Stoi ułan na widecie…

Śpiący w samochodzie żołnierz ukradł panu prezydentowi całe defiladowe szoł.

Prezydent Duda, jak zwykle 3 Maja patriotycznie podniecony… a tu chłopak – pewnie umordowany ciągłymi alarmami, wyjazdami o bladym świcie, godzinami stania w bezruchu – ma to wreszcie wszystko gdzieś i dusi komara! W samochodzie, ale jednocześnie w oku kamery, z prezydentem na pierwszym planie. Duda ble, ble o żołnierskiej daninie krwi składanej od wieków i dyrdymały o historii najnowszej, a żołnierz – w kimę. Żołnierz tak ma – zasypia w każdej pozycji, w każdych okolicznościach, bo nigdy nie wie, kiedy znów okazja się trafi!…
No, ale nam kimać nie wolno. My, obywatele, zwłaszcza nieco starsi, kimnąć się nie możemy ani na moment. Mamy słuchać i targać za uszy każdego – choćby i prezydenta – kto nas nie szanuje, ma nas za głupków wmawiając nam ordynarne kłamstwa. Jeśli mówimy, że powinniśmy bronić swojej historii, to nikt za nas tego nie zrobi.
Minione dni obfitowały w kłamstwa, ociekały obłudą, hipokryzją i bezwstydem.
Oto minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak podczas uroczystości 74. rocznicy forsowania Odry w Gozdowicach (woj. zachodniopomorskie), wspominając poległych żołnierzy, mówił: „pamięć dla tych, którzy polegli, jest wieczna”; że ich ofiara „kształtuje polską tożsamość narodową”, a także: „nigdy nie wolno nam zapomnieć o krwi i poświęceniu polskiego żołnierza”.
Jego rządowy kolega zaś, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński, przypomniał, że wielu żołnierzy biorących udział w walkach nad Odrą „nie zdążyło do armii gen. Andersa”, a I Armia Wojska Polskiego „była dla nich szansą na to, aby wrócić do Polski”.
Dodał też: „Jest dla mnie dzisiaj zaszczytem jako ministra, ale przede wszystkim jako mieszkańca tej ziemi (…), że mogę ukłonić się nisko tym z bohaterów, którzy tutaj o Polskę walczyli, opatrzność pozwoliła im przeżyć i są dzisiaj tutaj z nami. (…) Wasza krew, wasz pot, wasze poświęcenie, wasze umiłowanie ojczyzny ma dzisiaj w oczach rządzących taką samą wartość, jak krew, pot, poświęcenie żołnierza spod Tobruku, spod Monte Cassino, marynarza spod Narwiku, podwodniaków, którzy walczyli na morzach i oceanach, jak każdego polskiego żołnierza. (…) Krwi polskiego żołnierza nie wolno dzielić, nie wolno wartościować”.
Czy panowie ministrowie mają w domu lustra? Panowie zapomnieli: „Naszą chlubą jest oczywiście okres I wojny, wojna z bolszewikami, boje o Lwów z Ukraińcami i Wilno z Litwinami, czas międzywojnia. II wojny światowej już tak jednoznacznie nie można ocenić. Nie myślę rzecz jasna o 2 Korpusie gen. Andersa, Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, AK czy NSZ-ecie, ale ze względu na wojsko, chciałem powiedzieć polskie, ale powinienem jednak powiedzieć ludowe Wojsko Polskie, które powołał Stalin w maju 1943 roku. Trudno mi uznać tę formację za część historii naszego oręża.”…
Te słowa wypowiedział Sławomir Cenckiewicz, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego im. Gen. K. Sosnkowskiego, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i członek Rady przy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Nie słyszałem, żeby swoje myślątka na temat żołnierzy, których panowie w tym roku, roku wyborczym, tak gorliwie czcili, odwołał. Co więc jest w panów ustach prawdą, a co łgarstwem? Bo jeżeli poszliście po rozum do głowy i rzeczywiście szanujecie ofiarę żołnierzy idących ze Wschodu do Berlina, to co na tych stanowiskach robi do tej pory pan Cenckiewicz?
Dlaczego też zdecydowanie nie przetniecie ciągłych podchodów wojewody zachodniopomorskiego, któremu przeszkadzają nazwy niektórych ulic w Kołobrzegu – związane z walkami o miasto w 1945 roku – a nawet Pomnik Zaślubin z Morzem, którego trwanie na kołobrzeskim brzegu wcale nie jest pewne.
Idźmy dalej – skoro minister Błaszczak jest zdolny do takich werbalnych wzniosłości pod adresem żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, to dlaczego w takim razie odmówił wojskowej asysty na pogrzebie najstarszego admirała Marynarki Wojennej, 97-letniego Henryka Pietraszkiewicza, który odszedł w kwietniu na wieczną wachtę? Do wojska został wcielony, gdy miał 21 lat. Początkowo do Armii Czerwonej, potem wylądował w Wojsku Polskim. Po ukończeniu kursów oficerskich, w składzie 4 Dywizji Piechoty WP, przeszedł szlak bojowy do Berlina. Po wojnie wstąpił do Marynarki Wojennej. Był prymusem w Szkole Marynarki Wojennej, służył na ścigaczu okrętów podwodnych ORP „Sprawny”, był dowódcą ORP „Sęp”. Podwodniakiem został do końca, pełnił coraz wyższe stanowiska. Był dowódcą Brygady Okrętów Podwodnych, potem dowodził 9 Flotyllą Obrony Wybrzeża na Helu. Był komendantem Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, szefem Sztabu Głównego Dowództwa Marynarki Wojennej, zastępcą Dowódcy Marynarki Wojennej do spraw Liniowych. Po zakończeniu służby był prezesem Ligi Morskiej wspierał Polskie Towarzystwo Nautologiczne, Stowarzyszenie Miłośników Okrętu Muzeum ORP „Błyskawica” czy też Bractwo Okrętów Podwodnych… I takiemu żołnierzowi odmówił pan, panie Błaszczak, asysty wojskowej podczas pogrzebu? Bo IPN podobno jakąś teczkę odgrzebał? A czy pańscy mianowańcy, ekspresowo awansowani, „wybitni dowódcy” po przyspieszonych kursach, nie współpracują z wojskowymi służbami specjalnymi? Nie stawiają się na odprawach, nie uczestniczą w naradach sztabowych? Nie udzielają żądanych informacji? Że niby, co – to inni dowódcy są, inni ministrowie, inne służby? Niepodległe? Różnie mówią. Jeden nawet dwie książki napisał o pańskim poprzedniku, a propos słówka „niepodległe”. I niech pan sobie wyobrazi, że ten pański poprzednik „oszczercy” do sądu nie podał! Taki honorowy…
Czyny panów, panowie ministrowie, i, że tak powiem – „praktyka rządzenia”, jedynie wzmacniają blask bijący od waszych miedzianych czół.
Uroczystości patriotyczne odbywały się nie tylko na zachodnich rubieżach Rzeczypospolitej, ale także w jej sercu, na Placu Piłsudzkiego w Warszawie. Rządzący dziś notable składali wieńce przy Grobie Nieznanego Żołnierza.
Czy dręczyła ich jednak refleksja, co oni właściwie demonstrują – szacunek i podziw dla bohaterów, czy może namysł nad własnym wkładem w budowanie kłamstwa?
Przecież ci honorowani nad Odrą żołnierze I i II Armii Wojska Polskiego, po zakończeniu wojny wracali do kraju, Jedni szli do cywila, inni dostawali nowe przydziały. Jedni brali się za zagospodarowywanie Ziem Zachodnich i Północnych, ściągali osadników, przydzielali im domy i ziemię, zagospodarowywali odłogi tworząc PGR-y, zakładali szkoły, odbudowywali uniwersytety. Innych ojczyzna wezwała do nowej walki w obronie przed bandami, „zbrojnym podziemiem”. Tym razem oprócz Niemców strzelali do nich „swoi”. Dla „leśnych” każdy zabity żołnierz, każdy zabity milicjant, każdy „ukarany” za pomaganie władzy ludowej – choćby kobieta, nauczyciel wiejski, wybatożony chłop biorący ziemię z reformy rolnej, zabity Żyd, to był powód do dumy i mołojeckiej sławy. Wielu żołnierzy I i II Armii WP przeżyło szturm Berlina, ale nie przeżyło szturmu na posterunek milicji, w którym przebywali, zasadzki na oddział, w którym służyli, nie przeżyli niewoli u „leśnych”…
To panowie – pochylający głowy przed Grobem Nieznanego Żołnierza – tolerują oburzające manipulacje historią i kupczenie żołnierską krwią z politycznych pobudek. Oprócz bowiem rozsianych na kolumnach Grobu tablic upamiętniających żołnierzy spod Kołobrzegu, z Wału Pomorskiego, Budziszyna, Berlina, Lenino nawet – choć ono schowane jest ciut wyżej niż chodnik – na dumnym miejscu wiszą tablice z „bitwami zbrojnego podziemia”. Ci pierwsi ginęli w walce z Niemcami, wyzwalali Polskę, po to, żeby po paru miesiącach ci drudzy mordowali ich „ku chwale ojczyzny”… Panom to nie przeszkadza? Państwu, które współtworzycie na co dzień, to nie przeszkadza?
Już nie mówię o tym, że spośród bitew stoczonych przez I i II Armię WP wymieniono bodaj osiem, zaś bitew „leśnych” uhonorowano aż 18! To ci dopiero była siła!
No właśnie… Dlatego nie liczcie na zapomnienie, nie miejcie złudzeń, że patriotycznym klajstrem zamulicie mózgi. Niektórym na pewno, bo ludzie słabi są i dla „miski ryżu” będą „zapieprzać” dla kogo bądź. Ale nie oni stanowią o pamięci. Zatem musielibyście zmienić znacznie więcej niż tylko frazeologią patriotyczną, żeby dać Polsce szansę na posklejanie tego, co rozwaliliście. Nie ma w was takiej skłonności.
Wracając więc do defilady, którą urządziliście z okazji 3 Maja – oglądając ją przypomniałem sobie ostatnie miesiące Polski Ludowej. Każdy już czuł, że coś się kończy i coś zaczyna. Wtedy, po bardzo długiej przerwie na ulicach Warszawy zabrzmiała „Pierwsza Brygada”, zagrana wzruszająco przez Orkiestrę Reprezentacyjną Wojska Polskiego. Była jak żołnierze po latach tułaczki wracający do domu… Ciary chodziły po plecach.
Wy zaś – na kilka dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i na kilka miesięcy przed wyborami do Sejmu i Senatu, pokazaliście maszerujących klawiszy, policję skarbową, swoich ochroniarzy – na szczęście spieszonych, więc limuzyny były bezpieczne – i Wojska Obrony – Jeb! Jeb! Jeb! – Terytorialnej…
Myślę sobie, że nasz koniec był ładniejszy, chwytający za serce, nieco sentymentalny i jakby pogodzony z historią. W każdym razie nikt nie spał…

Niezrozumiała defilada

Tej parady w planach finansowych na 2019 rok nie było i warto zadać pytanie, z jakich szkoleń lub zakupów
trzeba będzie zrezygnować? – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) generał Mirosław Różański,
były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych.

JUSTYNA KOĆ: 3 maja w Warszawie odbędzie się wielka defilada wojskowa „Silni w Sojuszach” z okazji 20-lecia wejścia Polski do NATO i 15-lecia do UE. To dobry pomysł?
GEN. MIROSŁAW RÓŻAŃSKI: Trzeba zadać sobie pytanie, czy racjonalne jest, aby w ciągu roku organizować taką liczbę pokazów i defilad. Do tej pory raz w roku, 15 sierpnia, w Święto Wojska Polskiego organizowana była wielka defilada, która dedykowana była społeczeństwu; aby przybliżyć, kim jesteśmy, jaki mamy potencjał, sprzęt. Zawsze w pełni popierałem te przedsięwzięcie. Dzisiejsze inicjatywy związane z datą 3 maja są moim zdaniem odwróceniem uwagi od faktu permanentnego łamania ustawy zasadniczej, bo o konstytucji powinno się dyskutować w trakcie „jej święta”; ciekawe, co będzie motywem przewodnim defilady 15 sierpnia? Po wtóre, myślę, że dotychczas żołnierze, którzy pełnili służbę w różnych częściach świata w ramach misji i kontyngentów z naszymi koalicjantami, żołnierzami Sojuszu Północnoatlantyckiego, udowodnili, że jesteśmy wiarygodnym partnerem. To należy podkreślać i to powinno być głównym motywem obchodów związanych z rocznicą naszego członkostwa w NATO. Sam niejednokrotnie spotykałem się ze słowami uznania dla naszych żołnierzy i ten szacunek im się rzeczywiście należy.

Czy rzeczywiście mamy się czym pochwalić, jeśli chodzi o sprzęt wojskowy?
Gdybyśmy się odnieśli do kwestii, czy mamy się czym chwalić, to chciałbym przywołać słowa naszych kolegów z Gdyni, gdzie jeszcze niedawno stały przecież okręty NATO. Mamy tu sytuację paradoksalną, gdzie nasi sojusznicy wskazują na znaczenie Bałtyku i potrzebę posiadania określonego potencjału w tej części Europy, a my w tym czasie robimy zupełnie coś odwrotnego – zamykamy programy związane z modernizacją Marynarki Wojennej. Oczywiście 3 maja nie będzie sprzętu MW, bo na Wisłostradzie niewiele mogliby zaprezentować. Sprzęt, który będzie w Warszawie, po pierwsze był już prezentowany i dziś możemy pozwolić sobie na retrospekcję i ocenę tego, co się stało w 2015 roku. Przypomnę, że wówczas opinia publiczna mogła wielokrotnie usłyszeć, jaki to straszny stan sił zbrojnych został zastany przez obecny rząd. Słuchaliśmy przez następne miesiące przewodniczącego sejmowej Komisji Obrony Narodowej, pana majora rezerwy Jacha, który przekonywał, że w ciągu kilku miesięcy zrobiono więcej, niż w ciągu 8 lat poprzedni rząd. Dziś, po niespełna 4 latach, nic nie wskazuje na to, aby w zakresie modernizacji technicznej zostały wprowadzone nowe systemy uzbrojenia. Oczywiście oglądane armatohaubice KRAB są powodem do dumy, tylko chciałbym przypomnieć, że decyzja o kupnie licencyjnym podwozi do tych armatohaubic jest ówczesnego wiceministra obrony narodowej Mroczka. Niektórzy mówią wręcz, że na szczęście obecny rząd nie zdążył zatrzymać tego programu. Mamy moździerze RAK, które są także powodem do satysfakcji i dumy, ale to również nie ten rząd i jego decyzje spowodowały, że ten sprzęt jest na wyposażeniu. Nie jest jednak istotą, aby się licytować, kto rozpoczął te programy zbrojeniowe, bo to są procesy, które są mierzone latami, w horyzoncie dekady od określenia potrzeb operacyjnych. Gdyby tę dewizę minister Macierewicz, a potem minister Błaszczak stosowali, to moim zdaniem w roku 2015 mieliśmy niezłą wyjściową pozycję, żeby wiele zmienić w polskiej armii i naszym systemie bezpieczeństwa. Dziś wiele rozwiązań, związanych z wojskami lądowymi i specjalnymi, w tym wielozadaniowe śmigłowce, mogłyby być podziwiane nie tylko podczas defilady, ale byłby to sprzęt, który już wszedłby na wyposażenie i byłby operacyjny. Tak zobaczymy tylko śmigłowce, które kupiła policja i wojska specjalne, zresztą w szczątkowych ilościach. Dla mnie ta defilada jest gestem politycznym i niezrozumiałym z praktycznego punktu widzenia. Pomijam już, że koszty są niebagatelne, to kwoty dużo większe, niż setki tysięcy złotych. Tej parady w planach finansowych na 2019 rok nie było, warto zadać pytanie, z jakich szkoleń lub zakupów trzeba będzie zrezygnować.
Obecna władza zamiast wydatkować środki przewidziane dla MON na modernizację armii wydaje je na grające ławki z okazji odzyskania niepodległości, a teraz funduje społeczeństwu kolejna defiladę; myślę, że to nie jest najlepszy kierunek.
To pudrowanie rzeczywistości, w myśl igrzyska zamiast chleba? Nie mamy co prawda Caracali, ale za to piękną defiladę.
Na to wygląda. Oglądałem ostatnio po raz kolejny jeden z moich ulubionych filmów – „Gladiator”, gdzie właśnie Cezar fundował ludziom Igrzyska. Nieważne, że był niedostatek i głód, społeczeństwo było karmione teatrem, który budził emocje. Jestem przekonany, że 3 maja w większości społeczeństwa defilada wzbudzi pozytywne emocje, bo wojsko cieszy się popularnością. Ludzie zawsze chętnie oglądają sprzęt wojskowy, tym bardziej, że na co dzień jest on niedostępny. Tylko z punktu widzenia premiera, prezydenta, szefa MON – czy powinniśmy zabiegać tylko o dobre wrażenie i odczucie estetyczne oglądających defiladę Polaków, czy ci panowie powinni kierować się troską o bezpieczeństwo naszego kraju i rozwój sił zbrojnych?

Widział pan filmik MON promujący defiladę?
Tak i czasem się zastanawiam, kto doradza ministrowi. Znam wszystkich generałów, którzy w nim występują, poza panią, która składa meldunek za jednostki niewojskowe. Podejrzewam, że dostali oni rozkaz, że trzeba uczestniczyć w takim filmie. Według mnie oni powinni zdawać sobie sprawę, że z okazji rocznicy Sojuszu powinniśmy pokazać to, co najlepsze. Zresztą każdy, gdy przyjmuje gości, to chce ich zaprowadzić do najlepszego salonu, pochwalić się, jak dom jest urządzony. Proszę sobie wyobrazić, że my mamy wprowadzony nowoczesny sprzęt. To są moduły stanowiska dowodzenia, mamy naprawdę imponujące centra operacyjne, z których można kierować wojskami. A tutaj wygląda to tak, jakby miało się promować grupę rekonstrukcyjną: wzór starego namiotu z ubiegłego wieku, ta komiczna sytuacja, kiedy dowódcy szczebla operacyjnego składają meldunek o ilości sprzętu…
Tymi sprawami u mnie zajmowali się oficerowie w stopniu pułkownika i podpułkownika, a generał nadzorował proces przygotowania defilady. Ja tylko przedstawiałem zarys ministrowi, bardziej, aby zapewnić przełożonych, że defilada będzie zabezpieczona, również pod względem komfortu stolicy. Tutaj widzimy teatr z ministrem w roli głównej, który wciela się w rolę dowódcy, który zadaje pytania, na końcu jeszcze dyrektywnie stwierdza, że realizuje zadanie. Czy tym powinien zajmować się minister? Jeżeli taki jest poziom wiedzy i kompetencji osób, które dziś mają dbać o nasze bezpieczeństwo, to powiem, że fajnie jest się zabawić w dowódcę drużyny, pewnie jakiś wspomnienie z harcerstwa wśród polityków ma tu znaczenie, ale ktoś tym panom powinien powiedzieć, że minister zajmuje się zupełnie czymś innym. Z ubolewaniem muszę też powiedzieć, że podobną niekompetencję dostrzegam w zachowaniu żołnierzy zawodowych, którzy dziś mniej zabiegają o kwestie podnoszenia swojej wiedzy, a nade wszystko chcą przypodobać się politykom. Jestem aktywnym dyskutantem w mediach społecznościowych i widzę wpisy jednego z dowódców szczebla taktycznego, który każdy komunikat, który jest zamieszczony przez premiera czy ministra, nawet niezwiązany z kwestią wojska, lajkuje. Zatem albo ten oficer zajmuje się tylko obserwowaniem mediów, także w godzinach służbowych – na co wskazują godziny jego aktywności – albo ta forma aktywności jest dla niego ścieżką do robienia kariery zawodowej, co jest niepokojące.

Wróćmy do rocznicy naszego członkostwa w NATO. Pawie każdy, gdy mówi Sojusz Północnoatlantycki, to myśli przede wszystkim Ameryka, ale czy obecny rząd nie zatracił się w tej miłości do USA? Przypomnę konferencję bliskowschodnią czy „Fort Trump”. Czy to nie osłabia jednak naszego strategicznego bezpieczeństwa?
Relacje międzynarodowe mają kilka płaszczyzn. Jesteśmy członkiem NATO i UE, ale nie wyklucza to naszych bilateralnych relacji z państwami czy zawiązywania koalicji. Przypomnę, że nasz pobyt w Iraku był pobytem koalicyjnym w ramach „Iraqi Freedom”.
Jeżeli my ponad miarę deklarujemy naszą sympatię i atencję do jednego z członków NATO, czyli USA, i niejednokrotnie składamy deklaracje, które nie są uzgodnione w ramach sojuszu, to jest tu coś nie w porządku.
NATO opiera się na kolektywnym podejmowaniu decyzji. Rekomendowałbym premierowi, prezydentowi i ministrowi obrony narodowej, aby zapoznali się z procesem decyzyjnym, jaki obowiązuje w Sojuszu. Deklaracje naszych polityków, które są skierowane w zasadzie tylko do naszych kolegów z USA, przy jednoczesnym deprecjonowaniu naszych partnerów europejskich, przypomnę tylko uwagi szefostwa MON o Francuzach, są to niepokojące praktyki. Tym bardziej, że dzisiejsza administracja prezydenta Trumpa mocno odbiega od poprzednich. Przypomnę innego prezydenta, który także wywodził się z konserwatystów, Ronalda Reagana, i jego wpływ na odzyskanie niepodległości przez Polskę i rolę jaką odegrał w zimnej wojnie. Musimy zdać sobie sprawę, że Stany Zjednoczone są graczem globalnym i dla nich Polska nie jest centralnym graczem, jeśli chodzi o politykę zagraniczną. Natomiast jeżeli ktoś daje się zwieść okrągłym słowom, które w dyplomacji są stosowane, a niewiele znaczą, to nie świadczy to dobrze ani o politykach, ani o naszym bezpieczeństwie. Jeżeli zastanowimy się nad konsekwencjami określenia „Fort Trump”, to po pierwsze zaskoczyliśmy naszych partnerów z NATO, po drugie ta determinacja polskich polityków, którzy zadeklarowali nawet 2 miliardy dolarów na przygotowanie infrastruktury, tak naprawdę postawiła nas w sprzeczności z koncepcjami dotyczącymi aktywności wojsk amerykańskich w Europie, które ja poznałem do 2016 roku. Nie sądzę, żeby przez te trzy lata coś się diametralnie zmieniło. Znam narrację amerykańskich wojskowych dotyczącą rozmieszczenia wojsk w Europie, a tu się okazuje, że nasi politycy sami kreują wojskową rzeczywistość.
Przypomnę, że prezydent Duda, który pierwszy użył określenia „Fort Trump” podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych, sam wycofał się z tego i traktuje tę nazwę jako umowną. To pokazuje, jak dużą niewiedzę mają nasi politycy w kwestiach strategicznych rozwiązań NATO.

Pachnie tragedią…
Powiem szczerze, że niepokoi mnie takie zobojętnienie na ten stan rzeczy. Pytała pani, czy nasz rząd nie zatracił się w uwielbieniu dla USA. Moim zdaniem tak, ale niewiele jest osób, które merytorycznie zajmują się kwestiami bezpieczeństwa czy sił zbrojnych, które ten temat by podejmowały. Tych zdarzeń jest już tak wiele – łamania procedur, przepisów, dokonywania zakupów z pominięciem prawa zamówień publicznych – że chyba trochę żeśmy zobojętnieli, co jest bardzo niepokojące. Nie ma racjonalnych i trzeźwych ocen, hasłami i defiladami chce się wypełnić tę wyrwę, która moim zdaniem od 4 lat jest dokonywana w naszym systemie bezpieczeństwa.