Władza chce kasy

Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy – pisał de Tocqueville. A co dopiero, gdy chodzi o rząd nie łagodny i liberalny, lecz taki jak rząd PiS?
Coraz powszechniejsze są protesty przeciwko szkodliwym dla Polaków rozwiązaniom, jakie rząd Prawa i Sprawiedliwości chce przeforsować w tzw. Polskim Ładzie. W związku z tym pojawiają się i rozwiązania alternatywne, zgłaszane przez rozmaite środowiska.
Związek Przedsiębiorców i Pracodawców proponuje rezygnację z obciążania przedsiębiorców składką Narodowego Funduszu Zdrowia proporcjonalną do dochodów, oraz pozostawienie możliwości odliczenia składki na NFZ od podatku PIT płaconego przez przedsiębiorców. Ponadto postuluje pozostawienie jedynie trzech, prostych podatkowo form prowadzenia działalności gospodarczej: małej działalności gospodarczej do 120 tys. zł rocznie przychodu, a dla pozostałych przedsiębiorców do wyboru: podatek liniowy na dotychczasowych zasadach lub ryczałt od przychodów ze zmienionymi stawkami. Uzupełnienie zmniejszonych w ten sposób wpływów budżetowych, mogłoby umożliwić wprowadzenie jednolitej stawki VAT wynoszącej 18,75 proc. Dla niezamożnych byłaby zaś socjalna karta płatnicza, w celu ograniczenia negatywnych skutków wzrostu cen dla najuboższych, oraz wprowadzenie minimalnej stawki podatku CIT w wysokości 1.0 proc. od przychodów osiąganych w danym roku podatkowym.
Jak ZPiP uzasadnia propozycję tak wielkiego uprzywilejowania fiskalnego przedsiębiorców? Otóż, zdaniem tej organizacji, dzięki zmniejszeniu opodatkowania pracy pojawi się „możliwość podniesienia ekonomicznej efektywności systemu podatkowego”. Wprowadzenie jednolitej stawki VAT idącej w parze z transferem społecznym w postaci socjalnej karty płatniczej miałoby zaś wpłynąć na wzrost skłonności do oszczędności wśród gospodarstw domowych i „wygenerować inwestycje stanowiące impuls prorozwojowy w przyszłości”. Natomiast uzależnienie minimalnej stawki podatku CIT w zależności od przychodów jest rozwiązaniem dzięki któremu uzyska się „dodatkowe wpływy podatkowe od podmiotów, które korzystając z optymalizacji podatkowej podatku płacą niewiele lub wcale”.
Z kolei, zdaniem ZPiP, nałożenie dodatkowych obciążeń podatkowych na mniejszych przedsiębiorców przełoży się na dodatkowy spadek inwestycji oraz wpłynie na pogorszenie konkurencyjności sektora małych i średnich przedsiębiorstw w stosunku do dużych podmiotów. Organizacja proponuje wprowadzenie jednolitego podatku 20 proc. od przychodu dla podmiotów osiągających przychody do 120 tys. rocznie, oraz likwidację wszystkich innych podatków i składek dla tej formy prowadzenia działalności. Przy tych obliczeniach oszacowano, że prognozowana liczba przedsiębiorców, która w bieżącym roku osiągnie przychody z działalności gospodarczej rocznie nie większe niż 120 tys. zł, wynosi 542 tysiące. Na wprowadzeniu podatku jednolitego skorzystają najbardziej przedsiębiorstwa osiągające przychody do 13 tys. złotych rocznie. Inna sprawa, że przy takim przychodzie, w ogóle nie warto prowadzić żadnej działalności gospodarczej.
Nie do końca wiadomo, jaka jest całkowita wielkość ulg i zwolnień z tytułu obłożenia rozmaitych towarów niższymi czy zerowymi stawkami VAT lub ich całkowitego zwolnienia z tego podatku. ZPiP oszacował, na podstawie opracowania resortu finansów, że zmniejszyło to wpływy z VAT za 2015 r. o 46,04 mld zł. Stanowiło to 36,5 proc. całkowitych wpływów z tego podatku w 2015 roku. Uwzględniając stały udział procentowy preferencji w całkowitej sumie wpływów z tytułu VAT, oraz uwzględniając skutki jakie miała dla budżetu zmiany w VAT wprowadzone w 2020 r., ZPiP oszacował, że całkowita baza podatkowa w bieżącym roku wyniesie 1 237,78 mld zł. Przy nałożeniu na nią jednolitej stawki VAT w wysokości 18,75 proc, wpływy podatkowe z tytułu VAT w 2022 r. byłyby wyższe o 23,66 mld zł. Natomiast objęcie wszystkich podmiotów będących podatnikami podatku dochodowego od osób prawnych (także i tych oficjalnie wykazujących straty, a jest ich prawie jedna trzecia) minimalną wysokością podatku CIT o wysokości 1 proc. przychodów w danym roku, przyniosłoby ponoć dodatkowo około 33,4 mld zł.
Propozycje ZPiP mają też element socjalny, czyli zasiłek dla osób, których dochód na członka rodziny nie przekracza 80 proc. minimum socjalnego (1 109,88 zł w 2022 r.). Zostałoby nim objęte 29,5 proc. populacji Polski, czyli 11,25 mln osób. Zasiłek stanowiłby 20 proc. minimum socjalnego, co stanowi obecnie 277,47 zł miesięcznie na osobę.
Pomysłów modyfikacji rozwiązań zawartych w Polskim Ładzie jest więcej, co wskazuje, jak duże obawy obywateli budzi ten dokument. Zarówno przedsiębiorców, jak i miliony innych Polaków, zaniepokojonych wymierzonymi w nich zapisami Polskiego Ładu, można uspokoić tym, że jest to tylko dokument propagandowy, wymyślony po to, by zwiększyć szanse PiS w nadchodzących wyborach. Jak widać po powszechnej krytyce jego zapisów, nadzieje na to są raczej znikome, co tym bardziej przesądza, że ów Polski Ład nie wyjdzie poza formułę kolejnych rządowych bajeczek.
Z drugiej jednak strony, w Polskim Ładzie przewija się konsekwentnie jedna tendencja: zwiększanie rozmaitych obciążeń finansowych nakładanych na obywateli po to, by zwiększyć pulę środków, jakich potrzebuje władza na swe zamierzenia, mające przybliżyć PiS do sukcesu wyborczego. Tych pieniędzy dziś rządowi brakuje – więc cały czas aktualne jest słynne powiedzenie Alexisa de Tocqueville: „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”.
A co dopiero, jeśli chodzi o rząd bynajmniej nie łagodny i liberalny, lecz taki jak rząd Prawa i Sprawiedliwości?

Pisane w kotle

Książka pt. ”Pisane w kotle” – wzbudziła duże zainteresowanie naszych Czytelników – wobec czego informujemy, że jest ona do kupienia w „Księgarni Dosłownej” mieszczącej się w Centrum Kultury , przy ul. Peowiaków 12 w Lublinie. Księgarnia ta ma wyłączność na sprzedaż tej pozycji. Ponadto można ją również nabyć, pisząc do jej autora Jacka Gallanta na adres mailowy: jacek@gallant.pl
Zainteresowanych tematyką „bałkańskiego kotła” – z perspektywy Kosowa i relacji politycznych, społecznych, gospodarczych i kulturowych tego najmłodszego kraju w Europie – zachęcamy do skorzystania z tej oferty, albowiem jest to pierwsza w Polsce tego rodzaju pozycja wydawnicza.

Szanse, których nie wykorzystamy

Odgrzewanie w „Polskim Ładzie” niezrealizowanych lub niedokończonych PiS-owskich projektów z lat 2015 – 2020 ma wymiar wyłącznie propagandowy.
Pandemia koronawirusa zwiększyła znaczenie komunikacji elektronicznej, jako filaru funkcjonowania państw oraz ich gospodarek, całych społeczności, a także sektora przedsiębiorstw. Co z tego wynika?
„Rosnąca konsumpcja transmisji danych, powiązana z niskimi cenami usług telekomunikacyjnych oraz wysoką penetracją rynku po stronie popytu, stwarzają dla Polski szansę budowy silnego sektora gospodarki cyfrowej, opartego zarówno na zasobach przedsiębiorstw prywatnych, jak również instytucji państwowych” – stwierdza Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
W tym kontekście TEP krytykuje propagandowy dokument rządowy pt. „Polski Ład”, uznając, iż wiąże on wykładniczy wzrost wykorzystania e-usług publicznych z ograniczeniem mobilności obywateli w trakcie pandemii oraz postuluje konieczność dalszego poszerzania katalogu dostępnych elektronicznie spraw w relacji obywatel – państwo oraz rozwoju infrastruktury telekomunikacyjnej. Nie przedstawia jednak spójnej wizji osiągnięcia tych celów, w tym prawnych i finansowych mechanizmów niwelowania istniejących deficytów rozwojowych. Zamiast tego odgrzewa ponownie niezrealizowane lub niedokończone rządowe projekty z lat 2015-2020, dotyczące zwiększania zasięgu sieci szerokopasmowych czy cyfryzacji usług publicznych (mObywatel, e-doręczenia, usługi chmurowe, cyfryzacja wymiaru sprawiedliwości).
„Polski Ład” całkowicie pomija diagnozę płynącą z analizy ucyfrowienia krajów Unii Europejskiej według indeksu gospodarki i społeczeństwa cyfrowego – DESI, w której Polska zajęła w 2020 r. dopiero 23 miejsce. Dokument rządowy nie adresuje mechanizmów technologii cyfrowej do 60 proc. polskich przedsiębiorstw charakteryzujących się niższym od średniej unijnej poziomem ucyfrowienia działalności gospodarczej. Powierzchownie traktuje też problem braku dostępu do usług cyfrowych 15 proc. społeczeństwa oraz deficytów kompetencji cyfrowych blisko 50 proc. Polaków.
„Polski Ład” nie nawiązuje do celów Unii Europejskiej do roku 2030 w zakresie rozwoju gospodarki cyfrowej i społeczeństwa informacyjnego, wyrażonych m.in. w komunikacie Komisji Europejskiej z marca 2021 r. – chociaż ekonomicznie, technologicznie i regulacyjnie polski sektor cyfrowy jest nierozerwalnym elementem rynku wspólnotowego, szczególnie w segmentach komunikacji elektronicznej oraz e-commerce.
Rząd powinien określić, które i w jakim zakresie, inicjatywy programu politycznego będą realizowane ze środków budżetowych, a które z unijnego instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności, przewidującego minimum 20 proc. funduszy UE w latach 2021-2027 właśnie na cyfrową transformację krajów członkowskich. Transparentne powiązanie celów ze źródłami finansowania ma znaczenie zarówno dla strategii inwestycyjnych przedsiębiorców, jak również monitoringu i skutecznego rozliczania wydatków ze wskazanych funduszy unijnych.
Brak źródeł finansowania celów, w tym roli inwestycji przedsiębiorstw, w ocenie Rady TEP stanowi jedną z największych wad „Polskiego Ładu” w obszarze gospodarki cyfrowej.
Z jednej bowiem strony autorzy dokumentu stawiają na: rozwój mobilnej sieci 5G, „setki kilometrów światłowodów umożliwiających szybką transmisję danych” oraz „dokończenie likwidacji białych plam w dostępie do internetu – ponad milion kolejnych gospodarstw domowych mających szerokopasmowy dostęp do internetu”, które mogą zostać osiągnięte wyłącznie przez sektor prywatny, z wykorzystaniem środków własnych przedsiębiorstw oraz funduszy unijnych.
Z drugiej zaś strony ten sam „Polski Ład” zakłada dodatkowe obciążenia przedsiębiorstw daninami publicznymi w postaci płaconej od dochodu składki zdrowotnej, stanowiącej de facto kolejny podatek dla samozatrudnionych, mikro i małych przedsiębiorstw, których w samej branży telekomunikacyjnej zarejestrowanych jest ok 13 tys.
Dokument o strategicznym charakterze dla gospodarki, w tym dla sektora usług cyfrowych, za jaki chce uchodzić „Polski Ład” powinien precyzyjnie dopasowywać się do zamierzeń jednolitego rynku Unii Europejskiej, a także wskazywać sposoby dojścia do celów, z uwzględnieniem źródeł finansowania oraz metod ich osiągania. W ocenie TEP, tego wszystkiego brakuje w „Polskim Ładzie”.

Przedwyborczy ład propagandowy

„Polski Ład” jest ważnym dokumentem marketingowo-politycznym, mającym przybliżyć PiS do sukcesu wyborczego.
Kilka dni temu, dziennik „Trybuna” odnosząc się do PiS-owskiego „Polskiego Ładu”, stwierdził, że jest to tylko program propagandowy, którego jedynym celem jest przybliżenie PiS do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Cóż, okazuje się, że były to prorocze słowa, a podobny pogląd zaczyna wyrażać coraz więcej specjalistów.
I tak, zdaniem ekonomistów z Forum Obywatelskiego Rozwoju, dokument „Polski Ład” to wydmuszka marketingowa bez kompleksowych reform oraz adekwatnych i skutecznych działań. To nie jest plan zwiększania dobrobytu, lecz plan wydawania pieniędzy i dokupywania głosów w tych obszarach, gdzie władza ma swój elektorat i może uzyskać jeszcze jakieś punkty.
Tymczasem, aby dogonić najbogatsze kraje Unii Europejskiej i zwiększyć dobrobyt społeczeństwa potrzebujemy prawdziwych reform, wykraczających poza jedną kadencję, a nawet poza jedną dekadę. Jak wskazuje FOR kołami zamachowymi takich reform powinny być 4 filary: praca, praworządność, inwestycje i innowacje, a nie PR-owe zapisy „Polskiego Ładu”.
Zdaniem ekonomistów FOR, Sławomira Dudka, Rafała Trzeciakowskiego i Marcina Zielińskiego, „Polski Ład” jest jedynie dokumentem propagandowo-politycznym. To nie jest plan gospodarczy ani tym bardziej dokument strategiczny, który pokazywałby jak sobie poradzić z największymi wyzwaniami stojącymi przed polską gospodarką w kolejnych dekadach.
Do zwiększenia dobrobytu, czyli też lepszych i profesjonalnych usług publicznych, w tym opieki zdrowotnej, konieczny jest wzrost gospodarczy. Dobrobytu nie tworzą tylko podatki, transfery czy wydatki usztywnione w stosunku do produktu krajowego brutto PKB. Aby podtrzymać szybki wzrost gospodarczy, szczególnie w obliczu kryzysu demograficznego, niezbędne są odpowiednie, dobrze przygotowane i zaplanowane reformy. Niestety w „Polskim Ładzie” rząd PIS takich reform nie pokazał.
Ten dokument to lista ogólników, haseł i życzeń, często bardzo lakonicznie opisanych. To marketingowa wydmuszka – podkreślają ekonomiści FOR. Generalna koncepcja „Polskiego Ładu” stanowi zapowiedź redystrybucji dochodów na dużą skalę – w dużej części od klasy średniej, bogatszych i przedsiębiorców do emerytów i osób nieaktywnych zawodowo. Filary „Polskiego Ładu” nie składają się jednak w spójną całość. Nie pozwalają też na osiągnięcie stawianych w dokumencie ambitnych (a przy tym nierealnych) celów rozwojowych. W większości są to obietnice kolejnych transferów, dotacji, instrumentów wsparcia i większych wydatków. W sumie, w „Polskim Ładzie” dominują propagandowe grafiki i wykresy. Brakuje w nim zaś reform, treści i konkretów.
Jedynym elementem, za którym kryją się jakieś analizy i bardziej skonkretyzowane rozwiązania, jest propozycja zmian w podatkach, bo rządowi zależy na ściągnięciu jak największej kasy do budżetu. Jednak i w tym obszarze mamy wiele istotnych przemilczeń i niedomówień.
PiS w „Polskim Ładzie” podbiło swój cel z wcześniejszego Krajowego Panu Odbudowy, zakładający osiągnięcie 95 proc. PKB per capita Unii Europejskiej w 2030 roku. Teraz ma to być aż 100 proc., jednak bez pokazania wiarygodnie, w jaki sposób władza zamierza to zrealizować.
Jak wskazują cytowaniu tu trzej ekonomiści, pozytywem „Polskiego Ładu” jest to, że PiS pokazało w końcu prawdziwą koncepcję modelu społeczno-gospodarczego, do którego chce dążyć. Jeszcze przed poprzednimi wyborami premier głosił wszem i wobec, że mamy cud w uszczelnianiu podatków, a dzięki uszczelnieniu VAT partia rządząca sfinansuje swoje obietnice. Nie mówił nic o nowych podatkach. Stwierdził nawet, że możemy pozwolić sobie jeszcze na rozszerzenie 500+ i „trzynaste” emerytury.
Jednak luka VAT liczona według metodologii Komisji Europejskiej pokazuje, że całkowite efekty uszczelniania VAT w Polsce do 2020 r. dają budżetowi ok. 24 mld zł rocznie, co nie pokrywa nawet rocznego kosztu 500+. A co z „trzynastkami” i wszystkimi pozostałymi obietnicami PiS?. Są one finansowane długiem i lawiną nowych podatków, przede wszystkim sektorowych. Minister finansów zarzekał się, że nie będzie żadnego podnoszenia podatków. A gdy po wyborach pojawiły się nowe daniny i opłaty, tłumaczył, że to wcale nie podatki.
W „Polskim Ładzie” dosyć cicho jest o „cudzie uszczelniania”. Pojawiła się za to narracja antagonizująca mniej zarabiających przeciw zarabiającym więcej i przedsiębiorcom (oczywiście z wyjątkiem bogacących się prominentów PiS). Także premier Mateusz Morawiecki, zgodnie z PiS-owską strategią napuszczania jednych na drugich, aktywnie i publicznie antagonizuje mniej zarabiających z zarabiającymi więcej. Jak podkreśla FOR, widać, że to jest zaprogramowana akcja.
PiS chce kupić poparcie dla siebie za pieniądze podatników – ale o tym dowiemy się już po wyborach. Dokument zawiera więc bardzo bogatą listę różnego rodzaju obietnic, od bardzo drobnych po wielkie i pokazowe inwestycje. Nie pokazuje jednak realnych źródeł finansowania tych wszystkich obietnic.

Dwie Marty, czyli dokument o „dobrej zmianie” Recenzja

Konrad Szołajski zrobił pierwszy dokumentalny film o tym, co dzieje się z Polską od października 2015 roku.

 

Chwycił za kamerę niedługo potem i rejestrował to, co dzieje się w Polsce i w polskiej polityce, ale nie w Sejmie i Senacie, lecz na ulicy i w domach, z perspektywy do pewnego stopnia prywatnej, choć prywatność jako taka jest w tym filmie jedynie tłem. Wynalazł dwie bohaterki o tym samym imieniu Marta (to zapewne przypadek), na kontrastowo przeciwnych, spolaryzowanych biegunach i uzyskał ich zgodę na udział w filmie. Marta starsza, to starsza pani z prowincji, z okolic Myślenic, szefująca lokalnemu „Klubowi Gazety Polskiej”, a także „komendantka” miejscowego oddziału Obrony Terytorialnej Kraju, tworu Antoniego Macierewicza. Marta starsza działa w otoczeniu najbliższej rodziny i kręgu ideowych przyjaciół, w tym młodych podopiecznych, także własnych nieletnich wnuków. Marta starsza chodzi w wojskowym mundurze typu „moro”, kieruje leśnymi ćwiczeniami swojego oddziału jako „komendant”, uczy podopiecznych strzelania, często się modli i przyjmuje komunię, jest narodową katoliczką i konserwatystką, wierzy w smoleński zamach i ufa władzy PiS. Jest bardzo zasadnicza i twarda w swoich poglądach, ale nie ma psychologicznych rysów zakamieniałej, bezwzględnej, nie baczącej na nic fanatyczki. Jako krewna czy powinowata posła Marcina Święcickiego z PO potrafi się spotkać z nim, ideowym przeciwnikiem w ciepłej atmosferze, bez aury wrogości, a przy stole, w domu posła, nie wybucha awantura. Marta młodsza mieszka w Warszawie, ma około czterdziestu lat, przynależy do miejskiej klasy średniej i jest mocno zaangażowaną aktywistką Komitetu Obrony Demokracji, zwolenniczką liberalnej, wolnościowej demokracji i przeciwniczką władzy PiS, przeciwniczką wojującego, politycznego katolicyzmu. Kamera Szołajskiego wędruje za obiema bohaterkami w różnych sytuacjach, w domu, w otoczeniu bliskich, gdy werbalizują swoje przekonania, w momentach publicznej aktywności i gdy uczestniczą w ulicznych demonstracjach, pokazując przy tym kawałki otaczającej je rzeczywistości: na strzelnicy, w lesie, podczas manifestacji pod Sejmem, na spotkaniu OTK z Macierewiczem, podczas posiłków domowych, w czasie których ich działalność ani na chwilę nie schodzi z pola widzenia. Oglądamy też ujęcia dokumentalne znane z telewizji: przemawiający pod pałacem prezydenckim Kaczyński, przemawiający na spotkaniu z OTK Macierewicz, lider KOD Paweł Kasprzak, posłanka Joanna Scheuring-Wielgus w chwili gorączkowej ulicznej akcji, ale politycy pojawiają się tylko na kilka krótkich chwil. Poza tym są niemal nieobecni, bo nie o nich jest ten film.
„Dobra zmiana” ma, jak dobry dokument przystało, fakturę surową, rwaną, migotliwą, niczym fragmenty losowane na chybił trafił z kalejdoskopu. Szołajski nie wtrąca się w działania swoich bohaterek i w to, co się dzieje wokół nich. Nie komentuje ani z offu, ani poprzez montaż, ani poprzez ścieżkę dźwiękową czy oprawę muzyczną. Traktuje swoje bohaterki jednakowo, z życzliwą neutralnością, To bardzo dobry dokument i myślę że wejdzie kiedyś do klasyki polskiego dokumentu.

 

„Dobra zmiana”, scenariusz i reżyseria Konrad Szołajski, producent wykonawczy i montaż (przy udziale Pawła Kowalika) Małgorzata Prociak, zdjęcia Michał Ślusarczyk, produkcja ZK Studio, koproducenci: TS Productions, Instytucja Filmowa Silesia Film, Onet; wsparcie dystrybucyjne: SF Cineeuropa, Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych 76 min., premiera: 12.10. 2018

Dwie strony polskiego medalu Wywiad

Z KONRADEM SZOŁAJSKIM, twórcą filmu dokumentalnego „Dobra zmiana” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

W którym momencie uświadomił Pan sobie, że „dobra zmiana” jest aż tak dobra, że warto czy trzeba zrobić o niej film?

Niemal od razu, już w pierwszych dniach rządów PiS, gdy przekonałem się, że dojdzie w kraju do wielkich zmian wpływających na życie ludzi. O filmie pomyślałem w grudniu 2015 roku, gdy w odpowiedzi na działania władz powstała fala oporu i ujawnił się – zapoczątkowany dużo wcześniej – obecny podział społeczeństwa. Wydało mi się to ważnym tematem, zwłaszcza dla filmu dokumentalnego, bo na fabułę na ten temat jest jeszcze za wcześnie, ona wymaga czasu i pewnego dystansu. W dokumencie można, a nawet trzeba działać niemal z miejsca, choćby tylko po to, żeby zarejestrować materiał do opowieści o dziejącej się na naszych oczach historii, a może nawet Historii pisanej przez wielkie „H”.

 

Rzeczywistość, którą Pan pokazał, jest bardzo spolaryzowana, podobnie jak spolaryzowane są postawy obu bohaterek. Z jednej strony bardzo aktywna działaczka Komitetu Obrony Demokracji z Warszawy, z drugiej starsza o pokolenie aktywistka „Klubów Gazety Polskiej” i Obrony Terytorialnej Kraju mieszkająca na prowincji. Czy tak ostre ukazanie przeciwności wynikało wyłącznie z zamysłu artystycznego czy też z niemożliwości ukazania w niedługim w końcu filmie dokumentalnym całej palety postaw społecznych, tego co „pomiędzy”?

I z jednego, i z drugiego, ale przede wszystkim z tego pierwszego. Żeby wyraziście i dosadnie pokazać widzom, co się u nas dzieje, trzeba było wskazać dwa główne, przeciwstawne sobie nurty. W przypadku zwolenniczki PiS chciałem – bez oceniania – zaprezentować jak to, co robi władza w centrum, przekształca się w działania jej zwolenników na dole. A w przypadku działaczki opozycji chodziło mi o przedstawienie wielkiej szybkości i dynamiki, z jaką narodził się opór przeciw tym rządom. Opór, który przynajmniej na początku wydawał się niezwykle potężną falą, a dziś mocno się rozmył. Jakby protestujący ludzie się zmęczyli, dostrzegli małą skuteczność swoich działań. Wielu chyba czeka na nowy pomysł, lidera zbawcę na białym koniu…

 

No właśnie, po tej pierwszej fali KOD osłabł, a obecnie dynamika bezpośrednich protestów ulicznych jest znacznie słabsza niż w latach 2015-2016, co sprawia, że w pewnym aspekcie ten dokument jest już cokolwiek historyczny. Czy skłania to Pana do kontynuacji pracy dokumentacyjnej, do rejestrowania tego, co się dzieje, a potem pokazania w nowym filmie tej zmieniającej się sytuacji?

Nie do końca zgodziłbym się z tezą, że film „Dobra zmiana” jest już historyczny. Pewnie jako dokumentalny zapis tego, co działo się przez ostatnie lata zostanie dla przyszłych pokoleń, w tym sensie wchodzi do historii, bo innych utworów dokumentalnych na ten temat za bardzo nie ma… Ale uważam, że jest jednak nadal bardzo aktualny, bo pokazuje proces, który się nie zakończył –i być może przyczyni się do tego, by jego uczestnicy zastanowili się, jak dalej mamy w Polsce żyć. Bohaterki, szczególnie Tita, przechodzą przecież ewolucję i ich droga jest w filmie pokazana: masowe protesty rzeczywiście zanikły, ale pojawiły się inne formy działania opozycji i to stan na dzisiaj. A Marta też nie składa broni i z całych sił pomaga „dobrej zmianie”.
A co do mnie, to nie wiem, co będzie mi dane. Mogę realizować swoje zamysły, ale w granicach realiów finansowych, a do produkcji profesjonalnego filmu potrzeba sporo pieniędzy. Może ja to będę w miarę możliwości robił, może także inni pójdą w moje ślady… Nie o to chodzi, żeby agitować, lecz aby zapisywać. Okazuje się, że temat i idea słynnej książki Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera „Świat nieprzedstawiony” jest ciągle w Polsce aktualna, bo ciągle, gdy spoglądamy w przeszłość, widzimy w jej dokumentacji „czarne dziury”. Z tego punktu widzenia w PRL bywało znacznie lepiej. Gdy wybuchły strajki na Wybrzeżu i w kraju latem 1980 roku, nadzorowana przez KC PZPR, Wydział Prasy i cenzurę Wytwórnia Filmów Dokumentalnych wysłała ekipę na miejsce zdarzeń, gdy jeszcze nie było wiadomo, czy Stocznię Gdańską rozjadą czołgi czy też na rokowania ze strajkującymi przyjedzie wicepremier Jagielski. Dzięki temu mamy kapitalny dokument „Robotnicy ‘80”. I ja z taką myślą – zapisania obrazu świata – podjąłem się pracy nad moim dokumentem o „dobrej zmianie”.

 

Co było Pana podstawową ideą, myślą przewodnią przy realizacji tego filmu?

Chęć pokazania, że ten spór na dole został w ogromnym stopniu sprowokowany z góry, przez polityków. Ludzie „kupili” ich narrację i teraz sami budują i wzmacniają polityczną barykadę, zamiast myśleć samodzielnie, zamiast spróbować porozumieć się z sąsiadem, podać mu rękę, n.p. gdy trzeba wspólnie wybudować drogę, niezależnie od podziałów kreowanych przez polityków w Warszawie.

 

Nie ukrywam, że jestem po stronie przeciwniczki tej władzy, więc nie byłem w pełni obiektywnym widzem filmu. Dlatego tym, co wywarło na mnie najsilniejsze wrażenie w trakcie oglądania „Dobrej zmiany” było to, że ludzie tacy jak pani Marta z „Klubu Gazety Polskiej” i OTK wybrała wraz ze swoim otoczeniem życie, z własnej i nieprzymuszonej woli, w ciasnej, immunizowanej nacjonalistycznej bańce świadomościowej, w ramach wyznaczanych przez wąsko pojmowany patriotyzm, praktyki religijne, kult smoleński i uprawianie ćwiczeń paramilitarnych. Sprawia to wrażenie, jakby ich nie interesowała cała rzeczywistość świata z jej bogactwem. Czy kontakty z tym kręgiem ludzi dały Panu odpowiedź na pytanie o przyczyny tego fenomenu?

Należę i to nie od dziś, do grupy społecznej kierującej się nieco innymi wartościami, może bardziej europejskimi, choć oczywiście szanuję polski patriotyzm i związane z tym poczucie narodowej tożsamości. Jestem jednak inny, bo trochę wychowywałem się zagranicą, poruszam się w bardziej kosmopolitycznym świecie artystycznym, także na Zachodzie – mam tam mnóstwo kontaktów zawodowych. Nie jest więc tak, że po 2015 roku nagle obraziłem się na tę nową Polskę, zmienianą przez rządy PiS, bo już od lat czułem się obywatelem Europy, świata. Sam więc zadawałem więc to pytanie, które Pan teraz sformułował… Otóż w życiu Marty, stronniczki PiS, jest chyba pewna konsekwencja. Jeśli się powiedziało „a”, to wtedy jest już trochę z górki i wypowiada się kolejne litery alfabetu. A pamiętajmy też, że wychował ją ojciec cichociemny, wielki patriota, weteran II wojny – i chciał z niej zrobić żołnierza…. Przywołam tu może także film Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”. Jego bohater, porządny człowiek, prowadzi jakby trzy życia, idzie trzema drogami, a ich wybór jest trochę przypadkowy. On zaś stara się w każdej sytuacji zachować przyzwoicie, co nie zawsze mu się udaje. Dlatego uznałem, że muszę Martę z „KGP” potraktować przyjaźnie i obiektywnie, bo ona na swój sposób jest bardzo uczciwa i realizuje swój program w imię wyższych celów. Mamy w polityce mnóstwo karierowiczów, a znaczna część polityków to śliskie postacie, tworzące jakiś kuriozalny świat jakby rodem z Gogola. PiS to rozwinął, ale te zjawiska, te afery, miały miejsce pod rządami wszystkich formacji, także SLD, PO, PSL. Jest w Polsce coś takiego niedobrego, że wielu ludzi idzie do polityki z zamiarem, żeby się dorobić. Natomiast ja starałem się dobrać do tego filmu dwie osoby, które kierują się inną motywacją. Ani Marta „Tita” z KOD z Warszawy, ani Marta z „Klubu Gazety Polskiej” z Gliwic, nie czerpią chyba żadnych korzyści ze swojej działalności, poza satysfakcją moralną; jeżdżą wysłużonymi samochodami i jeszcze dokładają do wszystkiego z własnej kieszeni; Marta troszczy się o swoich strzelców jak matka. Obie panie są więc uczciwe. Dla nich Polska nie jest „postawem sukna” do rozerwania. Wracając do Pana wcześniejszego pytania o myśl przewodnią tego filmu, to powiem, że starałem się takiej nie mieć, ale ona się wyłoniła niejako samoczynnie. Stanowi ją wotum nieufności wobec polityków i polityki. Gdyby obie Marty były sąsiadkami, być może by się lubiły i zrobiły coś wspólnie, ale politycy tak je podzielili, że odbierają świat manicheistycznie, jako walkę dobra ze złem, czarnego z białym. W Powstaniu Styczniowym też wszyscy chcieli dobrze: i margrabia Wielopolski, i Biali, i Czerwoni, a mimo to wszyscy pospołu zaplątali się w krwawy węzeł klęski. Moje bohaterki żyją w jakimś diabelskim kotle, w ramach narzuconych im z zewnątrz ról. Już Gombrowicz pisał o Polsce zaplątanej w jakieś absurdalne, tragikomiczne gry, o ludziach żyjących z „gębami” przylepionymi im przez innych. W „Eroice” Andrzeja Munka grany przez Edwarda Dziewońskiego „Dzidziuś” uważa, że Powstanie Warszawskie jest głupie i niepotrzebne, jednak wraca do niego w ostatniej scenie, powodowany romantycznym impulsem. Dlatego myślę, że w sytuacji zagrożenia zewnętrznego obie Marty stanęłyby razem do walki w obronie kraju, mimo że jedna z nich brzydzi się karabinem, a druga uczy wnuki strzelać. Jest gdzieś wspólny mianownik, choć gdy otworzy się publiczną telewizję, szczególnie programy informacyjne i publicystyczne, to leje się z niej nienawiść – chyba po to, żeby takie dwie kobiety nigdy nie mogły się porozumieć.

 

Politycy są w tym filmie nieobecni, bo Pan ich nie chciał, czy oni nie chcieli?

Oni nie chcieli. A proponowałem wielu znanym osobom, że pokażę ich z bliska, jak żyją – zarejestruję nie tylko to, co chcą mówić na tzw. setce, ale jak się zachowują w domu, z przyjaciółmi itd. Żeby przekazać prawdę, jaka by nie była. Jakoś ich przez to uczłowieczyć… Powstał kiedyś taki film o Havlu, na który się powoływałem. I wielu polityków z tzw. górnej półki ze mną z ciekawości rozmawiało, ale „off the record” i właściwie żaden nie był skłonny, by się otworzyć i pokazać, jaki naprawdę jest. Wyszło na to, że nasi politycy, zresztą nie tylko ci z PiS, są gotowi do występowania na konferencjach prasowych i na trybunie parlamentarnej, ale w sytuacji prywatnej już raczej nie chcą być filmowani. Wygląda chyba na to, że mają wiele do ukrycia… I to co powiem dalej, zabrzmi może trochę tabloidalnie, ale to są powszechnie znane fakty. Barwna historia romansu posła P. czy małżeńskich i pozamałżeńskich przygód wielu jego kolegów daje do myślenia. A rozmaite podejrzane biznesy i dile? Pompowanie publicznych środków do dziwnych fundacji i firm krzaków? Rozliczanie paliwa do samochodów, których posłowie nie mają? Premie otrzymywanie za… nic? Dobrze płatne posady w spółkach skarbu państwa? Trudno też nie zauważyć, że szczególnie ci co bardziej nabożni stróże moralności, ciągną ile się da, by utrzymać – często zmieniane – żony i kochanki, które w sytuacji tak zwanej „wpadki” szybko wysyłają na skrobankę do Niemiec. Więc chyba śladem „Kleru” powinien powstać teraz fabularny obraz pt. „Politycy”, z wątkiem aborcyjnym i korupcyjnym. Krytyczna wizja polskiego Kościoła katolickiego autorstwa Wojtka Smarzowskiego wyda się wobec takiej fabuły laurką… Zamawiam ten temat, że bynie mnie tu nikt nie wyprzedził! Tylko kto mi da na to pieniądze?… A już serio mówiąc, to wobec braku entuzjazmu ze strony partyjnych notabli, postanowiłem machnąć na nich ręką i zejść „na dół”.

 

Domyślam się, że Polski Instytut Sztuki Filmowej nie wsparł Pana filmu finansowo…

Oczywiście że nie, choć staraliśmy się o to. Jego realizację postawiliśmy więc sobie za punkt honoru. Bojaźń urzędników nie może przeszkodzić w realizacji ważnego społecznie przedsięwzięcia. I film wbrew decyzjom władz od kultury został zrealizowany – przy udziale koproducenta francuskiego i dzięki dotacji unijnej – programu Creative Europe MEDIA. Pomógł nam także Śląski Fundusz Filmowy… No i zwykli ludzie, którzy dorzucili się na końcu w ramach zbiórki crowdfundingowej. Bo ten film o polskim, dramatycznym podziale, naprawdę musiał powstać, wiedzieli o tym i Francuzi, i przedstawiciele śląskiego samorządu. A teraz chciałbym bardzo, żeby polscy widzowie ten obraz oglądali, by wzbudzał w nich refleksję na temat naszej wspólnej przyszłości – zarówno u zwolenników jak i u przeciwników „dobrej zmiany”. Bo bez kompromisu między tymi dwoma „plemionami” możemy wszyscy wpaść w kolejną czarną dziurę, a nikt rozsądny chyba nie chce jakiegoś „polskiego majdanu” czy powtórki stanu wojennego i beznadziejnego klinczu lat 80.?… Musimy się porozumieć, nauczyć wzajemnie słuchać. I budować dalej naszą młodą demokrację. Dlatego proponuję, żeby każdy, kto ma znajomego czy sąsiada o innych politycznych poglądach, zaryzykował – kupił bilety na film „Dobra zmiana” – i zaprosił „wroga” do kina. Może tak zacznie się między nimi poważny dialog?

 

Dziękuję za rozmowę.