Nie ma mowy o większych zmianach

Stany Zjednoczone oraz ich partnerzy czekają na pierwsze plany i działania nowej administracji.
Prezydentura Joe Bidena będzie oznaczać raczej drobną korektę kursu niż rewolucję w amerykańskiej polityce. Jaki jest jego plan dotyczący gospodarki? Choć recesja, dzięki wiosennemu planowi ratunkowemu, tzw. CARES Act, jest mniejsza niż przewidywano, to i tak w tym roku produkt krajowy brutto USA spadnie o 4 proc. Dlatego oczekiwane jest działanie nowej administracji, już na samym początku kadencji.
Prezydentura Bidena oznaczałaby nowy plan ratunkowy dla znajdującej się w recesji amerykańskiej gospodarki. Jego koszt to od 2 do 4 bilionów dolarów. Począwszy od nowej transzy zasiłków dla bezrobotnych, które miałyby osłabić niepożądany efekt trwałego spadku konsumpcji, poprzez wysoką podwyżkę federalnej płacy minimalnej (z 7,25 do 15 dolarów), do programu pożyczek dla firm i stanów w celu zwiększenia ich płynności finansowej.
Kluczowe wyzwania na dłuższą metę, z którymi chce się zmierzyć Biden, to walka ze zmianami klimatu i rasizmem, inwestycje w edukację i infrastrukturę – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Według jego programu USA mają powrócić do grupy państw Porozumienia Paryskiego, z którego w 2017 r. wyprowadził Stany Donald Trump. USA ma osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 r., a może nawet do 2035 r. Na te cele ma zostać przeznaczone 2 biliony dolarów. W dużej części będzie to oznaczać subsydiowanie zielonych badań i rozwoju, inwestycje w mieszkalnictwo (ważne źródło emisji szkodliwych gazów) i transformację energetyczną firm.
Ponad 100 miliardów dolarów niskooprocentowanych pożyczek ma zostać przeznaczone dla społeczności o wysokim odsetku mniejszości etnicznych, 50 mld dolarów zostanie przeznaczonych na startupy, a 70 mld dolarów będzie zainwestowane w edukację.
Wydatki na inwestycje strukturalne w ciągu ostatnich 50 lat ciągle spadały, co wpływało na pogarszanie się stanu dróg i mostów, których świetność przypadała na lata 50. XX wieku – zauważa TEP. Trudno będzie odwrócić ten trend.
Podsumowując, gospodarcze plany Bidena mają kosztować w sumie 3 proc. PKB. Jest to niewiele w obliczu wyzwań, przed którymi stoją USA.
Co ważne, przedstawione przez Bidena plany pokrycia wydatków wydają się realne do osiągnięcia i rzeczowe. A to m.in. za sprawą planowanego uszczelnienia i wzrostu opodatkowania najbogatszych (zarabiających powyżej 400 tys. dolarów rocznie) do 39,6 proc. Drugim elementem jest odwrócenie reformy podatkowej Trumpa z 2017 r. i zwiększenie podatku od dochodów firm (CIT-u) z 21 proc. do 28 proc. W sumie pozwoli to na wzrost wpływów do budżetu federalnego rzędu 1-2 proc. PKB.
Amerykańska lewica zarzuca Bidenowi, że jego propozycje są nudne i nierewolucyjne. Odrzucił on utopijne, jak na standardy amerykańskie, lewicowe hasła. Co to oznacza? Ograniczenie planu Medicare dla wszystkich (pośród krajów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju USA są jedynym państwem bez powszechnego publicznego federalnego systemu ochrony zdrowia). Biden wycofał się również z zakazu inwestycji w energię nuklearną, a także darmowej edukacji wyższej dla każdego (studia w USA są bardzo kosztowne, a w sumie dług studencki to niebagatelna kwota 1,6 bln dolarów).
Zarzuca mu się, że nie ma konkretnego planu gospodarczego czy nawet planu walki z COVID. Część jego propozycji budzi zastrzeżenia co do zasadności i efektywności wydawania środków. Wskazuje się, że plany inwestycji w infrastrukturę, brak planów regulacji oligopoli czy brak reformy prawa antytrustowego mogą być problemem dla konkurencyjności amerykańskiej gospodarki. Choć Biden jest zwolennikiem wolnego handlu, to może faworyzować lekki protekcjonizm. Oczekuje się – w kontekście relacji z Chinami – powolnego wychodzenie z wysokich taryf (obecnie średnio 18,3 proc.) i embarga (na produkty Huawei, ZET, Tencet), a także wycofywania się z sankcji wobec wysokich urzędników partyjnych.
Joe Biden skupiał się w poprzednich kampaniach na klasie średniej, bo z niej się wywodzi i z nią identyfikuje typowego Amerykanina. Warto spojrzeć na jego prezydenturę przez pryzmat problemów klasy średniej. Jego plany gospodarcze mogą oznaczać nieznaczne wzmocnienie amerykańskiego państwa dobrobytu, które dotychczas w dużym stopniu pomija młodych i mniejszości etniczne.

Małe, zielone i z twarzą Waszyngtona

Zadziwiający jest budżet naszego kraju. Kwalifikuje się do nagrody Nobla z fizyki.

 

Niby sztywny, i niby z gumy”, a jednak tak rozciągliwą substancję trudno spotkać w przyrodzie. Ni to kauczuk, ni plastelina. Prawdziwy fenomen. I jeszcze te nadwyżki z wbudowaną funkcją znikania na zawołanie!
Kiedy po 40 dniach okupacji niepełnosprawni opuszczali Sejm, obowiązywała wersja, że nie da się z niego wycisnąć już ani kropelki pieniądza, nawet w wariancie kompromisowym od przyszłego roku – tylko osławione pieluchomajtki, które już nawet mnie śnią się po nocach, a co dopiero protestującym.
W ostatni sobotę Mateusz Morawiecki ściskał zaś dłonie i oddawał klucze pierwszym szczęśliwcom z Białej Podlaskiej, którzy załapali się na Mieszkanie Plus. A że niektóre rodziny jeszcze przed podpisaniem ostatecznych umów wycofały się z programu, bo za 1,3 tysiąca wynajmą mieszkanie na wolnym rynku bez żadnych obostrzeń, rząd jakoś nie wspomina. Jak na złość, znowu w magiczny sposób nasz budżet zwinął się w kulkę, kiedy doszło do rozliczeń z deweloperami.
Okazało się, że powtórzyła się sytuacja z Jarocina. Mieszkania przekazywane są w stanie surowym, a sam czynsz zamiast 900, wyniesie 1100 – bez licznikowych opłat. Na dodatek po trzech miesiącach niepłacenia na czas najemca może zostać wyrzucony na bruk bez prawa do lokalu socjalnego, będzie też musiał na swój koszt zdzierać położone przez siebie wcześniej podłogi, żeby oddać mieszkanie takim, jakim je wziął. Nie wiadomo, ile lat trzeba będzie dopłacać do czynszu, aby uzyskać własność. Dlaczego tak? „Taniej się nie dało” – tłumaczy PiS, który skutecznie oddał sukces Mieszkania Plus deweloperom.
– Spokojnie, będą dopłaty! – premier Morawiecki usiłował ratować honor inwestycji. Tylko że budżet swoim zwyczajem znowu zrobił woltę. Dopłaty, owszem, będą, ale nie starczy dla wszystkich – tylko dla tych spełniających kryterium dochodowe. I nie będą waloryzowane (strasznie złośliwy stwór z tego budżetu, nie sądzicie?).
Ale cóż to? Coś tam jednak majaczy na pustym rzekomo dnie rządowego worka z pieniędzmi. Coś zielonego i z twarzą Jerzego Waszyngtona. Hokus pokus i państwowe konto nagle rozkwitło wizją nowoczesnej infrastruktury w Polsce północnej. W dokumencie, który MON przekazało amerykańskiemu kongresowi znajdują się plany inwestycji 2 miliardów dolarów – jeżeli tylko miłościwi Amerykanie zechcą przyjąć ów skromny podarunek w zamian za pozostawienie u nas jednej dywizji pancernej w ramach stałej bazy NATO. Przy takiej kasie, jaką jesteśmy w stanie wyłożyć według „Propozycji amerykańskiej obecności w Polsce”, 94 miliony dotacji dla spółek ojca Rydzyka wydaje się skromniutką jałmużną z niedzielnej tacy.
Co można zrobić za 7,5 miliarda złotych? Na przykład spełnić wszystkie postulaty niepełnosprawnych (około 3,8 miliarda) i lekarzy rezydentów (2 mld) oraz opłacić pierwszą transzę podwyżek dla nauczycieli. Albo zmodernizować cały tabor PKP Intercity. Albo wyłożyć połowę rocznej wysokości dopłat do czynszów w Mieszkaniu Plus.
Ale te wszystkie wydatki leżą w Kancelarii Premiera w zamkniętej na głucho szufladce z napisem „Pierdoły”. Otwarta jest za to ta druga, z tabliczką „Wazelina do tyłka Wuja Sama – używać tylko zgodnie z przeznaczeniem”.