Państwa jak nie było, tak jest go jeszcze mniej

Prawo od lat stosowane jest nader wybiórczo. „Dobra zmiana” nic w tym zakresie nie zmieniła, z wyjątkiem przestawienia celownika.

W Poznaniu na ulicy Stolarskiej stała kamienica. Tak się złożyło, że znalazł się jej właściciel. Wkrótce na terenie nieruchomości pojawili się dwaj obywatele, podający się raz za jej właścicieli, raz za zarządców, i rozpoczęli remont. Rozkopali podwórze. Wyjęli okna na klatce schodowej i drzwi wejściowe. Skuli tynki na klatce schodowej. Zawalili gruzem wejście do kamienicy. Opróżnili też zajęte przez lokatorów piwnice i tak im jakoś wyszło, że nawet nie uprzedzili ich o tym. Na koniec rozwalili jedną ze ścianek działowych na poddaszu. A po tym wszystkim prace przerwali. Przy okazji remontu dochodziło do zalewania jednego z mieszkań, w skrzynkach pocztowych pojawiały się robaki a na terenie posesji szczury. Dopełnieniem całości było dekorowanie przez ekipę remontującą budynku wstęgami pogrzebowymi z napisem „ostatnie pożegnanie”.

Czyściciele

Obywatelom nadzorującym te działania chodziło, by zamieszkujące kamienicę osoby poszły sobie z niej w cholerę. Ponieważ jednak lokatorzy byli oporni na takie sugestie, wyłączono im wodę i odcięto gaz.

Poznański przykład zachęcił innych obywateli do podejmowania podobnych działań w całej Polsce. Media ochrzciły wykonujących taki fach obywateli mianem czyścicieli kamienic.

Nad losem postponowanych lokatorów załkała cała Polska. W końcu sprawa trafiła do wymiaru sprawiedliwości. Czyścicieli raz skazywano, raz uwalniano od zarzutów. Co w świetle konstytucji dziwić nie powinno albowiem panowie stali na straży tak priorytetowej dla Rzeczpospolitej wartości jak święte prawo własności.

W imię tejże własności można w Polsce robić wszystko. A zatrudniony przez lokatorów papuga może się najwyżej powoływać na przepis zabraniający uporczywego nękania, czyli stalkingu. Ba, papuga może nawet wywalczyć lokatorom, że czyściciele nie zbliżą się do zamieszkiwanej przez nich kamienicy. Tyle tylko, że niczego nie zmieni to w ich położeniu. Wody i gazu mieć nie będą, a po klatce schodowej nawet zimą będzie hulał wiatr.

Ulice

W centrum Krakowa jest ulica Bydgoska. Ludzie zamieszkujący ją tym jednak różnią się od innych obywateli tego miasta, że któregoś nieszczególnie pięknego dnia otrzymali wezwanie do zapłaty za użytkowanie tejże ulicy.

Rachunki były ledwie za ostatnie dziesięć lat. Kwoty nie były może oszałamiające, bo wynosiły od tysiąca do 1800 złotych. Szokiem dla mieszkańców był jednak sam fakt, że istniał tytuł prawny do ich wystawienia. A istniał. Droga była bowiem jak najbardziej prywatna, bo miasto nigdy jej nie wykupiło.

Co można począć z jezdnią i chodnikiem gdy się jest ich właścicielem? Zdawałoby się, że niewiele. Przecież nie kupi tego żaden deweloper bo na środku ulicy nieszczególnie mógłby coś wybudować. Od czego jednak prawo własności? A jeszcze bardziej prawo to połączone z przepisami o bezumownym korzystaniu?

Właściciele 13 arów skorzystali zatem z tego co im przysługuje i pojechali po mieszkańcach ulicy. Efekt był taki jak się spodziewali. Zrobił się szum. Ludzie z Bytomskiej pognali do krakowskiego magistratu i do mediów.
Zgodnie z przewidywaniami posiadaczy świętego prawa, po pół roku dostali co chcieli. Nie ma jednak co sądzić, by przestraszony oskarżeniami o nieudolność krakowski ratusz mógł wiele stargować z zaproponowanej przez uliczników ceny 750 tys. złotych. Postępowania egzekucyjne w stosunku do chodzących chodnikiem i jeżdżących Bytomską były już w toku.

Komórkowcy

W kodeksie karnym jest paragraf 1 artykułu 286, którego główną rolą we współczesnej Polsce jest przyprawianie oszustów o śmiech. Jak tu się bowiem nie roześmiać, gdy czytamy, że „Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.” Już pali licho kredyty we frankach i inne polisolokaty, które wbrew prawu były wciskane jako zwykłe kredyty i ubezpieczenia, a wedle znakomitej części palestry były nie czym innym, jak instrumentami finansowymi, które instytucjom finansowym wolno wciskać tylko klientom, którzy wykazali się pogłębioną wiedzą na temat inwestowania.

Każdego dnia miliony Polaków dostają SMS-y z propozycją skorzystania z wygranej kilkuset tysięcy złotych. Codziennie, ktoś zamawia SMS-em usługi, które nie występują, ale za które operator komórki skwapliwie ściągnie na koniec miesiąca. Ustawa ograniczyła jednostkowe naciąganie nas do 35 zł. Można mieć zatem pewność, że nikt nie pozwie naciągaczy.

Niedozwolone zapisy w umowach, klauzule nieważne z mocy prawa. Owszem, takie pojęcia w zapisach kodeksowych istnieją. Tyle, że przed sądami cywilnymi liczy się tylko to, że klient podpisał umowę. A, że umowa powinna być przez sędziego wyśmiana i wywalona do kosza, bo jest ewidentnym wyłudzeniem i spełnia warunki każdej z liter artykułu o niekorzystnym rozporządzeniu? No cóż – powinna.

Choć nie powinno to nawet trafić przed sąd cywilny, bo psim obowiązkiem prokuratury jest dbać o to, żeby oszuści siedzieli w więzieniu, a nie grasowali w internecie i sieciach komórkowych. Wystarczyłby jeden myk. Tak jak w przypadku pojazdu, czy czegokolwiek z czego przestępca korzysta w czasie przestępstwa, to coś może z mocy prawa przestać być jego własnością. Gdyby zatem zdarzyło się tak, że korzystający z przestępstwa właściciele sieci komórkowych, w których pojawiają się oszukańcze SMS-y popłynęli na jakąś olbrzymią kasę, to sami dbaliby, by nikt tą drogą nie przekręcał. Powód jest prosty. Z każdego złodziejskiego SMS-a operatorzy dostają działkę. Dużą działkę. Są zatem współsprawcami wyłudzenia.

Zablokowane bloki

Na parkingach wielu spółdzielni mieszkaniowych na Śląsku, niewielu kierowców zwraca uwagę na napisane drobnym drukiem informacje na tablicach przy wjeździe. Odczytanie ich z jadącego samochodu jest bowiem niemożliwe. Małe literki informują, że koszt parkowania wynosi 150 zł, niezależnie od czasu postoju. Jeśli ktoś nie ma ochoty zapłacić, parkingowy zakłada mu blokadę na koła. Zdjęcie blokady to wciąż 150 zł. To chyba najcudowniejsze w Polsce połączenie świętości umów, prawa własności i braku jakiejkolwiek sankcji za działanie bezprawne.

Bo prawo do zakładania blokad – a i to w bardzo precyzyjnie określonych sytuacjach – ma jedynie straż miejska i policja.

No i co z tego? Parę lat temu ludzie zaczęli protestować przeciwko zakładaniu blokad samochodowych przez prywatną firmę z Dąbrowy Górniczej. Wymiar sprawiedliwości w większości wypadków, rzecz jasna, umarzał skargi kierowców. Po kilku latach Sąd Okręgowy w Katowicach orzekł, że umorzenie sprawy przez sąd niższej instancji było błędem. A to dlatego, że założenie blokady obniża wartość samochodu i stanowi szkodę dla kierowcy. Znaczy się sąd pochylił się nad własnością w postaci samochodu i przedłożył ją nad własność spółdzielni. Nie zająknął się jednak słowem, że bezprawne działanie mające na celu uzyskanie korzyści materialnej jest wyłudzeniem. Jak widać wyłudzać można, byle tylko nie rysować lakieru.

Wyjazd za normalnością

Niemal wszyscy emigrujący na Wyspy, czy do Niemiec, powtarzają jak paciorek, że mają dość życia w kraju, gdzie nie ma państwa, a prawo chroni złodziei.

PiS zapowiadał, że państwo zacznie być państwem. Bzdura. Zamiast spowodować, że prawo i sprawiedliwość zaczną być egzekwowane, sam zaczął łamiącą wszelkie normy prawne populistyczną rozgrywkę. Taką, która na celowniku zawsze ma kogoś z opozycji. Gawłowski i Nowak, znikąd się nie wzięli. Komisja Jakiego też z reguły nie robiła kuku firmom będącym właścicielami zreprywatyzowanych kamienic, ale gdy pojawiało się nazwisko Waltz, to domagała się 5 milionów zł. Przekręciarze apolityczni lub – Boże broń – wspomagający partię rządzącą, mogą spać spokojnie.

Co zmieniają te wybory?

Być może tak naprawdę dużo mniej, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Pewne jest jednak, że lewica już musi zacząć szykować swój program i przekaz na następne.

I działać przy tym w taki sposób, by zacząć przeciągać na swoją stronę dzisiejszy elektorat PiS. To nie jest niemożliwe. Znaczna część społeczeństwa nie posiada trwałych poglądów, tylko interesy. I dobrze!

Liberałowie nie zdobędą wsparcia ludzi, którzy chcą silnego, opiekuńczego państwa. Ludzie pracy, mieszkańcy małych miejscowości, emeryci i renciści są natomiast do zdobycia przez lewicę, o czym sam się przekonałem, bo gdy kandydowałem – rzecz jasna z lewicowej listy – do parlamentu większość moich głosów była spoza dużego miasta.

Lewica musi być jednak znacznie bardziej przystępna i mniej skoncentrowana na kwestiach obyczajowych… Stawianie się w jednym obozie z PO i pogardzanie wsią, „tamtą połową”, osiem gwiazdek itd. to ostatnie, czego nam trzeba.

Przyspieszenie dobrej zmiany

PiS zrobi teraz repolonizację mediów, rzuci się na sektor organizacji pozarządowych, ataki na LGBTQIA wcale nie osłabną i ofensywa Ordo Iuris przyspieszy. TurboPiS czeka wszystkich.Kaczyński wie, że czasu na robienie nowego porządku i nowego człowieka jest już bardzo mało, bo kolejne wybory są głęboko niepewne.

Szykujcie się więc na ogromną ofensywę PiS, a także uderzenie w pracowników i ich prawa, czy estoński CIT by na stałe zabezpieczyć sobie poparcie właścicieli. Jest też wyzwanie przejęcia elektoratu Konfederacji, więc kolejny atak na prawa aborcyjne jest bardzo możliwy.

Na którymś odcinku uderzenie niechybnie nastąpi – sama tylko strategia bezkompromisowego siania własnej propagandy, choćby były to same kłamstwa, okazała się i słuszna, bo dała 51 procent, i nie tak znowu pewna, bo owe 51 proc. to niewiele w porównaniu z wynikami sondaży sprzed kilku miesięcy.

Dobra zmiana od A do Z

Może nie tyle świata, jak sugeruje tytuł, dotyczy wspólna praca dwojga polonistów i językoznawców, Katarzyny Kłosińskiej i Michała Rusinka, bo dotyczy Polski i to ostatnich czterech lat. W tytule została zasygnalizowana próbka zawartości i problematyki tego leksykonu, słownika, którym jest ta książka.

„Dobra zmiana” to jedna z najgłośniejszych wiodących fraz, które stały się hasłami propagandowymi obecnej władzy. Autorzy stworzyli leksykon, od A do Z, od „Afery” po „Życie”, składający się z około 200 słów zawartych w 69 hasłach, słów zaczerpniętych z mediów elektronicznych, z przemówień, z prasy, z internetu. Każde z nich, tworzące w sumie całościową leksykę, przeanalizowali pod kątem frazeologicznym, kulturowym, funkcjonalnym, emocjonalnym (m.in. jako narzędzie przemocy werbalnej i piętnowania), definiując jego funkcjonowanie w języku oficjalnym i jego przenikanie w różnych kontekstach (na serio i prześmiewczych) do języka potocznego, do internetu, do humoru, etc. Wśród haseł, które znalazły się w słowniku są tak powszechnie znane jak tytułowa „dobra zmiana”, „bez żadnego trybu”, „Bruksela”, „damy radę”, „kasta”, „mordy zdradzieckie”, „Polska w ruinie”, „totalna opozycja”, „wstawanie z kolan”, czy mniej znane i mniej identyfikowalne, jak „astroturfing”, „mabena” czy „ojkofobia”. Są także takie słowa jak „pucz”, „antypolski”, „bojówki”, „suweren”, „układ”, znane i używane od dawien dawna, ale które za czasów „dobrej zmiany” nabrały nowych kontekstów. Ta analiza słowo – i frazotwórczej aktywności propagandy obecnego obozu rządzącego stanowi świetny punkt wyjścia do analizy jej anatomii, jej natury, ducha i sposobów działania. Warto tę książkę starannie przeczytać, choć materię, o której opowiada, chłoniemy z mediów każdego dnia. Warto jednak gruntowniej poznać sens słów, które często przyjmujmy odruchowo, nawet bezrefleksyjnie. Warto też zachować tę książkę jako przyszłą pamiątkę po czasach i strasznych i śmiesznych, a na pewno ciekawych, choć, jak to wyraża sens znanego powiedzenia („Obyś żył w ciekawych czasach”), „ciekawość” ta bywa męcząca, niepokojąca, a nawet złowroga.

Katarzyna Kłosińska, Michał Rusinek – „Dobra zmiana, czyli jak rządzi się światem za pomocą słów”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019, str. 380, ISBN 978-83-240-5925-6

Flaczki Tygodnia

”Bóg, Honor, Ojczyna”.

Ten zwrot często miał powtarzać w czasie swej działalności pan Marian Banaś. Nadal pan prezes Najwyższej Izby Kontroli. I jeszcze.
Prominent partii zwącej się nadal „Prawo i Sprawiedliwość”.
Sztandarowy reprezentant nowych elit „Dobrej Zmiany”.
Dzielny, nowy husarz IV Rzeczpospolitej.
Hektor kaczystowskiej „Konserwatywnej kontrrewolucji narodowo – katolickiej w Europie”.
Zalecany przez narodowo – katolickie media wzór do naśladowania dla „patriotycznej, narodowo – katolickiej” młodzieży polskiej.

„Burdel, Hajs, Lewizna”.

Taką „rycerską” dewizą mógłby posługiwać się pan Marian Banaś.
Bo przedstawione przez media fakty są bezlitosne. W trakcie swej wojaczki dla III RP i nowego państwa pana prezesa Kaczyńskiego ten dzielny husarz nie zapominał o swoich łupach.
Walcząc, skutecznie ponoć, z „mafią VATowską” jednocześnie na co dzień kooperował z mafią sutenerską.
Walczą z przestępczymi przemytnikami przejmował atrakcyjne nieruchomości w Krakowie.
„Okazyjnie” rzecz jasna, jak choćby ową kamienicę w cesarsko-królewskim Krakowie, którą ponoć podarował mu przed śmiercią tajemniczy „kombatant Armii Krajowej”.
I którą pan Banaś zamienił w „Hotel na godziny”, czyli quasi burdel.

„Flaczki” nie są pewne, czy ów „kombatant z Armii Krajowej” istniał naprawdę. Czy był on takim samym bytem, jak ów „bezdomny”, który podarował innemu rycerzowi Dobrej Zmiany, Ojcu Dyrektorowi Rydzykowi, dwa wypasione samochody.
Ale nawet gdyby taki „kombatant AK” istniał, to czy teraz, zapewne przebywając w kaczystowskim niebie, cieszy się, że cały dorobek jego życia pan prezes Banaś w zwyczajny burdel zamienił?

O tym, że burdel równa się hajs, każde dziecko, nawet to wychowane w duchu „narodowo – katolickim”, już z Internetu wie. Ale aktualny pan prezes Najwyższej Izby Kontroli wcześniej nie tylko sutenerski chleb jadł.
Jak każdy szanujący się biznesmen wiedział, że przewidywane dochody trzeba zdywersyfikować, czyli czerpać je z różnych źródeł.
Wszelkie znaki na ziemi i niebie, zwłaszcza przecieki w kontroli skarbowej, wskazują, że pan Banaś regularnie, przez wiele lat „optymalizował swe podatki”.

Ten uczenie brzmiący zwrot, czyli „optymalizowanie podatków”, to liczne sposoby umożliwiające niepłacenie państwu polskiemu należnych mu podatków. Dzieje się tak dzięki sprytnemu wykorzystaniu luk prawnych, co czyni takiego złodzieja podatkowego osobą formalnie bezkarną.
I dlatego pan Banaś, wedle doniesień mediów, takie „optymalizacje” stosował.

Ale liczne, inne udokumentowane zarzuty świadczą, że pan prezes NIK nie tylko wykorzystywał luki prawne. On także prawo mógł łamać wpisując do swych zeznań podatkowych nieprawdziwe korzyści czerpane z najmu swych nieruchomości.
Deklarował wyjątkowo niskie przychody, aby płacić państwu polskiemu jak najniższe podatki.
Deklarował tak niskie przychody, że aż nie chce się wierzyć, iż nie brał reszty należności „pod stołem”. Czyli nielegalnie.

Gdyby jakiś inny obywatel IV RP wpisywał w swe zeznania podatkowe tak rażąco niskie przychody z najmu tak atrakcyjnie położonych nieruchomości, to od razu miałby najazd kontroli skarbowej.
Pan prezes Banaś nie miał kontroli, bo jest urzędnikiem państwowym. Bo w latach 2005–2008 i 2015–2016 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, czyli organie nadzorującym służby kontroli skarbowej. Dodatkowo w latach 2005–2008 i 2015–2017 był szefem Służby Celnej, w latach 2016–2019 wiceministrem w Ministerstwie Finansów, w latach 2017–2019 szefem Krajowej Administracji Skarbowej, a w 2019 ministrem finansów w rządzie Mateusza Morawieckiego. No i teraz nadal jest prezesem Najwyższej
Izby Kontroli.

Dodatkowo pan prezes Banaś to wzorcowy, wręcz kryształowy, działacz „antykomunistycznego podziemia”. W jego oficjalnym życiorysie zapisano, że był „Od 1976 organizatorem kolportażu i kolporter niezależnych wydawnictw w Krakowie i na Podhalu. W latach 1976–1980 jako jeden z założycieli działał w ramach lokalnej Akcji na rzecz Niepodległości. Od 1977 działacz Studenckiego Komitetu Solidarności, od 1978 Instytutu Katyńskiego, w latach 1979–1981 Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Konfederacji Polski Niepodległej, a w latach 1980–1981 Ruchu Młodej Polski.
W latach 1981–1983 odbywał karę pozbawienia wolności za działalność w „Solidarności”. W 1984 współzałożyciel Komitetu Pomocy Więzionym za Przekonania (od 1985 Komitetu Obrony Więzionych i Prześladowanych za Przekonania Polityczne „Solidarności” Regionu Małopolska). W latach 1984–1987 redaktor naczelny podziemnego pisma „Homo Homini”. W 1985 współtwórca Polskiej Partii Niepodległościowej, był też członkiem prezydium rady naczelnej PPN, w latach 1985–1989 pełnił funkcję przewodniczącego PPN na okręg południowy.
I jeszcze w 1979 ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. A rok później studia podyplomowe z zakresu religioznawstwa na UJ. Studiował też filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej.

Czy patriota, teolog, kawaler orderów, działacz z tak wzorcowym życiorysem, może być współtwórcą struktur mafijnych stojących ponad prawem i sprawiedliwością w państwie tworzonym przez partię zwącą się nadal „Prawo i Sprawiedliwość”?

Co wie pan prezes Banaś i jego polityczni przyjaciele o elitach PiS, że nie musi już słuchać wezwań liderów PiS nakłaniających go do „honorowego ustąpienia”?

PS. Z życia opozycji demokratycznej. Na Schetynie siadła Mucha. Czy Schetyna to już polityczna padlina?

Amunicja na wybory jest. A gdzie są armaty?

Żadnych hipotez, żadnych scenariuszy wyborczych, powyborczych. Tylko „tu i teraz”, tylko twarde fakty.

Od czterech lat przedmiotem totalnej krytyki jest reforma szkolnictwa i jej twarz, minister Anna Zalewska. Krytykowali ją wszyscy, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, eksperci i samorządowcy. Minister Zalewska dla wszystkich miała swój telewizyjny uśmiech i żadnych odpowiedzi merytorycznych. Prezentując więcej niż zawodowy optymizm, nie wchodząc w żadne polemiki, minister Zalewska stanowczo i stale twierdziła, że reforma jest słuszna, dobrze przemyślana i policzona – nie generuje żadnych problemów i żadnych kosztów. Tuż przed wejściem reformy w życie Anna Zalewska zdała urząd, wystartowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego, zdobyła ku mojemu zaskoczeniu mandat europosła i nie ma już jej na krajowej scenie.
Reforma Anny Zalewskiej weszła w życie. Jej jedynym głoszonym publicznie uzasadnieniem, było powtarzane jak mantra zdanie : bo tego chcieli obywatele, bo taka była obietnica wyborcza Prawa i Solidarności – a Prawo i Sprawiedliwość dotrzymuje obietnic wyborczych.
Przez cztery lata, przy nieustającym sprzeciwie wszystkich zainteresowanych rząd „robił” reformę. Gdy nastał czas próby i zaczęły się egzaminy do szkół ponadpodstawowych — okazało się, że mamy problem.
Nie będę zajmował się istotą rzeczy, materiałów i informacji dotyczących sprawy jest aż nadto we wszystkich mediach. Chciałbym zająć się sprawą języka ludzi władzy, występujących w mediach i tłumaczących, że żadnego problemu braku miejsc w szkołach dla tegorocznych absolwentów nie ma, a jeżeli gdzieś zdarzają się jakieś trudności, to jest to wynik nieudolności samorządów albo, co jeszcze groźniej wybrzmiało, spisku prezydentów i burmistrzów pochodzących z totalnej opozycji politycznej, która świadomie i celowo stwarza trudne sytuacje naszej młodzieży.
Takie działania to w języku prawa dywersja. Dla ludzi robiących dywersję wobec państwa, wykorzystujących swoje stanowiska służbowe, właściwe miejsce jest w więzieniu. Czekam na odpowiednie ruchy prokuratury i osobiście prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w jednej osobie Zbigniewa Ziobry albo jego zastępcy, jeszcze groźniejszego z wyglądu — Bogdana Święczkowskiego. Albo — albo: jeżeli publicznie głosi się takie oskarżenia wobec wielu samorządowców, to sprawa nie może rozejść się „po kościach”. Skoro za domalowanie tęczy matce boskiej częstochowskiej policja potrafiła z samego rana odwiedzić autorkę tego artystycznego happeningu, to tym bardziej należy spodziewać się zdecydowanych działań w wypadku czegoś, co naprawdę można nazwać sabotażem.
Następca minister Zalewskiej, też nauczyciel, ze swadą zawodowego propagandysty zakłamuje rzeczywistość. W jego wypowiedziach jest tyle słów, że trudno zrozumieć najprostszą sprawę — są kłopoty z przyjęciem do szkoły z maturalnymi uprawnieniami wszystkich tegorocznych absolwentów, mających takie ambicje — czy nie ma takich kłopotów?
Słuchając ministra, można odnieść wrażenie, że żyje on w alternatywnej rzeczywistości — wszystko jest pod kontrolą, państwo działa, każdy uczeń ma zagwarantowane prawo do kontynuowania nauki do określonego prawem wieku, samorządy, które chciały i starały się, nie mają żadnych problemów, ba mają nawet nadwyżki wolnych miejsc w swoich szkołach — a takie, które nie popierają obecnej władzy, sztucznie mnożą problemy z rekrutacją, licząc na to, że wpłynie to na wynik zbliżających się wyborów.
Odnotować jednak trzeba słuszne działania rządu — zastępca innego ministra, który z rozbrajającą szczerością zaproponował, aby uczniowie, dla których zabrakło miejsca w wybranej szkole, poszukali sobie szkoły za granicą, nie jest już wiceministrem. To dobry sygnał — bez względu na to od kogo wyszedł — ten wniosek o dymisję.
Dymisji minister Zalewskiej nie doczekamy się, jako że za zgodą samego Prezesa wszystkich Prezesów zasiada w Parlamencie Europejskim. Można jedynie zastanawiać się, czy gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się po tym, co dzieje się teraz w polskich miastach, to Anna Zalewska uzyskałaby mandat, czy jednak nie? Ale to już tylko takie puste pytanie.
Skoro nie będzie dymisji minister Zalewskiej, trzeba na wszelkie sposoby doprowadzić do tego, aby dymisję otrzymało całe Prawo i Sprawiedliwość jako formacja rządząca. To w rządzie PiS-u Zalewska była bowiem ministrem, to ten rząd firmował tę reformę.
Jak dotąd w mediach przebija się narracja rządowa, że nie ma żadnych kłopotów z rekrutacją, a jeżeli gdzieś występują jakieś kłopoty. to jest wina samorządów.
Tak nie może zostać. Nie może być tak, że za absurdalną reformę Zalewskiej zapłacą samorządy, a nie rząd, który wprowadził tą reformę. To jest naprawdę dobre narzędzie do politycznej batalii w kampanii wyborczej, to jest doskonały temat na debaty publiczne z udziałem młodzieży. Mamy pierwsze odnotowane działania młodych ludzi, którzy w starciu z urzędnikami państwa, odpowiedzialnymi za reformę oświaty — na spotkaniach z kuratorami jako przedstawicielami państwa polskiego — dali wyraz swoich uczuć, ocen i poglądów na temat reformy Zalewskiej. Na marginesie: eurodeputowanej, która zgłosiła chęć zajmowania się w PE sprawami ochrony środowiska, nie oświaty i szkolnictwa. No comment!
Innym przykładem nieudolności obecnej ekipy rządzącej Polską jest to, co dzieje się z lekami. Problem narastał od dawna, nikt nie może tłumaczyć się, że to stało się nagle, ani tłumaczyć, że to problem wielu krajów. To prawda, kryzys lekowy narastał, jego korzenie są poza krajem, ale tym bardziej jest konieczne, aby rządzący powiedzieli, co robili, aby przygotować się do niego. Nie może być tak, że różnice w ocenie ilości brakujących leków pomiędzy ministrem zdrowia a przedstawicielem nadzoru farmaceutycznego sięgały 100%. Powiedzenie, że to nie apteka — nie ma tu zastosowania.
Zdrowie i życie to poziom potrzeb podstawowych. Zagrożenia w realizacji tych potrzeb wyrzucały zawsze rządzących z siodła. W kampanii wyborczej trzeba zderzać zapewnienia i plany rządu o darmowych lekach dla seniorów z brakiem podstawowych leków na nadciśnienie czy cukrzycę.
To dobry przykład na państwo PiS w działaniu. A nie w gadaniu, które im wychodzi dużo lepiej.
Logika władzy jest taka, że szans na szybką dymisję ministra zdrowia tuż przed wyborami nie ma. Jego zdymisjonowanie byłoby przyznaniem się do winy, a tego żadna władza nie robi. Ale opozycja ma amunicję.
Pytanie — czy ma działa? I czy umie strzelać?

Rydzyk kontra dobra zmiana

Znany biznesmen i potentat medialny, redemptorysta Tadeusz Rydzyk, dotychczas wierny stronnik Kaczyńskiego, obsztorcował rząd. Oskarżył polityków PiS m.in. o to, że „zostawiają katolicyzm za drzwiami”, gdy wchodzą do parlamentu czy urzędów. Nie podoba mu się też narracja państwowych mediów. „Ten marksizm mocno idzie” oraz „coś obrzydliwego puszczają w TVP” można było usłyszeć podczas wczorajszej mszy..
Wnioski, które przedstawił o. Rydzyk, jeden z najważniejszych fundamentalistycznych liderów w Polsce, mogą wzbudzać niepokój przy Nowogrodzkiej w Warszawie. Wieczorna msza XXVIII Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę, która zainaugurowała wczoraj (14 lipca) wspólną wycieczkę sympatyków toruńskiej rozgłośni, miała bardzo stanowczy i cokolwiek krytyczny przekaz.
Rydzyk wprawdzie pochwalił rządzących za transfery socjalne, ale zaznaczył od razu, że brak jest proporcjonalnej dbałości o „ducha narodu”, o którego to także „trzeba walczyć”. Powiedział też, że jest „za tym co jest dobre, ale nie wszystko jest dobre i ta dobra zmiana nie jest taka całkiem dobra”. Wierni reagowali brawami i entuzjastycznymi okrzykami.
Redemptorysta dał Kaczyńskiemu i jego stronnikom wyraźny sygnał, iż w obliczu zbliżających się wyborów muszą wykazać zainteresowanie zgłaszaną przez niego problematyką i poradził, by nie obawiali się dalszej izolacji Polski na arenie międzynarodowej. Z pewnością można to też odczytywać jako sygnał, iż Rydzyk chętnie udostępni swój autorytet przywódcy katolickich integrystów oraz swoje platformy medialne dla celów stosownej agitacji, ale trzeba się z nim bardziej liczyć.
„Teraz wybory się zbliżają, nie wiem co będzie z tymi naszymi sprawami. Ja wiem, że może nie wszystko na raz można, ale co? Że w Brukseli powiedzą? Myśmy przeżyli najazd szwedzki i radziecki przeżyliśmy i nie daliśmy się” – konstatował Rydzyk.
Szef Radia Maryja wezwał także do wdrażania teokratycznego modelu państwa; główni decydenci mają kierować się swoim katolicyzmem przy podejmowaniu działań politycznych. Poza tym wskazał, iż w systemie nauki i oświaty czai się mroczne widmo „ateizmu marksistowskiego”, który „sączony” na wyższych uczelniach prowadzi studentów do odejścia od wiary.
„Jesteśmy katolikami, to i w rządzie trzeba być katolikiem, i w parlamencie, i w urzędach trzeba być katolikiem, a nie zostawiać katolicyzmu za drzwiami. I o taką Polskę chodzi. Bo to jest wielki dramat – ten marksizm idzie bardzo mocno, również w Polsce. Dzieci idą na uniwersytety i bardzo często wychodzą niewierzący. Dlaczego? Bo jest sączony ten ateizm marksistowski, bardzo sprytnie” – objaśnił.
Najcięższym zarzutem był chyba jednak ten wobec kontrolowanej w sposób totalny przez PiS telewizji publicznej. Rydzyk twierdzi, że emitowane są tam treści, które „uderzają w rodzinę”.
„W telewizji publicznej za pieniądze Polaków i katolików puszcza się filmy, które źle przedstawiają rodzinę, wzorce złe, rozwód za rozwodem, partner za partnerem, geje i inni, LGBT. Coś obrzydliwego puszczają w TVP. Jaka to dobra zmiana?” – pytał wzniosłym tonem.
Podczas mszy prowadzonej przez Rydzyka nie mogło też zabraknąć elementów standardowych, czyli peroracji o trwającej „walce z kościołem na całego” oraz szczucia na kobiety. Duchowny wezwał do wycofania podpisu pod tzw. konwencją stambulską, dotyczącą zapobiegania i zwalczania przemocy domowej.
„Konwencja stambulska jak nie będzie odwołana, to co będzie? Będą wchodzić gorzej jak nóż w masło, takie nie w lodówce. A nie odwołali tego – to Platforma wprowadziła i PSL, a ci nie odwołali. Dobrze, że jest 500 plus, dobrze, że są pieniądze na chleb, ale chleb to nie wszystko” – nawoływał toruński fundamentalista.
Wartym odnotowania wydaje się również wezwanie, które wystosował dyrektor Radia Maryja, by wierni czym prędzej dokonali zbiórki 5 mln zł. Podczas pielgrzymki poświęcony zostanie bowiem nowy telewizyjny samochód transmisyjny wart właśnie tyle, a zakupiony z pożyczki.

Przypowieść o Pawle

Parę lat temu straciłem wygodną robotę, która nie dawała mi żadnej satysfakcji, ale dawała mi pieniądze. No i wiedzę. Czyli w sumie jakąś satysfakcję jednak dawała. Ale jak to mówią spece od kołczingu, pozbawiono mnie mojej cieplutkiej strefy komfortu, w której tkwiłem przez ponad dekadę. W międzyczasie dano mi do zrozumienia, że muszę przejść na samozatrudnienie, jeśli chcę w tej strefie jeszcze trochę pozostać. Rok się tak przemęczyłem, jako jednoosbowa działalność… Mój kolega z kapeli, który swego czasu mieszkał na wsi pod Warszawą, opowiedział mi niedawno pewną, pouczającą historię. Pewnego, ciepłego wieczora zorganizował w domu pod miastem imprezę, na którą zjechało się bardzo dużo ludzi. Napatoczył się też, z braku lepszego pomysłu na życie, Paweł, sąsiad, nieszkodliwy schizofrenik, lat ok.40, mieszkający od zawsze z matką. Kiedy skończyła się wódka, kolega dał Pawłowi parę groszy i wysłał go na „metę” po następną flaszkę, gdyż sklep był już nieczynny, a zapasy dawno wyszły. Paweł poszedł, towarzystwo czekało…ale się nie doczekało. Nazajutrz mój kolega spotyka Pawła pod płotem, przy obejściu. Zapytuje go, co się stało. Nic-rzecze tamten. A gdzie pieniądze, gdzie wódka? Ot, odpowiada Paweł, jak wracałem z flaszką, to nie chciało mi się już do was zachodzić, więc poszedłem do domu, a wódkę wypilim właśnie z matką do śniadania. Rząd, ustami premiera, obwieścił właśnie, że każdy obywatel do 26 roku życia, który pójdzie do pracy, będzie zwolniony z podatku. I to jest w tej bajeczce ta kasa na wódkę od mojego kolegi. Niemniej, jak ktoś wpadnie na pomysł, żeby dokonać na swojej osobie samozatrudnienia, nawet przed ukończeniem 26 lat, z podatku zwolniony nie będzie. I to w tej historii jest właśnie pan Paweł, który co prawda po wódkę poszedł, ale już nie doniósł. Niewiele później, dało się usłyszeć, już nie z ust premiera, a z wrażych mediów, że rząd planuje od 2020 r. podnieć składkę ZUS dla biznesu. Z 1300 prawie, która obowiązuje dziś, do 1500 zł. Argumentuje to potencjalnym wzrostem płac. Jak mniemam, finał będzie taki, jak w historyjce o Pawle i wódce-nie dość, że przedsiębiorczy, młody człowiek, który ma pomysł na własny interes, nie dostanie podatkowej wolnizny, to jeszcze, jak skończy mu się „mały ZUS” dostanie domiar z „dużego”. Innymi słowy, państwo ustami swoich najlepszych synów (czyt. pan Paweł) pije szampana (czyt. wódkę), na którą zrzucili się mali przedsiębiorcy (czyt. mój kolega ze wsi pod Warszawą).
Pojechaliśmy w bożociałowy łykend grupą koleżeńską nad jezioro kołowy Iławy. Spędziliśmy naprawdę urocze chwila z dala od miasta, a co najważniejsze, od innych ludzi, w zupełnej niemal głuszy. Do „gieesu” chodziliśmy z dziećmi na piechotę, polną dróżką, jak drzewiej. Dzień po tym, gdy zakotwiczyliśmy nad jeziorem, dojechali do nas znajomi, którzy akuratnie bawili na monciaku w Sopocie od dwóch dni wcześniej. Opaleni, szczęśliwi, lekko skacowani. Pytamy więc, jak było. Nie no, super, rewelacja. Mnóstwo ludzi, ukrop jak w piekle, przepełnione knajpy, śnięta, mrożona ryba, ciepłe piwo…ale za to drogo!

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Racja stanu: wersja „dobrej zmiany”

Jak można zaszkodzić na arenie międzynarodowej Polsce i Polakom? Prezentując ignorancję i tromtadrację jako rację stanu – pisze o zachowaniu Andrzeja Dudy Henryk Szlajfer, ekonomista i politolog, mianowany przez premiera RP Jerzego Buzka ambasadorem ad personam, były ambasador-szef Stałego Przedstawicielstwa RP przy OBWE, MAEA i innych organizacjach międzynarodowych w Wiedniu, w 1968 roku wraz z Adamem Michnikiem relegowany z uczelni za działalność opozycyjną.

Wśród wielu ekspertów w takiej działalności, wyłonionych przez „dobrą zmianę”, znajdujemy również panów Andrzeja Dudę, prezydenta RP, oraz Mateusza Morawieckiego, premiera rządu polskiego. O działalności drugiego innym razem, wystarczy tylko przypomnieć, że w swoim wystąpieniu na prestiżowym New York University zapewnił publiczność, że w trakcie II wojny światowej Polacy uratowali ok. 300 tys. Żydów. Że ten szacunek, aby zbliżyć się do historycznej rzeczywistości, należy podzielić co najmniej przez 5, to już detal. Reakcja była do przewidzenia: wzruszenie ramion. Zaś kilka dni temu w retorycznym zapale premier zapisał Polaków (tylko tych z PiS-u i PiS popierających) do grona spadkobierców starożytnych Greków (powstrzymujących, w domyśle, jak pod Salaminą, barbarzyńskich Persów, czytaj: nie-PiS).
Prezydent Duda jest zdecydowanie bardziej kreatywnym politykiem, gdy chodzi o kształtowanie na nowo już nie tylko historii Polski, ale również historii porównawczej. Jakiś czas temu błyskotliwie zinterpretował w trakcie wizyty w centrum im. M. Begina w Izraelu historię Powstania w Getcie Warszawskim, nie wymieniając w ogóle nazwy głównego organizatora oporu, tj. ŻOB. Już w Warszawie, 19 kwietni 2018 r., stanął natomiast bez jakichkolwiek problemów czy wahań przed pomnikiem żydowskich powstańców (głównie z ŻOB), na placu ograniczonym z jednej strony ulicą noszącą imię przywódcy ŻOB – Mordechaja Anielewicza. Stał wspólnie z dyrektorem Muzeum Polin, a jakże, którego sekuje jego ideowy i polityczny komiliton – minister kultury. Elastyczność godna podziwu. Natomiast kilka dni temu, w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Donaldem Trumpem, w krótkim bryku z historii stosunków polsko-rosyjskich zawarł również i taką myśl tyczącą komparatystki historycznej: wśród wielu przewag Rosji nad Polską brakuje jednej, mianowicie „uważam, że jest w nas więcej męstwa, my po prostu jesteśmy odważniejsi. Potrafimy walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. Pokazaliśmy to w czasie II wojny światowej pod Monte Cassino, pokazaliśmy to w Powstaniu Warszawskim, w wielu innych miejscach na świecie” (cyt. wedle portalu wPolityce.pl).
Co można powiedzieć na takie dictum? Idiotyzm, ignorancja, arogancja? Zapewne mieszanka wszystkich. Notabene, jak na skali odwagi pan Andrzej Duda, prezydent RP, umieściłby Anglików, Amerykanów, Chińczyków, Serbów, Czarnogórców, ale także Niemców i Japończyków? O Żydów nie pytam, aby nie pogłębiać konfuzji. Jak oceniać poziom odwagi polskich asów lotnictwa, Stanisława Skalskiego i Witolda Urbanowicza, z 18-19 zestrzeleniami w porównaniu z sowieckim asem Iwanem Kożedubem (62 zestrzelania), Amerykaninem Richardem I. Bongiem (40), Brytyjczykiem Jamesem Edgarem Johnsonem (38) czy Francuzem Pierre Clostermannem (33)? O niemieckich i japońskich asach już nie wspominam. Podpowiadam: niech pan, panie prezydencie, raczej nie odpowiada na te pytania i nie pogarsza sytuacji.
Natomiast nie ulega wątpliwości, że Rosjanie, a w istocie Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje, które składały się w latach II wojny na sowiecką armię, jedyne, co mogą zrobić, to popukać się, symbolicznie, w czoło. Z uprzejmości amerykańscy dziennikarze, którzy uczestniczyli w konferencji, milczeniem zbyli rewelacje polskiego gościa. Ci, którzy mają jakie takie pojęcie o dziejach Rosji i Polski, a przede wszystkim o II wojnie światowej, nie kupią takiej beznadziejnie głupiej retoryki. O Stalingradzie czy zapiekłej wręcz obronie Leningradu wie każdy, kto dotyka dziejów wielkiej wojny. Zaś Niemcy testowali na własnej skórze poziom „odwagi” sowieckiego sołdata. Nie trzeba kupować nachalnej poststalinowskiej, putinowskiej propagandy na temat II wojny, aby wiedzieć, że to właśnie odwaga i determinacja tych sołdatów i niedoszkolonych młodych oficerów, którzy ostali się po „czystce” z okresu 1937-39, łagodziła katastrofalne skutki stalinowskiej polityki i dowództwa w pierwszej fazie wojny z Niemcami.
Odwaga, czasami szaleńcza, polskich żołnierzy w armiach na Zachodzie i Wschodzie, w AK i innych ugrupowaniach partyzanckich, nie wymaga potwierdzenia za pomocą nadętych, wręcz żenujących porównań.

Niech żyje V RP

Bo IV RP już pokazała, na co ją stać. Państwo z kartonu nie działa prawidłowo w praktycznie żadnej dziedzinie.

W łoskocie kamieni rzucanych w dinozaury, w hałasie wymyślonych seksafer i łamanych łóżek, w jazgocie wrzasków i pomówień, walą się bliźniacze wieże IV RP, w którą już nikt nie wierzy.

Tutaj już nikt nie wierzy w cokolwiek.

Kościół zajęty deweloperką nie ma czasu i ochoty odnaleźć i potępić księży gwałcących dzieci.
Bratanica żyjąca w cnocie, po raz trzeci przed ołtarzem ślubuje wierność i uczciwość małżeńską. Wuj w ubóstwie żyjący, w butach schodzonych kuśtykając, miliardami obraca.
Bezdomny na ulicy życie kończąc, w akcie ostatniej woli luksusowe samochody, na potrzeby kultu religijnego, zakonnikowi bez grosza przy duszy, pod pałac podstawia.

Z tragicznej katastrofy

ukryty zamach zrobili, a zamach jawnie polityczny w atak choroby próbują zamienić.
Policja zapracowana, prawo otwarcie łamiąc, na lewych zwolnieniach przebywa, a jeśli już do pracy wróci, marsze bandytów ochrania.
W szkołach publicznych więcej lekcji religii niż biologii i historii. Kobiety strachem, groźbą, przekupstwem i kłamstwem do dzieci rodzenia zmuszać wciąż próbują. Sekciarski Instytut ludzkimi sumieniami zarządza.
Premier kwiaty na grobie morderców i renegatów składając, po raz kolejny kłamie z mównicy.
Ten co skarżące się głosy zygot z zamrażarki usłyszał, głosów już urodzonych dzieci i kobiet gwałconych bezkarnie nie słysząc, głosuje za, choć się nie uśmiecha.
Bankierzy na telefon miliardy wybranym rozdają, a za niezapłaconą ratę 15 zł staruszce komornik resztę renty odebrał.

Albo zbudujemy

całkiem inną, nową Rzeczpospolitą, albo nie zostanie tu kamień na kamieniu.

Bóg zapłać

Nie ma większej kary dla przedstawicieli stanu duchownego jak kary materialne, bo nie znam ludzi bardziej czułych na zapach mamony. Sąd w Poznaniu zasądził od tzw. Towarzystwa Chrystusowego milion złotych na rzecz kobiety, która jako 13-latka była więziona i gwałcona przez księdza z tegoż środowiska.

 

Jak na warunki amerykańskie czy irlandzkie ta kwota by nie powalała (tam z powodu wysokości odszkodowań bankrutują parafie), ale jak na Polskę odszkodowanie za taką formę obcowania z Chrystusem ten milion stanowi kwotę bajońską. A skoro niejaki ksiądz Żak, oddelegowany przez Episkopat do zajęcia się pedofilią w zacnych szeregach kapłańskich stwierdził, że nie ma powodu by uważać, że skala pedofilii w kościele katolickim w Polsce jest mniejsza niż w amerykańskim czy irlandzkim, to może się zacząć wielu klechom gotować koło dupy. Trudno dziś przewidzieć, czy po poświęcone miliony staną niebawem w kolejce kolejne ofiary molestowania, ale wykluczyć takiego przebiegu zdarzeń nie można. Korwin-Mikke stwierdził nawet z właściwą sobie szczerością coś, czego sens jest taki, że teraz łóżka księży zaczną się cieszyć szczególnie wielką frekwencją, i tą aktualną i tą retro. Życzę tego Kościołowi kat. w Polsce z całego serca, bo jak wiadomo „res sacra miser”. Będzie to też oznaczało, że będzie worek wart rozporka. W końcu, zgodnie ze znaną formułą kościelną, zapłaci Bóg czyli wierni, bo z czyich datków został w końcu uzbierany ten milion, którego wypłata została zasądzona, na razie nieprawomocnie, jak nie z datków wiernych?

 

Uświęcanie w pendolino

Jestem często pasażerem kolei, w tym składów pendolino. I właśnie pendolino upatrzyli sobie katoliccy kaznodzieje na miejsce indoktrynacji pasażerów. Ostatnio doświadczyłem tego naocznie właśnie jako pasażer. Próbowano mnie tam molestować emitowanymi ze specjalnych ekraników treściami dewocyjnymi, w tym „dziękczynieniami z Maryją i ojcem Pio za spuściznę wiary” z okazji jakiegoś zlotu modlitewnego oraz „dziękczynieniami za spuściznę wiary Czechów, Węgrów i Polaków”. W tym drugim dziękczynieniu zawiera się bezdenna ignorancja jego autorów, ponieważ Czesi są najbardziej zlaicyzowanym narodem w Europie i in gremio nienawidzą katolicyzmu i religianctwa w ogóle jak wściekłej bestii. Przypomina się tu pewien urzędujący obecnie wiceminister sprawiedliwości, który znalazłszy się swego czasu w Czechach w święto Bożego Ciała szukał biedaczek ulicznej procesji aby się do niej dołączyć. Daremnie, jak można się domyślić. Odwracałem oczy od ekranu jak mogłem, ale nigdy nie da się uniknąć choćby chwilowego kontaktu z ekranem. Do celu dojechałem z ponad półgodzinnym opóźnieniem, co jest w PKP niezmienną normą nie od dziś, tyle że miała być „dobra zmiana”. Te dziękczynienia w pociągu nic zatem nie dały, przynajmniej pasażerom.

 

Prawda czasu, prawda ekranu

A skoro o ekranach mowa, to abepe Głódź ofiarował niedawno „pierścień Inki” prezesowi TVPiS Jackowi Kurskiemu w nagrodę „za prawdę”. Na pierścieniu jest napis: „Tak trzeba” „Zaprawdę powiadam wam, że ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział” – chciałoby się dodać formułę znaną z nieśmiertelnego „Misia”, filmu uchodzącego za satyrę na PRL, ale nabierającemu dziś nowej, bardzo świeżej aktualności. Prawda czasu nawiązała łączność z prawdą ekranu także w „Polsacie”. PiS wziął Polsat, bo Solorz ma konieczność dealu z państwem. To, co można było do tej pory jedynie dedukować z treści emitowanych w politycznym serwisie Polsat News i z polsatowskich głównych „Wydarzeń”, przestało być już tajemnicą poliszynela, a stało się faktem publicznie ujawnionym. Pisówka Dorota Gawryluk rządzi już niepodzielnie przekazem treści politycznych. Gdy zobaczyłem kilka dni temu „Wydarzenia” rozpoczynające się od triumfalnego sondażu przedwyborczego zapowiadającego wielkie zwycięstwo PiS, następną wiadomość dotyczącą ogromnej odszkodowawczej dotacji rządu dla rolników, a trzecią o wspaniałym rozwoju polskiej armii, zaś wieczorem „skandalistą” u Agnieszki Gozdyry okazał poczciwy kabareciarz śląski Krzysztof Hanke czyli Bercik z serialu „Święta wojna” zrozumiałem, że „dobra zmiana” wzięła już „Polsat” w swe objęcia. Tylko co na to widzowie? Czy zechcą oglądać TVPiS 2.

 

Pod znakiem Kalego

Większych niż PiS mistrzów politycznej obłudy w Polsce nie ma. Pisowska władza nasyła policję na głoszących hasło „konstytucja” (ostatnio atakują też Ratusz warszawski za przyzwolenie na przyodzianie w koszulkę z takim napisem króla Zygmunta z jego słynnej kolumny), a jednocześnie TVPiS roztkliwia się nad losem plastyka, którego podobno władze miejskie w Warszawie szykanują za wystawienie w miejskiej przestrzeni antyniemieckich billboardów. PiS wciela w życie zjawiska, które George Orwell ukazał w „Folwarku zwierzęcym”. Redaktor Eryk Mistewicz, specjalista od marketingu politycznego uparcie powtarza swoją formułę o dobrze ułożonej narracji, spójnej, atrakcyjnej opowieści jako o najważniejszym narzędziu skutecznej polityki i przynajmniej w odniesieniu do PiS ma pełną rację. PiS wykorzystał wiedzę o ludzkim infantylizmie, w tym w szczególności o infantylizmie Polaków i zbudował narrację, w którą pragnie wierzyć pokaźna ich część. Odwołuje się ona do archetypicznych marzeń i wyobrażeń dziecięcych czerpanych z baśni i bajek o złych czarodziejach i dobrych wróżkach, o złym wilku i czerwonym kapturku, o złych siostrach i szlachetnym, uciśnionym Kopciuszku. Zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie sprawę, jak dziecinne, jak infantylne jest społeczeństwo dorosłych, zwłaszcza w Polsce. Pewien Duńczyk po powrocie z podróży do Polski, zapytany o wrażenia powiedział, że po powrocie do ojczyzny odniósł takie, że z placu zabaw opanowanego przez dzieci z ADHD powrócił do spokojnego biura.

 

O dupę potłuc

Do sondaży nie mam już ani cierpliwości i krzty zaufania. Jednego dnia rządowy CBOS podał, że PiS poszybował do 43 procent, pozwalających mu a poza nim do parlamentu wejdą PO i Kukiz ’15, a następnego Kantar Millward Brown podał, że poza PiS z 38 procentami i PO z 18 procentami, znajdą się w nim jednak także SLD, PSL, a nawet partia Wolność, a Kukiz ’15 akurat nie. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Trudno uwolnić się od wrażenia, że o ile jeszcze 20 czy nawet 10 lat temu wyniki badań opinii publicznej dotyczące preferencji politycznych i wyborczych pełniły niemal wyłącznie rolę termometru, testu informującego o stanie rzeczy, o tyle od kilku lat wykorzystuje się je jako pejcz do bicia przeciwnika politycznego. O dupę można je więc potłuc.

 

Polexit – krok pierwszy.

Pisowska KRS została zawieszona w członkostwie europejskiej struktury do których przynależała. Powiada się, że PiS chce wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej, czemu PiS gwałtownie zaprzecza. Otóż PiS ma poniekąd rację. Nie chce wyprowadzić. Nigdy się o to do UE nie zwróci. Po prostu wykonuje wszystkie niezbędne czynności, żeby w końcu to UE wyrzuciła nas ze swoich szeregów. Chce wyjąć te kasztany z ognia cudzymi rękami i powiedzieć: „To oni”.