Autoportret pokolenia ZMP

Wydane niedawno (własnym sumptem) wspomnienia Wiktora Kineckiego dają bardzo ciekawy obraz pokolenia, do którego obaj należymy – pokolenia ZMP.

Używam tu pojęcia pokolenia w znaczeniu, jakie nadał mu wybitny socjolog niemiecki Helmut Schelsky (1912-1984) w opublikowanej w 1957 roku książce o powojennym pokoleniu młodych Niemców („Die skeptische Generation. Eine Soziologie der deuschen Jugend”, 1957). Pokoleniem w tym rozumieniu jest grupa wiekowa połączona pewnym wspólnym, bardzo istotnym doświadczeniem politycznym. Pokolenie ZMP – do którego obaj należymy – to ludzie, którzy dojrzewali w pierwszych latach powojennych – za młodzi, by – jak o kilka lat od nich starsze „pokolenie Kolumbów” – odegrać znaczącą rolę w czasie wojny, ale urodzone na tyle wcześnie, by wojna stała się jego istotnym doświadczeniem życiowym. Pokolenie to dochodziło do pełnoletności w Polsce Ludowej, która była jego państwem – ojczyzną nie tylko w geograficznym, ale także w politycznym sensie.
Wiktor Kinecki (ur. 1929) jest bardzo ciekawym przedstawicielem tego pokolenia i dobrze się stało, że zdecydował się opowiedzieć o swojej drodze. Prowadziła ona przez dzieciństwo i szkołę w rodzinnym Międzychodzie, studia na UAM i Uniwersytecie Warszawskim (gdzie się poznaliśmy), działalność w ruchu młodzieżowym, w tym znaczący okres w kierownictwie Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej, a następnie w roli naczelnika ZHP, pracę w aparacie PZPR ( jako zastępca kierownika Wydziału Zagranicznego KC, oraz dwukrotnie jako pierwszy sekretarz komitetów wojewódzkich w Siedlcach i w Gorzowie) a także w dyplomacji (jako ambasador – najpierw w Indiach, a po latach w Jugosławii). O doświadczeniach wyniesionych z tych lat, a także o licznych podróżach po całym świecie, autor opowiada barwnie i ciekawie i ilustruje piękną kolekcją fotografii. Pisze także pięknie o swojej rodzinie, zwłaszcza o ukochanej – już nieżyjącej – żonie Henryce, o dzieciach i wnukach, z których jest słusznie dumny. Pisze o ludziach, których na swej drodze spotykał – tak o polskich przywódcach, jak o zagranicznych politykach (na przykład o Indirze Gandhi, która dobrze zapamiętała i po latach przypomniała ich spotkania), o licznej rzeszy kolegów i współpracowników.
Mało pisze o wielkiej polityce. Ważne dla historii PRL przełomy – 1970, 1981) Kinecki obserwował z zagranicy (pierwszy w Indiach, a drugi w Jugosławii). Żałuję natomiast, ze tak niewiele uwagi poświęcił przełomowi październikowemu 1956 roku, gdy był kierownikiem wydziału zagranicznego Zarządu Głównego ZMP. Wspomina wprawdzie o zmianach zachodzących wtedy w ruchu młodzieżowym, zwłaszcza w harcerstwie, ale bez szerszego tła politycznego. Jedynie końcowe lata historii PZPR, gdy był szefem wojewódzkich struktur w Gorzowie, doczekał się w jego wspomnieniach nieco szerszej – bardzo zresztą krytycznej – relacji.
Pokazuje natomiast świetnie, jak on i jego rówieśnicy funkcjonowali w aparacie polskiego państwa. Jest to obraz autentycznej pracy dla państwa, troski o jego podstawowe interesy, zrozumienia uwarunkowań międzynarodowych, w jakich to państwo funkcjonowało, a zarazem wyraz prawdziwego – nie deklaratywnego – patriotyzmu. Tacy byli ludzie naszego pokolenia – przynajmniej ci najlepsi.

Tej mądrej i ciekawej książce nieco zaszkodził brak staranniejszej redaktorskiej opieki, która wyłapałaby drobne błędy. Z obowiązku recenzenta odnotuję więc , że Stefan Olszowski w 1970 roku nie był jeszcze członkiem Biura Politycznego i Ministrem Spraw Zagranicznych (s.120), prezydent Tito w 1979 roku miał lat 89 a nie 79 (s. 209) a papieżem był Paweł a nie Pius VI (s. 222). Niech mi Autor wybaczy tę pedanterię.
Wspomnienia ambasadora Kineckiego przypominają nam o tym, że warto opowiedzieć o przebytej drodze. Nasze pokolenie ma za sobą doświadczenie unikatowe, bardzo inne od tego, które jest udziałem ludzi dziś kształtujących losy Polski. O tym doświadczeniu warto opowiedzieć nie tylko ze względów sentymentalnych, ale także dlatego, że ma ono znaczenie dla Polski dzisiejszej – funkcjonującej w bez porównania lepszych warunkach, ale nie jestem pewien czy pod każdym względem lepiej.
[ Wiktor Kinecki, „Ster prosto, kurs 90 lat wstecz”, Międzychód: POLIGRAFIA 2020, s.325]

Wielka świąteczna smuta

Ponura jesień, a my obchodzimy radosne święto. Na smutno. Takie czasy.

To święto zawsze miało w sobie, z racji pory roku, coś smutnego. Nieliczni smutni notable składają wieńce pod pomnikami. Przemawiają smutno i pompatycznie, zarazem podkreślając, że to radosny dzień. Minister Błaszczak w krótkich, żołnierskich słowach mówi nam, jak tę wolność odzyskiwaliśmy. To wrażenie podkreślają smutne msze w kościołach.

Smutne jest też to, że prawica puszy się z tej okazji, choć na początku XX wieku i w czasie I wojny światowej wolała układać się z carską Rosją. O wolność walczyli i ginęli za nią socjaliści. Jednak marszałek Piłsudski szybko wyrzekł się socjalizmu i wysiadł na przystanku prawicowej dyktatury. Wymienił demokrację i socjalizm na zamach majowy i Berezę Kartuską. Wrzesień 1939 roku tragicznie zakończył ten okres.

Kiedy w 1945 roku przeganiano hitlerowców, to nie za sprawą prawicy. Dlatego PRL-u, wg prawicy, nie było, Była sowiecka kolonia, bo nie oni w kraju zaprowadzali nowy, znacznie sprawiedliwszy ład, choć był on często postawiony na głowie. Dlatego obecnie prawica tak usilnie wmawia nam, że to co mamy dzisiaj to jej zasługa, nie robotników i inteligencji, głównie z robotniczym rodowodem. Dlatego tak zaciekle tworzy się nową, fałszywą historię. Ta narracja sprawia, że w ten dzień cieszę się umiarkowanie. Nie wiem jak się cieszą u mnie na osiedlu. Na około 700 balkonów które ogarniam wzrokiem, zauważyłem ledwie kilka flag. Z roku na rok jest ich mniej. To wyraz obojętnienia. Demonstracje narodowców i chuliganów dodatkowo wzmacniają smutę tego święta.

Miło wspominam 22 lipca. To też było, za PRL, narodowe święto. Wspominam je ciepło, bo wtedy było lato i ładna pogoda, choć za tamtymi czasami nie tęsknię. By choć trochę godnie uczcić święto pojechałem do zaprzyjaźnionej cukierni. Była czynna. A tam rogale św. Marcina. W cukierni mają nazwę rogali Wincentego, ale nie świętego, bo Wincenty żyje, oby jak najdłużej i jest właścicielem cukierni. Jem rogale i ich słodkość zapijam białym winem. Niestety jest dość kwaśne. Słodkość i kwas, jak nasza obecna, postprawdziwa historia.

Rewolucja Rosyjska – refleksje polemiczne

Obszerny tekst Zbigniewa Wiktora („103 rocznica Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej”, Dziennik Trybuna 9-12 listopada 2020) sprawił mi prawdziwą przyjemność, gdyż przeniósł mnie na chwilę w czasy mojej (zamierzchłej) młodości, gdy tak właśnie pisano o tym wydarzeniu. W moim wieku to nie lada przyjemność. Temat jest jednak zbyt poważny, by go zbyć żartem.

Autor podchodzi do rocznicy rewolucji rosyjskiej z pozycji ortodoksyjnie komunistycznych, do czego – rzecz prosta – ma prawo, ale co nie zwalnia go od obowiązku przestrzegania pewnych podstawowych reguł analizy historycznej. Należy do nich obowiązek przedstawiania złożonych wydarzeń politycznych w sposób możliwie obiektywny, a więc bez ukrywania ciemniejszych stron omawianego wydarzenia. Zbigniew Wiktor wybrał inną drogę. W jego obszernym (dwie pełne kolumny) tekście nie ma ani słowa o zbrodniach stalinizmu, w tym o klęsce głodu wywołanej bezsensowną i źle przeprowadzoną kolektywizacją rolnictwa, o wymordowaniu niemal całej kadry starych bolszewików (około 80 % składu Komitetu Centralnego wybranego w 1934 roku), a także trzonu dowódczego Armii Czerwonej, w tym Marszałka Tuchaczewskiego, któremu nie udał się – ku żalowi autora – „pochód za Wisłę”, jak w swoich wykładach nazwał kampanię 1920 roku. Autor wspomina o „rozwiązaniu KPP” w 1938 roku, ale nieoczytany czytelnik może sądzić, że to była jakaś zwykła decyzja organizacyjna – nie zaś wymordowanie kwiatu polskiego ruchu komunistycznego, z którym autor , jak się wydaje, powinien czuć się solidarny.

System stworzony dzięki rewolucji 1917 roku upadł – zdaniem Zbigniewa Wiktora – w wyniku rewolucji naukowo-technicznej oraz „wzrostu oportunizmu, reformizmu, rewizjonizmu i odradzającego się nacjonalizmu w ruchu robotniczym”. Jako jeden z tych, którzy w swoim czasie byli oskarżani o te zbrodnie przez oficjalną prasę radziecką okresu Nikity Chruszczowa i Leonida Breżniewa, mógłbym to stwierdzenie potraktować jako niezamierzony komplement. Prawda jest jednak inna: to nie my („rewizjoniści”) doprowadziliśmy do upadku poststalinowskiego systemu. Zawalił się on sam pod ciężarem nierozwiązywalnych sprzeczności, których komunistyczni ortodoksi nie rozumieli i – sądząc z omawianego tu tekstu – nadal nie pojmują.

Prawdziwe przyczyny upadku systemu stworzonego przez rewolucję rosyjską 1917 roku i przeniesionego do państw Europy środkowo-wschodniej w wyniku zwycięstwa ZSRR w drugiej wojnie światowej tkwiły w trzech wadach kardynalnych tego systemu: (1) w niewydolności gospodarki, nadmiernie scentralizowanej i w konsekwencji przegrywającej rywalizację światową,(2) w braku wolności ( nie tylko politycznej, ale także intelektualnej) i (3) w zlekceważeniu aspiracji narodowych (tak nierosyjskich narodów ZSRR, jak i narodów żyjących w „radzieckiej strefie wpływów” w Europie). To te sprzeczności, a nie knowania „oportunistów” i „rewizjonistów” przywiodły system idealizowany przez Zbigniewa Wiktora na kraj przepaści.

Rewolucja rosyjska zasługuje na poważną – a nie laurkową – analizę. W jej stulecie brałem udział w bardzo ciekawej konferencji międzynarodowej zorganizowanej w Lublanie przez Instytut Historii Współczesnej. Jeden z uczestników tej konferencji – wybitny politolog słoweński Anton Bebler – poruszył w swym referacie kwestię percepcji rewolucji 1917 roku w Rosji i w świecie. Postawił tezę, że o dzisiejszym stosunku do tej rewolucji decyduje zdyskredytowanie jej dorobku przez totalitarne i posttotalitarne reżymy w ZSRR i państwach od niego zależnych. Zgadzając się z tą interpretacją podkreślam jednak, że owa degeneracja systemu zrodzonego z rewolucji nie była czymś przypadkowym, lecz raczej konsekwencją szczególnego splotu okoliczności: niezwykle głębokiej polaryzacji będącej wynikiem wojny domowej, osamotnienia w wyniku niepowodzenia rewolucji europejskiej i patologicznych cech „wodza” – Józefa Stalina.
Nie zmienia to faktu, że stworzony w wyniku rewolucji 1917 roku reżym był w stanie wyzwolić wielkie siły narodowego oporu przeciw hitlerowskiemu najazdowi, wygrać wojnę i przynieść – także nam – wyzwolenie, ratunek przed zniewoleniem i zagładą. Gdy w listopadzie 1917 roku byłem w Moskwie, nie obchodzono tam stulecia rewolucji, ale w telewizji poszedł film pokazujący defiladę wojskową z 7 listopada 1941 – defiladę, z której wojsko szło wprost na front znajdujący się bardzo blisko stolicy ZSRR. To jest ten moment historyczny, który stanowi dziś ideowe spoiwo rosyjskiego poczucia państwowego.

Czy zwycięstwo 1945 roku byłoby możliwe bez dramatu rewolucji 1917 roku? Na to pytanie nie ma i zapewne nigdy nie będzie jednoznacznej odpowiedzi.

Nie akceptuję wypowiedzi

…z lewej bądź z prawej strony, rozmijających się z faktami, pozbawionych głębszego namysłu i krytycznej refleksji.

Także tych trzecich, których czytanie przenosi do zamierzchłych, dawno potępionych lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, w których jakakolwiek odstępstwo od wszechobowiązującej ideologicznej doktryny i jej propagandowego wyrazu uznawane było co najmniej za wrogość, a dziś szokuje samym faktem pojawienia się w publicznym obiegu.

Nie ma oczywiście wątpliwości, że rocznica, która by nie była, wybuchu Rewolucji Październikowej w Rosji zasługuje na przypomnienie i omówienie, gdyż to historyczne wydarzenie i jego dalsze konsekwencje miały liczący się wpływ na losy ludzi i narodów świata. Z takim oczekiwaniem podjąłem trud przyswojenia sobie dwukolumnowego tekstu Zbigniewa Wiktora pt. „103 Rocznica Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej” („Dziennik-Trybuna, 9-12.11.2020).

Już sam tytuł

wprowadził mnie w zdziwienie, a nadto wątpliwości co do rozumienia określonych pojęć. Nie wiem dlaczego autor musi pisać z dużej litery słowo „Rocznica”, tak jakby nie wystarczała mu ta „Wielka”, a jeszcze bardziej „Socjalistyczna”, co dowodzi wyjątkowego przywiązania do kiedyś używanej nazwy. Brak jednak i tu, i w całym teście, świadomości, że istnieją jeszcze, wywodzące się z XIX wiecznych poszukiwań lepszego społeczeństwa równych szans, socjaldemokracja, socjalizm demokratyczny, także socjalizm rewolucyjny i inne kierunki. Nie wspominam o bogatej, światowej literaturze definiującej ten termin, również krytycznej w stosunku do niektórych form jego materializacji. Stąd także, ale głównie za sprawą w szczególny sposób realizowanego tzw. realnego socjalizmu nie tylko w Związku Radzieckim, przyjęło się powszechnie nie nazywać tego rewolucyjnego wydarzenia socjalistycznym. Obecnie w Rosji również, ale z innych, niejako miejscowych, powodów odchodzi się od powyższego określenia nazywając ciąg politycznych wydarzeń od lutego do października 1917 roku Wielką Rewolucją Rosyjską.

Do wyjaśnienia i poważnego skorygowania

należy szereg stwierdzeń autora dotyczących kwestii ogólnych, jak też spraw szczegółowych.

„Rewolucja Październikowa była praktycznym potwierdzeniem teoretycznych ustaleń Marksa i Engelsa… o możliwości i konieczności obalenia kapitalizmu… Jej główną słabością jednak było, że nie zwyciężyła w skali światowej (jak prognozował Lenin) ani nawet w głównych „cytadelach kapitalizmu.”

Nie Lenin, a dużo wcześniej Marks i Engels uważali, że jej zwycięstwo mieć będzie miejsce w najbardziej rozwiniętych krajach kapitalistycznych. Wybuch rewolucji właśnie w Rosji ze względu na zaistniałą „sytuacje rewolucyjną”, w dalszej konsekwencji i skutkach odbiegał zasadniczo od szczytnych ideałów.

„W wyniku rewolucji proletariat rosyjski rozpoczął budowę podstaw socjalizmu w Rosji, a od 1922 r. w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, który rozwijał się, umacnia! i trwa! do 1991 r. W tym czasie lud pracujący ZSRR stał się suwerenem, główną formą demokracji były rady jego delegatów…”

Autor chyba sobie żartuje pisząc o suwerenie, gdyż w praktyce w Związku Radzieckim jedynym „suwerenem” była monopartia, a przede wszystkim jej kierownicze gremia, natomiast realizowany rodzaj fasadowej demokracji bardziej przypominał tę ateńską, w której obywatele z prawem głosu, czyli decyzji, stanowili około 40 tysięcy, spośród około 120 tysięcy mieszkańców tamtego miasta.

„Powstała nowa socjalistyczna kultura, w której człowiek pracy, jego potrzeby i marzenia stały w centrum zainteresowań twórców kultury. W ZSRR prawidłowo rozwiązywano kwestię narodową w obliczu istnienia ponad 100 narodów, (narodowości i mniejszych grup etnicznych, budując ją na fundamencie internacjonalizmu proletariackiego, patriotyzmu radzieckiego, i prawa do samostanowienia i równorzędności narodów wielkich i małych.”

Przede wszystkim przypominam, że nie ma ani kultury kapitalistycznej, ani też socjalistycznej, a to co autor nazywa kulturą nosi miano socrealizmu i pomimo jego niewielkich pozytywów oceniany jest powszechnie jako propagandowe narzędzie partii, w omawianym przypadku WKPb i KPZR. Najlepszym dowodem „prawidłowego rozwiązania kwestii narodowej” i powstania narodu radzieckiego był rozpad ZSRR i powstanie na jego terytorium licznych, suwerennych państw narodowych.

„1 września 1939 r. hitlerowskie Niemcy napadły zdradziecko na Polskę…”
Autor zapomniał, zapewne przez zupełny przypadek, dodać, że w tym samym miesiącu ZSRR także zdradziecko napadł na Polskę. A może w tym lukrowanym obrazie nie mieści się pakt Ribbentrop-Mołotow ?

„W okresie 2. wojny światowej ZSRR był głównym obrońcą ludzkości przed niemieckim faszyzmem, co m.in. znalazło wyraz w tym, że 60-70% wysiłku zbrojnego 3. Rzeszy w czasie wojny skierowane było na Front wschodni. W 1945 r. bohaterski naród radziecki za cenę wielkich ofiar ludzkich i materialnych odniósł historyczne zwycięstwo nad faszystowskimi Niemcami i japońskimi militarystami.”

Nie podważając znaczenia wielkiego wysiłku zbrojnego Związku Radzieckiego na rzecz pokonania III Rzeszy dodać by jednak wypadało, że łączne straty (żołnierze i cywile) wynoszące ok. 20 mln. osób spowodowane były także tzw. czystką od 1937 roku w korpusie oficerskim Armii Czerwonej i prowadzoną przez Stalina polityką. To, a propos informacji w innym miejscu tego tekstu, że „Konstanty Rokossowski, Karol Świerczewski stali się czołowymi przywódcami i generałami Rewolucji i kierownikami socjalistycznego państwa”. Pierwszy był okrutnie torturowany, żonę z córką zesłano do Armawiru w Kraju Krasnodarskim, drugi w tym czasie siedział w radzieckim więzieniu. Nie byli oczywiście żadnymi przywódcami Rewolucji, a stopnie generała majora otrzymali w kwietniu 1940 roku.
Nadto „obrońcami ludzkości” w tym czasie była cala antyhitlerowska koalicja, w skład której wchodził ZSRR, jego udział w zwycięstwie nad Japonią był stosunkowo mały, bo wojnę z nią prowadził od 9 sierpnia – 2 września 1945.

O Polsce

„Siły polskiego proletariatu w tym czasie [w 1918, a może i w 1920 roku – nadzwyczaj enigmatycznie formułuje autor swoje myśli – Z.T] okazały się niewystarczające wobec sił reakcji, która pod wodzą Józefa Piłsudskiego, wspomaganego przez imperialistów Zachodu, wykorzystując nastroje nacjonalistyczno-patriotyczne polskiego ludu…zdławiły polski ruch rewolucyjny tego okresu. Komunistyczna Partia Polski musiała przejść do podziemia, ale cieszyła się do rozwiązania w 1938 r. rosnącym poparciem robotników i innych ludzi pracy.”

Pan Wiktor wiedzieć jednak powinien, że poparcia Piłsudskiemu, nie raz zresztą, udzielił proletariat zrzeszony w Polskiej Partii Socjalistycznej, a w czasie ewentualnego zagrożenia odzyskanej tak niedawno niepodległości cały naród. Zdławiony ruch rewolucyjny to zapewne losy Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski w Białymstoku w czasie wojny w 1920 roku. Byłoby nieźle gdyby jeszcze autor chciał objaśnić z jakich to powodów została rozwiązana, ciesząca się wg niego, rosnącym poparciem KPP. Ja to wiem.

„W jej wyniku [II wojny światowej – Z.T.] w lipcu 1944 r. na ziemiach wyzwolonych przez Armię Radziecką i Ludowe Wojsko Polskie na wschodnich terenach Polski powstał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego…co stanowiło urzeczywistnienie wielkich! ideałów Rewolucji Październikowej w polskich warunkach narodowych. Było to także wyrazem nowych warunków historycznych…”

To trochę prawda, ale te „nowe warunki historyczne” oznaczały w praktyce, że nasz kraj znalazł się, w myśl porozumień wielkich mocarstw, w radzieckich sferach wpływu. I nic nie odbierając oczekiwaniom Polaków na lepszą i sprawiedliwą Polskę, dodać jeszcze trzeba koniecznie, że nie miała być ona odwzorowaniem radzieckiej dyktatury proletariatu.

Przyczyny upadku

„Obecnie doświadczamy czasowego upadku socjalizmu na obszarach d. ZSRR i Europy, w tym także Polski. Nie jest to nic nowego (w rozwoju dziejowym, który nie posuwa się ruchem jednostajnie przyspieszonym}. Regulują go prawa dialektyki, a więc sprzeczności, cofanie się, podciąganie tyłów, walka i jedność przeciwieństw, przechodzenie zmian ilościowych w jakościowe…”

I dalej: „Niestety te szanse w dalszych latach zostały zmarnowane głównie za sprawą przezwyciężenia kryzysu w krajach kapitalistycznych i rozwoju nowych sił wytwórczych (rewolucja naukowo-techniczna), a także wzrostu oportunizmu, reformizmu, rewizjonizmu i odradzającego się nacjonalizmu w ruchu robotniczym, szczególnie zerwania współpracy między ZSRR a ChRL, co w latach 80-90- tych za sprawą erozji ideowo-politycznej partii komunistycznych, w szczególności ich grup kierowniczych, doprowadziło do ich upadku i rozpadu realnego socjalizmu w ZSRR i Europie”.

No comment, za dużo by to Panu wytłumaczyć w jednym polemicznym tekście.

Co dalej?

„…klasa robotnicza i wszyscy ludzie pracy muszą wyciągnąć z tej klasowej klęski właściwe wnioski i odbudować rewolucyjne partie komunistyczne i proletariackie, nawiązujące programowo i historycznie do dziedzictwa Rewolucji Październikowej i „realnego socjalizmu” i wyrażających klasowe wyzwania uciskanych mas w warunkach obecnego globalnego kapitalizmu i imperializmu.”

Raczej bym się wstrzymywał od przejmowania tego spadku.

„Nie oznacza to kopiowania instytucji i form byłych socjalistycznych państw, inne bowiem są warunki społeczno-gospodarcze, inne wymagania polityczne i zagrożenia.”

Nie wiem czy te wskazania nie pachną u autora jakimś rewizjonizmem lub innym izmem.

Nadzieja w Chinach

„Obecnie wielką nadzieją i oporą postępu są pozostałe państwa socjalistyczne, Kuba, Wietnam, KRLD a przede wszystkim Chiny, których imperializm nie był w stawie zniszczyć, głównie dlatego, że rządzące tam partie komunistyczne zawczasu przewidziały i przezwyciężyły grożące im niebezpieczeństwa…”

Szczególnie zafrapowała mnie Korea Północna jako nadzieja i opora postępu.

„Powstała mieszana gospodarka, nazywana „kapitalizmem państwowym”, ale realizowana za przyzwoleniem i pod kierownictwem Komunistycznej Partii i Chin. Towarzysze chińscy twórczo rozwijają marksizm, dostosowują go do swych narodowych warunków i chińskiej cywilizacji, idą własną drogą, która nie zawsze ze zrozumieniem przyjmowana jest przez zachodnich komunistów, np. wykorzystanie humanistycznych wartości konfucjanizmu… Tak czy inaczej Chińczycy nawet przy pewnej odrębności kontynuują drogę Rewolucji Październikowej, czym się szczycą…”
I jeszcze: „W Chinach są zupełnie inne uwarunkowania wewnętrzne i międzynarodowe, które umożliwiają im, mówiąc obrazowo, dalsze oszukiwanie kapitalistów i osłabianie ich własną bronią. O tym, że tak jest świadczy ich dotychczasowa strategia, Chiny rozwijają się w szybkim tempie i każdy Chińczyk jest beneficjentem Jego rozwoju (choć w nierównym [stopniu). A jak będzie dalej, pokażą najbliższe lata. Czas ten można nazwać okresem przejściowym od kapitalizmu do socjalizmu, który w Chinach ma trwać nawet 100 lat.”

Sorry, ale nie doczekam.

Znaczenie Rewolucji Październikowej

i powstałego w jej wyniku ZSRR, odgrywającego poważną rolę na światowej arenie jest z historycznego, politologicznego i socjologicznego, nie wspominając o innych naukach, punktu widzenia zagadnieniem bardzo poważnym, skomplikowanym i wielowymiarowym. Nie można więc sprowadzać go do poziomu okolicznościowego referaciku sprzed półwiecza, pełnego pustych frazesów, naciąganych bądź przemilczanych faktów i haseł typu: „Twórczym przykładem i drogowskazem był Czerwony Sztandar Rewolucji Październikowej.”

Rozumiem intencje

jakimi kierowała się redakcja zamieszczając powyższy tekst. Otwartość tytułu na różne teorie i poglądy (tym razem skrajnie lewicowe i dogmatyczne) odnajduje się również w moim polemicznym stanowisku.

Ku pamięci Armii Ludowej

Co roku 26 sierpnia kombatanci i przedstawiciele organizacji lewicowych składają kwiaty przed kamienicą przy ul. Freta 16 na warszawskim Nowym Mieście. Przedstawicieli władzy państwowej czy samorządowej nikt się zaś nawet tam nie spodziewa…

O Armii Ludowej prawicowe władze nie mają wszak nic dobrego do powiedzenia. Nie liczy się dla nich danina krwi jej bojowników, w większości młodych ludzi z robotniczych, ludowych rodzin, walczących z niemieckim okupantem o Polskę niepodległą i sprawiedliwą. Nie liczy się też udział oddziałów lewicowych w Powstaniu Warszawskim, o którym dowództwo AL zdecydowało już 2 sierpnia.

Przy Freta 16 mieścił się powstańczy sztab AL – tam też 26 sierpnia pod gruzami zbombardowanej kamienicy zginęli jego członkowie: Bronisław Kowalski, dowodzący zgrupowaniem AL na Starym Mieście, Stanisław Nowicki, Edward Lanota, Anastazy Matywiecki i Stanisław Kurland. Na elewacji budynku ciągle znajduje się tablica pamiątkowa. Tam też 26 sierpnia wieńce złożyli kombatanci Armii Ludowej, przedstawiciele proobronnego stowarzyszenia Amor Patria, członkowie komitetu obrony pomnika gen. Berlinga oraz działacze lewicy, jedynej siły w polskiej polityce, która nie godzi się na wymazywanie z historii polskich komunistów i socjalistów.

Kolejny rok z rzędu na Freta 16 pojawiła się Anna-Maria Żukowska, obecnie posłanka. Były delegacjie Unii Pracy, Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Socjalistycznej i Stowarzyszenia Historia Czerwona. Jego przedstawiciel symbolicznie dołączył również do wojskowej asysty w zrekonstruowanym mundurze partyzanta Armii Ludowej.

Jak powiedział do zebranych płk Zbigniew Rokita, udział Armii Ludowej i innych lewicowych grup w Powstaniu Warszawskim to 1500, może 2000 żołnierzy, walczących wspólnie z oddziałami AK na Żoliborzu, Mokotowie, w Śródmieściu, na Starym Mieście i Woli. Czterej żołnierze AL-owskiego szturmowego batalionu Czwartaków otrzymali 18 sierpnia Krzyże Walecznych.

Wymowna lekcja historycznego kłamstwa

Jako student i pasjonat historii, od dawna z dużym smutkiem obserwuję, jak instrumentalnie jest ona traktowana w przestrzeni publicznej. Zazwyczaj z uczuciem bezsilności przechodzę obok tego obojętnie, ostatnio jednak pewien tekst przelał we mnie czarę goryczy.

Chodzi konkretnie o artykuł ,,Wymowna lekcja historii” Pawła Łepkowskiego, redaktora naczelnego miesięcznika ,,Uważam Rze Historia”, który ukazał się na łamach ,,Rzeczypospolitej”. Manipulacja faktami to dla autora zdecydowanie za mało. Bez ogródek posuwa się on do bezczelnych kłamstw i traktuje szlachetną dziedzinę nauki niczym kobietę lekkich obyczajów. Najgorsze zaś w tym wszystkim jest to, że historia braci Grakchów, którą redaktor Łepkowski tak okrutnie potraktował, jest mimo upływu lat bardzo aktualna i wszyscy (a szczególnie ludzie lewicy) możemy wyciągnąć z niej wiele wartościowych refleksji.

Zacznijmy jednak od początku. Paweł Łepkowski, jak można wywnioskować z lektury artykułu człowiek o bardzo wolnorynkowych przekonaniach, wziął sobie za cel krytykę ,,socjalnego rozdawnictwa”. By dodać swoim koncepcjom inteligenckiego sznytu, sięgnął po historię antyczną, przez stulecia będącą podstawą kodu kulturowego ludzi wykształconych. Robiąc to przyjął zasadę ,,jeśli moje przekonania nie są zgodne z faktami, to tym gorzej dla faktów”. Z takim zamysłem wziął sobie na warsztat historię reform braci Tyberiusza i Gajusza Grakchów. Zapewne mniemał, że na skutek braku powszechnej znajomości tych dziejów, jego kłamstwa nie zostaną podważone i posłużą za ,,naukowy” argument potwierdzający prawicowe wynaturzenia. Naprawdę warto rozłożyć ten tekst na czynniki pierwsze, wzorcowo obrazuje on bowiem typowe metody dla tak namiętnie stosowanej obecnie po prawej stronie propagandy pseudohistorycznej.

Na czym polegało dzieło reform trybunów ludowych z lat 133 i 123 – 122 p.n.e.?

By pojąć jego istotę, musimy cofnąć się do roku 390 p.n.e., kiedy młoda republika rzymska poniosła nad rzeką Alią straszną klęskę z rąk Galów. Po wycięciu rzymskiej armii okupowali oni miasto przez siedem miesięcy. Rzymskie elity, aby uniknąć w przyszłości powtórki z tego koszmaru, postanowiły znacząco zwiększyć liczebność armii. Armii, której podstawę stanowili wtedy drobni właściciele ziemscy, mogący sami się wyekwipować zbrojnie. W tym celu zdecydowano się wydzielać nieposiadającym obywatelom po 7 iugera (2 ha) ziemi zdobywanej w wyniku podbojów – minimalny areał obligujący do służby w wojsku.

Pomysł ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Po kolejnych zwycięstwach i następujących każdorazowo po nich podziałach ziemi państwowej prawie wszyscy obywatele rzymscy posiadali swoje gospodarstwa i mogli być wykorzystani jako żołnierze. Podczas gdy inne państwa regionu mogły przy maksymalnym wysiłku zaangażować wojskowo 1/3 obywateli, Rzym miał rezerwy sięgające ponad 90 proc. obywateli. Zapewniło mu to niezrównaną siłę militarną, a także rozwój społeczeństwa świadomych i niezależnych obywateli, uwolnionych dzięki temu od bycia klientami możnych. Wszystko to pokazuje, że owo ,,zgubne państwowe rozdawnictwo” na które tak pomstuje autor tekstu nie tylko nie było wymysłem Grakchów, ale stanowiło fundament potęgi Imperium Rzymskiego.

Mnogość podbojów sprawiła jednak, że nie całą ziemię publiczną, szczególnie obszerną na południu Italii, można było od razu asygnować. Oddawano ją więc w czasowe użytkowanie najbogatszym obywatelom, według prawa maksymalnie po ok. 150 ha. Z czasem jednak zaczęli oni zajmować dodatkowe obszary ponad tę miarę i traktować te ziemie państwowe jak swoje własne. W tym samym czasie drobni i średni właściciele, pozostawieni bez wsparcia w postaci kolejnych asygnacji, zmuszeni do biedowania na swoich wyjałowionych 2 ha, zaczęli masowo popadać w ubóstwo i zasilać szeregi rzymskiego plebsu miejskiego.

Skutki dla państwa były opłakane – armii zaczęło brakować rekrutów, a w wyborach na zgromadzeniach obywateli coraz większą rolę zaczęły odgrywać masy biedoty miejskiej, sprzedającej swoje głosy za jedzenie.

W tym momencie na scenę dziejową wkroczył Tyberiusz Grakchus, wybrany w 133 p.n.e. trybunem plebejskim. Złożył on projekt ustawy rolnej, dającej możliwość każdemu nieposiadającemu starania się o przyznanie 30 iugera z ziemi publicznej na południu (dotychczas bezprawnie zajmowanej przez bogatych, torpedujących propozycje asygnacji). Reforma nie kosztowała więc państwa w zasadzie nic, bo oddawała ziemię już i tak obecnie okupowaną, tylko że teraz miała ona legalnie przejść w ręce najbardziej potrzebujących.

Jak widać, wbrew temu co pisze redaktor Łepkowski, propozycja reformy nie była ,,bolszewicka” ani nie służyła ,,kupieniu wyborców”. Była ona po prostu kontynuacją ponad 200 – letniej tradycji dbania przez państwo rzymskie o dobro własnych obywateli i służyła rozwiązaniu najbardziej palących problemów republiki. Autor kłamie nawet w kwestii miar powierzchni – proponowanie przez Tyberiusza 30 iugera na osobę to nie 125 ha, tylko ok. 8 ha.Także ustalona wieloletnia niemożność odsprzedaży ziemi, wbrew słowom redaktora, nie tylko nie zniechęciła, ale nawet jeszcze bardziej zachęciła potencjalnych beneficjentów, bardzo pragnących powrotu do życia na roli na tak korzystnych warunkach.

O tym, jak dużym poparciem cieszyła się reforma Tyberiusza Grakcha, świadczy paniczna reakcja senatu. Senatorom jego reformy szkodziły podwójnie – zabierały im zarówno bezprawnie zajmowane przez nich ogromne połacie ziemi państwowej, jak również złożoną z nieposiadającego ziemi plebsu użyteczną i posłuszną klientelę wyborczą. Senat rozpoczął więc zmasowaną kampanię nienawiści wymierzoną w Tyberiusza, jeszcze bardziej absurdalną niż ta, którą prowadzi Łepkowski. Gdy i to nie zniechęciło odważnego trybuna ludowego, senatorzy, nie mogąc znaleźć prawnych podstaw do jego skazania, nasłali na niego uzbrojone bojówki, które w akcie samosądu zabiły Tyberiusza i jego 300 zwolenników.

Redaktor Łepkowski tu także nie raczył jednak zajrzeć choćby do licealnego podręcznika. Winę za śmierć Grakcha zrzuca na lud (sic!), rzekomo zdenerwowany ustawą o Italikach, o której Tyberiusz nawet nie myślał – projekt jej wysunął bowiem dopiero 10 lat później w całkowicie innej sytuacji jego brat Gajusz.

O Gajuszu Grakchusie P. Łepkowski pisze zaś, iż… ,,niewiele wyniósł z tej lekcji historii”. Ciekawi mnie osobiście, co pan redaktor wyniósłby z historii bezprawnego zamordowania rodzonego brata przez bojówkarzy i blokowania przez grupę złodziejskich bogaczy egzekucji legalnie uchwalonych ustaw. Niech o popularności działań Tyberiusza świadczy dodatkowo fakt, że kiedy Gajusz, jego brat i pomocnik, osiągnął wiek, w którym mógł starać się o urzędy, z całej Italii na komicja ściągnęły wielkie tłumy, aby w 123 p.n.e. wybrać go trybunem plebejskim.

Przekonany o słuszności sprawy i obdarzony takim zaufaniem ludu, zdecydował się działać na jeszcze większą skalę. Widział, że na skutek znacznego wzrostu populacji Rzymu, w okresach trudności z zaopatrzeniem, mieszkańcy są zdani na łaskę i niełaskę spekulantów.

Aby wyeliminować ten problem, rozbudował spichlerze miejskie i ustalił uczciwą maksymalną cenę zboża dla obywateli. Jednak dla P. Łepkowskiego eliminacja głodu to ,,kosztowne dla państwa efekciarstwo”. Kontynuował także reformę rolną swojego brata. Badacze antyku, w tym światowej sławy polscy historycy republikańskiego Rzymu A. Ziółkowski i J. Kolendo zgodnie podkreślają, że ta asygnacja ziemi była bardzo światłym projektem zaradzenia głównym bolączkom państwa, a także ostatnią szansą na uratowanie masowego i niezależnego społeczeństwa obywatelskiego Republiki. Społeczeństwa, mającego realny wpływ na państwo, z średnimi rolnikami jako grupą dominującą.

Demontaż reform Grakchów, spowodowany krótkowzrocznością elity, myślącej jedynie o własnych majątkach, skutkował stuleciem wojen domowych, niepokojów społecznych, a końcowo upadkiem Republiki. Jednak nienawiść prawicowego publicysty do, jak sam to określa, ,,ryzykownych programów socjalnych” czyni go całkowicie ślepym na fakty historyczne. Dzieło Grakchów, które w razie powodzenia mogło znacząco zmienić historię Rzymu, nazywa on jedynie ,,demagogicznymi obietnicami”, które ,,nie tylko nie zniwelują ubóstwa, ale i doprowadzą imperium na skraj zapaści finansowej”. Narracja autora przeciwstawiająca ,,demagogicznego” trybuna ,,mądrym” senatorom stanowi chyba punkt kulminacyjny absurdu w tekście. Bowiem to właśnie senatorzy, chcący pozbyć się Gajusza Grakcha, zdecydowali się wystawić w wyborach na trybuna demagoga Marka Drususa i kazali mu obiecać ludowi przysłowiowe gruszki na wierzbie, byle tylko Gajusz przegrał.

Młodszy z Grakchów nie podjął wyzwania licytacji na nierealne obietnice i plan senatu się powiódł. O postulatach Drususa po wyborach nikt już nigdy nie usłyszał, a Gajusz, pozbawiony trybuńskiej nietykalności, z poduszczenia senatu padł wraz ze zwolennikami ofiarą bezprawnej krwawej rzezi.

W jednym muszę się jednak z Pawłem Łepkowskim zgodzić – losy Tyberiusza i Gajusza Grakchów to rzeczywiście, jak pisze w tytule, ,,wymowna lekcja historii”, cały czas aktualna. Nie bez powodu do dziejów tych odważnych trybunów ludowych odwoływali się rewolucjoniści francuscy, Karol Marks i Fryderyk Engels czy komuniści rosyjscy, a pamięć o nich była żywa w większości ruchów walczących o sprawiedliwość społeczną. Ich historia dobrze pokazuje, że to egoizm i krótkowzroczność bogatych elit leżą u podstaw dużej części problemów społecznych, które łatwo dałoby się rozwiązać. Tragiczny los obu trybunów przypomina też, że nie ma co liczyć na dobrowolne ustępstwa ze strony bogatych – prędzej pogrążą oni państwo w głębokim kryzysie, bez skrupułów manipulując opinią publiczną i za nic mając prawo oraz dobro ogółu. Prawdziwa reforma społeczna musi więc twardo iść na przekór propagandzie i zawodzeniu elit finansowych.

Co się zaś tyczy Pawła Łepkowskiego, na odwrocie jednej ze swoich książek pisze on, iż ,,jest sceptykiem, który nie wierzy w podręcznikowe przedstawianie wydarzeń historycznych”. Radziłbym mu jednak, tak jak i innym prawicowym publicystom, czasem do tego podręcznika od historii zajrzeć. No chyba, że licytowanie się na ilość bezczelnych kłamstw to w ich środowisku nowa moda. Red. Łepkowski z wykształcenia historykiem nie jest, dlatego podzielę się z nim jedną z pierwszych porad, jakie na studiach słyszą młodzi adepci muzy Klio – jeśli podchodzi się do historii z zamiarem manipulowania nią pod ideologiczną tezę, hańbi się zarówno naukę, jak i swoje nazwisko. W przypadku pisania do opiniotwórczych mediów dochodzi jeszcze do tego szkodliwość społeczna. Po co więc tyle kłamstw? Najwyraźniej prospołeczne dzieło i myśl braci Grakchów są cały czas na tyle wartościowe, że ideologicznym potomkom ich optymackich katów nie dają spać spokojnie nawet po ponad 2000 lat.

Hans Litten – niezłomny adwokat robotników

Dzisiaj, kiedy tak wiele rządów w dążeniu do autorytaryzmu otwarcie inspiruje się rozwiązaniami z lat trzydziestych, odwaga i bezkompromisowość tego człowieka w walce z faszyzmem powinny być dla lewicy wzorem do naśladowania.

Hans Litten żył i działał w czasach demontażu weimarskiej demokracji i budowania nazistowskiej dyktatury w Niemczech. Skutecznie walcząc z nazistami na salach sądowych, stał się osobistym wrogiem Adolfa Hitlera, a za swoją nieprzejednaną postawę w obronie wolności przyszło mu zapłacić najwyższą cenę.

Urodził się 19.06.1903 roku w Halle, w mieszczańskiej rodzinie żydowskiego pochodzenia. Jego ojciec był wykładowcą prawa i rektorem Uniwersytetu w Królewcu oraz zagorzałym pruskim konserwatystą i monarchistą. Na kształtowanie się poglądów młodego Hansa większy wpływ miała jednak matka, która przekazała mu wartości sprawiedliwości społecznej i pomocy potrzebującym. Litten już od najmłodszych lat otwarcie demonstrował swoje lewicowe przekonania. Anegdota z jego szkolnych lat głosi, że kiedy nauczycielka zapytała, czy w klasie powinien zawisnąć portret zwycięskiego spod Tannenbergu Paula von Hindenburga, Hans odpowiedział: ,,zawsze byłem za tym, by Hindenburg zawisnął”.
Zmuszony przez ojca, podjął w Berlinie studia prawnicze i ukończył je z wysokimi wynikami w 1927 roku. Skrajnie prawicowe pucze: Kappa-Lüttwitza oraz monachijski wraz z wyjątkowo łagodnymi wyrokami dla ich organizatorów uświadomiły mu, w jak wielkim niebezpieczeństwie jest młoda republika i jak bardzo to zagrożenie jest bagatelizowane przez polityczne elity. Odrzucił wtedy lukratywną propozycję pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości i pragnąc działać w obronie demokracji zatrudnił się u związanego z Komunistyczną Partią Niemiec prawnika Ludwiga Barbascha. Przez niego nawiązał kontakt z organizacją Rotte Hilfe i zaangażował się w jej działalność, za symboliczne wynagrodzenie broniąc działaczy związkowych i komunistycznych. Szybko zdobył rozgłos i miano ,,prawnika robotników”, ratując wielu z nich przed więzieniem, grożącym im za udział w demonstracjach i stawianie oporu policji. Rotte Hilfe z jego pomocą zapewniła pomoc prawną 16 tys. aresztowanych robotników, a kolejne 27 tys. otoczyła ochroną prawną. W 1929 roku Hans Litten zaangażował się w obronę uczestników demonstracji pierwszomajowych, bezpodstawnie oskarżonych przez władzę o ,,ciężkie naruszenie spokoju publicznego połączone z zamieszkami”. Starał się także nagłośnić sprawę otwarcia przez policjantów ognia do tych pochodów (czego skutkiem było 30 zabitych i setki rannych) i doprowadzić do ukarania winnych tej masakry. W tym celu złożył powiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez ówczesnego szefa berlińskiej policji K. Zörgiebela, jednak na skutek braku poparcia prokuratury proces nie doszedł do skutku.

Największą sławę (i jednocześnie najwięcej wrogów) przyniósł Littenowi proces w sprawie napadu na lokal taneczny Edenpalast w 1932 roku. listopadzie 1930 roku bojówka SA przeprowadziła zaplanowany atak na ten popularny wśród lewicowych robotników lokal, zabijając 3 osoby i raniąc kolejne 20. Śledztwo policji było prowadzone bardzo wolno i nieskutecznie. Hans Litten, reprezentując część robotników, został w tym procesie oskarżycielem posiłkowym. Wziął sobie za cel nie tylko doprowadzenie do ukarania winnych, ale przede wszystkim publiczne udowodnienie, że rosnąca w siłę NSDAP jest partią w swej naturze antydemokratyczną i stosuje terror jako integralną część swojej strategii. Na jego wniosek sąd powołał Hitlera na świadka. Proces przyciągnął duże zainteresowanie opinii publicznej. Przywódca NSDAP starał się zmienić przesłuchanie w kolejną wiecową mowę ideologiczną, jednak Litten inteligentnymi pytaniami i ironicznymi uwagami blokował te próby i zmuszał do trzymania się tematu przemocy. Umiejętnie powoływał się przy tym na partyjne broszury, pisane przez J. Goebbelsa i wzywające do obalenia parlamentu, zdobycia władzy siłą i ,,rozdeptania przeciwników na miazgę” oraz na działania bojówek SA. Zdezorientowało to i kompletnie wyprowadziło z równowagi Hitlera, który w obliczu tego był w stanie jedynie rozpaczliwie krzyczeć: ,,skąd wnioskuje pan prokurator, że jest to wezwanie do łamania prawa? To jest niczego niedokumentujące oświadczenie!”. Wypunktowany przez młodego prawnika i publicznie upokorzony przywódca NSDAP musiał pokornie przysiąc przed sądem, że jego partia działa i będzie działać w granicach obowiązującego prawa. Wydarzenia te zostały przedstawione w świetnym filmie ,,Hitler przed sądem” z 2011 roku.

W tym samym roku brał udział w kolejnych dwóch wielkich procesach (Felseneck- i Röntgenstraße- Prozess), gdzie m.in.: dowiódł kłamliwości zeznań nazistów oraz doprowadził do uniewinnienia zaatakowanych przez SA i działających w obronie własnej robotników (oskarżano ich o ,,morderstwo na tle politycznym”). Wzbudziło to jeszcze większą nienawiść do niego wśród nazistów, nazywających go w swojej prasie ,,obrońcą czerwonych morderców”. Obawiając się ataku, Rotte Hilfe zorganizowała mu ochronę i zachęcała go do wyjazdu z kraju. Litten nie dał się jednak namówić, odpowiadając: ,,Miliony robotników nie mogą wyjechać, więc ja też muszę tu zostać”. Hitler nigdy nie zapomniał poniżenia, jakiego dostąpił w sądzie przez Littena. Po dojściu NSDAP do władzy i pożarze Reichstagu, Hans został w lutym 1933 roku jednym z pierwszych aresztowanych na podstawie dekretu O ochronie narodu i państwa. Wleczony po różnych więzieniach i obozach koncentracyjnych, nie stracił wiary w swoje ideały. Kiedy w obozie w Lichtenburgu został wraz z innymi więźniami zmuszony do udziału do apelu z okazji urodzin Hitlera, w otoczeniu uzbrojonych strażników dumnie odczytał znany wiersz pt. ,,Myśli są wolne” (niem. Die Gedanken sind frei). Przez 5 lat był brutalnie torturowany i upokarzany, aż w końcu, doprowadzony do skraju wytrzymałości, w 1938 roku popełnił samobójstwo w obozie w Dachau.

W czasie sporu o wybory w Polsce, kiedy dwóch szeregowych posłów rości sobie prawo do arbitralnego dyktowania swojej woli całemu państwu i jego instytucjom, a rząd w obliczu kryzysu płaszczy się przed przedsiębiorcami i zostawia pracowników na pastwę losu, postawa i działalność Hansa Littena bardzo zyskują na aktualności. Warto pamiętać o człowieku, który bez reszty poświęcił się walce o los pokrzywdzonych oraz państwo prawa, nie porzucając jej nawet wtedy, gdy wiązała się z zagrożeniem życia. Ta nieugiętość i bezkompromisowość w obronie demokracji i robotników winna być więc dzisiaj przykładem dla całej lewicy i każdego człowieka, któremu leżą na sercu wartości wolności i sprawiedliwości społecznej.

Historia również czerwona

Zakłamywanie wydarzeń historycznych oraz pomijanie niewygodnych faktów to chleb powszedni w podręcznikach do historii. Próba wyjścia naprzeciw owym przekłamaniom jest trudna, ale warta poświęcenia. Szczególnie wiosną, która obfituje w rocznice.

Święto Pracy to doskonała okazja do pokazania ludowej, robotniczej historii naszego kraju. Przecież 1 maja to nie „PRL-owska pozostałość”, ale jeden dzień w roku, który jest uhonorowaniem wszystkich walczących o równą pracę za godną płacę. To dzień sięgający korzeniami XIX w. Trudno jednak odczarować tę datę, szczególnie wobec domorosłych antykomunistów i starszego pokolenia, którego wiedza na temat genezy owego święta jest nieduża.

Dużo jest za to pracy, żeby pokazać historię nie tylko z perspektywy jaśnie hrabiów, panów generałów i międzywojennych inteligentów, ale przede wszystkim robotnic i robotników. W ubiegłą niedzielę, 26 kwietnia, minęło 100 lat od krwawego stłumienia poznańskiego strajku kolejarzy, którzy domagali się wypłaty obiecanych przez rząd centralny „13-stek”. 9 zginęło, 30 odniosło rany. Żaden policjant, ani endecki polityk wydający wówczas polecenia nie poniósł kary, historia robotniczego strajku jest zapomniana. Symbolizuje go wyłącznie tablica w murach b. zamku cesarskiego, pod którą rokrocznie wiązanki kwiatów składają działaczki i działacze lewicy. Władze miasta? Województwa? Próżno ich szukać. To tylko 9 osób. Tylko kolejarze.
Informacji o Wielkim Strajku Chłopskim z 1937 r. również na próżno szukać w podręcznikach do historii, a przecież to wtedy kilka milionów rolników wzięło udział w blokowaniu dostaw żywności buntując się przeciwko autorytarnym rządom piłsudczyków. Śmierć poniosły 44 osoby, 5 tys. aresztowano. Ale to Piłsudskiemu składa się kwiaty na różne rocznice, rzadko wspominając o jego powojennym umiłowaniu do rządów twardej ręki, pacyfikacji opozycji, upolitycznieniu sądownictwa czy budowie kultu własnej jednostki. Czasem trzeba włożyć kij w mrowisko podważając istniejące autorytety, bo tylko taka strategia pozwala na odnalezienie szerszej perspektywy.

Trzeba ze smutkiem przyznać, że tzw. „polityka historyczna” jest domeną prawicy wszelkiej maści. Do pewnego czasu lewica nie tylko była w defensywie, co całkowicie porzuciła walkę o pamięć historyczną. Dopiero od kilku lat dobrą robotę w tym zakresie realizuje partia Razem, lewicowe media i oddolne inicjatywy na rzecz Dąbrowszczaków walczących o demokratyczną Hiszpanię, przywrócenia pamięci o pierwszym niepodległościowym rządzie Daszyńskiego z 7 listopada 1918 r. czy promując postępowych autorów i autorki (Konopnicka, Boy-Żeleński i inni). Swego czasu SLD wychodziło z inicjatywami na rzecz historii, ale jako 23-latkowi jest mi zdecydowanie bliżej do ruchów robotniczych i kobiecych z dwudziestolecia niż prób wybielania PRL-u, który dla mnie miał zdecydowanie więcej ciemnych niż jasnych kart. Choć i tutaj jestem otwarty na dyskusje.

Dziś w Polsce nietrudno wpaść na ulice Daszyńskiego, Pużaka czy Arciszewskiego. Ilu z mieszkańców czy przejezdnych chociaż przez minutę zastanowiło się nad tymi patronami? Pewnie znikoma część. Jest co robić. Historię trzeba odkłamywać, pokazywać jej inne oblicze. Szczególnie to czerwone. Ludowe.