złożoną z nieposiadającego ziemi plebsu użyteczną i posłuszną klientelę wyborczą. Senat rozpoczął więc zmasowaną kampanię nienawiści wymierzoną w Tyberiusza, jeszcze bardziej absurdalną niż ta, którą prowadzi Łepkowski. Gdy i to nie zniechęciło odważnego trybuna ludowego, senatorzy, nie mogąc znaleźć prawnych podstaw do jego skazania, nasłali na niego uzbrojone bojówki, które w akcie samosądu zabiły Tyberiusza i jego 300 zwolenników.

Redaktor Łepkowski tu także nie raczył jednak zajrzeć choćby do licealnego podręcznika. Winę za śmierć Grakcha zrzuca na lud (sic!), rzekomo zdenerwowany ustawą o Italikach, o której Tyberiusz nawet nie myślał – projekt jej wysunął bowiem dopiero 10 lat później w całkowicie innej sytuacji jego brat Gajusz.

O Gajuszu Grakchusie P. Łepkowski pisze zaś, iż… ,,niewiele wyniósł z tej lekcji historii”. Ciekawi mnie osobiście, co pan redaktor wyniósłby z historii bezprawnego zamordowania rodzonego brata przez bojówkarzy i blokowania przez grupę złodziejskich bogaczy egzekucji legalnie uchwalonych ustaw. Niech o popularności działań Tyberiusza świadczy dodatkowo fakt, że kiedy Gajusz, jego brat i pomocnik, osiągnął wiek, w którym mógł starać się o urzędy, z całej Italii na komicja ściągnęły wielkie tłumy, aby w 123 p.n.e. wybrać go trybunem plebejskim.

Przekonany o słuszności sprawy i obdarzony takim zaufaniem ludu, zdecydował się działać na jeszcze większą skalę. Widział, że na skutek znacznego wzrostu populacji Rzymu, w okresach trudności z zaopatrzeniem, mieszkańcy są zdani na łaskę i niełaskę spekulantów.

Aby wyeliminować ten problem, rozbudował spichlerze miejskie i ustalił uczciwą maksymalną cenę zboża dla obywateli. Jednak dla P. Łepkowskiego eliminacja głodu to ,,kosztowne dla państwa efekciarstwo”. Kontynuował także reformę rolną swojego brata. Badacze antyku, w tym światowej sławy polscy historycy republikańskiego Rzymu A. Ziółkowski i J. Kolendo zgodnie podkreślają, że ta asygnacja ziemi była bardzo światłym projektem zaradzenia głównym bolączkom państwa, a także ostatnią szansą na uratowanie masowego i niezależnego społeczeństwa obywatelskiego Republiki. Społeczeństwa, mającego realny wpływ na państwo, z średnimi rolnikami jako grupą dominującą.

Demontaż reform Grakchów, spowodowany krótkowzrocznością elity, myślącej jedynie o własnych majątkach, skutkował stuleciem wojen domowych, niepokojów społecznych, a końcowo upadkiem Republiki. Jednak nienawiść prawicowego publicysty do, jak sam to określa, ,,ryzykownych programów socjalnych” czyni go całkowicie ślepym na fakty historyczne. Dzieło Grakchów, które w razie powodzenia mogło znacząco zmienić historię Rzymu, nazywa on jedynie ,,demagogicznymi obietnicami”, które ,,nie tylko nie zniwelują ubóstwa, ale i doprowadzą imperium na skraj zapaści finansowej”. Narracja autora przeciwstawiająca ,,demagogicznego” trybuna ,,mądrym” senatorom stanowi chyba punkt kulminacyjny absurdu w tekście. Bowiem to właśnie senatorzy, chcący pozbyć się Gajusza Grakcha, zdecydowali się wystawić w wyborach na trybuna demagoga Marka Drususa i kazali mu obiecać ludowi przysłowiowe gruszki na wierzbie, byle tylko Gajusz przegrał.

Młodszy z Grakchów nie podjął wyzwania licytacji na nierealne obietnice i plan senatu się powiódł. O postulatach Drususa po wyborach nikt już nigdy nie usłyszał, a Gajusz, pozbawiony trybuńskiej nietykalności, z poduszczenia senatu padł wraz ze zwolennikami ofiarą bezprawnej krwawej rzezi.

W jednym muszę się jednak z Pawłem Łepkowskim zgodzić – losy Tyberiusza i Gajusza Grakchów to rzeczywiście, jak pisze w tytule, ,,wymowna lekcja historii”, cały czas aktualna. Nie bez powodu do dziejów tych odważnych trybunów ludowych odwoływali się rewolucjoniści francuscy, Karol Marks i Fryderyk Engels czy komuniści rosyjscy, a pamięć o nich była żywa w większości ruchów walczących o sprawiedliwość społeczną. Ich historia dobrze pokazuje, że to egoizm i krótkowzroczność bogatych elit leżą u podstaw dużej części problemów społecznych, które łatwo dałoby się rozwiązać. Tragiczny los obu trybunów przypomina też, że nie ma co liczyć na dobrowolne ustępstwa ze strony bogatych – prędzej pogrążą oni państwo w głębokim kryzysie, bez skrupułów manipulując opinią publiczną i za nic mając prawo oraz dobro ogółu. Prawdziwa reforma społeczna musi więc twardo iść na przekór propagandzie i zawodzeniu elit finansowych.

Co się zaś tyczy Pawła Łepkowskiego, na odwrocie jednej ze swoich książek pisze on, iż ,,jest sceptykiem, który nie wierzy w podręcznikowe przedstawianie wydarzeń historycznych”. Radziłbym mu jednak, tak jak i innym prawicowym publicystom, czasem do tego podręcznika od historii zajrzeć. No chyba, że licytowanie się na ilość bezczelnych kłamstw to w ich środowisku nowa moda. Red. Łepkowski z wykształcenia historykiem nie jest, dlatego podzielę się z nim jedną z pierwszych porad, jakie na studiach słyszą młodzi adepci muzy Klio – jeśli podchodzi się do historii z zamiarem manipulowania nią pod ideologiczną tezę, hańbi się zarówno naukę, jak i swoje nazwisko. W przypadku pisania do opiniotwórczych mediów dochodzi jeszcze do tego szkodliwość społeczna. Po co więc tyle kłamstw? Najwyraźniej prospołeczne dzieło i myśl braci Grakchów są cały czas na tyle wartościowe, że ideologicznym potomkom ich optymackich katów nie dają spać spokojnie nawet po ponad 2000 lat.

Hans Litten – niezłomny adwokat robotników

Dzisiaj, kiedy tak wiele rządów w dążeniu do autorytaryzmu otwarcie inspiruje się rozwiązaniami z lat trzydziestych, odwaga i bezkompromisowość tego człowieka w walce z faszyzmem powinny być dla lewicy wzorem do naśladowania.

Hans Litten żył i działał w czasach demontażu weimarskiej demokracji i budowania nazistowskiej dyktatury w Niemczech. Skutecznie walcząc z nazistami na salach sądowych, stał się osobistym wrogiem Adolfa Hitlera, a za swoją nieprzejednaną postawę w obronie wolności przyszło mu zapłacić najwyższą cenę.

Urodził się 19.06.1903 roku w Halle, w mieszczańskiej rodzinie żydowskiego pochodzenia. Jego ojciec był wykładowcą prawa i rektorem Uniwersytetu w Królewcu oraz zagorzałym pruskim konserwatystą i monarchistą. Na kształtowanie się poglądów młodego Hansa większy wpływ miała jednak matka, która przekazała mu wartości sprawiedliwości społecznej i pomocy potrzebującym. Litten już od najmłodszych lat otwarcie demonstrował swoje lewicowe przekonania. Anegdota z jego szkolnych lat głosi, że kiedy nauczycielka zapytała, czy w klasie powinien zawisnąć portret zwycięskiego spod Tannenbergu Paula von Hindenburga, Hans odpowiedział: ,,zawsze byłem za tym, by Hindenburg zawisnął”.
Zmuszony przez ojca, podjął w Berlinie studia prawnicze i ukończył je z wysokimi wynikami w 1927 roku. Skrajnie prawicowe pucze: Kappa-Lüttwitza oraz monachijski wraz z wyjątkowo łagodnymi wyrokami dla ich organizatorów uświadomiły mu, w jak wielkim niebezpieczeństwie jest młoda republika i jak bardzo to zagrożenie jest bagatelizowane przez polityczne elity. Odrzucił wtedy lukratywną propozycję pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości i pragnąc działać w obronie demokracji zatrudnił się u związanego z Komunistyczną Partią Niemiec prawnika Ludwiga Barbascha. Przez niego nawiązał kontakt z organizacją Rotte Hilfe i zaangażował się w jej działalność, za symboliczne wynagrodzenie broniąc działaczy związkowych i komunistycznych. Szybko zdobył rozgłos i miano ,,prawnika robotników”, ratując wielu z nich przed więzieniem, grożącym im za udział w demonstracjach i stawianie oporu policji. Rotte Hilfe z jego pomocą zapewniła pomoc prawną 16 tys. aresztowanych robotników, a kolejne 27 tys. otoczyła ochroną prawną. W 1929 roku Hans Litten zaangażował się w obronę uczestników demonstracji pierwszomajowych, bezpodstawnie oskarżonych przez władzę o ,,ciężkie naruszenie spokoju publicznego połączone z zamieszkami”. Starał się także nagłośnić sprawę otwarcia przez policjantów ognia do tych pochodów (czego skutkiem było 30 zabitych i setki rannych) i doprowadzić do ukarania winnych tej masakry. W tym celu złożył powiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez ówczesnego szefa berlińskiej policji K. Zörgiebela, jednak na skutek braku poparcia prokuratury proces nie doszedł do skutku.

Największą sławę (i jednocześnie najwięcej wrogów) przyniósł Littenowi proces w sprawie napadu na lokal taneczny Edenpalast w 1932 roku. listopadzie 1930 roku bojówka SA przeprowadziła zaplanowany atak na ten popularny wśród lewicowych robotników lokal, zabijając 3 osoby i raniąc kolejne 20. Śledztwo policji było prowadzone bardzo wolno i nieskutecznie. Hans Litten, reprezentując część robotników, został w tym procesie oskarżycielem posiłkowym. Wziął sobie za cel nie tylko doprowadzenie do ukarania winnych, ale przede wszystkim publiczne udowodnienie, że rosnąca w siłę NSDAP jest partią w swej naturze antydemokratyczną i stosuje terror jako integralną część swojej strategii. Na jego wniosek sąd powołał Hitlera na świadka. Proces przyciągnął duże zainteresowanie opinii publicznej. Przywódca NSDAP starał się zmienić przesłuchanie w kolejną wiecową mowę ideologiczną, jednak Litten inteligentnymi pytaniami i ironicznymi uwagami blokował te próby i zmuszał do trzymania się tematu przemocy. Umiejętnie powoływał się przy tym na partyjne broszury, pisane przez J. Goebbelsa i wzywające do obalenia parlamentu, zdobycia władzy siłą i ,,rozdeptania przeciwników na miazgę” oraz na działania bojówek SA. Zdezorientowało to i kompletnie wyprowadziło z równowagi Hitlera, który w obliczu tego był w stanie jedynie rozpaczliwie krzyczeć: ,,skąd wnioskuje pan prokurator, że jest to wezwanie do łamania prawa? To jest niczego niedokumentujące oświadczenie!”. Wypunktowany przez młodego prawnika i publicznie upokorzony przywódca NSDAP musiał pokornie przysiąc przed sądem, że jego partia działa i będzie działać w granicach obowiązującego prawa. Wydarzenia te zostały przedstawione w świetnym filmie ,,Hitler przed sądem” z 2011 roku.

W tym samym roku brał udział w kolejnych dwóch wielkich procesach (Felseneck- i Röntgenstraße- Prozess), gdzie m.in.: dowiódł kłamliwości zeznań nazistów oraz doprowadził do uniewinnienia zaatakowanych przez SA i działających w obronie własnej robotników (oskarżano ich o ,,morderstwo na tle politycznym”). Wzbudziło to jeszcze większą nienawiść do niego wśród nazistów, nazywających go w swojej prasie ,,obrońcą czerwonych morderców”. Obawiając się ataku, Rotte Hilfe zorganizowała mu ochronę i zachęcała go do wyjazdu z kraju. Litten nie dał się jednak namówić, odpowiadając: ,,Miliony robotników nie mogą wyjechać, więc ja też muszę tu zostać”. Hitler nigdy nie zapomniał poniżenia, jakiego dostąpił w sądzie przez Littena. Po dojściu NSDAP do władzy i pożarze Reichstagu, Hans został w lutym 1933 roku jednym z pierwszych aresztowanych na podstawie dekretu O ochronie narodu i państwa. Wleczony po różnych więzieniach i obozach koncentracyjnych, nie stracił wiary w swoje ideały. Kiedy w obozie w Lichtenburgu został wraz z innymi więźniami zmuszony do udziału do apelu z okazji urodzin Hitlera, w otoczeniu uzbrojonych strażników dumnie odczytał znany wiersz pt. ,,Myśli są wolne” (niem. Die Gedanken sind frei). Przez 5 lat był brutalnie torturowany i upokarzany, aż w końcu, doprowadzony do skraju wytrzymałości, w 1938 roku popełnił samobójstwo w obozie w Dachau.

W czasie sporu o wybory w Polsce, kiedy dwóch szeregowych posłów rości sobie prawo do arbitralnego dyktowania swojej woli całemu państwu i jego instytucjom, a rząd w obliczu kryzysu płaszczy się przed przedsiębiorcami i zostawia pracowników na pastwę losu, postawa i działalność Hansa Littena bardzo zyskują na aktualności. Warto pamiętać o człowieku, który bez reszty poświęcił się walce o los pokrzywdzonych oraz państwo prawa, nie porzucając jej nawet wtedy, gdy wiązała się z zagrożeniem życia. Ta nieugiętość i bezkompromisowość w obronie demokracji i robotników winna być więc dzisiaj przykładem dla całej lewicy i każdego człowieka, któremu leżą na sercu wartości wolności i sprawiedliwości społecznej.

Historia również czerwona

Zakłamywanie wydarzeń historycznych oraz pomijanie niewygodnych faktów to chleb powszedni w podręcznikach do historii. Próba wyjścia naprzeciw owym przekłamaniom jest trudna, ale warta poświęcenia. Szczególnie wiosną, która obfituje w rocznice.

Święto Pracy to doskonała okazja do pokazania ludowej, robotniczej historii naszego kraju. Przecież 1 maja to nie „PRL-owska pozostałość”, ale jeden dzień w roku, który jest uhonorowaniem wszystkich walczących o równą pracę za godną płacę. To dzień sięgający korzeniami XIX w. Trudno jednak odczarować tę datę, szczególnie wobec domorosłych antykomunistów i starszego pokolenia, którego wiedza na temat genezy owego święta jest nieduża.

Dużo jest za to pracy, żeby pokazać historię nie tylko z perspektywy jaśnie hrabiów, panów generałów i międzywojennych inteligentów, ale przede wszystkim robotnic i robotników. W ubiegłą niedzielę, 26 kwietnia, minęło 100 lat od krwawego stłumienia poznańskiego strajku kolejarzy, którzy domagali się wypłaty obiecanych przez rząd centralny „13-stek”. 9 zginęło, 30 odniosło rany. Żaden policjant, ani endecki polityk wydający wówczas polecenia nie poniósł kary, historia robotniczego strajku jest zapomniana. Symbolizuje go wyłącznie tablica w murach b. zamku cesarskiego, pod którą rokrocznie wiązanki kwiatów składają działaczki i działacze lewicy. Władze miasta? Województwa? Próżno ich szukać. To tylko 9 osób. Tylko kolejarze.
Informacji o Wielkim Strajku Chłopskim z 1937 r. również na próżno szukać w podręcznikach do historii, a przecież to wtedy kilka milionów rolników wzięło udział w blokowaniu dostaw żywności buntując się przeciwko autorytarnym rządom piłsudczyków. Śmierć poniosły 44 osoby, 5 tys. aresztowano. Ale to Piłsudskiemu składa się kwiaty na różne rocznice, rzadko wspominając o jego powojennym umiłowaniu do rządów twardej ręki, pacyfikacji opozycji, upolitycznieniu sądownictwa czy budowie kultu własnej jednostki. Czasem trzeba włożyć kij w mrowisko podważając istniejące autorytety, bo tylko taka strategia pozwala na odnalezienie szerszej perspektywy.

Trzeba ze smutkiem przyznać, że tzw. „polityka historyczna” jest domeną prawicy wszelkiej maści. Do pewnego czasu lewica nie tylko była w defensywie, co całkowicie porzuciła walkę o pamięć historyczną. Dopiero od kilku lat dobrą robotę w tym zakresie realizuje partia Razem, lewicowe media i oddolne inicjatywy na rzecz Dąbrowszczaków walczących o demokratyczną Hiszpanię, przywrócenia pamięci o pierwszym niepodległościowym rządzie Daszyńskiego z 7 listopada 1918 r. czy promując postępowych autorów i autorki (Konopnicka, Boy-Żeleński i inni). Swego czasu SLD wychodziło z inicjatywami na rzecz historii, ale jako 23-latkowi jest mi zdecydowanie bliżej do ruchów robotniczych i kobiecych z dwudziestolecia niż prób wybielania PRL-u, który dla mnie miał zdecydowanie więcej ciemnych niż jasnych kart. Choć i tutaj jestem otwarty na dyskusje.

Dziś w Polsce nietrudno wpaść na ulice Daszyńskiego, Pużaka czy Arciszewskiego. Ilu z mieszkańców czy przejezdnych chociaż przez minutę zastanowiło się nad tymi patronami? Pewnie znikoma część. Jest co robić. Historię trzeba odkłamywać, pokazywać jej inne oblicze. Szczególnie to czerwone. Ludowe.