Jak pożyczasz, to oddawaj

Na listach dłużników można się u nas znaleźć szybciej, niż to sobie wyobrażamy.

W Polsce działa sześć głównych baz dłużników, do których możemy trafić. jak nie zapłacimy w porę tego, co jesteśmy winni. Jak wskazuje BIG InfoMonitor, obecnie łączne zadłużenie Polaków wynosi 71 mld zł. To nieterminowe spłaty pożyczek, kredytów, rachunków.
Chętnie korzystamy z zewnętrznych źródeł finansowania, dzięki którym możemy spełnić różne marzenia.

Życie w bezkredycie

Problemy zaczynają się, gdy mamy kłopoty ze zwrotem pożyczek i klientów. Jedną z przykrych konsekwencji jest wpisanie na listę dłużników.
Firmy prowadzące listy dłużników zajmują się przyjmowaniem, przechowywaniem oraz udostępnianiem informacji o zadłużeniu firm i konsumentów. Każdy niesolidny płatnik może zostać wpisany na taką listę, a inni mogą ten wpis przeczytać.
Wierzyciele, którzy bezskutecznie próbują odzyskać pieniądze od swoich kontrahentów i klientów, zgłaszają nieterminowych dłużników, by zmobilizować ich do szybszej spłaty.
Wpis niesie ze sobą konsekwencje dla osoby, która unika terminowej spłaty zobowiązań. Taki niesolidny dłużnik staje się niewiarygodny w oczach potencjalnych kontrahentów i nie tylko.
Może mieć problem z zaciągnięciem kredytu w banku, ale również z dokonaniem zakupów na kredyt, podpisaniem umowy z operatorem telefonii komórkowej czy w skorzystaniu z leasingu.
Osoba, która jest świadoma tych następstw, będzie starała się spłacić jak najszybciej zaległy dług, aby najkrócej widnieć na niechlubnej liście.

Im szybciej, tym lepiej

Jak podaje Krajowy Rejestr Długów, długi przeterminowane do 3 miesięcy spłacane są z reguły w 75-80 proc. Starsze niż 12 miesięcy – zaledwie w 26 proc. Czas działa więc na korzyść dłużnika, a niekoniecznie na korzyść wierzyciela.
Dlatego, im szybciej wierzyciel wpisze dłużnika na listę, tym istnieją większe szanse, że dłużnik spłaci swoje zobowiązanie.
Wydaje się, że skutki pojawienia się na liście dłużników są szczególnie dotkliwe dla młodych osób, bo mogą utrudnić im funkcjonowanie na rynku finansowym.
Posiadanie bowiem nawet pozornie małej zaległości w terminowej spłacie zobowiązań może być sporym utrudnieniem w kupnie pierwszego w życiu mieszkania na kredyt czy samochodu.
Jeżeli dłużnik nie spłaca obecnych zobowiązań, a stara się o uzyskanie finansowania w kolejnym banku, jest to sygnał dla potencjalnego kredytodawcy, że nie radzi sobie z terminowym regulowaniem należności – więc bank po prostu odmawia udzielenia kredytu.

Niewiele trzeba

Na listę niesolidnych dłużników nie trafiają wyłącznie te osoby, które mają problemy z terminową spłatą pożyczek czy kredytów.
Znajdują się na niej również ci, którzy nie płacą zasądzonych alimentów, czynszu, rachunków za media, abonamentów telefonicznych czy nie regulują opłat za Internet lub unikają zapłaty mandatów.
Osoba fizyczna może trafić na listę dłużników, jeżeli zalega przez przynajmniej 30 dni na kwotę co najmniej 200 zł i gdy minął co najmniej miesiąc od wysłania listem poleconym lub dostarczenia do rąk własnych wezwania do zapłaty z ostrzeżeniem wpisania do KRD czy innego rejestru
Oczywiście, wierzyciel musi posiadać dokument stwierdzający istnienie przeterminowanego zadłużenia.
Warto również być świadomym, że informacje o niesolidnych dłużnikach mogą przekazywać także gminy oraz osoby fizyczne posiadające tytuł wykonawczy.

Każdy wierzyciel może wpisać

Tak więc, na listę może niesolidnego dłużnika wpisać każdy, kto ma uzasadnione podstawy domagać się od niego zwrotu należności. Jednak weryfikacji nie podlega tylko osoba zadłużona, ale i sam wierzyciel, więc nie ma obaw, że dana osoba znajdzie się w rejestrze, mimo że nie zalega ze spłatą jakichkolwiek zobowiązań.
Co więcej, podanie nieprawdziwych informacji przez wierzyciela wiąże się dla niego z konsekwencjami – może to być kara grzywny do 30 tys. zł.
Podstawowym sposobem na wykreślenie z listy dłużników, jest spłata zaległych zobowiązań. Należy wiedzieć, że w przypadku całkowitego uregulowania należności przez dłużnika, wierzyciel ma obowiązek w ciągu 14 dni usunąć jego dane.
Wierzyciel ma również obowiązek na bieżąco aktualizować dane np. o częściowej spłacie należności przez dłużnika czy zmianie jego miejsca zamieszkania, itp.
Co do ochrony danych, to jeżeli dłużnik spłaci zobowiązanie i przestanie widnieć na liście KRD, może mieć pewność, że jego dane zostaną usunięte z rejestru tej firmy. Podobne procedury stosuje pięć innych rejestrów dłużników w Polsce.

Kto zapłaci, ten zniknie

To, że nie prowadzi się archiwizacji informacji dotyczących osób zadłużonych, może być więc dodatkową motywacją dla dłużników, aby w miarę możliwości jak najszybciej spłacić zaległe zobowiązania i przestać widnieć na liście.
Unika się w ten sposób „piętnowania” tych osób, którym kiedyś podwinęła się noga, ale uporali się z problemem finansowym.
Dłużnik może zostać wykreślony z rejestrów jeszcze w innych okolicznościach. Taką sytuacją jest zbycie wierzytelności przez wierzyciela pierwotnego. W tej sytuacji, wierzyciel pierwotny powinien usunąć z rejestru dane osoby zadłużonej w terminie do 14 dni.
Istnieje wyjątek od tej reguły, jeżeli nabywca wierzytelności, np. firma windykacyjna, przed upływem wskazanego wyżej terminu, zwróci się do KRD o dokonanie aktualizacji informacji na temat danych wierzyciela. W takich okolicznościach informacja o dłużniku pozostanie w bazie.
Wraz z momentem uzyskania informacji o zbyciu długu, osoba zadłużona powinna skontaktować się z jego nabywcą – „nowym” wierzycielem i z nim negocjować spłatę zaległego długu.

Na szerokiej stopie

Życie w dużych miastach wielu osobom kojarzy się z wygodą, większymi szansami na rozwój, uzyskaniem lepiej płatnej pracy. Czy zawsze te pozytywy przeważają nad niedogodnościami?

Rzadziej zwraca się uwagę na minusy mieszkania w „city”, a tych nie brakuje.
Codzienne stanie w korkach, smog, mniejszy dostęp do zielonych terenów, to tylko początek listy wad metropolii.
Jak pokazują najnowsze dane zebrane przez BIG InfoMonitor pod koniec ubiegłęgo roku, wprost proporcjonalnie do zarobków mieszkańców polskich aglomeracji, rośnie poziom ich zadłużenia.
Co więcej, aż 1 milion osób nie daje rady opłacać w terminie rachunków i rat kredytów, których łączna suma wynosi prawie 34 mld zł. W tym zestawieniu prowadzi 56-letni mieszkaniec z okolic Rzeszowa, który do zapłaty ma aż 46,8 mln zł przeterminowanego długu.

Miasta wysysają kasę

Niesolidni dłużnicy zamieszkujący największe miasta w Polsce i okolice, stanowią blisko 40 proc. wszystkich Polaków z problemami finansowymi – i to do nich należy prawie połowa wszystkich zaległości w bieżącym regulowaniu należności uzbieranych przez naszych rodaków.
Wśród 13 największych ośrodków aglomeracyjnych, na pierwszym miejscu jest tradycyjnie Warszawa z miejscowościami ościennym – z 9,2 mld zł zaległych płatności. Czyli, suma ta jest większa niż łącznie w aglomeracji wrocławskiej, trójmiejskiej i poznańskiej, gdzie naliczono 207 965 osób niepłacących na czas.
Drugie miejsce należy do aglomeracji górnośląskiej: 4,7 mld zł przeterminowanych płatności z 191 443 niesolidnymi dłużnikami. Na przeciwnym końcu skali ze zdecydowanie mniejszymi kwotami uplasował się region rzeszowski (466 mln zł) i opolski (445 mln zł). Czyli, jest to logiczne – im mniej ludzi, tym mniejsza suma zadłużenia.
Dlaczego mieszkańcy dużych miast są bardziej zadłużeni? To także dzieje się z prostej przyczyny – wyższy standard życia, do którego dąży się w aglomeracjach, oznacza wyższe koszty utrzymania. Te z kolei niestety rosną szybciej niż pensje, nawet osiągane w stolicy, Krakowie czy Katowicach i nie rekompensują wszystkich wydatków. To zresztą bolączka całego kraju – że pod rządami obecnej ekipy koszty życia rosną generalnie szybciej od dochodów. Najdotkliwiej odczuwa się to jednak właśnie w wielkich miastach.
Ciągle rozwijające się miasta przyciągają młodych ludzi, wierzących, że szybko znajdą w nich dobrze płatną pracę, obiecują życie na pewnym poziomie. Ale w zamian trzeba liczyć się z wyższymi niż w innych rejonach Polski cenami mieszkań i domów, cenami najmu, a także pozostałymi kosztami życia, np. stawkami za media i innym podstawowymi opłatami.

Żyje się na kredyt

Już około 20 mln Polaków mieszka w miastach, (czyli ponad 60 proc. naszego społeczeństwa), z czego połowa w największych aglomeracjach – i wszystko wskazuje na to, że ta liczba będzie w przyszłych latach tylko rosnąć. Coraz więcej osób pochodzących z mniejszych miejscowości decyduje się na przeprowadzkę i szukanie pracy w większych ośrodkach.
Metropolie przyciągają pracowników z innych regionów, a ci często decydują się na osiedlenie na przedmieściach dużych miast (co zwiększa ich koszty życia bo muszą dłużej dojeżdżać. W związku z tym, przybywa także osób z długami. Wśród nich znajdują się również i tacy, którzy niestety nie są w stanie wywiązywać się z terminowego regulowania zaciągniętych zobowiązań (czyli mają opóźnienia w bieżącym regulowaniu należności wynoszące minimum 30 dni i na kwotę, która przekracza 200 zł).
Zaległości mieszkańców miast dzielą się na dwie grupy – wynikające z zaciągniętych kredytów i będące efektem innych zobowiązań finansowych.
W obu kategoriach liczby rozkładają się podobnie, ale w przypadku osób mieszkających poza największymi miastami, które mają generalnie mniejszą zdolność kredytową, zdecydowanie przeważają te drugie, pozakredytowe zobowiązania , wynikające np. z nieopłaconych na czas rachunków, pożyczek czy nawet i alimentów.
Z 34 mld zł zaległego długu, jaki posiadają mieszkańcy dużych miast, 49 proc. przypada na problemy ze spłatą kredytów. W mniejszych miejscowościach ten odsetek zmniejsza się do 41 proc. To efekt zaciągania kredytów mieszkaniowych przez mieszkańców miast, zwłaszcza przez przybyszy z mniejszych ośrodków, którzy muszą gdzieś mieszkać, skoro opuścili rodzinne strony.
– Średnia zaległość z powodu braku regularnej spłaty kredytów hipotecznych w miastach dochodzi do 220 tys. zł, a poza nimi przekracza nieco 120 tys. zł. Szczególnie młodzi, żyjący w dużych ośrodkach, mają ambicję „być na swoim” i w stosunkowo niedługim czasie po rozpoczęciu kariery zawodowej decydują się na zakup pierwszego lokum w życiu, oczywiście na kredyt – wskazuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.
I oczywiście pożyczane są większe kwoty niż w przypadku osób chętnych na zakup mieszkania w mniejszych miejscowościach, bo ceny nieruchomości w Warszawie czy innych aglomeracjach są zdecydowanie wyższe. Trzeba także ponosić większe wydatki na utrzymanie własnego M., mieszkając w metropolii.

Młodzi idą (się zadłużać)

Pieniądze są duże, bo średnia cena transakcyjna mieszkania o powierzchni 55 m2 w Warszawie wynosi 454,7 tys. zł. To ponad dwukrotnie więcej niż w Łodzi (212,4 tys. zł). Wysokie ceny mieszkań w stolicy dyktuje wciąż rosnący popyt – ale to nie mieszkańcy Warszawy mają największe zaległości w regularnej spłacie zaciąganych kredytów hipotecznych. Tutaj przoduje Szczecin, gdzie łączne zaległości wynoszą 320 tys. złotych.
Gdy się zaś zaciąga kredyty na zdecydowanie wyższe kwoty, mogą być także i większe zaległości Dane mówią same za siebie: w wielkich miastach średnio na osobę przypada 31,8 tys. zł przeterminowanych zobowiązań, a na mieszkańców mniejszych miejscowości „tylko” 22,3 tys. zł. Tę różnicę także w przypadku kredytów konsumpcyjnych: w dużych miastach i okolicach jest to blisko 27 tys. zł, a poza nimi 17,7 tys. zł.
Kim jest typowy dłużnik z dużego miasta? Największą grupę wśród osób, które mają przeterminowane zadłużenia, stanowią ludzie w grupie wiekowej 35-44 lata – blisko 270 tys. osób.
Co ciekawe, w bazach zadłużonych znajduje się 31 dłużników poniżej 18 roku życia, których łączna kwota zaległości wynosi 365,4 tys. zł. Ponadto, w dużych miastach jest dość duży udział osób starszych w ogólnej liczbie wszystkich zadłużonych, które mają problem ze spłatą swoich zobowiązań. Tam grupa wiekowa 55 plus stanowi ponad 30 proc. dłużników, którzy nie płacą na czas. Natomiast poza największymi miastami, większy jest odsetek osób poniżej 35. roku życia.
Wśród pierwszej dziesiątki najbardziej zadłużonych mieszkańców wielkich miast, pięcioro jest z Warszawy i okolic.

Nie wyjedziecie i już!

Problemy finansowe mogą nasilać się teraz, w okresie ferii, na które najczęściej wyjeżdżają właśnie dzieci miejskie, z dużych ośrodków.
Dwutygodniowa przerwa od zajęć szkolnych wiąże się z dużymi wydatkami, niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na wypoczynek w kraju, czy za granicą. Z danych serwisu Nocowanie.pl wynika, że ceny za noclegi w sezonie, w górach wynoszą średnio od 40 do 80 zł za osobę, co w przypadku 4-osobowej rodziny oznacza wydatek na poziomie nawet 2240 zł za tygodniowy pobyt.
To dopiero początek listy wydatków, do których doliczyć trzeba np. dojazd i koszt zakupu lub wynajmu sprzętu narciarskiego, jeżeli chcemy spędzić urlop aktywnie.
Znacznie więcej zapłacimy za zagraniczny wyjazd w ciepłe miejsce, na co decyduje się coraz więcej Polaków, chcących uciec od zimowych temperatur. Według portalu Travelplanet.pl, to koszt nawet od 3 tys. w górę za osobę. W porównaniu do średnich zarobków Polaków, które wynoszą około 4500 zł brutto miesięcznie, ferie mogą być sporym wydatkiem.
Z raportu Mfind z 2018 r. wynika, że weekendowe noclegi w górskich miejscowościach w Polsce dla czterech osób, razem z dojazdem i zakupem karnetów narciarskich to minimum 1500-2000 zł. Za tygodniowy pobyt, rodzina musi zapłacić już od 3000 zł wzwyż. To nie koniec wydatków, szczególnie gdy doliczymy do nich zakup lub wypożyczenie sprzętu sportowego czy lekcje z instruktorem. Koszty można nieco zmniejszyć i obniżyć do ok. 1000 zł, wysyłając dziecko na tygodniowy, zimowy obóz, organizowany np. przez szkołę, do której uczęszcza.
Nie każda rodzina będzie mogła pozwolić sobie na obciążenie finansowe związane z feriami, gdy domowe budżety często są nadszarpnięte po świątecznych wydatkach. Co więc możemy zrobić, gdy zbliżają się ferie, a w domowej kasie brakuje funduszy? Pozostaje nam spędzić zimowy urlop w domu lub poszukać zewnętrznego źródła finansowania.

Nie bójmy się windykatorów

Fot. Nie jest to wprawdzie stalker taki jak z filmu Tarkowskiego, ale windykatora, jeśli tylko postępuje zgodnie z prawem, nie ma co się obawiać.

 

 

Zdarza się, że próbują straszyć i nękać – ale w rzeczywistości nic nie mogą zrobić. Jeśli czasem bywają skuteczni, wynika to wyłącznie z niewiedzy dłużników.

 

Stalking to stosunkowo nowe przestępstwo określone w kodeksie karnym. Polega na uporczywym nękaniu innej osoby – w tym przypadku dłużnika. Czy w czasie windykacji długu można podnieść zarzut stalkingu?
Dotychczas windykatora można było pociągnąć do odpowiedzialności na podstawie kodeksu cywilnego. Na skutek rosnącej liczby skarg zdefiniowano jednak „stalking” jako nowe przestępstwo, tym razem w kodeksie karnym.

 

Czym jest stalking?

Mówiąc najprościej, stalking to uporczywe nękanie. Będą to zatem wszelkie działania windykatora, które zostaną uznane przez sąd za:
– stałe (mające charakter powtarzalny) – podszyte złą wolą (celowym działaniem).
Istotne jest także odczucie dłużnika, ponieważ to on sam musi złożyć wniosek o ściganie windykatora. Musi wystąpić zatem jednoznaczne poczucie krzywdy na skutek czynności wykonanych w trakcie windykacji.
Nietrudno jednak o fałszywe oskarżenia – dłużnik zawsze będzie uważał, że windykator go nęka, a windykator zawsze będzie zdania, że dłużnik jest po prostu przewrażliwiony. Prawda zazwyczaj leży gdzieś po środku, ale nie zawsze.
Jak zatem ustalić i dowieść przed sądem, że windykator rzeczywiście dopuścił się przestępstwa z artykułu 190a kodeksu karnego, czyli stalkingu? Zacznijmy od podstawy prawnej.

Art. 190a. Stalking. § 1. Kto przez uporczywe nękanie innej osoby lub osoby jej najbliższej wzbudza u niej uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia lub istotnie narusza jej prywatność, podlega karze pozba­wienia wolności do lat 3.
§ 2. Tej samej karze podlega, kto, podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje jej wizerunek lub inne jej dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej.
§ 3. Jeżeli następstwem czynu określonego w § 1 lub 2 jest targnięcie się pokrzywdzonego na własne życie, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

 

Bez dotyku

Jak widać, za takie działania grozi windykatorowi kara pozbawienia wolności – i to niemała. Podstawowy wymiar kary to 3 lata więzienia (zwykle z zawieszeniem).
W sytuacji, gdy dłużnik na skutek uporczywego nękania przez windykatora targnie się – skutecznie – na własne życie, kara pozbawienia wolności wzrasta aż do 10 lat.
Mimo tego zatem, że przestępstwo stalkingu rozgrywa się w sferze właściwie bezdotykowej – nie ma żadnych ran na ciele, nikt nie zostaje pobity – kara jest podobna, jak przy cielesnych krzywdach.
Krzywda wyrządzona na psychice danej osoby jest niekiedy w świetle przepisów równie ważna, jak krzywda fizyczna i nie można jej lekceważyć.

 

Kto może zaskarżyć windykatora? 

Windykatora może zaskarżyć jedynie sam pokrzywdzony, jeżeli rzeczywiście czuje się realnie zagrożony przez działania osoby egzekwującej spłatę długu.
Skarga nie może zatem być wystosowana przez osoby będące świadkami działań windykatora – zmartwionego partner życiowy dłużnika albo jego przestraszone dzieci. Mogą one rzeczywiście zwrócić uwagę dłużnika na to, że windykator posuwa się w swoich czynnościach za daleko, ale nie mają prawa podawać go do sądu. Zgodnie z prawem musi to uczynić osoba podlegająca uporczywemu nękaniu.
Jak mówi wspomniany art. 190a. Kodeksu karnego w paragrafie 4: ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 następuje na wniosek pokrzywdzonego.

 

Jakie działania to już stalking?

W przypadku windykacji niestety trudno o jednoznaczne rozgraniczenie tego co wolno, a co nie, ponieważ część działań windykatora, które wynikają z jego obowiązków zawodowych, jest z zasady wymierzona przeciw dłużnikowi i charakteryzuje się pewną regularnością, na przykład wiadomości muszą być wysyłane codziennie.
Co windykator zgodnie z prawem może zatem robić bezkarnie? Jak przypomina portal Zadluzenia.com, może on wysyłać sms-y oraz e-maile przypominające o spłacie, upominać telefonicznie o terminie spłaty, monitować dłużnika pisemnie.
Problem pojawia się jednak w momencie, kiedy SMS-y zaczynają przychodzić co godzinę, a głos w telefonie jest agresywny i wulgarny.
Często pojawia się też problem: windykator poznał moje dane – czy to znaczy, że dopuścił się przestępstwa?
Takie pytania krążą po różnych forach Internetowych i – zazwyczaj odpowiedzią rzekomych znawców jest przyznanie, że fakt, iż windykator zna nasze dane osobowe, to przestępstwo – a zatem takiego windykatora można zaskarżyć.
Rzecz w tym, że windykator przecież doskonale wie, jak nazywa się dłużnik i gdzie mieszka – w innym wypadku nie mógłby choćby przesłać mu pocztą pisemnego powiadomienia.
A dlaczego ma on prawo dostępu do naszych danych?
Ano dlatego, że jeśli doszło do windykacji, to znaczy, że kiedyś zobowiązaliśmy się do zapłacenia określonej kwoty danej instytucji. Każda umowa pisemna o kredyt lub pożyczkę zawiera zaś klauzulę, że w razie jej niespłacania, dług będzie egzekwowany. To zaś może oznaczać właśnie, że zadanie ściągnięcia długu zostanie przekazane firmie windykacyjnej – razem z danymi osobowymi dłużnika. Wszystkie nasze dane windykator na pewno posiada więc zgodnie z prawem – czyli zgodnie z umową, którą sami podpisaliśmy.

 

 

Czego nie może windykator?

 

1) Upubliczniać informacji o zadłużeniu
Ileż zdarzało się sytuacji – szczególnie w małych miejscowościach – że windykator groził wywieszeniem informacji o zadłużeniu np.: na drzwiach domu dłużnika. Na forach internetowych można przeczytać wiele skarg w stylu: „Windykator powiedział, że jak mnie jutro nie zastanie w domu, to przyklei mi na drzwiach kartkę, że jestem zadłużony. Co robić?”. Radzimy, co robić – przypomina portal Zadluzenia.com – otóż, należy złożyć zawiadomienie o próbie popełnienia przez windykatora przestępstwa stalkingu.

 

2) Przekazywać informacji o zadłużeniu osobom trzecim
Windykator nie ma prawa przekazywać informacji o naszym zadłużeniu komukolwiek – nawet partnerowi dłużnika lub jego dzieciom. Osoba zadłużona ma prawo sama decydować, czy informację tę chce zachować dla siebie, czy podzielić się z kimś swoimi problemami. Jakiekolwiek próby przekazania informacji o zadłużeniu osobie trzeciej podpadają zatem pod zarzut stalkingu.

 

3) Odwiedzać dłużnika po godzinach pracy.
Czyli pukać do drzwi w nocy, przyjeżdżać pod dom w weekendy. Nawet jeżeli windykator nie wejdzie do środka, ale na przykład zaparkuje pod oknem na kilka godzin, by wzbudzić choćby zainteresowanie sąsiadów dłużnika, to działania takie mogą być uznane za przejaw stalkingu.

 

4) Wydzwaniać w nocy
Wykonywanie połączeń w nocy, a tym bardziej głuchych telefonów, jak najbardziej podlega zarzutowi stalkingu. Powiadomienia zgodnie z prawem mogą być wysyłane za dnia, w godzinach pracy dłużnika i – bez specjalnego zezwolenia – jedynie od poniedziałku do soboty.

 

5) Śledzić dłużnika
Niestety zdarzają się skargi na to, że windykator niczym cień posuwa się za dłużnikiem – sprawdza, co ten kupuje, dokąd wyjeżdża, skąd pobiera pieniądze. Takie działania podchodzą pod stalking, ponieważ windykator może kontaktować się z dłużnikiem tylko pisemnie, telefonicznie albo poprzez wysyłanie pisemnych monitów.

 

6) Nękać osób powiązanych z dłużnikiem
Ani dzieci, ani współmałżonka, ani pracodawcy – dosłownie nikogo windykator nie może angażować w nasz problem z zadłużeniem. A już tym bardziej poprzez wysyłanie ponagleń w spłacie. Dłużnikiem jest jedynie osoba związana umową kredytową lub pożyczkową i tylko ona może zgodnie z prawem otrzymywać jakiekolwiek monity ponaglające w spłacie.

 

7) Zastraszać dłużnika
Dotyczy to wszelkich prób szantażu „jak nie zapłacisz, powiemy…/zrobimy…”. Dłużnik musi dokonywać spłaty zobowiązania według swoich maksymalnych możliwości finansowych, ale nie może robić tego pod przymusem zastraszenia, w obawie, że o jego długach dowiedzą się bliscy lub sąsiedzi albo co gorsza – służba społeczna, która zjawi się w domu i odbierze mu dzieci. Takie sytuacje zdecydowanie jednoznacznie wskazują na dopuszczenie się przez windykatora przestępstwa stalkingu.

 

8) Stosować gróźb karalnych wobec dłużnika
Tego nie trzeba chyba tłumaczyć nikomu – groźby karalne są karalne z samej istoty, nie tylko w przypadku windykacji. Groźby karalne to nic innego, jak pisemne lub słowne pogróżki dotyczące popełnienia przestępstwa na szkodę tej osoby albo osoby jej bliskiej. Jeżeli kiedykolwiek otrzymaliśmy taką wiadomość od windykatora, to możemy przedstawić ją jako dowód w sądzie i z pewnością wygramy sprawę o zastosowanie groźby karalnej (dwa lata pozbawienia wolności) albo o stalking (trzy lata pozbawienia wolności).