Szalony tramwaj czasów Nikodema Dyzmy

Autor „Kariery Nikodema Dyzmy” i szeregu innych powieści, które tworzyły (dziś historyczną) panoramę życia II Rzeczypospolitej – Tadeusz Dołęga Mostowicz – był także bardzo czynnym i jak się wtedy mawiało – „wziętym” dziennikarzem i publicystą.

W licznych tytułach prasowych pochodzących z lat 1925-1939 rozproszone są niezliczone teksty, zazwyczaj mające charakter opowiastek, opowiadań, humoresek, felietonów i felietoników, minireportażyków, a także recenzji teatralnych, filmowych czy książkowych sygnowane zresztą różnymi pseudonimami, literami, inicjałami etc. Zebrał je w zgrabny i spójny tom Jarosław Górski.
Te twory dziennikarskie niewielkiej zazwyczaj objętości należą dziś oczywiście w wymiarze treści i literalnie pojmowanej problematyki, do historii dziennikarstwa i historii w ogóle. Dają jednak wyobrażenie o stylu dziennikarstwa tamtych czasów, stylu który skądinąd, do pewnego stopnia zachował się jeszcze, siłą nawyku, w powojennej żurnalistyce, wówczas głównie prasowej, jeśli nie liczyć dopiero rozwijającego się radia. Dają też wyobrażenie o tym, co interesowało ówczesnych czytelników, jako że prasa tych czasów, choć nieznane były jeszcze wtedy dzisiejsze, specjalistyczne metody badania opinii publicznej, w tym preferencji czytelniczych, poznawała je metodami z dzisiejszego punktu widzenia „chałupniczymi”, a mimo to nader skutecznymi. Tom zebranych tekstów przepełniony jest tekstami głównie obyczajowymi, odzwierciedlającym życie warstwy głównie mieszczańskiej, drobnomieszczańskiej, świata artystycznego („Proroctwa teatralne”), dziennikarskiego i politycznego, z rzadka co prawda, ale także sięgając też w warstwy rozmaicie pojmowanej klasy proletariackiej czy opisując zabawne obrazki z ówczesnego życia wakacyjnego. Ukazują one obyczaje, nawyki, interesy, wady, śmieszności rozległej galerii postaci, a wiele z tych tekstów to także celne, kalejdoskopowo barwne i bogate portrety psychologiczne niezliczonych tzw. „typów”, kobiecych i męskich najrozmaitszego autoramentu – od dygnitarzy i ziemian trawiących czas przy grze w brydża („Czwarty król”), poprzez handlarzy, kamieniczników („Dublowana etyka”), urzędników, spekulantów finansowych, świata wojskowego („Na patrolu”), kolejowego („Ruch służbowy”), nawet kolekcjonerskiego („Sam wpadłem w manię”), po młode dziewczyny z prowincji próbujące znaleźć sobie z trudem najskromniejsze miejsce na bruku Warszawy.
Od politycznych salonów, poprzez nocne życie restauracyjne („Muzyka gra. Obrazki z nocnej Warszawy”) po skromne mieszkania szarych ludzi. Wybijającym się i najcenniejszym walorem dziennikarskiego pisania Dołęgi-Mostowicza jest żywość języka. Gdyby te same treści przekazywane były w zwykłym, banalnym stylu sprawozdawczym, byłyby dziś trudne w czytaniu i przydatne, względnie nawet interesujące, jedynie dla archiwistów, historyków czy badaczy historii prasy. Tym co stanowić może o ich atrakcyjności także dla części współczesnych czytelników zdecydował talent literacki, szczególny słuch językowy i dar obserwacji. Doskonale podchwytywał nawyki i style językowe rozmaitych warstw społecznych, zwroty i słowa o charakterze gwarowym, przejawy tzw. „języka przedmieścia” czy języków środowiskowych. Czasem nawet wykorzystywał je w recenzjach teatralnych, które w jego wydaniu dalece odbiegały od standardu typowego dla tej formy prasowego pisania.
Oto próbka jednej z recenzji:„Trzeci dzwonek, Oglądam widownię. Na 600 miejsce około 200 pustych (…) Mężczyźni w czapkach. Wszyscy w paltach, bo zimno jak w lodowni. (…) W ogóle publiczność ekspansywna, „wdzięczna” (…) Kiedy Wiera zabija kochanka, naraz z kilku miejsc odzywają się głosy aprobaty: Tak i trzeba, takiemu synowi! (…) To ci morowa baba! W ogóle publiczność ekspansywna, „wdzięczna”, jak mówią aktorzy. Największe zainteresowanie wzbudziła … kolacja na scenie. – Te Antek, czy oni naprawdę ją? – No nie widzisz – bipsztyk. W drugim rzędzie tuż za mną przyciszony głos dziewczęcy: – Ale chlają gorzałę, jak świnie! – Eee, i panna Felcia tyżby się napiła, co? – Chyba wiszniaku…”. Prawdziwie reprezentatywnym, mistrzowskim créme de créme stylu Dołęgi-Mostowicza jest kapitalna humoreska „Szalony tramwaj”, gdzie posługując się dynamicznie poetyką oddającą tłok, ścisk, gwar, dynamiczną dialogową wielomówność pasażerów tramwaju przepełnionego reprezentantami różnych warstw społecznych, dał autor, za pomocą detalu i celnie budowanego nastroju kapitalną syntezę ówczesnej Warszawy. Już tylko zabytkiem satyry jest wieńcząca tom szopka polityczna, „Rzeczywistość urojona i rozbrojona”, zabawna jednak przez językowe kalambury, kontaminacje i tym podobne zabiegi i sztuczki stylistyczne, w których wtedy lubowało się wielu autorów, nie tylko Mostowicz, ale także liczni autorzy tekstów dla stołecznych kabaretów typu „Qui pro quo” czy „Morskie Oko”. Można też jednak w tomie tekstów twórcy Nikodema Dyzmy znaleźć pretekst do podszytej gorzką ironią refleksji historycznej. W tekście „Zmartwiczka” opisał Dołęga-Mostowicz spotkanie ze znajomym, który był powszechnie znanym ucieleśnieniem skrajnego życiowego pesymizmu, permanentnego smutku, czarnowidztwa, malkontenctwa odnoszącego się zarówno do spraw prywatnych, jak i publicznych, państwowych.
Pisarz, choć był przeciwnikiem obozu sanacyjnego próbował przeciwstawić pesymizmowi rozmówcy coś w rodzaju urzędowego optymizmu. Pragnąc unaocznić mu dokonania Polski w dwudziestoleciu po odzyskaniu niepodległości, wyliczał je swojemu rozmówcy z zabawną „państwowotwórczą” chełpliwością: „Minęło dwadzieścia lat i z ulic zniknęły nie tylko ogonki ludności żebrzącej o żywność, lecz także kocie łby ustępujące miejsca asfaltom. Mamy kolejnictwo jedno z najlepszych w Europie. Mamy własny wspaniały port. Mamy wciąż wyrastające nowe ośrodki przemysłowe. Mamy potężną armię. Mamy zwiększone terytorium i ważki głos w sprawach polityki międzynarodowej. Trzeba być ślepym, by tego nie widzieć. W dwadzieścia lat dokonaliśmy olbrzymiego dzieła. A dzieło to wciąż się rozrasta. (…) Zmartwiczka uśmiechnął się boleśnie i powiedział: – To wszystko prawda. Ale zobaczysz czym się to skończy. Teraz Japończycy zagarną Chiny, za dwa lata zawojują Rosję, a najdalej za pięć będziemy tu mieli japońskiego generała-gubernatora w Warszawie. Popamiętasz moje słowa! – Dlaczego japońskiego, nie na przykład brazylijskiego? Zmarszczył brwi i zastanowił się: – Brazylijskiego powiadasz? Kto wie? Wszystko jest możliwe…”. W tym fragmencie komiczny jest nie tylko zwrot o „potężnej armii”, o „ważkim głosie w polityce międzynarodowej” czy dywagacje o możliwości japońskiej okupacji w Warszawie. Jest też niezamierzony komizm podszyty tragedią. „Oby się wreszcie sprawdziły w stosunku do mego Zmartwiczki i do tych paru tysięcy podobnych Zmartwiczek, które jeszcze pokutują wśród nas w Polsce” – z irytacją podsumował swoją rozmowę Dołęga-Mostowicz. Gorzki, wyrastający z dzisiejszej świadomości następstwa zdarzeń komizm jaki wyziera z tego fragmentu bierze się z daty publikacji tego tekstu. Bierze się z naszej dzisiejszej świadomości szyderstwa historii. Ukazał się on w „Kinie. Tygodniku ilustrowanym”, jesienią 1938 roku. II Rzeczpospolitej i Tadeuszowi Dołędze-Mostowiczowi został wtedy jeszcze tylko niecały rok życia. Nałogowy pesymista miał rację, a pech dotknął nie tylko literata i dziennikarza. Przybrał bowiem postać totalnego, epokowego kataklizmu. Okazało się, że wesoły, „szalony tramwaj” II RP jechał ku przepaści.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz – „Pechowy literat i inne opowiadania, nowele, humoreski”, wybór, opracowanie i wstęp Jarosław Górski, Wydawnictwo „Iskry”, str. 269, ISBN 978-83-244-1088-4

Balzac przedwojennej Polski

Powyższy tytuł jest rozmyślnie mocno przesadzony. Tadeusz Dołęga-Mostowicz (1989-1939) nigdy nie sięgnął skalą talentu artystycznego i duchowych horyzontów rangi twórcy „Komedii Ludzkiej”. A jednak pakiet jego powieści jest z różnych powodów bardzo interesujący, także do dziś.

Posługując się rozmaitymi konwencjami przedstawił rozległą panoramę życia społecznego, politycznego, ekonomicznego i obyczajowego sanacyjnej Drugiej Rzeczypospolitej i ogromną galerię postaci, od przedstawicieli najniższych warstw, służby domowej, robotników, drobnych handlarzy, drobnomieszczaństwa najrozmaitszego autoramentu, urzędników różnych szczebli, średniego kapitału, ludzi pióra kręgów wojskowych, policyjnych, po wielką finansjerę, burżuazję i arystokrację, etc., etc. I to właśnie pozwala – jak myślę – na zastosowanie takiej paraleli, oczywiście z uwzględnieniem wstępnego zastrzeżenia.
Powieści Dołęgi Mostowicza (m.in. „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Prokurator Alicja Horn”, „Bracia Dalcz i spółka”, „Doktor Murek”, „Kiwony”, „Czwarta brygada”, „Znachor”, „Profesor Wilczur” i inne), choć cieszyły się ogromną popularnością, głównie z powodu melodramatycznej czy sensacyjnej fabuły, były także swoistymi studiami socjologicznymi licznych warstw ówczesnego społeczeństwa, silnie nasyconymi realizmem. A rzeczywistość ta, wyłaniająca się z kart jego powieści była brutalna, ponura, okrutna. Przedstawiała krainę peryferyjnego kapitalizmu z całą okropnością jego realiów.
Biografia twórcy „Kariery Nikodema Dyzmy” rozpoczyna się jak kryminalny reportaż. To opis wydarzenia które miało miejsce 8 września 1927 roku, kiedy to „nieznani sprawcy” porwali z placu Narutowicza w Warszawie, wywieźli do Lasku Sękocińskiego i pobili młodego dziennikarza, przyszłego pisarza, za „pisanie o Marszałku”. Krytyczne, rzecz jasna. Choć od tak wysokiego „C” zaczyna się opowieść Jarosława Górskiego, to upewniam, że nie jest to hagiografia, idealizacja twórcy „Doktora Murka” czy „Znachora”.
Autor nie skrywa negatywnych, czy nawet antypatycznych cech Dołęgi-Mostowicza – antysemityzmu, poglądów zbliżonych do endeczyzny, skłonności do bufonady, społecznego konserwatyzmu, karierowiczostwa i koniunkturalizmu, bon vivanta i playboya, zwolennika utrzymywania kobiet w ich tzw. „tradycyjnych rolach” (choć osobiście człowieka sympatycznego i dobrego). I choć na końcu przyznaje się autor do sympatii, do polubienia tej postaci, to podkreśla dzielące go od niego różnice: „Nie był mi nigdy Dołęga-Mostowicz bliski ideowo, obcy mi jest jego system wartości, aspiracje do stylu życia, nawet osobiste upodobania: myślistwo uważam za barbarzyństwo, krawatów nie noszę, nigdy w życiu nie usiadłem za kamienicą samochodu, nie wiem, czy bardziej cierpiałbym z nudów, grając przez całą noc brydża, czy przerzucając się dowcipami i kalamburami w gronie polskich literatów. A jednak swojego bohatera polubiłem (…) choć był skończonym snobem, kochał blichtr i wysoko cenił towarzystwo możnych tego świata (…)”.
Górski ukazał sylwetkę Dołęgi-Mostowicza w licznych uwarunkowaniach wiążących się z jego aktywnością pisarską, dziennikarską, towarzyską, także filmową, z jego sprytnym i lukratywnym lawirowaniem między głównymi ówczesnymi siłami politycznymi, sanacją i endecją, a także w wielu innych aspektach.
Zaprezentował też i interesująco przeanalizował jego twórczość (a także aktywność felietonową) i jej recepcję w różnych kręgach i środowiskach społecznych. Postać pisarza ukazał wręcz drobiazgowo na bogatym tle rzeczywistości sanacyjnej Polski lat dwudziestych i trzydziestych, z bogatą galerią postaci, takich jak Michał Waszyński i gildia ówczesnych ludzi filmu, jak Janusz Minkiewicz, Witold Gombrowicz, Julian Tuwim, jak gwiazdy aktorskie z tamtych lat z Eugeniuszem Bodo na czele i wielu, wielu innych, także licznych pomniejszych i zapomnianych.
Przede wszystkim uwypuklił jego rolę jako pisarza popularnego, którego ranga wynikająca z masowej recepcji czytelniczej pozostawała w sprzeczności z niską rangą przydawaną mu przez oficjalną krytykę, która skądinąd najczęściej milczała, nie reagując na kolejne edycje jego powieści, spychając go na pozycje pisarza drugorzędnego, piszącego dla „gawiedzi” i „dla kucharek”.
Temu milczeniu towarzyszył nieustanny rozwój jego pisarskiej kariery, która jeszcze w 1939 roku miała rosnącą dynamikę, przerwaną przez wybuch wojny, a wzbogacana także kolejnymi ekranizacjami jego powieści.
Nie jest to oczywiście pełna panorama tamtej rzeczywistości, siłą tematy skoncentrowana jest bowiem na świecie pisarskim, dziennikarskim i wydawniczym, ale licznymi „linkami” sięga także w inne rejestry ówczesnego życia.
Mimo, że autor jest zafascynowany zjawiskiem jakim była Polska okresu międzywojennego, to jednak – nie po raz zresztą pierwszy w historii piśmiennictwa – z jego opisu wyłania się obraz kraju antypatycznego, przepełnionego okrutną rzeczywistością społeczną i ekonomiczną, rządzonego autorytarnie, metodami policyjnymi i z agresywną cenzurą.
Doprawdy, tylko ci którzy spędzili w II RP dostatnią młodość mogli ją wspominać z sentymentem.
Co nie zmienia faktu, że ciekawie i malowniczo rekonstruuje biograf charakterystyczne wtedy klimaty i nastroje życia warstw inteligencko-artystycznych II RP, z ich skłonnością do nieustannych zabaw, rautów i fajfów, z ich specyficznym poczuciem humoru, upodobaniem do „dzikich” żartów, do zakrapianych alkoholem spotkań literackich, podczas których z upodobaniem wymyślano kolejne limeryki.
Opowieść biograficzna o Dołędze-Mostowiczu oparta jest na bogatym materiale źródłowym, w tym także o źródła archiwalne udostępnione biografowi m.in. przez przedstawicieli rodziny pisarza. Jednak z różnych powodów wiedza o różnych aspektach życia i twórczości TDM ma wiele luk, które autor dyskontuje ciekawymi spekulacjami i rozważaniami i to one tworzą jedną z ciekawszych, niejako detektywistyczną, warstw tej biografii.
W szczególności licznymi wersjami obrosły okoliczności śmierci pisarza, co uświadamia, jak wątłe i obarczone licznymi wątpliwościami są często podstawy rekonstrukcji obrazu rzeczywistości i z jakimi trudnościami spotykają się historycy czy biografowie, próbujący ją odtworzyć. Podoba mi się też język, jakim posługuje się w swojej narracji autor, język osobisty i silnie nasycony kolokwialną bezpośredniością, bez zasłaniania się tonem chłodnego, bezstronnego badacza.
Nie będę tu streszczał, bo to niemożliwe, arcybogatej treści biografii Dołęgi-Mostowicza. Wspomnę tylko kilka wątków, by zachęcić do sięgnięcia po tę bardzo interesującą lekturę. W 1938 roku Eugeniusz Bodo rozpoczął zakrojone na szeroką skalę przygotowania do ekranizacji „Kariery Nikodema Dyzmy”, w której sam miał zagrać rolę tytułową, ale jak napisał Górski – do pewnego stopnia posługując się spekulacjami i cytując biografię aktora – otrzymał „przyjacielskie ostrzeżenie” od cenzury, by zrezygnował z pomysłu, bo film krytykujący ówczesne warstwy rządzące nie zostanie dopuszczony na ekrany.
Górski dokonał też, opierając się na źródłach pisanych, swoistej rekonstrukcji zawartości filmu „Testament profesora Wilczura”, którego premiera odbyła się w 1938 roku, a którego kopia zaginęła i dotąd nie została odnaleziona.
W filmie tym, w roli pisarza wysłuchującego wspomnień jednej z postaci, pojawia się sam Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Kto wie, czy pisarz nie był prekursorem konceptu autotematyzmu w literaturze, bowiem w powieści „Pamiętnik pani Hanki” tytułowa bohaterka wymienia Dołęgę-Mostowicza jako jedną z postaci, a on sam, jako narrator podpisany inicjałami TDM, komentuje jej słowa. „Mostowicz znakomicie zabawił się tutaj konwencją literacką, tworząc kolejne poziomy fikcji, naśladującej prawdę” – zauważa autor biografii pisarza.
Gdy w 1938 roku „Znachor” Michała Waszyńskiego dotarł do kin francuskich, po kilku dniach poniósł kompletną klapę, zszedł z ekranów, a we „francuskich gazetach pojawiły się szydercze recenzje, ze wzmiankami o dzikim kraju, w którym ludność leczy się u znachorów, a filmy robi się muzealną techniką”. Przykrość sprawiła mi natomiast wzmianka o tym, że malarz i rysownik Marian Walentynowicz, który był rysunkowym ojcem Koziołka Matołka, Małpki Fiki-Miki i wielu innych postaci ze słynnego cyklu stworzonego do tekstów Kornela Makuszyńskiego, był zapalonym myśliwym.
Na koniec wspomnę tylko o drobnej nieścisłości, która wkradła się w kończący całość dodatek. Otóż wbrew temu co napisał Autor, po ukazaniu się „Kariery Nikodema Dyzmy” w 1955 roku nie nastąpiła przerwa trzydziestoletnia, bowiem ukazała się ona w 1968 (tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym) roku w czytelnikowskiej serii „z delfinem” (w zmienionej szacie graficznej także w roku 1972). Natomiast między wydaniami „Pamiętnika pani Hanki” w 1946 roku a wydaniem z roku 1986, ukazała się ta powieść w roku 1971, ilustrowana kadrami z filmu Stanisława Lenartowicza (1963). Obie książki mam w swojej domowej bibliotece.
Bo mimo wszystkich jej ograniczeń lubię prozę Dołęgi Mostowicza i z tego też powodu przeczytałem jego bardzo interesująco napisaną przez Jarosława Górskiego biografię.

Jarosław Górski – „Parweniusz z rodowodem”, Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 2021, str.448, ISBN 978-83-244-108-6