Mit

Śmierć premiera Jana Olszewskiego PiS próbuje wykorzystać do zbudowania kolejnego mitu założycielskiego prawicy.

Szanowni Czytelnicy. Tym tekstem w pewnym stopniu łamię polską zasadę. Mówiącą, że o zmarłych należy mówić wyłącznie dobrze. Albo wcale. Pamiętam jak to było 9 lat temu. Gdy po katastrofie pod Smoleńskiem staraliśmy się unikać przypominania, że sondaże prezydenckie były bezlitosne dla zmarłego Lecha Kaczyńskiego. I nie dawały mu żadnych szans na reelekcję w wyborach zaplanowanych na jesień 2010 roku. Ale gdy większość rodaków pogrążona w smutku zapalała świeczki przed Pałacem Prezydenckim – inni działali. Doprowadzając do tego, że ten niczym specjalnym niewyróżniający się prezydent dzisiaj spoczywa na Wawelu.
Dlatego jeśli nie zareagujemy na czas, Jarosław Kaczyński zdąży napisać po swojemu kolejne karty historii. Przypomnijmy sobie, jak to było z półrocznym rządem Jana Olszewskiego.

Upadek

Dwa lata temu bez większego echa przeszła „Uchwała Senatu RP w 25. rocznicę odwołania rządu Jana Olszewskiego”. Takich okolicznościowych uchwał powstaje w parlamencie wiele. Zwykle przyjmowane są znaczną większością głosów lub wręcz przez aklamację. W przypadku tej uchwały było inaczej. Głosowało za nią wyłącznie 54 senatorów i senatorek Prawa i Sprawiedliwości. Zaś treść uchwały w ewidentny sposób wypaczała prawdę historyczną.
„W atmosferze bezkrwawego zamachu stanu, odwołano rząd Premiera Jana Olszewskiego” – napisali w uchwale parlamentarzyści PiS-u. Wiem, że słowo „zamach” to ulubiona retoryka Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza. Ale tak jak nie było żadnego zamachu 10 kwietnia 2010 roku, tak również nie było „zamachu stanu” ani 4, ani 5 czerwca 1992 roku. Na tragiczny skutek katastrofy prezydenckiego Tupolewa złożyło się wiele okoliczności. Przede wszystkim brawura pilotów próbujących lądowania w skrajnie trudnych warunkach pogodowych. Zaś koniec rządu Jana Olszewskiego był naturalnym skutkiem braku większości w Sejmie.
Pamiętamy, że w wyborach parlamentarnych w 1991 roku nie było progu wyborczego. Dlatego w ławach sejmowych zasiedli przedstawiciele i przedstawicielki 29 ugrupowań. Z tej liczby aż 11 formacji miało zaledwie po 1 mandacie. Historia pokazała, jak trudno było w takich warunkach rząd sformować. I jak łatwo go zmienić.

4 premierów

W dwuletniej kadencji Sejmu w latach 1991-93 do fotela premiera przymierzało się aż 4 kandydatów. Pierwszemu, Bronisławowi Geremkowi, desygnowanemu przez prezydenta Wałęsę w 1991 roku – nie udało się sformować gabinetu. Podobnie było z Waldemarem Pawlakiem, próbującym stworzyć rząd w 1992 roku – po upadku gabinetu Jana Olszewskiego.
Dwoje pozostałych premierów nie przetrwało nawet roku w swoich premierowskich gabinetach. Rząd Jana Olszewskiego upadł po 181 dniach, a rząd Hanny Suchockiej po 322 dniach (licząc do dnia przegłosowania wotum nieufności). Pod koniec swoich rządów Jan Olszewski dysponował poparciem zaledwie jednej czwartej parlamentarzystów.
Wyobraźmy sobie, że w obecnym Sejmie z PiS-u do opozycji przechodzi nagle połowa posłów i posłanek. A Mateusz Morawiecki pozostaje z poparciem stu kilkunastu głosów. Przecież taki rząd przetrwałby co najwyżej do najbliższego posiedzenia Sejmu. Tylko rozdrobnieniu i skłóceniu ówczesnego Sejmu Jan Olszewski zawdzięczał swoje aż 181‑dniowe rządy. Mówienie o „bezkrwawym zamachu stanu” lub o „koalicji strachu donosicieli” (takie sformułowanie pada też w uchwale senackiej) jest fałszowaniem historii.
„Oprócz racji, trzeba też mieć większość” – powtarzał wielokrotnie premier Leszek Miller. I wiedział, co mówi.

Wielki destruktor

To fakt, Polska aż do dzisiaj nie potrafiła zamknąć tematu lustracji i „teczek”. Czego najlepszym przykładem jest Kazimierz Kujda, najświeższy „bohater” jednej z licznych afer teczkowych III RP. Ale czy winę za to ponosi opisana przez senatorów PiS „koalicja strachu donosicieli”? Bzdura!
Niemcy mieli Joahima Gaucka, duchownego luterańskiego i bezpartyjnego działacza. Który potrafił w sposób merytoryczny zająć się aktami pozostawionymi przez Stasi. A w Polsce Jan Olszewski wziął sobie do pomocy Antoniego Macierewicza, mianując go ministrem spraw wewnętrznych swojego rządu. I na dodatek zlecając przygotowanie i upublicznienie listy rzekomych agentów.
Antonii Macierewicz nie zmienił się. Był, jest, jest i pozostanie do końca swoich politycznych dni „wielkim destruktorem”. Zaledwie w półtora roku potrafił zdezorganizować polskie wojsko i powyrzucać wielu kompetentnych oficerów. W 1992 roku to on podłożył „teczkową bombę” wysadzając przy okazji swój rząd. Można jedynie spekulować, jak wyglądałaby polska rzeczywistość, gdyby pozwolono Antoniemu Macierewiczowi działać wówczas dalej.

Nocna zmiana

Wielką furorę na prawicy zrobił film Jacka Kurskiego „Nocna zmiana”, ukazujący kulisy negocjacji polityków związane z głosowaniem wotum nieufności wobec rządu Jana Olszewskiego. I faktycznie, wielu z nas może poczuć niesmak, słysząc targi polityków.
Ale jest doskonała „odtrutka” dla tych, którzy skłonni byliby uwierzyć, że Jacek Kurski w swoim filmie odkrywa kulisy „bezkrwawego zamachu stanu”. To tak zwane „taśmy prawdy” ujawnione w programie telewizyjnym Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego. Adam Lipiński, prominentny polityk Prawa i Sprawiedliwości i Wojciech Mojzesowicz, nowy „nabytek” PiS-u, rozmawiają z posłanką Samoobrony Renatą Beger. Temat jest tego samego rodzaju jak w 1992 roku: większość parlamentarna. Tym razem to PiS ma kłopot. I nie rezygnując z metod zwanych potocznie „korupcją polityczną”, stara się sobie zapewnić większość w Sejmie.
Obie taśmy: „nocnej zmiany” i rozmów Adama Lipińskiego z posłanką Beger w hotelu sejmowym można z powodzeniem wrzucić do jednego worka. Załączając do nich etykietę zawierającą starą maksymę cesarza Wilhelma II: „Ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi politykę i jak się robi parówki”.
Beznadziejny
„Nie było programów, były słowa, brakowało czynów, brakowało sił sprawczych, brakowało w końcu odpowiednich fachowych ludzi, którzy potrafiliby wszystkie głośno wypowiadane zamierzenia zrealizować. Miał być to rząd nadziei, był to rząd beznadziejny” – tak podsumował 181‑dniowe rządy Jana Olszewskiego ówczesny przewodniczący klubu SLD Aleksander Kwaśniewski.
Podobnie źle ocenili prawicowe rządy Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej wyborcy. W wyborach parlamentarnych w 1993 roku klęskę poniosły obie strony konfliktu politycznego będącego przyczyną upadku rządu Jana Olszewskiego. Wybory wygrała koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej uzyskując 171 mandatów w Sejmie. Porozumienie Centrum, będące jednym z filarów rządu Olszewskiego nie przekroczyło progu wyborczego. Kongres Liberalno‑Demokratyczny, podpora z kolei rządu Hanny Suchockiej, też znalazł się pod progiem wyborczym. I takiego rachunku wystawionego przez wyborców – nie zmieni żaden mit o rzekomej wielkości rządu Olszewskiego.

Mit

Każda siła polityczna potrzebuje w polityce swojego mitu założycielskiego. Na naszych oczach taki mit buduje wokół siebie Robert Biedroń. Były poseł i polityk z 20‑letnim stażem stara się wykreować na kogoś dopiero rozpoczynającego działalność polityczną. I trzeba przyznać, jak na początek, idzie mu to nieźle.
Gorzej z „mitologią” PiS-u. Antoni Macierewicz po raz kolejny zawiódł. Już nawet w PiS-ie nikt nie wraca do „niezbitych dowodów” w postaci pękających parówek i puszek po coca-coli. O rzekomym „zamachu smoleńskim” -cisza. To puste miejsce politycy prawicy starają się zapełnić innym rzekomym zamachem. „Bezkrwawym zamachem stanu” z czerwca 1992 roku – którego też nie było.
Każda polityczna „mitologia” ma swój język. To dlatego Lech Kaczyński nie zginął śmiercią tragiczna w katastrofie lotniczej. Ale poległ. A rząd Jana Olszewskiego nie upadł po prostu. Jak dziesiątki innych rządów na świecie. On został „obalony”. Słowa, słowami. Ale nierzadko za warstwą lingwistyczną kryje się chęć poprawienia historii.

Ogień

Będąc zmuszonym do sięgnięcia pamięcią wstecz do początku lat dziewięćdziesiątych, przypomniałem sobie niektóre inne fakty będące następstwem upadku rządu Olszewskiego – popieranego przez Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Tyle że o niektórych z nich prezes PiS wolałby dzisiaj zapomnieć.
4 czerwca 1993 roku, w pierwszą rocznicę upadku rządu Jana Olszewskiego z inicjatywy Porozumienia Centrum zorganizowano w Warszawie demonstrację zwaną „marszem na Belweder”. Na zdjęciach z tamtych lat bez trudu rozpoznamy Jarosława Kaczyńskiego i Adama Glapińskiego, idących na czele kilkutysięcznego tłumu. Podczas manifestacji spalono kukłę urzędującego prezydenta Lecha Wałęsy.
Lech Wałęsa był złym prezydentem – moja ocena jest jednoznaczna. Ale są granice, których przekraczać nie wolno. Po śmierci prezydenta Adamowicza nasiliła się dyskusja o „mowie nienawiści”. Politycy obwiniają się wzajemnie. Ale mało kto pamięta, że korzenie mowy nienawiści sięgają aż tak daleko. Czym różni się spalenie kukły człowieka od zawieszenia na szubienicy jego portretu?
„A skądinąd tego rodzaju wydarzenia, tutaj w demokratycznym świecie i przedtem i potem się wielokrotnie zdarzały. A w Polsce zrobiono z tego niebywałą historię…” – tak kiedyś skomentował Jarosław Kaczyński spalenie kukły Wałęsy. Te jego słowa, być może, tłumaczą dzisiejszą opieszałość w ściganiu narodowców z Katowic.
Premiera nie było
To znamienne! Premier Olszewski odciął się od „marszu na Belweder” w roku 1993. Nie było go tam. Mimo że marsz zorganizowano dla upamiętnienia upadku Jego rządu. I na potrzeby tworzenia mitu założycielskiego prawicy Kaczyńskich.
Szkoda, że każdy kolejny mit PiS-u ma w tle ludzki dramat. Śmierć każdego człowieka wymaga refleksji. Zadumy. Dla niektórych – modlitwy. Współczucia dla rodziny. Bliskich.
Jan Olszewski był cenionym prawnikiem. Obrońcą represjonowanych w latach PRL-u. Człowiekiem wysokiej kultury i uczciwości. Ale nie zapisał się na kartach historii jako wybitny premier polskiego rządu. Wykorzystywanie Jego śmierci do pisania na nowo historii tamtych lat – jest po prostu niegodziwe.

Straszenie po francusku Recenzja

Za ojczyznę literatury grozy, opowieści niesamowitych czy literatury fantastycznej (określenia te bywają używane zamiennie, nie zawsze trafnie) uchodzi Anglia M.G. Lewisa, H. Walpole, Ann Radcliffe, choć to w literaturze niemieckiej, zwłaszcza od czasów E.T.A. Hoffmana, jest autorów tego gatunku najliczniejszy zbiór. Ameryka dała literaturze grozy wielkiego Edgara Allana Poe i wybitnego Ambrose’a Bierce, jak też bliższego nam chronologicznie Lovecrafta czy całkiem współczesnego Stephena Kinga. Rosja – m.in. Mikołaja Gogola, Fiodora Dostojewskiego czy Lwa Tołstoja, którzy parali się z powodzeniem tym gatunkiem. Także w literaturze polskiej jest całkiem pokaźny zbiór prozy fantastycznej, ze Stefanem Grabińskim czy jego antenatami w rodzaju Jana Potockiego, Henryka Rzewuskiego, Karola Libelta, Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, Józefa Bohdana Dziekońskiego, Sygurda Wiśniowskiego, Ludwika Niemojowskiego, Józefa Korzeniowskiego, Bolesława Prusa i innych. Ich utwory nowelistyczne ukazały się w „Antologii polskiej noweli fantastycznej” przygotowanej w 1949 roku przez Juliana Tuwima, w oparciu o którą ukazało się później kilka podobnych, poszerzonych zbiorów. Utwory z gatunki fantastyki można znaleźć także w twórczości Henryka Sienkiewicza czy Władysława St. Reymonta, a warto też uwzględnić takie elementy w twórczości romantyków, Adama Mickiewicza („Ballady i romanse”, „Dziady”) czy Juliusza Słowackiego („Balladyna”). Racjonalistyczna Francja nie była glebą aż tak żyzną dla niesamowitości jak bardziej do niej skłonne, emocjonalne i obdarzone mroczną wyobraźnią żywioły słowiańskie, niemieckie czy amerykańskie, co wszakże nie oznacza, że i w jej literaturze nie ma pokaźnego, bardzo interesującego nurtu literatury niesamowitej. Jemu właśnie poświęcony jest wydany przez PIW zbiór „Opowieści niesamowite. Literatura francuska”. W bardzo interesującym wstępie do tego tomu, autor wyboru Jerzy Parvi nakreśla historię tego nurtu we Francji, nurtu, który zainicjował w 1722 roku Jacques Cazotte swoim „Diabłem zakochanym”. I oto okazuje się, że to Cazotte był inspiratorem dla Lewisa czy Hoffmana a nie odwrotnie. Parvi interesująco pokazuje rozwój gatunku w literaturze francuskiej, pojawianie się kolejnych ujęć, motywów, od postaci diabła, czarnej magii czy pogranicza snu i jawy aż po formy bardziej wyrafinowane u schyłku XIX wieku. „Powstawała nowa konwencja: wpleciona w świat realny fantastyka balansująca w stronę dziwności lub w stronę cudowności” – pisze Parvi. Przytacza też opinię znawcy gatunku, Rogera Callois, który twierdził, że „rozwijał się on w Europie dopiero wtedy, gdy utrwalał się pod wpływem oświecenia światopogląd racjonalistyczny. Albowiem tylko w takiej sytuacji czytelnik jest w stanie uświadomić sobie w pełni fakt wtargnięcia obcego elementu w racjonalny porządek rzeczy, pisarze zaś potrafią ten fakt artystycznie zdyskontować”. O ile Cazotte był twórcą z epoki klasycyzmu i to w jego rokokowej odmianie, to twórcy prozy niesamowitej, która wybuchła mniej więcej sto lat później (Charles Nodier, Gerard de Nerval, Honoré Balzac, Prosper Merimée, Théophile Gautier czy Jules Barbey d’Aurevilly) tworzyli w aurze romantyzmu, z jego upodobaniem do niesamowitości, dziwności, cudowności, okultyzmu, magii, itd. Każdy z nich tworzył w odmiennej poetyce, ale też inny miał stosunek do niesamowitości. N.p. Merimée, najsławniejszy nowelista epoki romantycznej podsuwał czytelnikowi wybór między percepcją racjonalną a irracjonalną. Z kolei realista Balzac traktował niesamowitość jako formę twórczej odmiany, odpoczynku od żmudnego portretowania kolejnych warstw społeczeństwa francuskiego epoki Restauracji, więc pławił się w niej jak w szampanie, raczej poluzowując niż powstrzymując wodze fantazji. Jednocześnie jednak fantastyka Balzaca była silniej niż u innych autorów podszyta warstwą filozoficzną i mocno nasycona aspektem modnego wtedy iluminizmu. Nawias francuskiej prozy fantastycznej inspirowanej romantyzmem zamyka Théophile Gautier, który znacznie rozszerzył katalog tematyczny fantastyki. Po Gautierze francuska fantastyka wchodzi na nowe tory, uwarunkowane pojawieniem się scjentyzmu i pozytywizmu Comte’a i Renana. Pojawia się nowy, mniej naiwny, za to bardziej skomplikowany model bohatera, często człowieka zbuntowanego, a okrucieństwo, zło, perwersja przestają być uważane za curiosum, lecz za immanentne atrybuty skażonej natury człowieka. Te nowe tony, czerpane niejednokrotnie od Baudelaire’a, podszyte nowego rodzaju niepokojem duchowym i metafizycznym widoczne są wyraźnie w opowiadaniach Barbeya d’Aurevilly i Villiersa de l’Isle-Adam. W tym ostatnim widać prefiguracje symbolizmu, w tym poezji Stephane Mallarmé i Paula Verlaine, a także ton satyryczny, nowy w tym gatunku. Wybitne opowiadania fantastyczne naturalisty Guy de Maupassanta świadczą o żywotności tego gatunku w warunkach na pozór mu nie sprzyjających. Jednak Maupassant traktuje fantastykę zupełnie inaczej, w duchu epoki i kierunku, który reprezentuje. „Fantastyka autora „Horli” jest jednym z aspektów jego realizmu” – zauważa Parvi. Ma swoje źródło w fizjologii, a wiec w przyrodzie, a nie w metafizyce i zaświatach. „Pierwiastek nadprzyrodzony opada jak jezioro, którego wody odpływają kanałem, wiedza z dnia na dzień zacieśnia granice cudowności” – mówi jedna z postaci z nowel Maupassanta. Po jego śmierci nurt fantastyczny w literaturze francuskiej niemal zanika i występuje już tylko, jak u Anatole France’a jako atrybut konwencjonalny czyli umowny. Zbiór kończy opowiadanie Apollinaire’a „Zniknięcie Honoriusza Subraca”, będące egzemplifikacją zupełnie nowego, pastiszowego, dalece zdystansowanego podejścia do gatunku. Problematykę wstępu wzbogaca i pogłębia w posłowiu Maciej Płaza. Zwraca on uwagę n.p. na silną obecność erotyzmu w nowelistyce fantastycznej, często w formie frenetycznego, perwersyjnego pożądania i uwodzenia (często pojawiająca się postać Don Juana). Intensywny erotyzm zdaje się być elementem, motorem fatalizmu i mistycyzmu powodującego postępowaniem bohaterów, a często prowadzącego ich do zguby. Płaza zauważa też rolę religii chrześcijańskiej w ich życiu, często jako siły niszczącej, opresyjnej, rygorystycznej, mrocznej, krępującej wolność (częsty motyw posępnego mnicha, postrzeganego niemal jako posłaniec sił mrocznych czy okropności inkwizycji). Na zasadzie kontrastu pojawia się niejednokrotnie pochwała starożytnego poganizmu jako bardziej ludzkiej i pogodnej formy religii. U niektórych autorów (n.p. Gerard de Nerval – „Zaczarowana ręka”) pojawia się farsowy kontrast między światem cudowności i fantastyki a ciągnącą je w dół pospolitości trywialnością życia. Akcentuje też autor posłowia charakterystyczną dla francuskich pisarzy fascynację scenerią krajów południa (Hiszpania, Grecja, Włochy) jako szczególnie żyznym podglebiem dla niesamowitości i wybujałego erotyzmu. Magia, czary, okultyzm, magnetyzm, metempsychoza, hipnoza, egzorcyzmy, alchemia, wędrówka dusz, czyśćcowe dusze, mistycyzm, cudowność, halucynacje, opętanie, lunatyzm, upiory, duchy, zjawy, gnomy, mary senne, to tylko niektóre z licznych motywów charakterystycznej dla literatury fantastycznej, niesamowitej. Jednak najbardziej charakterystycznym motywem jest obecność diabła: „Francuska nowela niesamowita XVIII i pierwszej połowy XIX wieku to opowieść o walce z diabłem, walce sił światła i ciemności o ludzką duszę” – zauważa Płaza. Tyle, że czasem ten diabeł, jak w „Melmoth pojednany” Balzaca jest zewnętrzną wobec człowieka, odrębną, samoistną rzeczywistością, a czasem jak u Villiers de l’Isle-Adama – integralną częścią natury każdego człowieka, mieszkańcem jego wnętrza. Kto jednak niekoniecznie pasjonuje się tymi naukowymi klasyfikacjami literaturoznawczymi i intelektualnymi destylacjami gatunkowymi i tak będzie miał satysfakcję z lektury tego wspaniałego literacko, a u wrażliwych mogącego wywołać momentami nawet gęsią skórkę zbioru.

 

„Opowieści niesamowite (1). Literatura francuska”, przekład m.in. Tadeusz Boy – Żeleński, Julian Rogoziński, Joanna Guze i inni, wybór i wstęp Jerzy Parvi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018, str. 469, ISBN 978-83-06-03516-2.