Policja eskaluje przemoc Wywiad

1 września oprócz oficjalnych obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej, odbyła się antywojenna i antyfaszystowska pikieta organizowana przez działaczy lewicowych. Policja nie przeszkadzała, dopóki trwały ich przemówienia pod pomnikiem Mikołaja Kopernika, ale gdy zgromadzeni zamierzali spontanicznie ruszyć dalej, zostali otoczeni kordonem. Dwóch działaczy zatrzymano. Z Piotrem Ciszewskim, liderem kampanii Historia Czerwona, aktywistą Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu).

Wasz wiec antywojenny, mimo wcześniejszych trudności z rejestracją, do pewnego momentu toczył się według planu. Przemówili działacze i działaczki ze środowisk antyfaszystowskich, wolnościowych, LGBT. Ty mówiłeś ostatni, o fałszowaniu historii, o wydatkach na zbrojenia. 

Kiedy skończyłem, ktoś zawołał, żeby przejść pod bramę uniwersytetu. Ruszyliśmy grupą. Wtedy sformował się policyjny kordon, przegrodził Krakowskie Przedmieście. Próbowaliśmy go minąć…

Chcieliście dojść na Plac Zamkowy?

Tak, został rzucony taki pomysł. Ale zostaliśmy błyskawicznie otoczeni.
Wtedy usłyszałem, że jeden z policjantów krzyczy, że „ten” – czyli ja –  naruszył jego nietykalność. Potem się okazało, że to był dowódca całej akcji. Tymczasem ja szedłem z czerwoną flagą w jednej ręce, a w drugiej miałem transparent „NATO STOP”, który nieśliśmy z kolegą. Nie ma możliwości, żebym np. popchnął czy potrącił tego policjanta. To jest fizycznie niemożliwe.
Nie było nawet przypadkowego kontaktu?
Nie potrafię powiedzieć, w jakiej odległości od niego byłem, ale jestem pewien: bezpośredniego kontaktu nie było. Musiałbym zresztą być co najmniej nierozsądny, żeby naruszać nietykalność funkcjonariusza, który jest ode mnie wyższy, a wtedy był w kamizelce taktycznej i w rękawicach. Nie miałem jednak czasu tego wytłumaczyć. Zostałem błyskawicznie przewrócony na ziemię, skuty plastikowymi kajdankami.

Na nagraniu widać jak trzech policjantów powala cię na chodnik, wokół inni skandują, by przestali cię dusić.

Jeden z funkcjonariuszy przyduszał mnie kolanem do ziemi, chociaż nie stawiałem żadnego oporu. Bałem się, że połamią mi ręce, bo zakuwali mnie w te kajdanki bardzo nieumiejętnie. Również przy wyprowadzaniu do radiowozu działali tak pośpiesznie, że cieszę się, że nie doszło np. do wywichnięcia barku. Potem przy budynku Teatru Polskiego zostałem przeprowadzony do drugiego radiowozu i ostatecznie trafiłem na komisariat przy ul. Wilczej.
Skoro twierdzisz, że nic nie zrobiłeś, to dlaczego zatrzymano właśnie ciebie?
Podejrzewam, że mogło chodzić o transparent NATO STOP, ale to raczej domysły. Kolega, który niósł go razem ze mną, został tylko otoczony kordonem, nie zatrzymano go. Zastanawiam się, czy nie padło na mnie, bo byłem stosunkowo najbliżej…

Tylko dlatego?!

Tak, bo w ten sposób policja poprawia sobie statystyki, poprawia wykrywalność. „Przy okazji” nęka się ludzi, którzy biorą udział w demonstracjach, zniechęca do protestowania. Zarzut naruszenia nietykalności jest jak wytrych, można pod niego podciągnąć wszystko, nie trzeba udowadniać, że funkcjonariusz naprawdę ucierpiał.

Przywieziono cię na Wilczą. Co było dalej?

Kilkakrotnie prosiłem, żeby zdjęto mi plastikowe kajdanki, bo po pewnym czasie one zaczynają strasznie uwierać (Piotr demonstruje ślady na nadgarstkach). Z tym też nie od razu sobie poradzili, musieli poszukać nożyczek. W końcu się udało, zamieniono kajdanki plastikowe na zwykłe. Do samego zachowania policjantów na komisariacie nie mam specjalnych zastrzeżeń. Spędziliśmy – ja i drugi aresztowany aktywista – ponad trzy godziny na posterunku, głównie siedząc na korytarzu przed celami. Tyle trwała cała biurokratyczna procedura zatrzymania.

Od lat bierzesz udział w różnych protestach. Byłeś już kiedyś w podobnej sytuacji?

Z tym, że policja działa agresywnie, stykałem się już wiele razy, choćby w obronie lokatorów, gdy mundurowi nie raz występowali po stronie kamieniczników przeprowadzających nielegalne eksmisje. Byłem wynoszony z takich protestów, zatrzymywany, ale nigdy dotąd nie oskarżono mnie o naruszenie nietykalności.

Uważasz, że policja w Polsce staje się coraz bardziej brutalna?

Tak. Co więcej, czuje się też bardziej bezkarna. Podejście mundurowych do tego, że ich także obowiązują jakieś przepisy, jest niepokojące: oni naprawdę zdają się wierzyć w to, że można takim traktowaniem demonstrantów wyrabiać sobie statystyki. Przecież nasza demonstracja była pokojowa. Nie było zagrożenia zamieszkami. Nawet jeśli chcieliśmy wyminąć kordon, to tak agresywna reakcja nie była konieczna.
Policjanci mówią: musieliśmy interweniować, bo spontaniczne zgromadzenie kierowało się do strefy zamkniętej, potencjalnie mogło być zagrożeniem dla zagranicznych delegacji przebywających w Warszawie.

Policja ma wszelkie możliwości zablokowania przejścia bez stosowania przemocy.

Pamiętam warszawski antyszczyt NATO albo antyszczyt Ekonomicznego Forum Europejskiego. To były o wiele większe demonstracje, a jednak pozwolono im maszerować przez miasto; policja tylko pilnowała, żeby nie wkraczać bezpośrednio do stref zamkniętych. My znajdowaliśmy się w odległości dobrych kilkuset metrów od tej strefy. Oskarżając nas, policja przykrywa własną nieudolność i to, że sama sprowokowała groźnie wyglądającą sytuację. Znamienne jest również to, że jeszcze przed naszą demonstracją pod pozorem podejrzenia obrażania głowy państwa i propagowania faszyzmu skonfiskowano jeden z transparentów, który miał być eksponowany: z Trumpem i Hitlerem trzymającymi drut kolczasty. Takie sytuacje wcześniej się nie zdarzały. To już nie jest zabezpieczanie wydarzeń, zapewnianie pokojowego przebiegu zgromadzeń, tylko eskalowanie i wyrabianie statystyk.

Nie ma jednak porównania między policją polską a np. policją francuską pacyfikującą Żółte Kamizelki czy hiszpańską – pamiętamy sceny z Katalonii.

Dodałbym do tej czarnej listy policję belgijską czy niemiecką – i tak, faktycznie na ulicach Warszawy jeszcze takie rzeczy się nie dzieją. Ale tendencja do narastania przemocy wydaje się jasna. Podobnie jak inna okoliczność: funkcjonariusze są najbardziej „stanowczy”, kiedy demonstrują ludzie pokojowo nastawieni – nie było żadnej porównywalnie agresywnej interwencji podczas pochodu nacjonalistów czy jawnych neofaszystów, z transparentami o jednoznacznie nienawistnym przekazie. Policja uderza w mniejsze, wolnościowe zgromadzenia. Na nich może sobie więcej pozwolić.

Siejesz nienawiść – zbierasz burzę

Kilka dni temu białostocki abp Tadeusz Wojda wydał osobliwe oświadczenie zaopatrzone w magiczne non possumus. Myślałem, że się sprzeciwia mowie nienawiści, korupcji polityków, albo niechęci wobec uchodźców. Jak wiadomo, te przymioty dość często są wytykane jego podwładnym. Wiadomo przecież, że jest człowiekiem światowym i na wielu salonach się obracał. Znalazł się w Białymstoku zesłany niemal z Watykanu, gdzie robił błyskotliwą karierę jako podsekretarz Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów w latach 2012-2017. Miałem nadzieję, że właśnie ten światły duchowny wprowadzi nowego ducha do tej, niegdyś wielokulturowej, wieloetnicznej i wieloreligijnej metropolii. Nic tylko przekładać rzymskie i światowe doświadczenia na polski grunt.
Nic z tego, owo non possumus dotyczyło pierwszego Marszu Równości, który mimo dramatycznego apelu metropolity się odbył w sobotę 20 lipca 2019.
Był to pierwszy marsz i mieszkańcy Białegostoku zapamiętają go na długo. Relacje medialne są bogate w szczegóły, więc ich oszczędzę, zwrócę jednak uwagę na poetycki reportaż Jacka Dehnela, który brał udział w tym wydarzeniu, a wrażenie opisał na swoim fb (nie mam, więc czytałem na portalu ogólnodostępnym, któremu pisarz uprzystępnił swój tekst opatrzony adnotacją: Powyższy tekst Jacka Dehnela ukazał się dziś na jego profilu na Facebooku. Tekst publikujemy za zgodą autora. Na prośbę autora honorarium za niniejszy tekst przekażemy na organizację przyszłorocznego Marszu Równości w Białymstoku).
Myślę, że Henryk Sienkiewicz nie powstydziłby się opisu tych doprawdy dramatycznych wydarzeń. Jednak Dehnelowi udało się uchwycić głębię (dość jednak płytkich) portretów psychologicznych bandziorów, którzy próbowali marsz zakłócić.
I jak najsłuszniej zwrócił uwagę na główne źródło inspiracji – właśnie abpa Wojdy.
Pisze Dehnel na portalu Onet.pl:
„Katedra jest przecież bijącym źródłem tej furii; to stamtąd biskup Wojda rozesłał swój komunikat, że „Non possumus”, że „nie możemy się zgodzić”, żeby marsz przeszedł, żeby wolni obywatele Polski korzystali ze swojego konstytucyjnego prawa. Teraz wszyscy ci panowie Staszkowie i panie Łucje w kretonowych sukienkach, i sebiksy z prawem wilka na koszulkach i w oczach, stoją wzdłuż marszu, biegną, pokazują faki, ten uniwersalny znak pokoju, wylewają z siebie tę homilię wulgaryzmów, to biskup Wojda stoi za tymi lecącymi kamieniami i butelkami, za guzem dziewczyny, która przeczesuje palcami włosy na drugą stronę. Biskup Wojda nie musi rzucać sam, zapewne „brzydzi się przemocą” i „pochyla się z troską”, wystarczy, że ma od tego kibolskie bojówki, które głoszą jego ewangelię.
I ma rację. Pewnie jego reportażu Wojda nie przeczyta i na przyszły roku znowu wyda swoje „non possumus”, uruchamiając potoki nienawiści i wzmacniając już i tak potężne uprzedzenia powierzonych jego opiece owieczek, miast je blokować, mitygować i cywilizować. A po tym, co się stało, mam nadzieję, że choć trochę arcybiskup się zawstydzi, a może nawet przeprosi?”
No cóż, to też są rozżarzone węgle, które Kościół gromadzi na swojej głowie.

Stanisław Obirek (Studio Opinii)

Tęczowy Rydzyk

3 maja pod siedzibą rozgłośni RM odbył się happening, którego uczestnicy i uczestniczki uświetnili rocznice urodzin ojca Rydzyka. Organizatorkami były aktywistki Toruńskiego Strajku Kobiet. Pod budynkiem rozgłośni spotkali się ludzie, których celem było ukazanie potężnego redemptorysty i jego politycznych pomagierów w nieco innych kontekstach. W barwnym tłumie paradowali m.in. mężczyzna w sutannie i w masce o. Tadeusza Rydzyka oraz kobieta w masce posłanki PiS Anny Sobeckiej. Sporo było również elementów maryjnych i waginalnych, czasem nawet zawartych w jednej kreacji. W kulminacyjnym momencie rozległo się głośne „Sto lat” i „Happy Brithday”, a podczas zgromadzenia jego uczestnicy skandowali m.in. „Dla ciebie mamona jest błogosławiona”, „Czas ucieka, emerytura czeka”, „Radio Maryja syczy jak żmija”. W czasie happeningu odegrano również scenę niszczenia „pomnika hipokryzji, pychy, chciwości i gniewu”. Nie zabrakło polityków i polityczek. Pojawiła się m.in. była wicemarszałkini Sejmu Wanda Nowicka. – Wielki sukces, że udało się zrobić tę pokojową, a jakże słuszną demonstrację. Po to, byśmy mieli świeckie państwo, żeby wreszcie zmieniło się to, że tak ogromne fundusze, pieniądze publiczne, płyną do rozgłośni. To się musi skończyć, musimy w końcu stworzyć państwo świeckie – mówiła polityczka obecnie związana z partią Wiosna. Uczestniczki podkreślał również, że rząd nie jest w stanie wygospodarować środków na podwyżki dla nauczycielek, a kiedy toruński zakonnik poprosi o pieniądze na Muzeum „Pamięć i Tożsamość” im. św. Jana Pawła II w Toruniu, kasa znajduje się szybko. Mówiono również o postulatach LGBT+, prawa kobiet i działaniach ojca Rydzyka na rzecz dyskryminacji tych grup.
– Chciałyśmy pokazać, że ojciec Rydzyk nie jest święta krowa – powiedziała Portalowi Strajk Agata Chyżewska-Pawlikowska, organizatorka wydarzenia – Było kolorowo i wesoło, a w pamięć zapadnie uczestnictwo tak znamienitych gości jak Anna Sobecka i ojciec Rydzyk i ich wspólny taniec – dodała, zapowiadając powtórkę w 2020 roku. Piątkowa impreza była solą w oku Sobeckiej, która czyniła starania na rzecz jej zablokowania. Parlamentarzystka, w przeszłości spikerka rozgłośni apelowała m.in. do prezydenta Torunia Michała Zaleskiego oraz wojewody Mikołaja Bogdanowicza. Ten drugi przyszedł jej z pomocą, wydając kontrowersyjną decyzję o zakazie zgromadzenia, w oparciu o zgłoszenie zgromadzenia cyklicznego, nadesłane naprędce przez Samorząd Studencki Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Studenci uczelni ojca Rydzyka nagle przypomnieli sobie, że chcą uświetnić rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja. Sąd Okręgowy w Toruniu uznał jednak, że studenci nie mieli zamiaru organizować imprezy cyklicznej, a skutkiem zakazu wojewody będzie ograniczenie swobód obywatelskich. Ponadto, sąd zauważył, że organizowanie zgromadzenia cyklicznego w godzinach 6-22 jest „sprzeczne z zasadami zdrowego rozsądku, oraz wskazuje na zamiar obejścia prawa, a więc jego nadużycie”.

Niech się święci 1 Maja!

W imieniu organizatorów zapraszamy na demonstrację z okazji Święta Pracy.

„W imieniu organizacji Społeczne Forum Wymiany Myśli, Fundacji „Naprzód”, Fundacji „Stop Wykluczeniu i Degradacji Planety”, Kampanii Historia Czerwona i portalu Strajk.eu informujemy, iż naszą demonstracją pragniemy połączyć odbywające się tradycyjne zgromadzenia organizowane przez środowiska lewicy oraz zaakcentować przywiązanie do tradycji ruchu robotniczego. Stąd wynika trasa i program naszych obchodów” – piszą Piotr Ciszewski oraz Czesław Kulesza.
1 maja to dzień walki o prawa ludzi pracy!
1 maja to dzień walki z barbarzyńskim systemem odbierającym ludziom pracy godność, godziwą płace, czy dach nad głową!
Kapitalizm przynosi korzyści nielicznym kosztem wielu. Władza próbuje nas zantagonizować oraz przyzwala na rasizm i nacjonalizm.
Towarzyszy temu niszczenie pamięci o zdobyczach ruchu robotniczego oraz przepisywanie historii pod dyktando prawicy.
1 maja domagamy się zmiany systemu!
Tylko występując razem możemy ją wywalczyć!
Niech żyje socjalizm, niech się święci 1 Maja!
Demonstrację rozpocznie krótki wiec na Rondzie de Gaulle’a, potem przejdziemy ul. Nowy Świat, z której skręcimy w ul. Warecką aby złożyć kwiaty pod kamieniem upamiętniającym przedwojenną siedzibę władz naczelnych PPS i redakcję „Robotnika”. Pochód zakończymy pod kamieniem przypominającym o pierwszej na ziemiach polskich zbrojne demonstracji robotniczej 1904 r.
Jeszcze raz serdecznie zapraszamy czytelników Dziennika Trybuna!

 

Niech się święci 1 Maja!

W imieniu organizatorów – Społecznego Forum Wymiany Myśli w Warszawie zapraszamy na demonstrację z okazji Święta Pracy.

„W imieniu organizacji tworzących Społeczne Forum Wymiany Myśli (Fundacja „Naprzód”, Fundacja „Stop Wykluczeniu i Degradacji Planety”, Kampania Historia Czerwona, portal strajk) informujemy, iż naszą demonstracją pragniemy połączyć odbywające się tradycyjne zgromadzenia organizowane przez środowiska lewicy oraz zaakcentować przywiązanie do tradycji ruchu robotniczego. Stąd wynika trasa i program naszych obchodów” – piszą Piotr Ciszewski oraz Czesław Kulesza.
„Demonstracja rozpocznie krótki wiec na Rondzie de Gaulle’a, potem przejdziemy ul. Nowy Świat, z której skręcimy w ul. Warecką aby złożyć kwiaty pod kamieniem upamiętniającym przedwojenną siedzibę władz naczelnych PPS i redakcję „Robotnika”. Pochód zakończymy pod kamieniem przypominającym o pierwszej na ziemiach polskich zbrojnej demonstracji robotniczej 1904 roku”.
Jeszcze raz serdecznie zapraszamy czytelników Dziennika Trybuna!

Cześć Pracy!

Warszawska organizacja PPS zaprasza na uroczystość obchodów Międzynarodowego Dnia
Solidarności Ludzi Pracy, 1 maja 2019. Dzień ten upamiętnia wydarzenia 1886 roku w Chicago, walkę robotników o 8-godzinny dzień pracy.
Jest symbolem ruchu na rzecz praw pracowniczych. Polska Partia Socjalistyczna identyfikuje się ze wszystkimi siłami, którym bliski jest solidaryzm pracowniczy i działanie na rzecz godnej pracy, godnej płacy i godnego życia pracowników. Nasza uroczystość odbędzie się na Placu Grzybowskim w Warszawie przy kamieniu upamiętniającym manifestację PPS z 13 listopada 1904. Rozpocznie się o godzinie 12:30. Złożymy wieńce i wiązanki kwiatów, przewidziane są wystąpienia działaczy PPS i zaproszonych gości.
Uczestnicy uroczystości są także zaproszeni na demonstrację „Społecznego Forum Wymiany Myśli”, o godz. 11:00 na Rondzie de Gaulle oraz późniejszy przemarsz do Placu Bankowego
Z socjalistycznym pozdrowieniem

Uniwersytet przeciw faszyzmowi

6 kwietnia o godzinie 14:30 pod bramą Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczęła się studencka demonstracja „Tu się uczy nie heiluje!”, która była kontrą wobec wydarzenia środowisk narodowych, które chciały zamanifestować sprzeciw wobec obecności marksizmu i marksistów na uniwersytetach.

Początkowo manifestacja narodowców miała odbyć się na kampusie głównym Uniwersytetu Warszawskiego, jednak 5 kwietnia w imieniu uczelni rektor uchylił pozwolenie na przeprowadzenie manifestacji na kampusie. Symbolicznie więc kontra antyfaszystowska miała miejsce pod samą bramą prowadzącą na kampus główny, nie dopuściła ona do niej demonstracji narodowców. Uczestników i uczestniczek demonstracji środowisk antyfaszystowskich było około 100-120, byli to nie tylko studenci i studentki, lecz również byli tam członkowie i członkinie kadry uniwersyteckiej. Pikieta narodowców nie powalała jednak ilością przybyłych. Tak hucznie zapowiadana demonstracja była jedynie spotkaniem maksymalnie dwudziestoosobowej grupki chłopców, których jakiekolwiek krzyki były zagłuszane przez antykapitalistyczne lub antyfaszystowskie hasła antyfaszystek i antyfaszystów. Jeden z narodowców trzymał flagę z tytułem pisma środowiska tak zwanych szturmowców, „Szturm”. Grupa ta jawnie odwołuje się do ideologii faszystowskiej, jak i stosuje przemoc fizyczną.
W trakcie kontry wybrzmiały też krótkie przemówienia, które ukazywały skąd pochodzi zjawisko faszyzmu, dlaczego marksizm i jego odnogi zasługują na obecność na uniwersytetach oraz zagrzewały demonstrujących do dalszej aktywności na polu antyfaszystowskim.
Obie demonstracje były szczególnie osłonięte przez funkcjonariuszy policji. Nie doszło do żadnych incydentów. Zakończyły się one spokojnie. Antyfaszyści wmaszerowali na kampus, wcześniej zawieszając flagi, czarną i tęczową na bramie głównej UW, na którym świętowali w pełni udaną akcję.

Faszyzm zbrodnią, nie opinią

Dość rasizmu i faszyzmu! Ten okrzyk zabrzmiał dziś na ulicach kilku polskich miast – gdzie odbywają się 16 marca z uwagi na Międzynarodowy Dzień Walki z Rasizmem. Kilkadziesiąt godzin po zamachu na meczety w Nowej Zelandii hasło zabrzmiało wyjątkowo aktualnie.
– Jesteśmy tu, by wyrazić swój sprzeciw, sprzeciw wobec tego, co się dzieje na całym świecie, sprzeciw wobec poniżania ludzi – takich, którzy mają jeszcze trudniej, uchodźców, imigrantów, tych, którym tak naprawdę najtrudniej odnaleźć się w nowym państwie, a podlegają dodatkowej presji ze strony rasistów – tak Filip Ilkowski z Pracowniczej Demokracji tłumaczył cel zgromadzenia, które ruszyło w Warszawie pod pomnikiem Mikołaja Kopernika. Oprócz tej lewicowej organizacji wśród organizatorów przemarszu były partia Razem, Ruch Sprawiedliwości Społecznej, Zieloni, Inicjatywa Dom Otwarty czy Stowarzyszenie Wygra Warszawa, wszyscy zrzeszeni w koalicji Zjednoczeni Przeciw Rasizmowi. Na ich apel z Krakowskiego Przedmieścia pod Sejm przeszło kilkaset osób.
Zebrani sprzeciwiali się przyzwalaniu na funkcjonowanie faszystowskich i faszyzujących stowarzyszeń – w Polsce i innych państwach liberalnej demokracji. „Faszyzm zbrodnią, nie opinią”, „Solidarność naszą bronią, a rasiści niech się gonią” – skandowali. Uczcili pamięć zamordowanych w Nowej Zelandii muzułmanów, paląc znicze przed ambasadą tego państwa. Filip Ilkowski podkreślił, że atak na meczety nie był neutralną politycznie, bandycką strzelaniną, ale efektem umacniania się postaw ksenofobicznych i islamofobicznych, cynicznie nakręcanych przez prawicowych polityków. Warto przypomnieć, że w czasie, gdy uczestnicy demonstracji solidaryzowali się z bliskimi zabitych, na polskich nacjonalistycznych facebookowych profilach w najlepsze wychwalano mordercę z Christchurch i zachęcano do lektury jego manifestu.
– Polska być może nie jest Nową Zelandią, ale wiemy, że w Polsce nienawiść jest ogromna. Jeżeli nie uda nam się jej powstrzymać, to nie wiemy do czego może ona doprowadzić! – takie słowa z kolei padły na analogicznej demonstracji w Poznaniu. Tam na wezwanie partii Razem oraz partii Wiosna, Grupy Stonewall, Fundacji Republika Różnorodności, Poznania Wolnego od Nienawiści i Otwartej Rzeczypospolitej zgromadziło się ok. 200 osób.
Na koniec marszu demonstrujący w Warszawie symbolicznie rozerwali przed ambasadą USA transparent w formie muru, pokazując, że nie godzą się na politykę odgradzania się i budowania murów lansowaną przez Donalda Trumpa. W Krakowie kilkudziesięcioosobowy pochód otwierał transparent z napisem „Każda inna, wszystkie równe” i postaciami o różnym kolorze skóry i pochodzeniu. W Szczecinie, oprócz wielkiego hasła „Dość rasizmu i faszyzmu”, uczestnicy przynieśli na protest plansze przypominające o atakach na tle ksenofobicznym i rasistowskim, jakie miały miejsce w Polsce.

Międlar kontra Marks

Faszyzujący eks-ksiądz został zatrzymany po raz kolejny. Na spotkanie z ekstremistą w Dąbrowie Górniczej przyszła jedynie garstka jego zwolenników. Pokaźna była za to kontrdemonstracja. Międlar w porywie bezradności próbował tanich prowokacji wymierzonych w mieszkańców bastionu lewicy – spalił zdjęcia Karola Marksa i Włodzimierza Lenina. Efekt? Błyskawiczna reakcja ratusza – rozwiązanie zgromadzenia.
Marcin Bazylak, prezydent Dąbrowy Górniczej, stanął na wysokości zadania. Kiedy pod pomnikiem Bohaterów Czerwonych Sztandarów Jacek Międlar podpalił wizerunki rewolucjonistów, włodarz z SLD natychmiast zadecydował o rozwiązaniu zgromadzenia. O swojej decyzji poinformował na Facebooku.
„Szanowni Państwo, dziś o godzinie 15:00 na Placu Wolności rozpoczęło się zgromadzenie zorganizowane przez skrajnie prawicowe środowiska. Jednak mimo, że zgromadzenie to zostało oficjalnie zgłoszone, podjąłem decyzje o jego rozwiązaniu. Podjąłem ją, ponieważ w trakcie zgromadzenia doszło do złamania prawa. Jego uczestnicy wznosili ksenofobiczne i rasistowskie hasła oraz nawoływali do nienawiści. W naszym mieście nie ma miejsca na tolerowanie tego typu zachowań, dlatego też konsekwentnie będę dążył do ich eliminowania i egzekwowania prawa w tym zakresie” – napisał Bazylak.
Przyjazd Międlara do „czerwonej Dąbrowy” od początku był naznaczony niechęcią ze strony mieszkańców. Pierwotnie spotkanie z akolitami miało się odbyć w restauracji Villa Moda, jednak lokalna społeczność zasugerowała właścicielowi, że jeśli stopa faszysty przekroczy próg jego lokalu, przybytek zostanie puszczony z dymem przez „nieznanych sprawców”. Anonim o takiej wymowie okazał się wystarczający. Mimo wsparcia ze strony miejscowego klubu „Gazety Polskiej”, Międlar ostatecznie nie znalazł innego wnętrza, a więc zmuszony był przemawiać pod chmurką, a konkretnie pod tzw. „Hendriksem”, czyli monumentem Bohaterów Czerwonych Sztandarów. Tam też czekała na niego wielokrotnie liczniejsza demonstracja przeciwników. Mieli ze sobą transparenty o treści „Tu są granice przyzwoitości” i „Stop nienawiści”. Były też flagi Unii Europejskiej, oraz Izraela. W tym wypadku można jednak przypuszczać, ze chodziło o sprzeciw wobec antysemickich wypowiedzi Jacka Międlara oraz jego współpracownika, również obecnego w Dąbrowie Górniczej, podpalacza kukły Żyda – Piotra Rybaka.
Międlar jawnie obrażał też mieszkańców Dąbrowy. – To miejsce to podobno pępek świata dla tutejszych lewaków. Wmawiają nam, że to posąg zagranicznego gitarzysty, ja tu nie widzę żadnego muzyka, tylko obrzydliwy bolszewizm – krzyczał Międlar, a jego zwolennicy próbowali wyrwać transparenty uczestnikom kontrdemonstracji.
Jaka była reakcja mieszkańców? Pod wpisem prezydenta Bazylaka znajdujemy niemal same pochlebne komentarze.

„Nie ” dla futer!

Zapowiedzi ministra Ardanowskiego o ewentualnym skreśleniu z nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt zapisu o zakazie hodowli zwierząt futerkowych na nowo obudziły protesty mieszkańców wsi zrzeszonych w ramach Koalicji Społecznej Stop Fermom.

 

Zamierzają walczyć w jego obronie, protestując 13 września pod Sejmem oraz dzwoniąc osobiście do posłów. W listopadzie ubiegłego roku do Sejmu trafiły dwa projekty nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, w tym jeden sygnowany przez posłów Prawa i Sprawiedliwości, który zakładał m.in. zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach, zakaz uboju rytualnego zwierząt na potrzeby eksportu, obowiązek chipowania zwierząt, a także zakaz hodowli zwierząt z przeznaczeniem na futro. Z tego ostatniego cieszyli się nie tylko ekolodzy i obrońcy zwierząt, ale również mieszkańcy wsi zrzeszeni w ramach Koalicji Społecznej Stop Fermom. Od początku stosunkowo krótkiego istnienia tej branży w Polsce (połowy lat 90. zeszłego wieku) organizują oni protesty – w sumie lokalne społeczności sprzeciwiały się powstaniu fermy futrzarskiej ponad 140 razy. Zwracają one uwagę na problemy, z jakimi muszą borykać się ludzie, w których otoczeniu powstaje tego rodzaju inwestycja: emisję szkodliwych gazów do powietrza, skutkującą powikłaniami zdrowotnymi, zanieczyszczenie okolicznych gleb oraz wód ściekami, przedostawanie się do środowiska pasożytów i drobnoustrojów, czy w końcu ucieczki norek i ich niekontrolowaną ekspansję.
Jedna z mieszkanek Jesiony (gmina Ostrzeszów w Wielkopolsce), Sabina Binek, w ten sposób opisuje życie w otoczeniu fermy: “Człowiek nie wychodzi z domu, taki smród. W życiu też nie mieliśmy w Jesionie tyle much. Nie nadążam ze zmienianiem lepów. W ciągu dwóch godzin wymieniłam sześć. Jak chcę wieczorem wyjść przed dom, muszę najpierw pomachać rękami, żeby się opędzić od owadów. Norki uciekają z hodowli, ich zwłoki leżą potem rozjechane na drodze. Gdyby nie ferma, wieś by się rozwijała. A tak, każdy, kto się tu sprowadził, żałuje”.
Stosunku mieszkańców okolic ferm futerkowych do tego rodzaju inwestycji dotyczyło najnowsze badanie Zachodniego Ośrodka Badań Społecznych i Ekonomicznych – raport z niego ukazał się chwilę przed pojawieniem się pierwszych pogłosek o możliwym wycofaniu zakazu z nowelizacji. Uczestnikami była reprezentatywna próba mieszkańców trzech gmin, charakteryzujących się dużym natężeniem ferm: Czerniejewa (woj. wielkopolskie), Nowogardu (woj. zachodniopomorskie) oraz Koźmina Wielkopolskiego. Badanie dotyczyło całych gmin, a więc nie tylko osób z najbliższej okolicy, bezpośrednio narażonych na negatywne konsekwencje funkcjonowania fermy, ale także tych czerpiących z tego głównie korzyści. Mimo to, od ⅔ do ¾ mieszkańców opowiedziało się po stronie całkowitego zakazu hodowli zwierząt na futra. W poprzednim badaniu „Ocena sytuacji branży hodowli zwierząt futerkowych i jej wpływu na polską gospodarkę” ZOBSiE analizował z kolei wpływ branży futrzarskiej na polską gospodarkę, który według autorów badania jest znikomy w porównaniu z generowanymi kosztami społecznymi i środowiskowymi.
– Kiedy w listopadzie po raz pierwszy pojawiła się nadzieja na wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futra, mieliśmy poczucie, że rządzący wreszcie zauważyli nasze protesty i postanowili chronić nie tylko zwierzęta, ale przede wszystkim osoby mieszkające na wsi w otoczeniu ferm futerkowych – mówi Małgorzata Nowak, mieszkanka Kawęczyna –Teraz pojawiło się niebezpieczeństwo, że politycy mogą ulec naciskom lobby futrzarskiego, dlatego zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by głos mieszkańców wsi również został usłyszany – dodaje. Mieszkańcy okolic ferm futerkowych od czerwca kontaktują się telefonicznie z posłami, aby przedstawiać im swoją sytuację i prosić o informację, czy popierają zakaz hodowli zwierząt na futra. Kolejnym krokiem, który zaplanowali jest udział w demonstracji „Gdzie ta dobra zmiana dla zwierząt”, która odbędzie się w Warszawie 13 września.
– Zapowiedzi ministra o przekazaniu kontroli nad dobrostanem zwierząt futerkowych zewnętrznym firmom, w zamierzeniu uspokajające, powinny być przedmiotem szczególnej analizy i niepokoju – mówi Paweł Rawicki, wiceprezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki współorganizującego demonstrację – System certyfikacji zaproponowany przez hodowców norek jest zupełnie niewiarygodny w świetle tego, że największe nadużycia zostały ujawnione na fermie prezesa PZHiPZF, czyli instytucji, która prawdopodobnie byłaby odpowiedzialna za planowanie i wdrażanie programu. Wierzymy, że Prawo i Sprawiedliwość wywiąże się z obietnicy i odpowie na oczekiwania Polaków związane z wprowadzeniem zakazu – podsumowuje.