Zabawa w państwo

Przeciętny, względnie inteligentny Polak, zarówno dobrego jak i gorszego sortu, czasem czyta jakąś gazetę. Jednak chwiejną orientację w tym, co dzieje się w kraju i na wierchuszkach władzy, czerpie przede wszystkim z telewizji.

W wirtualnej przestrzeni tworzonej przez to medium, żyje w jednym z dwóch, całkiem odmiennych, światów. Jeśli ogląda tylko telewizję państwową, hojnie dotowaną przez aktualny rząd, to nabiera przekonania, że jest dobrze, albo wręcz „idealnie” lub „fenomenalnie” Każde działanie władz kończy się sukcesem, w wielu dziedzinach jesteśmy „najlepsi”, kochamy się i wspomagamy. Z trudem, ale jednak bohatersko, znosimy czarnowidztwo i kłamstwa serwowane przez bezczelną opozycję, wspieraną przez „ulicę i zagranicę”

Jeśli jednak stać go na dostawców telewizji satelitarnej, i może oglądać programy informacyjne prywatnej telewizji TVN, Polsatu i mniejszych stacji, zachowujących jeszcze niezależność, i żyjących głównie z emisji reklam, to obraz otaczającego świata jest zdecydowanie mniej optymistyczny. Sukcesów jest mało, porażek więcej, ceny rosną, firmy padają, państwo jest nadmiernie zadłużone, wirus nas gryzie, a w szczepieniach chroniących przed skutkami jego apetytu mamy normalny, słowiański bałagan.

Prywatne, niezależne media, bardzo przeszkadzają w rozwijaniu zabawy w państwo. Dlatego tez państwo wykupuje je za pośrednictwem paliwowego koncernu Orlen i próbuje obciążyć je dodatkowymi podatkami. Trudno przewidzieć, jaki będzie rezultat tych działań. Przypuszczam jednak, że osłabione media będą gryzły bardziej boleśnie.

Ołowiane żołnierzyki

Słuchając światłych wypowiedzi przedstawicieli aktualnej władzy i z należytą uwagą obserwując podejmowane przez nią decyzje, zwalczam w sobie antypaństwowe wrażenie, że mam nieustannie do czynienia z zabawą w bitwy – z kimś lub o coś. W tych bitwach większość działaczy rządzącego ugrupowania przypomina, zawsze posłusznych, ołowianych żołnierzyków.
Dziwię się, że nikt mi nie proponuje wysokopłatnego stanowiska eksperta lub doradcy w tych zabawach. Mam bowiem niebagatelne doświadczenie.

W latach chłopięcych dysponowałem pokaźną armią ołowianych żołnierzyków i miałem kolegów, których ołowiane armie były jeszcze większe. Ku zaskoczeniu rodziców i nauczycieli, nie organizowaliśmy bitew i zamachów stanu, wykorzystując własne scenariusze. Tak długo grzebaliśmy w bibliotekach szkolnych, aż w końcu znajdowaliśmy opisy takich zdarzeń, o historycznym znaczeniu. Zgodnie z tymi opisami ustawialiśmy nasze oddziały, a potem analizowaliśmy przyczyny, które doprowadziły do określonego wyniku bitwy. Czasem nawet formułowaliśmy konkurencyjne strategie, które mogły go zmienić.
Te zadania były niekiedy przejrzyste i łatwe, jak bitwa pod Termopilami, pod Grunwaldem czy pod Radzyminem, a czasem bardziej skomplikowane, jak odtwarzanie bitwy pod Waterloo, czy walk Maurów z Hiszpanami między Madrytem i Grenadą. Czyli uczyliśmy się przez zabawę, nie wiedząc, że kiedyś będziemy mieli prezydenta o podobnych upodobaniach.

Bawimy się

Mimo różnic w pojmowaniu rzeczywistości, znaczna część Polaków jest przekonana, że ci, którzy kierują obecnie naszym państwem, „chcą dobrze”, chociaż nie zawsze potrafią. Rączki i główki mają słabe, uwielbiają, kiedy ktoś ich chwali, albo robią to sami, ale wspólnymi siłami trzymają nad nami ochronny parasol państwa. Ten parasol, szarpany w lecie przez burze, a w zimie przez śnieżyce, czasem się chwieje, – ale jest i osłania nas przed złośliwościami Europy, nadmiernie kosztownymi objawami miłości z USA i niebezpieczeństwami zagrażającymi ze strony wielkiego sąsiada, rządzonego od wieków przez okrutnych Piotrów i Iwanów, rozpustne Katarzyny oraz przebiegłych Józefów i Władimirów.

Wiara w istnienie tego parasola wielokrotnie była podkreślana w dyskusjach na mojej przyzbie. Totalnie krytykowano jego sprawność i znaczenie. Tonowałem tą krytykę, wskazywałem na obiektywne trudności, na kłopoty głównej rządzącej partii z zaspokajaniem ambicji koalicjantów.
Przyznaję ze wstydem, że ostatnio przestałem być jej nieetatowym obrońcą. Usta skrzywiły mi się w nieustannym, szyderczym uśmiechu. Śmiałem się głownie z siebie, bo zacząłem się obawiać, czy to, co się dzieje w kraju, nie dowodzi, że teraz wszyscy jesteśmy ołowianymi żołnierzykami, ustawianymi tak, jak grającym jest wygodnie.

Słuchając światłych wypowiedzi przedstawicieli aktualnej władzy i z należytą uwagą obserwując podejmowane przez nią decyzje, zwalczam w sobie antypaństwowe wrażenie, że mamy nieustannie do czynienia ze świadomą zabawą w państwo, coraz częściej oderwaną od rzeczywistości.
Mój niepokój zaczął się od momentu, kiedy zauważyłem, że rządząca zjednoczona prawica naprawdę uwierzyła w swoje wyborcze hasło, streszczające się w powiedzeniu „zrobimy dobre zmiany”. Nie przemyślane, skonsultowane, logiczne, postępowe, chroniące wolność obywateli. Tylko „dobre” – nawet bez wskazania, dla kogo. I się zaczęło.

Najpierw był kłamliwy slogan wyborczy, że „przez ostatnie osiem lat” nic nie zrobiliśmy, naród pluskał się tylko w błogim lenistwie i ciepłej wodzie, a władza nielegalnie się bogaciła. Potem zaczął się atak na wymiar sprawiedliwości. „Dobra zmiana” polegała albo na tworzeniu nowych organizmów, albo zmianach kadrowych, zgodnie z zasadą „teraz, ku…a my”. To już w starożytnym Rzymie wiedzieli, że najlepszymi pretorianami gwardii cesarskiej są tacy, którzy nie myślą, tylko słuchają i są posłuszni. Nowe kadry kierownicze, w wielu przypadkach, mają tylko takie zalety.
Zabawa w organizacyjne uzdrawianie sprawiedliwości poszła w trzech kierunkach. Po pierwsze – zapewnienia posłuszeństwa Trybunału zwanego Konstytucyjnym. Po drugie – uzyskaniu możliwości wpływania na decyzje Sądu Najwyższego i stworzeniu w jego ramach izby pilnującej lojalności sędziów wobec władzy. I po trzecie – tłumieniu niezależności sędziów przez „odpowiednią” zmianę składu Krajowej Rady Sądownictwa, zapewniającą m.in. powoływanie „właściwych”, nowych sędziów.

Ta część zabawy w państwo trwa nadal, bo nie uzyskano pożądanych efektów. Ciągle są sędziowie, którzy nic chcą być posłuszni, mimo, że odbiera się im immunitety, aktywizuje przeciw nim prokuraturę i wytacza procesy. Nowa izba w SN pracuje z oporami, bo zarówno inne izby jak i Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu, uznali ją za powołaną wadliwie i niemającą charakteru i uprawnień sądu..

Szczytem ludowej zabawy, w sferze „unowocześniania” wymiaru sprawiedliwości, było i jest, serwowanie narodowi anegdot o nieuczciwości sędziów. Naprawdę nie wiem, jak można wpaść na pomysł tworzenia i publicznego podtrzymywania zarzutów w oparciu o takie „tragiczne” przykłady, jak kradzieże części do wiertarek, kiełbasy, czy 50-ciu złotych. Te humorystyczne historyjki, wielokrotnie opowiadane przez wysoko postawionych przedstawicieli władzy z zasępionymi minami, wprawiały w zachwyt większość narodu, który nigdy w historii nie tracił zbiorowego poczucia humoru.

Aborcja

Rozbawionemu narodowi prawdziwy kłopot zrobił jednak Trybunał, zwany Konstytucyjnym, który orzekł, że kobiety powinny rodzić dzieci, nawet w wówczas, kiedy wiadomo, że płód jest obarczony „nienaprawialnymi wadami”. Spowodowało to zrozumiałe, masowe protesty kobiet i poszukiwanie zgodnych z prawem dróg unieważnienia tego wyroku. Przyspieszyło także spadek zaufania i poparcia dla rządzącej Zjednoczonej Prawicy. Nie można wykluczyć, że przyczyni się też do przyspieszenia wyborów.

Zmiany personalne i ta decyzja spowodowały, że Trybunał stał się również elementem zabawy w państwo. Naród z lubością zaczął go nazywać Trybunałem Julii Przyłęskiej, czyli imieniem i nazwiskiem uroczej jego prezeski. Szef Zjednoczonej Prawicy też uległ jej urokowi, nazywając ją jego „odkryciem towarzyskim”.

Ostatni szczyt zabawy w państwo osiągnęliśmy właśnie, z niezamierzoną pomocą tego szefa. Jest hiperprezesem największej rządzącej partii politycznej, ale przez kilka lat nie chciał pełnić żadnej funkcji w „aparacie władzy”, Ograniczał się do zdalnego sterowania, tworzącymi ten aparat członkami partii. Trochę tak, jak robił to niezapomniany towarzysz Stalin, a także Tito, który na stare lata osiadł na wyspie Brioni i stamtąd usiłował kierować rozpadającym się państwem. My nie mamy takiej pięknej wyspy, więc nasz „prezes prezesów” urzędował tylko na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.

Jak długo można jednak znosić zarzuty, że chce się rządzić, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za popełniane błędy? Hiperprezes miał dosyć ciągłego narzekania na jego pozycję w państwie, i wyraził łaskawie zgodę, na objęcie stanowiska wicepremiera. Bardziej skłonna do zabawy część społeczeństwa pokładała się ze śmiechu. Powstała bowiem dziwna sytuacja – wicepremier jest „ważniejszy” od premiera, którego, jako członka partii, może zganić i z pomocą wiernych poddanych „zdjąć” ze stanowiska. Wicepremier wygłasza, co pewien czas, przemówienia i udziela wywiadów, traktowanych przez media jak orędzia głowy państwa. W tej sytuacji oficjalna głowa państwa niemal zamilkła i zajmuje się głównie pogaduszkami z zagranicą, rozdawaniem odznaczeń i uświetnianiem swoją obecnością patriotycznych uroczystości.

Utrzymanie, współcześnie nieznanego w innych krajach, stanowiska „nieetatowego autokraty” drogo nas kosztuje. Najbardziej widowiskowe, i zapewne najbardziej kosztowne, pokazy troski o jego dobry nastrój i bezpieczeństwo organizuje nasza „profesjonalna” policja. Kilkadziesiąt samochodów policyjnych i kilkuset policjantów pilnuje ulicy, na której autokrata raczy mieszkać. W czasach powojennych nikogo nie otaczano tak szczelną ochroną, mimo, że pierwsi sekretarze, prezydenci i premierzy nie wszystkim się podobali. A przed wojną, kiedy jeszcze żył Piłsudski i rezydował w Sulejówku, zastanawiając się nad celowością przeprowadzenia majowego zamachu stanu, ochraniało go dyskretnie kilku zaprzyjaźnionych oficerów z I Brygady Legionów. Widocznie „my naród”, jesteśmy teraz zarówno bardziej przestraszeni, jak i niebezpieczni.

Modlitwa, taniec i śpiew

Ostentacyjna pobożność działaczy rządzącej partii, łącznie z tymi, którym powierzono kierowanie państwem, jest także specyficznym rodzajem zabawy. Wzajemne zrozumienie instytucjonalnego kościoła katolickiego i administracji państwowej może mieć więcej zalet niż wad. Problem w tym, że na „wysokich szczeblach” tylko nieznacznie przekracza ono europejskie zwyczaje. Za to, w ramach zabawy w państwo, rozwijane są nadzwyczaj bliskie kontakty z pewnym zakonnikiem, zapobiegliwie tworzącym imperium biznesowe. Także i ta część zabawy często przybiera formy rozrywkowe, sprawdzające m.in. umiejętności taneczne i wokalne osób „trzymających władzę”. To budzi radość obserwatorów, ale jednocześnie zmusza uczestników do pokrywania wysokich kosztów udziału w takich imprezach. Zakonnik jest bowiem mistrzem wypompowywania potrzebnych mu środków, z różnych działów budżetu państwa.

Napady śmiechu przerywanego płaczem wywołuje także zabawa w narodowe szczepienie przeciwko COVID19. Znam 95-latków dotychczas (10 luty) niezaszczepionych i 30-latków zaszczepionych mimo, że nie podejmowali żadnych starań. Internet i słynny telefon 989 przyjmują zgłoszenia np. 70-latków, ale później w ogóle się nie mają z nimi kontaktu. Potencjalny pacjent nie wie, czy komputery go zgubiły, czy w ogóle został zarejestrowany, czy szukają dla niego szczepionki 200 km od miejsca zamieszkania, czy ma ponawiać zgłoszenie?

W tej zdrowotnej części zabawy w państwo, najbardziej ciekawe nie są nawet zakupy niedostarczonych respiratorów, ale brak wyobraźni w zakupach szczepionek. Tych najbardziej znanych zamówiliśmy za mało. Szukamy uzupełnień. Parę dni temu ogłoszono, że rosyjska szczepionka Sputnik V jest bardzo dobra, ma skuteczność powyżej 90-% i nie wymaga przechowywania i transportu w bardzo niskich temperaturach. Jesteśmy jednym z najbliższych sąsiadów i moglibyśmy kupić poważne ilości tej szczepionki, po relatywnie niskiej cenie. Ale nawet nie próbowaliśmy. I „nie rozważaliśmy” – jak powiedział ostatnio odpowiedzialny za walkę z wirusem członek rządu. Dlaczego? Bo nasze państwo i część ludności nie lubi Rosjan. Bo właśnie traktujemy państwo jak plac zabaw, na którym nie bawimy się w dyplomację. Wstaliśmy z kolan i jak kogoś nie lubimy – to nie będziemy z nim rozmawiać, a tym bardziej handlować społecznie strategicznymi towarami. Tylko trochę nam przykro, że węgierskie „bratanki od szabli i od szklanki” nie mają tych oporów i już kupują Sputnika V.

Narodowa zabawa w państwo trwa już tak długo, że zepsuła nam opinię w Europie. Ale to nie jest jeszcze najgorsze. Znacznie gorsza jest utrata szacunku dla władzy i narastające przekonanie, że nic na to nie możemy poradzić. Czekanie przez następne 2 lata do kolejnych wyborów, jest dla wielu Rodaków nie do zniesienia. Wprawdzie w opozycji coś się zaczyna dziać, ale przypomina to manewry bez wyraźnie określonego celu. A tym celem powinna być przyspieszona zmiana władzy, umożliwiająca szybkie wycofanie się z bezsensownych i społecznie szkodliwych decyzji „zjednoczonej Prawicy”. To – moim skromnym zdaniem – jest nakazem historii.

Smogu naszego powszedniego

Jest coś, co mamy niemal codziennie i w nadmiarze. Nie, to nie jest dobry nastrój. To powietrze, niezwykle zresztą bogate. Bogate w zanieczyszczenia. Jeszcze do niedawna symbolem zanieczyszczonego powietrza był krakowski smok (smog?). W maseczce.

Ale w odróżnieniu od całej reszty kraju Kraków, a głównie krakowianie, wzięli się do roboty. Niemal wszyscy przyłożyli ręce do tego, że w europejskich rankingach najbardziej zanieczyszczonych miast Kraków zniknął z czołówki, a tym trudniej już go szukać w rankingach krajowych, uwzględniających mniejsze miejscowości, o których Europejczykom nawet się nie śniło. Oczywiście tylko te, w których są stacje pomiarowe. Wiele miejscowości broniło się rękami, nogami i uchwałami organów przed instalowaniem na ich terenie stacji, które analizują stan powietrza, szczególnie jeśli miejscowości te miały status uzdrowiska. Teraz odrobinę się to zmieniło i już wiemy, dzięki pomiarom, że żadne polskie uzdrowisko poza kurortami nadmorskimi nie ma nie tylko zdrowego, ale i w miarę czystego powietrza.

Oddychanie, choć jest podstawą życia człowieka, nie jest dla PiS‑u szczególnie istotne. Nie, żeby dla poprzednich rządów było jakimś priorytetem, ale przynajmniej udawano, że dostrzega się problem. Za władzy PO pozwalano samorządom na podejmowanie działań (i uchwał) w celu ograniczania emisji zanieczyszczeń, a nawet na wykorzystywanie do tego unijnych funduszy. No, może poza jedną wpadką, kiedy samorządom zabroniono przekazywania pieniędzy osobom fizycznym. W efekcie na dwa lata w Krakowie zamarła akcja wymiany pieców. No i może poza tym, że PO nie była w stanie wypracować polityki energetycznej.

Dla PiS liczy się wyłącznie to, czym można się posłużyć w utrwalaniu dominacji politycznej i co przynosi szybkie efekty. Jeśli do tego dodamy właściwą dla wpływowych jednostek PiS‑u obojętność graniczącą z pogardą wobec nauki i wiedzy, to otrzymamy stosunkowo proste wyjaśnienie braku sukcesów tej partii w sprawie działań na rzecz poprawy stanu powietrza.

Już za chwilę najbardziej znane marki w Polsce, związane np. z Żywcem (dwunasta lokata w Polsce pod względem zanieczyszczenia pyłem PM10 w roku 2019) mogłyby się reklamować hasłem w rodzaju „Nasz produkt nie miał kontaktu z powietrzem!”. A sanatoria w polskich uzdrowiskach poproszą o przywożenie powietrza ze sobą. Krakowscy deweloperzy zyskają argumenty za zabudową korytarzy powietrznych, słusznie twierdząc, że dzięki temu spoza miasta nie napłynie zanieczyszczone powietrze – to ze Skawiny i Proszowic, i Zabierzowa. I z papieskich Wadowic, które co prawda nie załapały się do krajowej czołówki, ale są w czołówce wojewódzkiej. I z innych miejscowości, w których nikt stanu powietrza nie bada, więc ludzie nie wiedzą, czym oddychają. Z takiej Suchej Beskidzkiej na wszelki wypadek usunięto na żądanie władz lokalnych stację pomiarową, bo wciąż coś wskazywała. Gdy jednak wróciła, zaczęła uparcie wskazywać lokatę w pierwszej dziesiątce miast zanieczyszczonych, a jeśli chodzi o benzo(a)piren, to nawet w pierwszej trójce. Co tam palą, nikt nie wie na pewno, w każdym razie to nie tytoń ani marihuana. Wiem, że marihuany palić nie wolno, ale śmieci też nie… Podobno.

Rząd po rekonstrukcji dojrzał do tego, by zauważyć problem. Wcześniej minister Szyszko go nie dostrzegał. Kto wie, może uważał stacje pomiarowe za wysoce niepatriotyczne, stale na coś wskazywały, a w dodatku ich utrzymywanie kosztuje. Nie będzie stacji, to samopoczucie od razu się poprawi. Kolejna dobra zmiana. Oddychanie nie jest dziś politycznie istotne. Nie wpływa na najważniejsze dla PiS‑u wartości , czyli władzę za życia i życie po śmierci. Powietrze w Polsce jest pewnie mniej zanieczyszczone, niż było w czasach PRL. To nic, że trochę zatęchłe i trochę nieświeże. Skoro zwolennicy czystego powietrza nie obalili rządu PO, nie obalą też rządu PiS‑u. A przecież liczy się tylko rządzenie.

Kraków jako pierwsze miasto w Polsce zaczął się troszczyć o powietrze. W latach 1995–2019 na likwidację palenisk węglowych wydano tu ponad 400 mln złotych, z czego około 300 mln w okresie realizacji Programu Ograniczania Niskiej Emisji w latach 2016–2019. Do tego doszły w Krakowie fundusze na niezwykle ważne programy osłonowe dla osób o niskich dochodach. Można powiedzieć, że miasto zrealizowało wzorcowy program. I pewnie dlatego nie jest już ostatnie.

Tymczasem w ramach rządowego programu likwidacji palenisk przez półtora roku (dane na wrzesień 2020) podpisano umowy ze 131 tysiącami osób, które wymieniają piece. Wbrew pozorom to bardzo mało, bo z danych wynika, że do wymiany są 3 miliony pieców. W takim tempie paleniska zostaną zlikwidowane w niecałe 40 lat. To prawie dwa razy wolniej niż w Krakowie.

Tak to już jest, że polscy politycy generalnie nie lubią Polaków (poniekąd z wzajemnością) i traktują ich jak powietrze, którym sami oddychają: dosyć zatrute, ale jeszcze nie trujące. Polakom przydaje się kulturowy nawyk unikania przeciągów, gdyż nierzadko powietrze wewnątrz bywa lepsze od tego na zewnątrz. Trochę zatęchłe, ale swojskie. Trochę w zastoju, ale za to niegrożące wiatrem zmian. Taka nasza mała stabilizacja. Czasem bardzo mała. I wszystko się do tej stabilnej małości sprowadza. Jeśli potrwa dłużej, w Polsce jak na wyspie Flores wykształci się nowy gatunek człowieka: hobbit z Polski. Trochę zakatarzony, o zmniejszonych płucach. Prawdziwy Polak katolik, owoc dobrej zmiany.

Czy tak być musi? Puszczając wodze fantazji – niekoniecznie. Tyle że aby się cieszyć czystym powietrzem, trzeba mieć tanią energię elektryczną np. z elektrowni jądrowych. Trzeba mieć tani i sprawny transport publiczny. W miastach dostęp do parków. Równość i społeczną sprawiedliwość
Odrobinę wolności i rozsądku. I przede wszystkim szacunek i życzliwość dla ludzi. I klasę polityczną… o pewnej klasie.

https://wydarzenia.interia.pl/raporty/raport-czlowiek-na-ziemi/aktualnosci/news-miejscowosci-z-najbardziej-rakotworczym-powietrzem-w-polsce-,nId,4886602

Dane na temat Krakowa dostępne na stronach UMK; agregacja danych dokonana przez autora.

Państwa jak nie było, tak jest go jeszcze mniej

Prawo od lat stosowane jest nader wybiórczo. „Dobra zmiana” nic w tym zakresie nie zmieniła, z wyjątkiem przestawienia celownika.

W Poznaniu na ulicy Stolarskiej stała kamienica. Tak się złożyło, że znalazł się jej właściciel. Wkrótce na terenie nieruchomości pojawili się dwaj obywatele, podający się raz za jej właścicieli, raz za zarządców, i rozpoczęli remont. Rozkopali podwórze. Wyjęli okna na klatce schodowej i drzwi wejściowe. Skuli tynki na klatce schodowej. Zawalili gruzem wejście do kamienicy. Opróżnili też zajęte przez lokatorów piwnice i tak im jakoś wyszło, że nawet nie uprzedzili ich o tym. Na koniec rozwalili jedną ze ścianek działowych na poddaszu. A po tym wszystkim prace przerwali. Przy okazji remontu dochodziło do zalewania jednego z mieszkań, w skrzynkach pocztowych pojawiały się robaki a na terenie posesji szczury. Dopełnieniem całości było dekorowanie przez ekipę remontującą budynku wstęgami pogrzebowymi z napisem „ostatnie pożegnanie”.

Czyściciele

Obywatelom nadzorującym te działania chodziło, by zamieszkujące kamienicę osoby poszły sobie z niej w cholerę. Ponieważ jednak lokatorzy byli oporni na takie sugestie, wyłączono im wodę i odcięto gaz.

Poznański przykład zachęcił innych obywateli do podejmowania podobnych działań w całej Polsce. Media ochrzciły wykonujących taki fach obywateli mianem czyścicieli kamienic.

Nad losem postponowanych lokatorów załkała cała Polska. W końcu sprawa trafiła do wymiaru sprawiedliwości. Czyścicieli raz skazywano, raz uwalniano od zarzutów. Co w świetle konstytucji dziwić nie powinno albowiem panowie stali na straży tak priorytetowej dla Rzeczpospolitej wartości jak święte prawo własności.

W imię tejże własności można w Polsce robić wszystko. A zatrudniony przez lokatorów papuga może się najwyżej powoływać na przepis zabraniający uporczywego nękania, czyli stalkingu. Ba, papuga może nawet wywalczyć lokatorom, że czyściciele nie zbliżą się do zamieszkiwanej przez nich kamienicy. Tyle tylko, że niczego nie zmieni to w ich położeniu. Wody i gazu mieć nie będą, a po klatce schodowej nawet zimą będzie hulał wiatr.

Ulice

W centrum Krakowa jest ulica Bydgoska. Ludzie zamieszkujący ją tym jednak różnią się od innych obywateli tego miasta, że któregoś nieszczególnie pięknego dnia otrzymali wezwanie do zapłaty za użytkowanie tejże ulicy.

Rachunki były ledwie za ostatnie dziesięć lat. Kwoty nie były może oszałamiające, bo wynosiły od tysiąca do 1800 złotych. Szokiem dla mieszkańców był jednak sam fakt, że istniał tytuł prawny do ich wystawienia. A istniał. Droga była bowiem jak najbardziej prywatna, bo miasto nigdy jej nie wykupiło.

Co można począć z jezdnią i chodnikiem gdy się jest ich właścicielem? Zdawałoby się, że niewiele. Przecież nie kupi tego żaden deweloper bo na środku ulicy nieszczególnie mógłby coś wybudować. Od czego jednak prawo własności? A jeszcze bardziej prawo to połączone z przepisami o bezumownym korzystaniu?

Właściciele 13 arów skorzystali zatem z tego co im przysługuje i pojechali po mieszkańcach ulicy. Efekt był taki jak się spodziewali. Zrobił się szum. Ludzie z Bytomskiej pognali do krakowskiego magistratu i do mediów.
Zgodnie z przewidywaniami posiadaczy świętego prawa, po pół roku dostali co chcieli. Nie ma jednak co sądzić, by przestraszony oskarżeniami o nieudolność krakowski ratusz mógł wiele stargować z zaproponowanej przez uliczników ceny 750 tys. złotych. Postępowania egzekucyjne w stosunku do chodzących chodnikiem i jeżdżących Bytomską były już w toku.

Komórkowcy

W kodeksie karnym jest paragraf 1 artykułu 286, którego główną rolą we współczesnej Polsce jest przyprawianie oszustów o śmiech. Jak tu się bowiem nie roześmiać, gdy czytamy, że „Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.” Już pali licho kredyty we frankach i inne polisolokaty, które wbrew prawu były wciskane jako zwykłe kredyty i ubezpieczenia, a wedle znakomitej części palestry były nie czym innym, jak instrumentami finansowymi, które instytucjom finansowym wolno wciskać tylko klientom, którzy wykazali się pogłębioną wiedzą na temat inwestowania.

Każdego dnia miliony Polaków dostają SMS-y z propozycją skorzystania z wygranej kilkuset tysięcy złotych. Codziennie, ktoś zamawia SMS-em usługi, które nie występują, ale za które operator komórki skwapliwie ściągnie na koniec miesiąca. Ustawa ograniczyła jednostkowe naciąganie nas do 35 zł. Można mieć zatem pewność, że nikt nie pozwie naciągaczy.

Niedozwolone zapisy w umowach, klauzule nieważne z mocy prawa. Owszem, takie pojęcia w zapisach kodeksowych istnieją. Tyle, że przed sądami cywilnymi liczy się tylko to, że klient podpisał umowę. A, że umowa powinna być przez sędziego wyśmiana i wywalona do kosza, bo jest ewidentnym wyłudzeniem i spełnia warunki każdej z liter artykułu o niekorzystnym rozporządzeniu? No cóż – powinna.

Choć nie powinno to nawet trafić przed sąd cywilny, bo psim obowiązkiem prokuratury jest dbać o to, żeby oszuści siedzieli w więzieniu, a nie grasowali w internecie i sieciach komórkowych. Wystarczyłby jeden myk. Tak jak w przypadku pojazdu, czy czegokolwiek z czego przestępca korzysta w czasie przestępstwa, to coś może z mocy prawa przestać być jego własnością. Gdyby zatem zdarzyło się tak, że korzystający z przestępstwa właściciele sieci komórkowych, w których pojawiają się oszukańcze SMS-y popłynęli na jakąś olbrzymią kasę, to sami dbaliby, by nikt tą drogą nie przekręcał. Powód jest prosty. Z każdego złodziejskiego SMS-a operatorzy dostają działkę. Dużą działkę. Są zatem współsprawcami wyłudzenia.

Zablokowane bloki

Na parkingach wielu spółdzielni mieszkaniowych na Śląsku, niewielu kierowców zwraca uwagę na napisane drobnym drukiem informacje na tablicach przy wjeździe. Odczytanie ich z jadącego samochodu jest bowiem niemożliwe. Małe literki informują, że koszt parkowania wynosi 150 zł, niezależnie od czasu postoju. Jeśli ktoś nie ma ochoty zapłacić, parkingowy zakłada mu blokadę na koła. Zdjęcie blokady to wciąż 150 zł. To chyba najcudowniejsze w Polsce połączenie świętości umów, prawa własności i braku jakiejkolwiek sankcji za działanie bezprawne.

Bo prawo do zakładania blokad – a i to w bardzo precyzyjnie określonych sytuacjach – ma jedynie straż miejska i policja.

No i co z tego? Parę lat temu ludzie zaczęli protestować przeciwko zakładaniu blokad samochodowych przez prywatną firmę z Dąbrowy Górniczej. Wymiar sprawiedliwości w większości wypadków, rzecz jasna, umarzał skargi kierowców. Po kilku latach Sąd Okręgowy w Katowicach orzekł, że umorzenie sprawy przez sąd niższej instancji było błędem. A to dlatego, że założenie blokady obniża wartość samochodu i stanowi szkodę dla kierowcy. Znaczy się sąd pochylił się nad własnością w postaci samochodu i przedłożył ją nad własność spółdzielni. Nie zająknął się jednak słowem, że bezprawne działanie mające na celu uzyskanie korzyści materialnej jest wyłudzeniem. Jak widać wyłudzać można, byle tylko nie rysować lakieru.

Wyjazd za normalnością

Niemal wszyscy emigrujący na Wyspy, czy do Niemiec, powtarzają jak paciorek, że mają dość życia w kraju, gdzie nie ma państwa, a prawo chroni złodziei.

PiS zapowiadał, że państwo zacznie być państwem. Bzdura. Zamiast spowodować, że prawo i sprawiedliwość zaczną być egzekwowane, sam zaczął łamiącą wszelkie normy prawne populistyczną rozgrywkę. Taką, która na celowniku zawsze ma kogoś z opozycji. Gawłowski i Nowak, znikąd się nie wzięli. Komisja Jakiego też z reguły nie robiła kuku firmom będącym właścicielami zreprywatyzowanych kamienic, ale gdy pojawiało się nazwisko Waltz, to domagała się 5 milionów zł. Przekręciarze apolityczni lub – Boże broń – wspomagający partię rządzącą, mogą spać spokojnie.

Co zmieniają te wybory?

Być może tak naprawdę dużo mniej, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Pewne jest jednak, że lewica już musi zacząć szykować swój program i przekaz na następne.

I działać przy tym w taki sposób, by zacząć przeciągać na swoją stronę dzisiejszy elektorat PiS. To nie jest niemożliwe. Znaczna część społeczeństwa nie posiada trwałych poglądów, tylko interesy. I dobrze!

Liberałowie nie zdobędą wsparcia ludzi, którzy chcą silnego, opiekuńczego państwa. Ludzie pracy, mieszkańcy małych miejscowości, emeryci i renciści są natomiast do zdobycia przez lewicę, o czym sam się przekonałem, bo gdy kandydowałem – rzecz jasna z lewicowej listy – do parlamentu większość moich głosów była spoza dużego miasta.

Lewica musi być jednak znacznie bardziej przystępna i mniej skoncentrowana na kwestiach obyczajowych… Stawianie się w jednym obozie z PO i pogardzanie wsią, „tamtą połową”, osiem gwiazdek itd. to ostatnie, czego nam trzeba.

Przyspieszenie dobrej zmiany

PiS zrobi teraz repolonizację mediów, rzuci się na sektor organizacji pozarządowych, ataki na LGBTQIA wcale nie osłabną i ofensywa Ordo Iuris przyspieszy. TurboPiS czeka wszystkich.Kaczyński wie, że czasu na robienie nowego porządku i nowego człowieka jest już bardzo mało, bo kolejne wybory są głęboko niepewne.

Szykujcie się więc na ogromną ofensywę PiS, a także uderzenie w pracowników i ich prawa, czy estoński CIT by na stałe zabezpieczyć sobie poparcie właścicieli. Jest też wyzwanie przejęcia elektoratu Konfederacji, więc kolejny atak na prawa aborcyjne jest bardzo możliwy.

Na którymś odcinku uderzenie niechybnie nastąpi – sama tylko strategia bezkompromisowego siania własnej propagandy, choćby były to same kłamstwa, okazała się i słuszna, bo dała 51 procent, i nie tak znowu pewna, bo owe 51 proc. to niewiele w porównaniu z wynikami sondaży sprzed kilku miesięcy.

Dobra zmiana od A do Z

Może nie tyle świata, jak sugeruje tytuł, dotyczy wspólna praca dwojga polonistów i językoznawców, Katarzyny Kłosińskiej i Michała Rusinka, bo dotyczy Polski i to ostatnich czterech lat. W tytule została zasygnalizowana próbka zawartości i problematyki tego leksykonu, słownika, którym jest ta książka.

„Dobra zmiana” to jedna z najgłośniejszych wiodących fraz, które stały się hasłami propagandowymi obecnej władzy. Autorzy stworzyli leksykon, od A do Z, od „Afery” po „Życie”, składający się z około 200 słów zawartych w 69 hasłach, słów zaczerpniętych z mediów elektronicznych, z przemówień, z prasy, z internetu. Każde z nich, tworzące w sumie całościową leksykę, przeanalizowali pod kątem frazeologicznym, kulturowym, funkcjonalnym, emocjonalnym (m.in. jako narzędzie przemocy werbalnej i piętnowania), definiując jego funkcjonowanie w języku oficjalnym i jego przenikanie w różnych kontekstach (na serio i prześmiewczych) do języka potocznego, do internetu, do humoru, etc. Wśród haseł, które znalazły się w słowniku są tak powszechnie znane jak tytułowa „dobra zmiana”, „bez żadnego trybu”, „Bruksela”, „damy radę”, „kasta”, „mordy zdradzieckie”, „Polska w ruinie”, „totalna opozycja”, „wstawanie z kolan”, czy mniej znane i mniej identyfikowalne, jak „astroturfing”, „mabena” czy „ojkofobia”. Są także takie słowa jak „pucz”, „antypolski”, „bojówki”, „suweren”, „układ”, znane i używane od dawien dawna, ale które za czasów „dobrej zmiany” nabrały nowych kontekstów. Ta analiza słowo – i frazotwórczej aktywności propagandy obecnego obozu rządzącego stanowi świetny punkt wyjścia do analizy jej anatomii, jej natury, ducha i sposobów działania. Warto tę książkę starannie przeczytać, choć materię, o której opowiada, chłoniemy z mediów każdego dnia. Warto jednak gruntowniej poznać sens słów, które często przyjmujmy odruchowo, nawet bezrefleksyjnie. Warto też zachować tę książkę jako przyszłą pamiątkę po czasach i strasznych i śmiesznych, a na pewno ciekawych, choć, jak to wyraża sens znanego powiedzenia („Obyś żył w ciekawych czasach”), „ciekawość” ta bywa męcząca, niepokojąca, a nawet złowroga.

Katarzyna Kłosińska, Michał Rusinek – „Dobra zmiana, czyli jak rządzi się światem za pomocą słów”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019, str. 380, ISBN 978-83-240-5925-6

Flaczki Tygodnia

”Bóg, Honor, Ojczyna”.

Ten zwrot często miał powtarzać w czasie swej działalności pan Marian Banaś. Nadal pan prezes Najwyższej Izby Kontroli. I jeszcze.
Prominent partii zwącej się nadal „Prawo i Sprawiedliwość”.
Sztandarowy reprezentant nowych elit „Dobrej Zmiany”.
Dzielny, nowy husarz IV Rzeczpospolitej.
Hektor kaczystowskiej „Konserwatywnej kontrrewolucji narodowo – katolickiej w Europie”.
Zalecany przez narodowo – katolickie media wzór do naśladowania dla „patriotycznej, narodowo – katolickiej” młodzieży polskiej.

„Burdel, Hajs, Lewizna”.

Taką „rycerską” dewizą mógłby posługiwać się pan Marian Banaś.
Bo przedstawione przez media fakty są bezlitosne. W trakcie swej wojaczki dla III RP i nowego państwa pana prezesa Kaczyńskiego ten dzielny husarz nie zapominał o swoich łupach.
Walcząc, skutecznie ponoć, z „mafią VATowską” jednocześnie na co dzień kooperował z mafią sutenerską.
Walczą z przestępczymi przemytnikami przejmował atrakcyjne nieruchomości w Krakowie.
„Okazyjnie” rzecz jasna, jak choćby ową kamienicę w cesarsko-królewskim Krakowie, którą ponoć podarował mu przed śmiercią tajemniczy „kombatant Armii Krajowej”.
I którą pan Banaś zamienił w „Hotel na godziny”, czyli quasi burdel.

„Flaczki” nie są pewne, czy ów „kombatant z Armii Krajowej” istniał naprawdę. Czy był on takim samym bytem, jak ów „bezdomny”, który podarował innemu rycerzowi Dobrej Zmiany, Ojcu Dyrektorowi Rydzykowi, dwa wypasione samochody.
Ale nawet gdyby taki „kombatant AK” istniał, to czy teraz, zapewne przebywając w kaczystowskim niebie, cieszy się, że cały dorobek jego życia pan prezes Banaś w zwyczajny burdel zamienił?

O tym, że burdel równa się hajs, każde dziecko, nawet to wychowane w duchu „narodowo – katolickim”, już z Internetu wie. Ale aktualny pan prezes Najwyższej Izby Kontroli wcześniej nie tylko sutenerski chleb jadł.
Jak każdy szanujący się biznesmen wiedział, że przewidywane dochody trzeba zdywersyfikować, czyli czerpać je z różnych źródeł.
Wszelkie znaki na ziemi i niebie, zwłaszcza przecieki w kontroli skarbowej, wskazują, że pan Banaś regularnie, przez wiele lat „optymalizował swe podatki”.

Ten uczenie brzmiący zwrot, czyli „optymalizowanie podatków”, to liczne sposoby umożliwiające niepłacenie państwu polskiemu należnych mu podatków. Dzieje się tak dzięki sprytnemu wykorzystaniu luk prawnych, co czyni takiego złodzieja podatkowego osobą formalnie bezkarną.
I dlatego pan Banaś, wedle doniesień mediów, takie „optymalizacje” stosował.

Ale liczne, inne udokumentowane zarzuty świadczą, że pan prezes NIK nie tylko wykorzystywał luki prawne. On także prawo mógł łamać wpisując do swych zeznań podatkowych nieprawdziwe korzyści czerpane z najmu swych nieruchomości.
Deklarował wyjątkowo niskie przychody, aby płacić państwu polskiemu jak najniższe podatki.
Deklarował tak niskie przychody, że aż nie chce się wierzyć, iż nie brał reszty należności „pod stołem”. Czyli nielegalnie.

Gdyby jakiś inny obywatel IV RP wpisywał w swe zeznania podatkowe tak rażąco niskie przychody z najmu tak atrakcyjnie położonych nieruchomości, to od razu miałby najazd kontroli skarbowej.
Pan prezes Banaś nie miał kontroli, bo jest urzędnikiem państwowym. Bo w latach 2005–2008 i 2015–2016 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, czyli organie nadzorującym służby kontroli skarbowej. Dodatkowo w latach 2005–2008 i 2015–2017 był szefem Służby Celnej, w latach 2016–2019 wiceministrem w Ministerstwie Finansów, w latach 2017–2019 szefem Krajowej Administracji Skarbowej, a w 2019 ministrem finansów w rządzie Mateusza Morawieckiego. No i teraz nadal jest prezesem Najwyższej
Izby Kontroli.

Dodatkowo pan prezes Banaś to wzorcowy, wręcz kryształowy, działacz „antykomunistycznego podziemia”. W jego oficjalnym życiorysie zapisano, że był „Od 1976 organizatorem kolportażu i kolporter niezależnych wydawnictw w Krakowie i na Podhalu. W latach 1976–1980 jako jeden z założycieli działał w ramach lokalnej Akcji na rzecz Niepodległości. Od 1977 działacz Studenckiego Komitetu Solidarności, od 1978 Instytutu Katyńskiego, w latach 1979–1981 Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Konfederacji Polski Niepodległej, a w latach 1980–1981 Ruchu Młodej Polski.
W latach 1981–1983 odbywał karę pozbawienia wolności za działalność w „Solidarności”. W 1984 współzałożyciel Komitetu Pomocy Więzionym za Przekonania (od 1985 Komitetu Obrony Więzionych i Prześladowanych za Przekonania Polityczne „Solidarności” Regionu Małopolska). W latach 1984–1987 redaktor naczelny podziemnego pisma „Homo Homini”. W 1985 współtwórca Polskiej Partii Niepodległościowej, był też członkiem prezydium rady naczelnej PPN, w latach 1985–1989 pełnił funkcję przewodniczącego PPN na okręg południowy.
I jeszcze w 1979 ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. A rok później studia podyplomowe z zakresu religioznawstwa na UJ. Studiował też filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej.

Czy patriota, teolog, kawaler orderów, działacz z tak wzorcowym życiorysem, może być współtwórcą struktur mafijnych stojących ponad prawem i sprawiedliwością w państwie tworzonym przez partię zwącą się nadal „Prawo i Sprawiedliwość”?

Co wie pan prezes Banaś i jego polityczni przyjaciele o elitach PiS, że nie musi już słuchać wezwań liderów PiS nakłaniających go do „honorowego ustąpienia”?

PS. Z życia opozycji demokratycznej. Na Schetynie siadła Mucha. Czy Schetyna to już polityczna padlina?

Amunicja na wybory jest. A gdzie są armaty?

Żadnych hipotez, żadnych scenariuszy wyborczych, powyborczych. Tylko „tu i teraz”, tylko twarde fakty.

Od czterech lat przedmiotem totalnej krytyki jest reforma szkolnictwa i jej twarz, minister Anna Zalewska. Krytykowali ją wszyscy, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, eksperci i samorządowcy. Minister Zalewska dla wszystkich miała swój telewizyjny uśmiech i żadnych odpowiedzi merytorycznych. Prezentując więcej niż zawodowy optymizm, nie wchodząc w żadne polemiki, minister Zalewska stanowczo i stale twierdziła, że reforma jest słuszna, dobrze przemyślana i policzona – nie generuje żadnych problemów i żadnych kosztów. Tuż przed wejściem reformy w życie Anna Zalewska zdała urząd, wystartowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego, zdobyła ku mojemu zaskoczeniu mandat europosła i nie ma już jej na krajowej scenie.
Reforma Anny Zalewskiej weszła w życie. Jej jedynym głoszonym publicznie uzasadnieniem, było powtarzane jak mantra zdanie : bo tego chcieli obywatele, bo taka była obietnica wyborcza Prawa i Solidarności – a Prawo i Sprawiedliwość dotrzymuje obietnic wyborczych.
Przez cztery lata, przy nieustającym sprzeciwie wszystkich zainteresowanych rząd „robił” reformę. Gdy nastał czas próby i zaczęły się egzaminy do szkół ponadpodstawowych — okazało się, że mamy problem.
Nie będę zajmował się istotą rzeczy, materiałów i informacji dotyczących sprawy jest aż nadto we wszystkich mediach. Chciałbym zająć się sprawą języka ludzi władzy, występujących w mediach i tłumaczących, że żadnego problemu braku miejsc w szkołach dla tegorocznych absolwentów nie ma, a jeżeli gdzieś zdarzają się jakieś trudności, to jest to wynik nieudolności samorządów albo, co jeszcze groźniej wybrzmiało, spisku prezydentów i burmistrzów pochodzących z totalnej opozycji politycznej, która świadomie i celowo stwarza trudne sytuacje naszej młodzieży.
Takie działania to w języku prawa dywersja. Dla ludzi robiących dywersję wobec państwa, wykorzystujących swoje stanowiska służbowe, właściwe miejsce jest w więzieniu. Czekam na odpowiednie ruchy prokuratury i osobiście prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w jednej osobie Zbigniewa Ziobry albo jego zastępcy, jeszcze groźniejszego z wyglądu — Bogdana Święczkowskiego. Albo — albo: jeżeli publicznie głosi się takie oskarżenia wobec wielu samorządowców, to sprawa nie może rozejść się „po kościach”. Skoro za domalowanie tęczy matce boskiej częstochowskiej policja potrafiła z samego rana odwiedzić autorkę tego artystycznego happeningu, to tym bardziej należy spodziewać się zdecydowanych działań w wypadku czegoś, co naprawdę można nazwać sabotażem.
Następca minister Zalewskiej, też nauczyciel, ze swadą zawodowego propagandysty zakłamuje rzeczywistość. W jego wypowiedziach jest tyle słów, że trudno zrozumieć najprostszą sprawę — są kłopoty z przyjęciem do szkoły z maturalnymi uprawnieniami wszystkich tegorocznych absolwentów, mających takie ambicje — czy nie ma takich kłopotów?
Słuchając ministra, można odnieść wrażenie, że żyje on w alternatywnej rzeczywistości — wszystko jest pod kontrolą, państwo działa, każdy uczeń ma zagwarantowane prawo do kontynuowania nauki do określonego prawem wieku, samorządy, które chciały i starały się, nie mają żadnych problemów, ba mają nawet nadwyżki wolnych miejsc w swoich szkołach — a takie, które nie popierają obecnej władzy, sztucznie mnożą problemy z rekrutacją, licząc na to, że wpłynie to na wynik zbliżających się wyborów.
Odnotować jednak trzeba słuszne działania rządu — zastępca innego ministra, który z rozbrajającą szczerością zaproponował, aby uczniowie, dla których zabrakło miejsca w wybranej szkole, poszukali sobie szkoły za granicą, nie jest już wiceministrem. To dobry sygnał — bez względu na to od kogo wyszedł — ten wniosek o dymisję.
Dymisji minister Zalewskiej nie doczekamy się, jako że za zgodą samego Prezesa wszystkich Prezesów zasiada w Parlamencie Europejskim. Można jedynie zastanawiać się, czy gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się po tym, co dzieje się teraz w polskich miastach, to Anna Zalewska uzyskałaby mandat, czy jednak nie? Ale to już tylko takie puste pytanie.
Skoro nie będzie dymisji minister Zalewskiej, trzeba na wszelkie sposoby doprowadzić do tego, aby dymisję otrzymało całe Prawo i Sprawiedliwość jako formacja rządząca. To w rządzie PiS-u Zalewska była bowiem ministrem, to ten rząd firmował tę reformę.
Jak dotąd w mediach przebija się narracja rządowa, że nie ma żadnych kłopotów z rekrutacją, a jeżeli gdzieś występują jakieś kłopoty. to jest wina samorządów.
Tak nie może zostać. Nie może być tak, że za absurdalną reformę Zalewskiej zapłacą samorządy, a nie rząd, który wprowadził tą reformę. To jest naprawdę dobre narzędzie do politycznej batalii w kampanii wyborczej, to jest doskonały temat na debaty publiczne z udziałem młodzieży. Mamy pierwsze odnotowane działania młodych ludzi, którzy w starciu z urzędnikami państwa, odpowiedzialnymi za reformę oświaty — na spotkaniach z kuratorami jako przedstawicielami państwa polskiego — dali wyraz swoich uczuć, ocen i poglądów na temat reformy Zalewskiej. Na marginesie: eurodeputowanej, która zgłosiła chęć zajmowania się w PE sprawami ochrony środowiska, nie oświaty i szkolnictwa. No comment!
Innym przykładem nieudolności obecnej ekipy rządzącej Polską jest to, co dzieje się z lekami. Problem narastał od dawna, nikt nie może tłumaczyć się, że to stało się nagle, ani tłumaczyć, że to problem wielu krajów. To prawda, kryzys lekowy narastał, jego korzenie są poza krajem, ale tym bardziej jest konieczne, aby rządzący powiedzieli, co robili, aby przygotować się do niego. Nie może być tak, że różnice w ocenie ilości brakujących leków pomiędzy ministrem zdrowia a przedstawicielem nadzoru farmaceutycznego sięgały 100%. Powiedzenie, że to nie apteka — nie ma tu zastosowania.
Zdrowie i życie to poziom potrzeb podstawowych. Zagrożenia w realizacji tych potrzeb wyrzucały zawsze rządzących z siodła. W kampanii wyborczej trzeba zderzać zapewnienia i plany rządu o darmowych lekach dla seniorów z brakiem podstawowych leków na nadciśnienie czy cukrzycę.
To dobry przykład na państwo PiS w działaniu. A nie w gadaniu, które im wychodzi dużo lepiej.
Logika władzy jest taka, że szans na szybką dymisję ministra zdrowia tuż przed wyborami nie ma. Jego zdymisjonowanie byłoby przyznaniem się do winy, a tego żadna władza nie robi. Ale opozycja ma amunicję.
Pytanie — czy ma działa? I czy umie strzelać?

Rydzyk kontra dobra zmiana

Znany biznesmen i potentat medialny, redemptorysta Tadeusz Rydzyk, dotychczas wierny stronnik Kaczyńskiego, obsztorcował rząd. Oskarżył polityków PiS m.in. o to, że „zostawiają katolicyzm za drzwiami”, gdy wchodzą do parlamentu czy urzędów. Nie podoba mu się też narracja państwowych mediów. „Ten marksizm mocno idzie” oraz „coś obrzydliwego puszczają w TVP” można było usłyszeć podczas wczorajszej mszy..
Wnioski, które przedstawił o. Rydzyk, jeden z najważniejszych fundamentalistycznych liderów w Polsce, mogą wzbudzać niepokój przy Nowogrodzkiej w Warszawie. Wieczorna msza XXVIII Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę, która zainaugurowała wczoraj (14 lipca) wspólną wycieczkę sympatyków toruńskiej rozgłośni, miała bardzo stanowczy i cokolwiek krytyczny przekaz.
Rydzyk wprawdzie pochwalił rządzących za transfery socjalne, ale zaznaczył od razu, że brak jest proporcjonalnej dbałości o „ducha narodu”, o którego to także „trzeba walczyć”. Powiedział też, że jest „za tym co jest dobre, ale nie wszystko jest dobre i ta dobra zmiana nie jest taka całkiem dobra”. Wierni reagowali brawami i entuzjastycznymi okrzykami.
Redemptorysta dał Kaczyńskiemu i jego stronnikom wyraźny sygnał, iż w obliczu zbliżających się wyborów muszą wykazać zainteresowanie zgłaszaną przez niego problematyką i poradził, by nie obawiali się dalszej izolacji Polski na arenie międzynarodowej. Z pewnością można to też odczytywać jako sygnał, iż Rydzyk chętnie udostępni swój autorytet przywódcy katolickich integrystów oraz swoje platformy medialne dla celów stosownej agitacji, ale trzeba się z nim bardziej liczyć.
„Teraz wybory się zbliżają, nie wiem co będzie z tymi naszymi sprawami. Ja wiem, że może nie wszystko na raz można, ale co? Że w Brukseli powiedzą? Myśmy przeżyli najazd szwedzki i radziecki przeżyliśmy i nie daliśmy się” – konstatował Rydzyk.
Szef Radia Maryja wezwał także do wdrażania teokratycznego modelu państwa; główni decydenci mają kierować się swoim katolicyzmem przy podejmowaniu działań politycznych. Poza tym wskazał, iż w systemie nauki i oświaty czai się mroczne widmo „ateizmu marksistowskiego”, który „sączony” na wyższych uczelniach prowadzi studentów do odejścia od wiary.
„Jesteśmy katolikami, to i w rządzie trzeba być katolikiem, i w parlamencie, i w urzędach trzeba być katolikiem, a nie zostawiać katolicyzmu za drzwiami. I o taką Polskę chodzi. Bo to jest wielki dramat – ten marksizm idzie bardzo mocno, również w Polsce. Dzieci idą na uniwersytety i bardzo często wychodzą niewierzący. Dlaczego? Bo jest sączony ten ateizm marksistowski, bardzo sprytnie” – objaśnił.
Najcięższym zarzutem był chyba jednak ten wobec kontrolowanej w sposób totalny przez PiS telewizji publicznej. Rydzyk twierdzi, że emitowane są tam treści, które „uderzają w rodzinę”.
„W telewizji publicznej za pieniądze Polaków i katolików puszcza się filmy, które źle przedstawiają rodzinę, wzorce złe, rozwód za rozwodem, partner za partnerem, geje i inni, LGBT. Coś obrzydliwego puszczają w TVP. Jaka to dobra zmiana?” – pytał wzniosłym tonem.
Podczas mszy prowadzonej przez Rydzyka nie mogło też zabraknąć elementów standardowych, czyli peroracji o trwającej „walce z kościołem na całego” oraz szczucia na kobiety. Duchowny wezwał do wycofania podpisu pod tzw. konwencją stambulską, dotyczącą zapobiegania i zwalczania przemocy domowej.
„Konwencja stambulska jak nie będzie odwołana, to co będzie? Będą wchodzić gorzej jak nóż w masło, takie nie w lodówce. A nie odwołali tego – to Platforma wprowadziła i PSL, a ci nie odwołali. Dobrze, że jest 500 plus, dobrze, że są pieniądze na chleb, ale chleb to nie wszystko” – nawoływał toruński fundamentalista.
Wartym odnotowania wydaje się również wezwanie, które wystosował dyrektor Radia Maryja, by wierni czym prędzej dokonali zbiórki 5 mln zł. Podczas pielgrzymki poświęcony zostanie bowiem nowy telewizyjny samochód transmisyjny wart właśnie tyle, a zakupiony z pożyczki.

Przypowieść o Pawle

Parę lat temu straciłem wygodną robotę, która nie dawała mi żadnej satysfakcji, ale dawała mi pieniądze. No i wiedzę. Czyli w sumie jakąś satysfakcję jednak dawała. Ale jak to mówią spece od kołczingu, pozbawiono mnie mojej cieplutkiej strefy komfortu, w której tkwiłem przez ponad dekadę. W międzyczasie dano mi do zrozumienia, że muszę przejść na samozatrudnienie, jeśli chcę w tej strefie jeszcze trochę pozostać. Rok się tak przemęczyłem, jako jednoosbowa działalność… Mój kolega z kapeli, który swego czasu mieszkał na wsi pod Warszawą, opowiedział mi niedawno pewną, pouczającą historię. Pewnego, ciepłego wieczora zorganizował w domu pod miastem imprezę, na którą zjechało się bardzo dużo ludzi. Napatoczył się też, z braku lepszego pomysłu na życie, Paweł, sąsiad, nieszkodliwy schizofrenik, lat ok.40, mieszkający od zawsze z matką. Kiedy skończyła się wódka, kolega dał Pawłowi parę groszy i wysłał go na „metę” po następną flaszkę, gdyż sklep był już nieczynny, a zapasy dawno wyszły. Paweł poszedł, towarzystwo czekało…ale się nie doczekało. Nazajutrz mój kolega spotyka Pawła pod płotem, przy obejściu. Zapytuje go, co się stało. Nic-rzecze tamten. A gdzie pieniądze, gdzie wódka? Ot, odpowiada Paweł, jak wracałem z flaszką, to nie chciało mi się już do was zachodzić, więc poszedłem do domu, a wódkę wypilim właśnie z matką do śniadania. Rząd, ustami premiera, obwieścił właśnie, że każdy obywatel do 26 roku życia, który pójdzie do pracy, będzie zwolniony z podatku. I to jest w tej bajeczce ta kasa na wódkę od mojego kolegi. Niemniej, jak ktoś wpadnie na pomysł, żeby dokonać na swojej osobie samozatrudnienia, nawet przed ukończeniem 26 lat, z podatku zwolniony nie będzie. I to w tej historii jest właśnie pan Paweł, który co prawda po wódkę poszedł, ale już nie doniósł. Niewiele później, dało się usłyszeć, już nie z ust premiera, a z wrażych mediów, że rząd planuje od 2020 r. podnieć składkę ZUS dla biznesu. Z 1300 prawie, która obowiązuje dziś, do 1500 zł. Argumentuje to potencjalnym wzrostem płac. Jak mniemam, finał będzie taki, jak w historyjce o Pawle i wódce-nie dość, że przedsiębiorczy, młody człowiek, który ma pomysł na własny interes, nie dostanie podatkowej wolnizny, to jeszcze, jak skończy mu się „mały ZUS” dostanie domiar z „dużego”. Innymi słowy, państwo ustami swoich najlepszych synów (czyt. pan Paweł) pije szampana (czyt. wódkę), na którą zrzucili się mali przedsiębiorcy (czyt. mój kolega ze wsi pod Warszawą).
Pojechaliśmy w bożociałowy łykend grupą koleżeńską nad jezioro kołowy Iławy. Spędziliśmy naprawdę urocze chwila z dala od miasta, a co najważniejsze, od innych ludzi, w zupełnej niemal głuszy. Do „gieesu” chodziliśmy z dziećmi na piechotę, polną dróżką, jak drzewiej. Dzień po tym, gdy zakotwiczyliśmy nad jeziorem, dojechali do nas znajomi, którzy akuratnie bawili na monciaku w Sopocie od dwóch dni wcześniej. Opaleni, szczęśliwi, lekko skacowani. Pytamy więc, jak było. Nie no, super, rewelacja. Mnóstwo ludzi, ukrop jak w piekle, przepełnione knajpy, śnięta, mrożona ryba, ciepłe piwo…ale za to drogo!

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Racja stanu: wersja „dobrej zmiany”

Jak można zaszkodzić na arenie międzynarodowej Polsce i Polakom? Prezentując ignorancję i tromtadrację jako rację stanu – pisze o zachowaniu Andrzeja Dudy Henryk Szlajfer, ekonomista i politolog, mianowany przez premiera RP Jerzego Buzka ambasadorem ad personam, były ambasador-szef Stałego Przedstawicielstwa RP przy OBWE, MAEA i innych organizacjach międzynarodowych w Wiedniu, w 1968 roku wraz z Adamem Michnikiem relegowany z uczelni za działalność opozycyjną.

Wśród wielu ekspertów w takiej działalności, wyłonionych przez „dobrą zmianę”, znajdujemy również panów Andrzeja Dudę, prezydenta RP, oraz Mateusza Morawieckiego, premiera rządu polskiego. O działalności drugiego innym razem, wystarczy tylko przypomnieć, że w swoim wystąpieniu na prestiżowym New York University zapewnił publiczność, że w trakcie II wojny światowej Polacy uratowali ok. 300 tys. Żydów. Że ten szacunek, aby zbliżyć się do historycznej rzeczywistości, należy podzielić co najmniej przez 5, to już detal. Reakcja była do przewidzenia: wzruszenie ramion. Zaś kilka dni temu w retorycznym zapale premier zapisał Polaków (tylko tych z PiS-u i PiS popierających) do grona spadkobierców starożytnych Greków (powstrzymujących, w domyśle, jak pod Salaminą, barbarzyńskich Persów, czytaj: nie-PiS).
Prezydent Duda jest zdecydowanie bardziej kreatywnym politykiem, gdy chodzi o kształtowanie na nowo już nie tylko historii Polski, ale również historii porównawczej. Jakiś czas temu błyskotliwie zinterpretował w trakcie wizyty w centrum im. M. Begina w Izraelu historię Powstania w Getcie Warszawskim, nie wymieniając w ogóle nazwy głównego organizatora oporu, tj. ŻOB. Już w Warszawie, 19 kwietni 2018 r., stanął natomiast bez jakichkolwiek problemów czy wahań przed pomnikiem żydowskich powstańców (głównie z ŻOB), na placu ograniczonym z jednej strony ulicą noszącą imię przywódcy ŻOB – Mordechaja Anielewicza. Stał wspólnie z dyrektorem Muzeum Polin, a jakże, którego sekuje jego ideowy i polityczny komiliton – minister kultury. Elastyczność godna podziwu. Natomiast kilka dni temu, w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Donaldem Trumpem, w krótkim bryku z historii stosunków polsko-rosyjskich zawarł również i taką myśl tyczącą komparatystki historycznej: wśród wielu przewag Rosji nad Polską brakuje jednej, mianowicie „uważam, że jest w nas więcej męstwa, my po prostu jesteśmy odważniejsi. Potrafimy walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. Pokazaliśmy to w czasie II wojny światowej pod Monte Cassino, pokazaliśmy to w Powstaniu Warszawskim, w wielu innych miejscach na świecie” (cyt. wedle portalu wPolityce.pl).
Co można powiedzieć na takie dictum? Idiotyzm, ignorancja, arogancja? Zapewne mieszanka wszystkich. Notabene, jak na skali odwagi pan Andrzej Duda, prezydent RP, umieściłby Anglików, Amerykanów, Chińczyków, Serbów, Czarnogórców, ale także Niemców i Japończyków? O Żydów nie pytam, aby nie pogłębiać konfuzji. Jak oceniać poziom odwagi polskich asów lotnictwa, Stanisława Skalskiego i Witolda Urbanowicza, z 18-19 zestrzeleniami w porównaniu z sowieckim asem Iwanem Kożedubem (62 zestrzelania), Amerykaninem Richardem I. Bongiem (40), Brytyjczykiem Jamesem Edgarem Johnsonem (38) czy Francuzem Pierre Clostermannem (33)? O niemieckich i japońskich asach już nie wspominam. Podpowiadam: niech pan, panie prezydencie, raczej nie odpowiada na te pytania i nie pogarsza sytuacji.
Natomiast nie ulega wątpliwości, że Rosjanie, a w istocie Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje, które składały się w latach II wojny na sowiecką armię, jedyne, co mogą zrobić, to popukać się, symbolicznie, w czoło. Z uprzejmości amerykańscy dziennikarze, którzy uczestniczyli w konferencji, milczeniem zbyli rewelacje polskiego gościa. Ci, którzy mają jakie takie pojęcie o dziejach Rosji i Polski, a przede wszystkim o II wojnie światowej, nie kupią takiej beznadziejnie głupiej retoryki. O Stalingradzie czy zapiekłej wręcz obronie Leningradu wie każdy, kto dotyka dziejów wielkiej wojny. Zaś Niemcy testowali na własnej skórze poziom „odwagi” sowieckiego sołdata. Nie trzeba kupować nachalnej poststalinowskiej, putinowskiej propagandy na temat II wojny, aby wiedzieć, że to właśnie odwaga i determinacja tych sołdatów i niedoszkolonych młodych oficerów, którzy ostali się po „czystce” z okresu 1937-39, łagodziła katastrofalne skutki stalinowskiej polityki i dowództwa w pierwszej fazie wojny z Niemcami.
Odwaga, czasami szaleńcza, polskich żołnierzy w armiach na Zachodzie i Wschodzie, w AK i innych ugrupowaniach partyzanckich, nie wymaga potwierdzenia za pomocą nadętych, wręcz żenujących porównań.