Żołnierze wyklęci czy przeklęci (na Dolnym Śląsku)

W lutym 2011 r. prezydent B. Komorowskiego podpisał ustawę o ustanowieniu 1 marca Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych dla uczczenia tych, którzy oficjalnie walczyli z „dwoma totalitaryzmami”, tj. z niemieckim faszyzmem i komunizmem. W związku z tym liczne instytucje państwowe, samorządowe, partyjne, w tym szkoły, stowarzyszenia oświatowe, sportowe i historyczne, także kościoły prowadzą szeroką akcję mającą na celu propagowanie patriotycznych osiągnięć żołnierzy wyklętych.

W ślad za postanowieniem prezydenta w licznych miastach, w których władzę sprawuje nie tylko PiS nastąpiło przemianowanie nazw znaczniejszych ulic i placów na „Żołnierzy Wyklętych” bądź ich dowódców i bohaterów. Szeroką akcję propagandową osiągnięć żołnierzy wyklętych prowadzi Instytut Pamięci Narodowej, dysponujący wielomilionowym budżetem dla fałszowania historii i budowania nowego mitu wielkiego bohaterstwa wyklętych. Jest to nowa legenda, która ma być mitem założycielskim budowanej obecnie tzw. IV. Rzeczypospolitej, która ma niewiele wspólnego z prawdą historyczną o nie tak odległej przeszłości.

Do napisania tego artykułu skłoniła autora zorganizowana 1 marca przez Dom Kultury w Bolkowie na Dolnym Śląsku akademia dla uczczenia żołnierzy wyklętych w odbudowanym niedawno byłym kościele ewangelickim, w którym z tej okazji odbyła się uroczystość z udziałem reprezentacyjnych, osób, wyświetlono tendencyjny film o żołnierzach wyklętych, wygłoszono referat oficjalny, miejscowy zespół artystyczny przygotował także odpowiedni program artystyczny. Impreza cieszyła się umiarkowanym zainteresowaniem, jej głównym adresatem była młodzież szkolna, którą od lat ćwiczy się w studiowaniu i przejmowaniu nowych prawd o żołnierzach wyklętych. Bez wątpienia szkołom wyznaczono ważną funkcję indoktrynowania młodzieży zgodnie z obowiązującymi obecnie programami nauczania najnowszej historii nie tylko Polski, mając na uwadze obowiązujące obecnie cele programowe i oświatowo-dydaktyczne. Podobnych imprez było multum we Wrocławiu i w innych większych miastach, a nawet, jak świadczy przykład Bolkowa, w miasteczkach i gminach.

Zacznijmy od samej nazwy. Według Małego Słownika Języka Polskiego z 1968 r. (s.927) „wykląć (wyklęty)” znaczy pozbawić kogoś należnych mu praw, wyklinając wyrzuca się kogoś, wykląć syna, córkę, a historycznie oznaczało „wyłączenie kogoś z kościoła chrześcijańskiego: rzucić na kogoś klątwę”. W zamierzeniu prezydenta chodziło o to, by „wyklętym” przywrócić należne im prawa i by znaleźli należne i godne miejsce w narodowej rodzinie, wspólnocie.

Czy rzeczywiści było tak, jak życzył sobie prezydent B.Komorowski i ówczesne siły partyjno-polityczne. Przypomnijmy, że także ówczesny Sejm przyjął głosami wszystkich frakcji uchwałę o tym, że żołnierze wyklęci dobrze przysłużyli się Polsce. Obecnie pogłębiły się różnice między obozem PiS i Platformy Obywatelskiej i szerzej Koalicji Obywatelskiej, czemu sprzyjają kolejne kampanie wyborcze i rosnące różnice interesów i na tematy międzynarodowe, a nawet ich przedstawiciele obrzucają się najgorszymi inwektywami. Jednak zadziwiające pozostaje, że pod względem „żołnierzy wyklętych” panuje między nimi niemal kordialna zgoda i prześcigają się we wspólnym ich fetowaniu. Głównym lepiszczem takiej postawy był ich jednoznaczny antykomunizm, tradycje zbrojnej walki z Polską Ludową i antysowietyzm, żeby wymienić najważniejsze.

Kto to byli „żołnierze wyklęci” i dlaczego stali się świętą ikoną obecnych kierowników polskiej nawy państwowej. Dziś tym określeniem IPN obejmuje się prawie całą wojenną partyzantkę, głównie AK, partyzantkę chłopską i inne ugrupowania, które miały odmienne nie tylko sztandary, także cele ideowo-polityczne i często inaczej kreśliły programy ustroju przyszłej Polski wyzwolonej spod niemieckiej okupacji.

Jak dowodzą liczne badania historyczne tym określeniem przedstawia się głównie żołnierzy zbrojnego podziemia, które po 1944-45 r. nie podporządkowały się powstającej Polsce Ludowej, nie złożyli broni, nie wstąpili do odrodzonego Wojska Polskiego, było ich (według różnych źródeł) w sumie ok. 15 do 20 tys., dekowali się na zapleczu, a niektórzy z nich uciekali się do bratobójczej wojny. Nie wzięli udziału w decydującej fazie 2 wojny światowej, tj. w walkach o wyzwolenie okupowanej jeszcze przez Niemców zachodniej Polski, walkach o Pomorze (Wał Pomorski), pod Budziszynem i o Drezno, a wreszcie w operacji zdobycia Berlina. Jednostki 1. Armii Polskiej dotarły w tych historycznych bojach do Łaby, a 2. Armii wyzwalały (po ostrych walkach na Łużycach) na początku maja 1945 r. północne Czechy, dochodząc do przedmieścia Pragi. Do dziś w Melniku nad czeską Łabą stoi pomnik wyzwoliciela generała Karola Świerczewskiego (legendarnego bohatera walk przeciwko faszystom w Hiszpanii gen. Waltera), podczas gdy na polskiej ziemi jego pomniki podobnie jak nazwy jego ulic dawno zostały w Polsce zburzone lub wymazane z historii. Tak polska reakcyjna prawica rozprawia się z pamięcią o najlepszych synach polskiego narodu. Za sprawą tego wielkiego wysiłku zbrojnego rodzącej się Polski Ludowej polskie oddziały wzięły aktywny udział w operacji berlińskiej, a 1. Dywizja wraz z innymi wydzielonymi pododdziałami wzięła udział w szturmie Berlina i przypadł jej zaszczyt zawiesić polskie flagi na szczycie Pruskiej Kolumny Zwycięstwa w centrum Berlina. Są to fakty historyczne porównywalne tylko z Bitwą pod Grunwaldem, przy czym rezultaty polityczne i zdobycze terytorialne tego zwycięstwa przewyższały znacznie victorię grunwaldzką.

Ten wielki polski czyn bojowy, który okazał się także epokowym zwycięstwem politycznym był wynikiem przejęcia inicjatywy ideowo-politycznej przez siły polskiej lewicy i kształtowania się przyjaźni i współpracy polskich sił patriotycznych ze Związkiem Radzieckim i jego bohaterską Armią Czerwoną, utrwalonych wspólną walką z niemieckim najeźdźcą w bitwie pod Lenino w październiku 1943 r., pod Studziankami, w walkach o wyzwolenie Warszawy w 1944-45 r., walkach na Pomorzu, krwawych bitwach przy forsowaniu Odry i Nysy Łużyckiej i Wzgórzach Seelowskich pod Berlinem, na których zginęło 2.310 poległych, a ogółem straty wyniosły 10.385 żołnierzy. (K.Kaczmarek, (1) s. 361). Jeszcze większe straty były udziałem 2. Armii Wojska Polskiego na polach Łużyc, gdzie polskie oddziały poza walkami czołowymi musiały przyjąć na siebie potężne uderzenie wojsk pancernych feldmarszałka F.Schoernera, idących na pomoc Berlinowi. Bitwa budziszyńska była niezwykle krwawa, polski żołnierz złożył w tej sprawiedliwej walce wielką daninę krwi, ale ostatecznie była ona zwycięska. Zginęło tam 4.912 poległych, 2.798 było zaginionych oraz 10.532 rannych i kontuzjowanych, tj. 20, 3 proc. ogólnego stanu Armii. Wielkie były także straty w uzbrojeniu i taborach, ale cel bojowy 2. Armia wykonała z odznaczeniem, armia Schoernera nie przerwała polskiego zbrojnego pierścienia i odsiecz dla hitlerowskiego Berlina została zatrzymana.(K.Kaczmarek, (2) s. 365). Jeszcze większe były straty Armii Radzieckiej. Ocenia się, że tylko podczas walk o wyzwolenie Dolnego Śląska życie straciło prawie 30.000 czerwonoarmistów a 70-80.000 odniosło rany.(R.Majewski, s.200).
Trzeba także pamiętać, że polski wysiłek zbrojny był także znaczący na frontach zachodnich w ramach operacji prowadzonych przez sojusznicze armie amerykańskie i angielskie, gdzie Korpus gen. W.Andersa wsławił się walkami w północnej Afryce, pod Monte Cassino w maju 1944 r., , dochodząc w pochodzie wyzwoleńczym w maju 1945 r. do Bolonii. Wojska 1.Korpusu w składzie armii brytyjskiej wyzwalały Holandię i Belgię a także zachodnie Niemcy, w czym wsławiła się dywizja gen. Maczka. Ogółem polski żołnierz walczył na różnych frontach z okupantem niemieckim od 1. września 1939 r. do 9. maja 1945 r., wnosząc olbrzymi wkład w koalicyjnych walkach z niemieckim faszyzmem i faktycznie, biorąc pod uwagę siły partyzanckie w okupowanym kraju, klasyfikowany był jako czwarta siła zbrojna.

A jak na tym bojowym tle przedstawiał się obraz sił tzw. żołnierzy wyklętych. Dziś są oni przedstawiani przez tendencyjnych historyków, głównie przez IPN jako wielka siła bojowa, która niemal sama wyzwoliła Polskę spod okupacji niemieckiej i zadawała decydujące ciosy Wehrmachtowi. Podobno można spotkać nawet opracowania głoszące, że Berlin zdobyty został przez żołnierzy wyklętych. Śmiechu warte. Żołnierze wyklęci jako najbardziej antysowiecko i antykomunistycznie kształtowani żołnierze byli przygotowywani głównie do walki z „nowym jeszcze gorszym okupantem” czyli Związkiem Radzieckim. Od początku ich strategią była oficjalnie „walka na dwa fronty” faktycznie jednak „walka” z okupantem niemieckim polegała na staniu z bronią u nogi, a w licznych przypadkach nawet kolaboracji z okupantem i aktywnej walce z partyzantką radziecką i lewicową partyzantką polską, szczególnie na wschodnich obszarach kraju. Dowództwo czekało na pomoc z Zachodu i czyniło przygotowania do 3. wojny z „nowym okupantem” ze Wschodu. Potwierdzeniem tych mrzonek były słowa popularnej „leśnej piosenki”: „Jedna bomba atomowa i wrócimy wnet do Lwowa. Jeszcze jedna albo dwie – w Wilnie znów znajdziemy się!” NSZ nie miało żadnych zasług w powrocie Polski na Ziemie Odzyskane. Wręcz przeciwnie, ich marzenia błądziły na „Kresach”, i gdzie mogli, także zbrojnie szkodzili polityce polskiej lwicy, która prawidłowo realizowała interesy narodowe Polaków.

Tzw. „niezłomne podziemie” po 1944-45 r. było niewiele znaczącymi zbrojnymi bandami, które zamiast pójść do odrodzonego Wojska Polskiego i walczyć z silnym nadal okupantem w zachodniej Polsce, kryło się po lasach i zgodnie z wytycznymi wodzów politycznych z Londynu hołdowali zasadzie „walki z dwoma wrogami”, a więc przede wszystkim walki z „żydo-komuną”, mniejszymi pododdziałami Armii Czerwonej. Główny problem polegał na tym, że faktycznie były to mało znaczące grupy, które opuszczali bardziej światli członkowie, korzystali z amnestii i zaciągali się na własną rękę do berlingowców. Operacyjnie nie były one zdolne do prowadzenia otwartych walk z oddziałami regularnej armii. Uciekały się zatem do różnych form terroru wobec bezbronnych wsi, małych pododdziałów, maruderów, lewicowej partyzantki, napadały na posterunki MO, lokalne więzienia. Najłatwiejszymi celami była ludność cywilna i ofiarni działacze szeroko rozumianej lewicy i postępu społecznego, którzy mieli dość wojny, okupacji niemieckiej, chcieli wreszcie żyć w spokoju i pokoju, a przede wszystkim absolutnie nie godzili się na powrót rządów dawnej sanacji, rządów jaśnie panów, burżuazji i ich zagranicznych mocodawców. Historycy oceniają, że w latach 1944-48, kiedy w kraju toczyła się półotwarta wojna domowa, szczególnie we wschodnich województwach żołnierze wyklęci wymordowali około 20.000 zwolenników Polski Ludowej, radnych, starostów, sołtysów, geometrów, działaczy PPR a także innych postępowych partii, milicjantów, ormowców, żołnierzy czynnej służby, także żołnierzy Armii Radzieckiej. Na Ziemiach Zachodnich władza ludowa była silniejsza i tu „wyklęci” niewiele mogli zdziałać, ale np. w Jaworze ofiarą bandytyzmu politycznego stał się pierwszy starosta, na posterunek MO w Czarnym Borze napadli bandyci, były jakieś formy konspiracji w Sadach i w innych miejscowościach. Mordował także oddział niejakiego Otta spod Kluczborka, który później uciekał do Bawarii i został rozbity przez siły Bezpieczeństwa w okolicach Kamiennej Góry. I to były ich największe „osiągnięcia bojowe” i za to obecny reżim tak bardzo ich docenia i fetuje.

A jak politycznie prezentowali się ówcześni żołnierze wyklęci. Dziś pod to pojęcie wkłada się całą Armię Krajową (AK) a nawet Bataliony Chłopskie, które były odrębną formacją ruchu ludowego i tylko czasowo i w luźnych formach podporządkowały się dowództwu AK. Żołnierzami wyklętymi byli głównie członkowie Narodowych Sił Zbrojnych i ich różnych odłamów. Było to najbardziej reakcyjne ugrupowanie ideowo-polityczne, nawiązujące do programów i działalności Obozu Narodowo-Radykalnego i Endecji. W czasach okupacji „wsławiły się” mordowaniem Żydów, oddziałów Gwardii i Armii Ludowej, partyzantki radzieckiej, np. w Borowie (Lubelskie), Rząbcu na Kielecczyźnie. Dowództwa niektórych oddziałów szły na niemal jawną kolaborację z Gestapo i innymi organami okupanta niemieckiego. Po wyzwoleniu tzw. Polski lubelskiej, powstaniu PKWN i Rządu Tymczasowego, a w czerwcu 1945 r. Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, następowała stabilizacja nowej władzy, której podstawą były reformy ustrojowe, w tym reforma rolna, demokracja ludowa, zapowiedź upaństwowienia podstawowych gałęzi przemysłowych, co umacniało ludowo-demokratyczny rząd w Warszawie i osłabiało siły reakcji społecznej.

Mając to na uwadze głównodowodzący Armią Krajową gen. Okulicki wydał 19. stycznia 1945 r. rozkaz rozwiązania AK, ale nie wszyscy dowódcy mu się podporządkowali, część zeszła do głębszego podziemia, a niektóre oddziały odmówiły wykonania rozkazu. Część AK przekształciła się w podziemną organizację „NIE”. Powstał także WiN. Szczególnie aktywni byli członkowie Narodowych Sił Zbrojnych. Już w listopadzie 1944 r. część NSZ wyodrębniła się z AK i po połączeniu się z Narodową Organizacją Wojskową utworzyła Narodowy Związek Wojskowy. Na Kielecczyźnie „działała” Brygada Świętokrzyska NSZ. Była ona bezprzykładnym przypadkiem kolaboracji z Niemcami, mordowania żołnierzy lewicowej partyzantki (Borów, Rząbiec), szerzyła terror wobec zwolenników Polski Ludowej i „wsławiła się” kolaboracją i haniebną ucieczką pod skrzydłami Wehrmachtu do Bawarii wobec zbliżania się w styczniu 1945 r. nowej ofensywy Armii Czerwonej – operacja wiślańsko-odrzańska. (W. Roszkowski, s. 145).

Obecnie rządzący i ich apologeci pod niebiosa wychwalają „czyny zbrojne” żołnierzy wyklętych, które w latach 1945-1947 były niczym innym tylko zwykłymi aktami terroru, bandytyzmu i nowego barbarzyństwa, głównie wobec bezbronnej ludności cywilnej. Paradoksem historycznym było, że w ich szeregach znajdowało się wielu młodych chłopców, rekrutujących się z najbardziej zapadłych części wschodniej Polski, często wywodzących się z najbiedniejszych warstw wiejskich, folwarcznych, którym oenerowska i endecka propaganda, wspierana przez najbardziej reakcyjną część kleru katolickiego wpajała nienawistny obraz wszystkiego, co wiązało się z lewicą i „żydo-komuną”. Byli oni kierowani przez reakcyjnych oficerów, którzy z powodów ideowo-politycznych i za londyńskie funty i amerykańskie dolary kierowali ich do najbardziej ohydnych czynów, co umacniało związanie przysięgą wojskową. Faktycznie prowadzili oni dalszą wojnę, choć w ograniczonej skali, przy czym nie była to tylko wojna przeciwko rządowi demokracji ludowej, ale także przeciwko całemu narodowi polskiemu, którego interes historyczny w tym czasie prawidłowo formułował, określał i realizował obóz polskiej lewicy i demokracji, na czele z PPR, PPS i innymi demokratycznymi partiami

Jej podstawowymi celami było: 1. Mobilizowanie wszystkie siły narodu do walki z okupantem niemieckim i faszyzmem. 2. Budowanie i umacnianie przyjaźni i dobrosąsiedzkich stosunków z wszystkimi sąsiadami, a głównie ze Związkiem Radzieckim. 3. Ziemie ukraińskie – Ukrainie, ziemie białoruskie – Białorusi, litewskie – Litwie i uznanie granicy wschodniej na Linii Curzona. 4. Piastowskie ziemie nad Odrą, Nysą i Bałtykiem mają być polskie. 5. Naczelnymi wartościami są: precz z sanacją, sprawiedliwość społeczna, demokracja ludowa, reforma rolna, upaństwowienie podstawowych gałęzi przemysłowych. 6. Pokój i przyjaźń między narodami, precz z wojną. 7. Suwerenem państwa polskiego jest lud pracujący miast i wsi, określający interesy i politykę polskiego narodu.(Manifest PKWN).

Program i polityka PKWN, Rządu Tymczasowego i Rządu Jedności Narodowej, który powstał w czerwcu 1945 r. stworzyły historyczną szansę odrodzenia na demokratycznych zasadach i sprawiedliwości społecznej powstanie i odrodzenie nowego państwa polskiego, które było antytezą przedwojennej burżuazyjno-obszarniczej i sanacyjnej II. Rzeczypospolitej. Odrodzone państwo polskie rodziło się jako nowy typ państwa, definiowany początkowo jako demokracja ludowa, a w późniejszych latach w następstwie dalszych reform jako państwo budujące socjalizm. Umacniało ono i zapewniało warunki nowego odrodzenia narodu, w którym suwerenem stał się lud pracujący miast i wsi, kierowany politycznie przez klasę robotniczą, które ekonomicznie, socjalnie i na arenie międzynarodowej tworzyły i zapewniły pomyślny byt narodu polskiego do 1989 r., a w pewnych częściach, np. w zakresie kontynuacji porządku terytorialno-granicznego trwa do dziś.

Wszystkie te postulaty były popierane bardziej lub mniej przede wszystkim przez Związek Radziecki i jego kierownictwo polityczne – WKP(b) na czele ze Stalinem, ale także przez pozostałe wielkie mocarstwa, co zostało przypieczętowane na Konferencji Wielkiej Trójki w Jałcie, następnie w Poczdamie, a ukoronowaniem tej polityki było przyjecie Polski do ONZ jako członka założyciela. Jednak zasadniczą zmianę w budowaniu stabilizacji politycznej miało powstanie Rządu Jedności Narodowej w czerwcu 1945 r., który powstał nie tylko jako rezultat zawiązania szerokiej demokratycznej koalicji „Polaków z Warszawy i Londynu”, ale także mocarstwa zachodnie uznały ten rząd na arenie międzynarodowej jako legalny rząd polski i jednocześnie odmówiły tego uznania tzw. rządowi londyńskiemu. W następstwie praktycznie wszystkie państwa świata uznały wkrótce rząd warszawski. W tej sytuacji rząd polski miał nie tylko wewnętrzny mandat polityczny i historyczny, ale także prawno-międzynarodowy do pełnego zaprowadzenia porządku wewnętrznego w Polsce. Od tego czasu „żołnierze wyklęci” stali się nie tylko metaforycznie wyklęci, także pod względem prawnym i to tak w stosunkach wewnętrznych jak i międzynarodowych. Od tego czasu pod każdym względem stali się oni niczym innym jak tylko leśnymi bandami, zwalczanymi przez legalne władze państwowe z całą surowością prawa. Ta nowa sytuacja prawno-międzynarodowa spowodowała poważne uszczuplenie i osłabienie sił „wyklętych”, masowe stały się ucieczki z oddziałów i korzystanie z amnestii, szczególnie od 1947 r. Czym zatem kierowali się i na co liczyli pozostali tzw. niezłomni. Niektórzy czekali na 3. wojnę światową, inni przywykli do bandytyzmu i nie chcieli nauczyć się uczciwego życia, jeszcze inni mieli na sumieniu liczne zbrodnie i nawet mimo amnestii obawiali się ludowej sprawiedliwości. Dziś instruktorzy IPN wynajdują „niezłomnych”, którzy podobno trwali w oporze nawet do lat 60-tych. Pożałowania godny bandytyzm. Jest to nowa czarna legenda, mająca osłabić Polskę Ludową.

Obecnie tym aktom terroru niektórzy nadają wielkie cechy bohaterstwa, gdyż nie poddali się, byli niezłomni i do końca walczyli z „nowym okupantem” i jego „pachołkami”. Nic bardziej błędnego, akty te są i pozostają zbrodniami, a próby ich zafałszowania są wyrazem obłudy historycznej i wprowadzania w błąd opinii publicznej. Szczególnie jest to niebezpieczne wobec młodego pokolenia, któremu przedstawia się fałszywych bohaterów i wzory postępowania niezgodne z prawdą historyczną. Wysławianie „żołnierzy wyklętych”, budowanie ich rzekomo wielkiej historii martyrologicznej nie znajduje potwierdzenia w faktach historycznych. Ich apologeci nie potrafią wymienić bodaj jednej nazwy miasta, miasteczka, czy nawet wsi, które mieli rzekomo wyzwalać spod niemieckiej okupacji, zresztą ich dowódcy nie stawiali sobie nawet takich celów wojskowo-operacyjnych, a kiedy zbliżał się front (ofensywa styczniowa 1945 r.), uciekali pod zbrojnymi skrzydłami Wehrmachtu, Gestapo, Abwehry do Bawarii i pod przyszłą okupację amerykańską.

Dobitnym przykładem takiego wyboru były losy Brygady Świętokrzyskiej NSZ, liczącej ok. 1500 dobrze uzbrojonych żołnierzy, o której już wspomniano. Ich ucieczka w grudniu 1944 r. przebiegała m.in. przez Częstochowę, Lubliniec, Nysę i tereny powiatów wałbrzyskiego i kamiennogórskiego do Trutnova dawnym Protektoracie Czech i Moraw, by znaleźć się w Bawarii. Do nowego haniebnego symbolu urosło niedawne złożenie wieńca pod kamieniem pamiątkowym w zachodnich Czechach przez premiera RP M. Morawieckiego na cześć tej brygady. Daje to nam wiele do myślenia, jakie siły ideowo-polityczne rządzą obecnie Polską i jaki jest ich rodowód historyczny.

Ta polityka jest szczególnie groźna i niebezpieczna na Dolnym Śląsku i szerzej na Ziemiach Odzyskanych po wiekach, gdzie masowo burzone są pomniki chwały dawnych wyzwolicieli z Armii Radzieckiej i Ludowego Wojska Polskiego, wymazuje się imiona dawnych ich dowódców i zasłużonych postaci dla przywracania tych ziem do Macierzy. Jest jeszcze gorzej, gdyż jednocześnie odbudowuje się dawne wojenne pomniki pruskiego i niemieckiego militaryzmu, a nawet jak na Opolszczyźnie formacji SS. Ten nawrót niemczyzny znajduje obecnie masowy wyraz w odbudowie dawnych pomników niemieckich, świadczących o postaciach niemieckiej kultury. One nie muszą nam przeszkadzać pod warunkiem, że owe postacie np. nie splamiły się kolaboracją i poparciem dla reżimu hitlerowskiego. Czynimy także ukłon pod adresem wybitnych antyfaszystów niemieckich, np. von Moltkego z Krzyżowej. Ale powstaje pytanie, dlaczego usunięto pomniki i nazwy ulic z imionami wybitnych komunistów i socjaldemokratów niemieckich jak np. E.Thaelmanna we Wrocławiu i Wałbrzychu? Odpowiedź jest prosta, właśnie dlatego, że byli komunistami czy socjaldemokratami i choć zostali zamęczeni przez hitlerowskich siepaczy, nie zasługują na miejsce w polskiej przestrzeni publicznej, podobnie jak Finder, Wieczorek, Wasilewska, Bierut, Fornalska, Świerczewski, Gomułka , Luksemburg, Fiderkiewicz i wielu innych. Niestety tym zmianom ochoczo patronują niektóre władze samorządowe, które wyraziły zgodę na usunięcie w Polsce ponad 500 pomników (a wcześniej nazw licznych ulic), które rzekomo „propagowały komunistyczny totalitaryzm”. W Legnicy usunięto wspaniały Pomnik Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni (z dziewczynką na rekach), także w Bolkowie wywieziono na cmentarz Pomnik Chwały, To tylko dwa przykłady, nie przynoszą one chluby miejscowym decydentom, więcej, takie działania są przysłowiowym podcinaniem gałęzi, na której siedzą nie tylko oni. Musimy pamiętać, że Rosja, kiedyś ZSRR jest i pozostanie naszym sąsiadem, czy tego chcemy, czy nie i że podpis ich przedstawiciela widnieje na tekście Deklaracji Jałtańskiej i Umowy Poczdamskiej i także obecna Rosja jest jednym z gwarantów naszej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Wielu zapomniało, że imperializm niemiecki, choć w czasie 2. wojny światowej został poważnie osłabiony, nie upadł całkowicie, a obecnie w rezultacie zjednoczenia Niemiec, wzmocnienia ich pozycji i roli w rezultacie brexitu i unifikującej się pod ich komendą Unii Europejskiej, odradza się w przyspieszonym tempie i w związku z tym odgrzewane są dawne plany imperialistycznej ekspansji, tradycyjnie głównie na Wschód (Drang nach Osten). Oczywiście wyciągnął on wnioski z dwóch przegranych wojen światowych, dlatego dziś preferuje formy ekspansji gospodarczej, inwestycyjnej, finansowej, kulturalnej, historycznej, sztucznej odbudowy mniejszości niemieckiej, w polityce międzynarodowej, a głównie w budowaniu i umacnianiu tzw. jądra europejskiego, tym bardziej, że Unia znajduje się na historycznym rozdrożu. Polska w tych planach traktowana jest jako cel ekspansji, częściowo już osiągnięty, a więc zniszczenie polskiego przemysłu, potężne bezrobocie i odpływ młodego pokolenia jak nowych gastarbeiterów, Polska jako duży rynek zbytu dla głównie niemieckiej produkcji. Stajemy się w sensie gospodarczym nowym niemieckim protektoratem. Źle to prognozuje Polsce, ale jeszcze gorzej dla naszych Ziem Zachodnich, które kapitałowo, inwestycyjnie, komunikacyjnie i kulturowo są coraz mocniej integrowane z Niemcami pod hasłem łatwiejszej do strawienia przez Polaków integracji europejskiej.

Z tej krótkiej wypowiedzi wynikają pesymistyczne wnioski odnośnie aktualnie realizowanej polityki historycznej sił rządzących w Polsce. Z powodu klasowego interesu falsyfikują one nie tylko najnowszą historię Polski, przedstawiają ją w fałszywym świetle, a w szczególności przedstawiają dawnych szkodników i bandytów jako bohaterów narodowych. Bardzo niedobrą rolę w tym zorganizowanym w skali ogólnopaństwowej procederze realizuje Instytut Pamięci Narodowej (IPN), który na masową skalę uprawia fałszerstwa historyczne, wydaje w licznych nakładach książki i broszury, plakaty i różne graficzne i elektroniczne pomoce dydaktyczne, które fałszują prawdziwą historię, szczególnie na Ziemiach Zachodnich. Główny kierunek tych działań jest ześrodkowany na młode pokolenie, młodzież szkolną, która poddana jest systemowo – dydaktycznej obróbce historycznej w treści i duchu falsyfikacji historycznej. Dowodów na tę tezę dostarczają aż nadto treści podręczników i innych książek o najnowszych dziejach Polski, gdzie np. wysiłek zbrojny polskiej lewicy w czasie 2. wojny światowej jest marginalizowany bądź przedstawiany tendencyjnie a Wojsko Polskie pod komendą gen. Z .Berlinga sprowadza się do minimum i opatruje się nieprawdziwymi bądź zjadliwymi komentarzami. Burzone są pomniki gen. Z.Berlinga, gen. K.Świerczewskiego, ich nazwiska dawno zdarto z ulic polskich miast. Polska Ludowa to „sowiecka okupacja” bądź „czarna dziura” w polskiej historii.

Na masową skalę organizuje się akademie, rocznice, rajdy historyczne, pielgrzymki historyczno-kościelne do nowych miejsc „pamięci narodowej żołnierzy wyklętych”, także „walk z komuną”, które budują nie tylko nową pamięć o prawdziwych czy rzekomych ich zasługach, ale mają na celu budowanie nienawiści do Polski Ludowej, jej wielkich osiągnięć i wszystkich tych, którzy zasłużyli się w walkach o jej powstanie, obronie, budowie i umacnianiu. Następstwem tej zorganizowanej ofensywy sił reakcyjno-prawicowych jest osłabienie w Polsce sił patriotyczno-lewicowych, które do niedawna dawały skuteczny odpór tym niebezpiecznym działaniom. Jednocześnie daje o sobie znać biologia, gdyż szybko odchodzą przedstawiciele dawnych pokoleń, które z autopsji znały dawne dzieje i przekazywały je w środowiskach rodzinnych młodemu pokoleniu. Znamieniem nowych czasów jest Internet i telefonia komórkowa, telewizja. Słownictwo i argumentacja starych dziadków rzadko trafia do młodzieży, ukształtowanej na przekonaniach i racjach płynących z mądrości Internetu czy komórki. W wyniku zmian w komunikacji cywilizacyjnej następuje zerwanie tradycyjnej więzi międzypokoleniowej, kiedyś tak ważnej w budowaniu jedności światopoglądowej grup społeczno-rodzinnych. W związku z tym trzeba bić na alarm i walczyć o prawdę. Prawda jest bardzo czułą i delikatną materią. Co prawda jest przysłowie, że „oliwa nieżywa, ale zawsze (niczym prawda) na wierzch wypływa”, ale prawda sama się nie obroni. Trzeba jej pomóc poprzez dyskusję publiczną, odbudowę nowych stowarzyszeń, aktywizację różnych dotychczasowych postępowych partii i organizacji społeczno-kulturalnych. Musimy pamiętać, ze jako naród polski mieliśmy piękną i pełną chwały historię, ale na skutek egoizmu klasowego kiedyś Polską rządzących dochodziło do jej tragicznego upadku. Miejmy to na uwadze, negliżując i zwalczając obecne niebezpieczeństwa.

Zarysowane zjawiska są szczególnie ważne na Dolnym Śląsku i Ziemiach Odzyskanych; gdzie polskość nosi wymiar historyczny (Polska piastowska), ale musimy pamiętać, że poza Śląskiem państwowość piastowska szybko została wyparta przez niemiecki żywioł etniczny i państwa niemieckie, z Ziemi Lubuskiej przez Brandenburgię już w poł. XIII w. Pomorze Zachodnie było rządzone przez rodzimą dynastię książąt pomorskich, luźno związanych stosunkiem lennym z Polską Bolesława Chrobrego i Bolesława Krzywoustego a od końca XII w. weszło ono w skład Rzeszy Niemieckiej. Trwalszy był związek z Polską Pomorza Gdańskiego, ale także tam panowała miejscowa dynastia książęca. Rozbicie dzielnicowe Polski od XII do początków XIV w. radykalnie przyczyniło się do osłabienia Polski i oderwania od niej także Pomorza Gdańskiego, co ostatecznie wykorzystali Krzyżacy, zagarniając je podstępnie w 1308 r. Piastowscy książęta śląscy szybko się niemczyli i od początku XIV w. masowo uznawali zwierzchnictwo lenne królów czeskich, wchodząc pośrednio w skład Rzeszy Niemieckiej. Pewnym wyjątkiem byli Bolkowie z Księstwa Jaworskiego i Świdnickiego, którzy do końca XIV w. opierali się dominacji czesko-niemieckiej. Ziemia Kłodzka do 1741/63 r. należała do Korony Czeskiej, a od tych dat weszła po wojnach śląskich w skład Królestwa Pruskiego i Polsce przypadła w 1945 r. jak przysłowiowa manna z nieba, choć bardzo energicznie po 1. i 2. wojnie światowej Czesi zabiegali u zwycięskich mocarstw, by w oparciu o argumentację historyczną Hrabstwo Kłodzkie powróciło do Czeskiej Macierzy. Polsce po 1945 r. przypadła nawet 1/3 historycznych Łużyc, które tylko przez ok. 20 lat należały do Polski w okresie Bolesława Chrobrego i Mieszka II. Prusy z wyjątkiem Warmii od 1456 do 1772 r. do Polski nigdy nie należały. Do Polski piastowskiej na trwałe nie należały ruskie i litewskie zachodnie rubieże, a więc południowo-wschodnia Rzeszowszczyzna, Ziemia chełmińska, Drohiczyńska, duża część Podlasia. Obecnie rację tracą argumenty historyczne. Liczy się potencjał gospodarczy, finansowy, demograficzny, umiejętność negocjacji w Unii Europejskiej, inne sojusze zagraniczne, głównie z USA, liczą się także prawidłowe relacje z Rosją i Chinami.

Na Dolnym Śląsku mimo upływu 75 lat i 3 pokoleń już tu urodzonych Polaków polszczyzna nie jest głęboko zakorzeniona, nie wszyscy nawet tu urodzeni czują się Dolnoślązakami. Wielu nawiązuje do wartości, tradycji i folkloru okolic dziadków i rodziców, a nawet zdarzają się powroty na stare strony całych rodzin. Dotyczy to np. rodzin góralskich, także Łemków, przesiedlonych tu przymusowo po akcji „Wisła” w 1947 r. W przeciwieństwie do Polski centralnej i wschodniej rolnicy na Dolnym, Śląsku łatwo rozstali się z własną ziemią, którą zagarnęli wielcy farmerzy, „ekolodzy” a nawet nie wiadomo jakiego pochodzenia spekulanci. Po 1989 r. na Ziemiach Zachodnich upadły liczne tu kiedyś zakłady pracy, nie tylko wałbrzyskie górnictwo węglowe, także przemysł ceramiczny, włókienniczy i wiele innych gałęzi. Świadczą o tym ruiny dawnych fabryk. Np. w Wałbrzychu i okolicach likwidacji uległo przeszło 20 tyś. miejsc pracy, owszem przybyła japońska „Toyota”, ale to tylko 4 tys. W Kamiennej Górze ubyło ok. 10 tyś miejsc pracy, w Dzierżoniowie, Bielawie, Pieszycach a także wielu innych lokalnych osrodkach upadły liczne zakłady włókiennicze, nawet w Bolkowie straty miejsc pracy liczy się na 2 tyś. Upadła dawna „Silena”, garbarnia, przemysłowy młyn, mleczarnia, rzeźnia, POM, PGR, GS, liczne małe sklepy, rzemiosło i usługi. Za to przybyła filia niemieckiego „Schneidera” (niewielka), supermarkety i nieliczne nowe punkty usługowe, ale nie rekompensują one ujemnego bilansu.

Nic dziwnego, że pojawiło się wielkie bezrobocie, masowa stała się bieda. Duża część głównie młodego pokolenia, z reguły dobrze wykształconego ogólnie i fachowo wyjechała do pobliskich Niemiec, Czech, Anglii, nawet Skandynawii, szukając tam pracy a niektórzy nowej ojczyzny. W tej sytuacji siły rządzące lansowały hasło „Europa da się lubić”, co w praktyce oznaczało drenaż Polski z najlepiej wykształconej i młodej polskiej siły roboczej. Szczególnie jest niepokojące, że obecnie odpływa także coraz więcej młodych ludzi po studiach nie tylko uniwersyteckich, także inżynieryjnych, ekonomicznych, lekarskich, pielęgniarskich. Tu tkwi główna przyczyna braku wykształconych kadr w polskiej gospodarce, lekarzy i pielęgniarek w szpitalach, co z drugiej strony częściowo jest łagodzone masowa imigracją ukraińską. W Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem znanym w krajach tzw 3. świata, czyli z drenażem mózgów i to dokumentuje, w jakim stanie znajduje się Polska. Te negatywne procesy są szczególnie niebezpieczne na Ziemiach Zachodnich ze względu na bliskość i łatwość znalezienia pracy za zachodnią granicą. Miasta i wsie wyludniają się, pozostaje starsze pokolenie, zmniejsza się liczba par małżeńskich, dzieci. Innymi słowy osłabia się żywioł polski, a jak wiadomo przyroda i polityka nie znoszą próżni. (Transformacja, s. 24).

Z drugiej strony tym bardziej godnym podziwu była siła polskiego żywiołu i woli mocnego zakotwiczenia na tych ziemiach Polaków po 2. wojnie światowej, którzy nie bali się frontowych walk, zasiedlania wtedy obcej ziemi, odbudowy zrujnowanych fabryk, domów, zaciągnięcia wojskowej straży nad Odrą, Nysą i Bałtykiem. Przypomnijmy młodemu pokoleniu, że często sytuacja była nadzwyczaj trudna. Ponad 70 proc. Wrocławia leżało w gruzach, Strzelin był zburzony w 80 proc. , Ścinawa w 75 proc. , Oleśnica w 70 proc. , Bolesławiec w 58 proc. , pobliski Strzegom w 54 proc. . W przemyśle dolnośląskim ofiarą dewastacji padło 1526 zakładów, co stanowiło 54 proc. całości. W rolnictwie całkowicie zniszczonych było 54 tyś. zagród , co stanowiło 20 proc. całości. Prawie drugie tyle było pozbawione żywego inwentarza i narzędzi pracy. Duże obszary były zaminowane.(R.Majewski, s. 205-206). Wszystko to zostało szybko odbudowane i rozbudowane a Dolny Śląsk stał się jednym z najbogatszych regionów polski. Dziś to już historia, powszechna stała się deindustrializacja starych okręgów przemysłowych, a nowe nie wypełniły dużej luki, podobnie jak nowe usługi, Dolny Śląsk pod względem PKB wyprzedza nawet woj. mazowieckie. (Polska Ludowa 1944-1956, s.76).

Słabością kulturową na ziemiach zachodnich jest mała liczba pomników kultury, historii i bohaterstwa żołnierzy polskich i radzieckich. Kiedyś tych ostatnich było wiele, ale obecnie zostały zburzone lub usunięte na cmentarze, bądź prowizoryczne lapidaria, tak jak w Kłodzku, Bolkowie, Legnicy czy Wałbrzychu. Te które się ostały jak np. w Kamiennej Górze w centrum miasta zostały zbezczeszczone, oszpecone, obdarte z inskrypcji i patriotycznej symboliki, dokumentując nienawiść klasowo-polityczną nowych władców Polski i godnych pogardy osobników w lokalnych środowiskach. Powstaje pytanie, komu nie podobał się dawny Pomnik w Rynku w Bolkowie, wystawiony po 1945 r. na cześć i dla upamiętnienia bohaterów, którzy miasto w maju 1945 r. wyzwolili i przywrócili Polsce, a spośród których wielu poległo. Dlaczego wręcz w bestialski sposób zniszczono wspaniały Pomnik Chwały i Wdzięczności Armii Czerwonej w Kłodzku, mieście, które nigdy nie znalazłoby się w granicach państwa polskiego, gdyby nie wielki wysiłek zbrojno-wzwoleńczy radzieckich żołnierzy nie tylko w maju 1945 r. (M.Orzechowski, s. 31).

Przypomnijmy, że w walkach o wyzwolenie Polski zginęło 625 tys. radzieckich żołnierzy. Znaczny był także udział Ludowego Wojska Polskiego. To w wyniku ich wysiłku zbrojnego i ciężkich ofiar Bolków po wiekach powrócił do Polski. Jakże skromna i chwalebna była Tablica Pamiątkowa na tym Pomniku, głosząca: „Chwała bohaterom poległym w walkach o wyzwolenie narodów”. Co w tej inskrypcji komuś się nie spodobało, kogo ona zabolała, że Tablica wraz z Pomnikiem musiały być usunięte i wywiezione na odległy cmentarz. W Polsce w rezultacie podobnych akcji „dekomunizacyjnych” zniszczono bądź usunięto ponad 500 takich pomników, większość bezpowrotnie. Szczególnie bolesne są te nowe akty kulturowego barbarzyństwa na Dolnym Śląsku i szerzej na Ziemiach Zachodnich, gdzie pomniki te upamiętniały nie tylko bohaterów wojskowych, ale także licznych pionierów, pierwszych burmistrzów, starostów, sołtysów, radnych, ludzi kultury i nauki, którym dziś przypina się „łatkę” komunisty bądź, że służyli „komunie”. Jako wyjątkowo szkodliwy, wręcz haniebny, przykład tego myślenia i procederu można podać likwidację nazwy ulicy im. Stanisława Kulczyńskiego, pierwszego organizatora i rektora Uniwersytetu Wrocławskiego i Politechniki we Wrocławiu. Ów bezprzykładny akt szkodnictwa i barbarzyństwa kulturowego został dokonany mimo protestów prawie całego Uniwersytetu. Co się stało, jakie siły społeczne były w stanie dokonać coś takiego. Kto za to odpowiada. Dlaczego nie organizuje się masowych protestów przeciwko temu.

Te same pytania odnoszą się do aktu likwidacji Pomnika Bohaterów w Bolkowie w 2019 r. Autor rozmawiał kilka lat temu z byłym burmistrzem Wrońskim podczas dożynek na uroczystości w Sadach, przypuszczając, że byt pomnika może być zagrożony. Burmistrz odpowiedział: „Mnie on nie przeszkadza”. Co się stało, że dwa lata później podpisał się pod decyzją o jego zburzeniu i przeniesieniu na cmentarz. Przecież Pomnik ten nie został nawet ujęty w instrukcji IPN, wymieniającej enumeratywnie pomniki z mocy ustawy podlegające usunięciu.

Władze lokalne zamiast burzyć pomniki i usuwać imiona zasłużonych Polaków z nazw ulic, zamiast fetowania kolejnych rocznic „żołnierzy wyklętych” szczególnie na Ziemiach Zachodnich, którzy nie mieli nic wspólnego z walką o ich odzyskanie, powinny więcej uwagi i wysiłku włożyć w dzieło uczczenia prawdziwych bohaterów Wojska Polskiego, którzy ponieśli wielkie ofiary jako żołnierze 2. Armii Wojska Polskiego, mającej znaczny udział w wyzwoleniu Dolnego Śląska i która prowadziła krwawe boje w walkach na Łużycach, dochodząc w bojach do Drezna, przyczyniając się do wyzwolenia północnych Czech i Pragi. Dlaczego usunięto nazwy Szkoły w Kamiennej Górze im. dra A. Fiderkiewicza i pułku II. Armii Wojska Polskiego (który wyzwalał to miasto w 1945 r.), komu przeszkadzała nazwa ulicy z imieniem gen. Karola Świerczewskiego, który był wiceministrem obrony narodowej i zginął w walce z bandą UPA w Bieszczadach (podobnie w Bolkowie, Wrocławiu i nazwa 1.Liceum w Wałbrzychu). Ten generał walczył z hiszpańskimi faszystami już w 1936 r. a jego hiszpański pseudonim gen. Walter znany jest w całym postępowym świecie. Komu wadziła nazwa ulicy im. Zygmunta Berlinga w Jaworze, gdzie, podobnie jak w całym powiecie, osiedliło się wielu dawnych kombatantów I. Armii Wojska Polskiego.

Dyrektorz szkół, nauczyciele, władze lokalne, stowarzyszenia zamiast czcić fałszywych bohaterów powinny organizować wycieczki historyczne do Zgorzelca, składać kwiaty na grobach poległych kilku tysięcy młodych polskich żołnierzy w walkach za Nysą Łużycką, które toczyły się w kwietniu-maju 1945 r.. Będzie za kilka tygodni piękna rocznica 75 lat tych walk, zbliża się 75 rocznica zwycięskiego zakończenia wojny 8 – 9 maja 1945 r. Czy ta data nie zobowiązuje do godnego upamiętnienia bohaterów. Na pewno tak, do dziś spontanicznie i w sposób zorganizowany składane są przy podobnych okazjach wieńce i kwiaty przez kombatantów i przedstawicieli samorządów w Jaworze, Zgorzelcu i wielu innych miejscach. Trzeba upowszechnić ten piękny zwyczaj. Od Bolkowa i okolic są jeszcze bliższe miejsca, np. w Strzegomiu, gdzie w lutym-marcu 1945 r. oddziały Armii Czerwonej toczyły ciężkie boje o zdobycie i utrzymanie tego ważnego, dobrze uzbrojonego garnizonowego miasta. O wadze tej lokalnej hitlerowskiej twierdzy świadczyło to, że Wehrmacht nie zaniechał walki i po utracie w lutym ponownie odbił je w marcu z rąk radzieckich. W rezultacie tych walk zginęło w Strzegomiu kilkaset żołnierzy radzieckich, miasto przechodziło z rąk do rąk, a o zażartości walk świadczyły ponad 50 proc. zniszczenia. Ostatecznie Strzegom został wyzwolony w rezultacie majowej ofensywy oddziałów Armii Czerwonej. W pobliżu Strzegomia znajduje się Muzeum Obozu Koncentracyjnego Gross Rosen, gdzie było więzionych przeszło 120 tys. więźniów, z których prawie 50 tys. zginęło. W Sudetach jest mnóstwo pomników świadczących obecność licznych podobozów Gross Rosen, wszędzie tam powinny trafiać delegacje szkół i władz lokalnych z kwiatami. Podobne cmentarze wojskowe są w Jaworze, Legnicy, Bolesławcu, Wałbrzychu, trzeba także być w Lubaniu, Zgorzelcu, szczególnie na Cmentarzu poległych żołnierzy II Armii Wojska Polskiego, gdzie są groby wielkich prawdziwych bohaterów, którzy obficie zrosili ziemię krwią a wielu oddało życie za wyzwolenie tych ziem spod jarzma hitlerowskiego i przywrócenie ich Polsce.

Na Dolnym Śląsku i szerzej na Ziemiach Zachodnich potrzebna nam jest nieco inna definicja patriotyzmu niż np. w Polsce tzw. centralnej, w szczególności w Warszawie, którą wyznacza nasza lokalna racja stanu. Mamy na uwadze, że nasze racje na zachodnich rubieżach Polski wyznacza nam nie tylko centralna polityka rządów w Warszawie. Tu w lokalnym i samorządowym wymiarze musimy we własnym interesie umacniać naszą pozycję gospodarczą, mieszkaniową, demograficzną, także w zakresie utrzymywania międzynarodowych kontaktów z partnerami zagranicznymi. Niczemu dobremu nie służy tu apologetyka żołnierzy wyklętych, których wodzowie byli nawet przeciwni tak dalekiemu przesunięciu granic Polski na zachód. Wręcz przeciwnie, osłabia i rozbija jedność społeczeństwa. Musimy jeszcze głębiej i mocniej wrastać w tą starą piastowską dziedzinę i bronić jej jak własnego zdrowia, pomyślności i życia. To jest racja stanu Dolnego Śląska i Ziem Zachodnich i Północnych. Tym bardziej, że w RFN mimo formalnego uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej przez rząd Trybunał Konstytucyjny RFN w Karlsruhe 31.7. 1973 i 7.7. 1975 r. stwierdził, że „Das Deutsche Reich existiert in seinen Grenzen von 1937 fort”.(Heimatbuch, s.57, in fine).

W jednoczącej się Europie rośnie znaczenie nie tylko gospodarki, także polityki zjednoczonych Niemiec. Coraz donośniej dają tam o sobie znać siły niemieckiej monopolistycznej burżuazji i tradycji imperialistycznych, które nie tylko marzą ale i przygotowują plany ostatecznego pełnego „zjednoczenia Niemiec’, a więc wchłonięcia do nowej Rzeszy także „ziem niemieckich za Odrą i Ńysą Łużycką”. Nie są to tylko stare partie nacjonalistyczne typu Nacjonalistyczna Partia Niemiec (NPD), to także rosnąca w siłę nowa ekspansywna Alternative fuer Deutschland (AFD) także PEGIDA, które chcą przejąć polityczną rolę CDU/CSU w systemie partyjnym Bundesrepubliki. Paradoksalne, że plany te realizuje się już pod skrzydłami USA i NATO w ich ekspansji przeciwko Rosji (Ukraina – 2014, „Anakonda” – 2016, „Defender” – 2020), w których aktywną rolę wypełnia Bundeswehra, a nawet przeciwko dalekim Chinom („Ab heute wird die Bundesrepublik auch am Hindukusch verteidigt”. (M.Baraki, „Rot Fuchs”, s. 16).

W sytuacji przyspieszonej unifikacji Europy, faktycznej likwidacji granic i wzrostu potęgi zjednoczonych Niemiec możemy jako słabsze państwo być spychani z pozycji suwerena na pozycję wasala, utracić suwerenność i popaść w coraz większą zależność i podległość wobec zachodniego sąsiada. Takie sytuacje miały już miejsce w historii. W Polsce powstały siły, które godzą się na taki wariant wydarzeń, organizują je i wspierają. Czy pozwolimy jako naród, by powtórzyła się ona we współczesnej epoce. Dbajmy o dobrą przyszłość i pomyślność nie tylko naszego pokolenia, ale także przyszłych polskich Dolnoślązaków. Utrwalajmy dobrosąsiedzkie stosunki ze wszystkimi naszymi sąsiadami, także pokój w Europie i na świecie. Inaczej Historia nie wybaczy nam tego zaniechania.

Zbigniew Wiktor

  • Autor jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego.

PPS – reaktywacja

23 października we Wrocławiu grupa lewicowych działaczy postanowiła reaktywować Polską Partię Socjalistyczną na Dolnym Śląsku. Czy odrodzona organizacja z piękną historią ma szanse wnieść nową jakość w polskie życie polityczne i społeczne?

Aktywiści na swym pierwszym zebraniu wybrali na przewodniczącego znanego we Wrocławiu aktywistę i animatora lewicowego życia intelektualnego, jednego z twórców Społecznego Forum Wymiany Myśli, Piotra Lewandowskiego. Warto zaznaczyć, że wrocławska filia SFWM wielokrotnie organizowała ciekawe spotkania i dyskusje w stolicy Dolnego Śląska, budząc żywe zainteresowanie kolejnymi wydarzeniami i popularyzując lewicową myśl społeczną.
– Nie może być tak, że partie lewicowe odwracają wzrok, gdy w Polsce, Europie czy na świecie, ludzie cierpią na wskutek działań międzynarodowych koncernów czy też nacjonalistycznych rządów. Brak jakichkolwiek działań nowej „lewicy parlamentarnej” podczas ostatniej agresji Turcji na Syrię, brak sprzeciwu na łamanie prawa przez Izrael na okupowanych ziemiach w Palestynie, brak reakcji polskich socjaldemokratów na brutalną przemoc stosowaną przez siły bezpieczeństwa we Francji wobec „Żółtych Kamizelek” czy też ostatnią eskalację przemocy wobec Katalończyków, świadczy dobitnie, iż w polityce zagranicznej chcą one zachować status quo. Pokazuje również, jak dalekie dla lewicy parlamentarnej są pojęcia solidarności społecznej i internacjonalizmu. Unika ona również kwestii walki z dyktatem firm farmaceutycznych, czy likwidacji nikomu niepotrzebnej instytucji, jaką jest senat – powiedział dla Portalu Strajk Piotr Lewandowski. – Uważamy że tylko mocne socjalistyczne stronnictwo może przeciwstawić się ogarniającej Polskę brunatnej zarazie. Liczymy również na to, że ciężka praca która jest przed dolnośląskim PPS, zmotywuje innych socjalistów i socjalistki w kraju do włączenia się w odbudowę ruchu socjalistycznego w Polsce.
PPS, partia z pięknymi tradycjami, z pewnością ma przed sobą również przyszłość. We Wrocławiu sformułowano ambitne cele – ale czyż nie takich wymagają nasze czasy?bardzo mocne zarzuty.

Powrót posła

Robert Jarosław Iwaszkiewicz
– jest taki europoseł z Dolnego Śląska i Opolszczyzny. Został wybrany 5 lat temu z listy korwinowców. Nikomu szerzej nigdy nie był znany. Zapamiętałem go palącego cygara przy zbieraniu podpisów popierających jego listę. Jak wiadomo Korwin-Mikke i jego wyznawcy szli do europarlamentu, by zniszczyć Unię Europejską.

Po wyborze słuch o europośle Iwaszkiewiczu zaginął. Przepadł jak kamień w wodę. Teraz, po pięciu latach publicznego niebytu, ponieważ rozbicie UE nie powiodło się, europoseł Iwaszkiewicz odnalazł się i ponownie chce ubiegać się o poselstwo. Zapewne przez kolejne 5 lat planuje dalsze rozbijanie UE. To rozbijanie odbywa się na koszt samej Unii, bo płaci mu ona około 30 tys. złotych miesięcznie. Dla porównania dodam, że nasi krajowi posłowie zarabiają około 6,5 tys. złotych netto. Są przy europosłach pariasami. Europoseł Iwaszkiewicz liczyć umie i pewnie rozbijanie UE rozłożył na długie lata, bo to prywatnie bardzo mu się opłaca. Grosza na kampanię pewnie nie pożałuje, bo ma z czego ją finansować. Już obwiesił Wrocław swoimi bilbordami. Nic dziwnego, trzeba mocno przypomnieć się wyborcom i przekonać ich, że warto walczyć o to by w UE nie być. Polacy jednak chcą być w UE. Poseł Iwaszkiewicz także i dlatego ponownie chce się tam dostać. Jak przekona wyborców do swojej pokrętnej ideologii? Nie wiem. Wiem natomiast, że wyborców pewnie znowu znajdzie. Pewnie nie w takiej ilości jak poprzednio, ale są u nas wyznawcy pokrętnych i śmiesznych idei. Pewnie jak w każdym kraju.

Międlar kontra Marks

Faszyzujący eks-ksiądz został zatrzymany po raz kolejny. Na spotkanie z ekstremistą w Dąbrowie Górniczej przyszła jedynie garstka jego zwolenników. Pokaźna była za to kontrdemonstracja. Międlar w porywie bezradności próbował tanich prowokacji wymierzonych w mieszkańców bastionu lewicy – spalił zdjęcia Karola Marksa i Włodzimierza Lenina. Efekt? Błyskawiczna reakcja ratusza – rozwiązanie zgromadzenia.
Marcin Bazylak, prezydent Dąbrowy Górniczej, stanął na wysokości zadania. Kiedy pod pomnikiem Bohaterów Czerwonych Sztandarów Jacek Międlar podpalił wizerunki rewolucjonistów, włodarz z SLD natychmiast zadecydował o rozwiązaniu zgromadzenia. O swojej decyzji poinformował na Facebooku.
„Szanowni Państwo, dziś o godzinie 15:00 na Placu Wolności rozpoczęło się zgromadzenie zorganizowane przez skrajnie prawicowe środowiska. Jednak mimo, że zgromadzenie to zostało oficjalnie zgłoszone, podjąłem decyzje o jego rozwiązaniu. Podjąłem ją, ponieważ w trakcie zgromadzenia doszło do złamania prawa. Jego uczestnicy wznosili ksenofobiczne i rasistowskie hasła oraz nawoływali do nienawiści. W naszym mieście nie ma miejsca na tolerowanie tego typu zachowań, dlatego też konsekwentnie będę dążył do ich eliminowania i egzekwowania prawa w tym zakresie” – napisał Bazylak.
Przyjazd Międlara do „czerwonej Dąbrowy” od początku był naznaczony niechęcią ze strony mieszkańców. Pierwotnie spotkanie z akolitami miało się odbyć w restauracji Villa Moda, jednak lokalna społeczność zasugerowała właścicielowi, że jeśli stopa faszysty przekroczy próg jego lokalu, przybytek zostanie puszczony z dymem przez „nieznanych sprawców”. Anonim o takiej wymowie okazał się wystarczający. Mimo wsparcia ze strony miejscowego klubu „Gazety Polskiej”, Międlar ostatecznie nie znalazł innego wnętrza, a więc zmuszony był przemawiać pod chmurką, a konkretnie pod tzw. „Hendriksem”, czyli monumentem Bohaterów Czerwonych Sztandarów. Tam też czekała na niego wielokrotnie liczniejsza demonstracja przeciwników. Mieli ze sobą transparenty o treści „Tu są granice przyzwoitości” i „Stop nienawiści”. Były też flagi Unii Europejskiej, oraz Izraela. W tym wypadku można jednak przypuszczać, ze chodziło o sprzeciw wobec antysemickich wypowiedzi Jacka Międlara oraz jego współpracownika, również obecnego w Dąbrowie Górniczej, podpalacza kukły Żyda – Piotra Rybaka.
Międlar jawnie obrażał też mieszkańców Dąbrowy. – To miejsce to podobno pępek świata dla tutejszych lewaków. Wmawiają nam, że to posąg zagranicznego gitarzysty, ja tu nie widzę żadnego muzyka, tylko obrzydliwy bolszewizm – krzyczał Międlar, a jego zwolennicy próbowali wyrwać transparenty uczestnikom kontrdemonstracji.
Jaka była reakcja mieszkańców? Pod wpisem prezydenta Bazylaka znajdujemy niemal same pochlebne komentarze.

Na smyczy

Czy są w polityce granice kłamstwa. Te granice są coraz bardzie rozwadniane. PiS pokazuje, że można wszystko. W dzienniku TVP, komentując przedwyborcze wydarzenia we Wrocławiu, agitator TVP powiedział, że kandydat na prezydenta miasta Jacek Sutryk, związany z SLD, a popierany przez Prezydenta Dutkiewicza, jak wygra (jest to bardzo prawdopodobne), będzie szedł na pasku Schetyny czyli PO.

 

Nie miałbym nic przeciw, gdyby Jacek Sutryk był związany z SLD, ale jest bezpartyjny. Popiera go prezydent Dutkiewicz, który raczej nie przepada za przewodniczącym Schetyną. Przewodniczący Schetyna wcześniej popierał prof. Chybicką, potem odstawił ją na bok i postawił na konserwatywnego europosła Ujazdowskiego. Kiedy i z tego posunięcia nic nie wyszło dołączył do środowiska prezydenta Dutkiewicza, Nowoczesnej i SLD, które już popierały Jacka Sutruka. Wybór Schetyny jest więc trzecim z kolei i nie rozumiem dlaczego Sutryk miałby teraz iść na pasku Schetyny.
Zresztą kto na czyim pasku będzie biegać jest zawodne. Prezydent Dutkiewicz został zaproponowany przez prezydenta Zdrojewskiego. Można było przewidywać, że będzie szedł na pasku Zdrojewskiego. Prezydent Dutkiewicz poszedł własną drogą. Obecny europoseł Zdrojewski nie szczędził krytyki prezydentowi Dutkiewiczowi, ale nie na pewno nie z tego powodu, że nie szedł na jego pasku.
Nie sądzę także, by Jacek Sutryk, a wygra zapewne walkę o fotel prezydenta, szedł na pasku prezydenta Dutkiewicza, a tym bardziej Schetyny. Dodam, że prezydenta Dutkiewicza i Grzegorza Schetynę nie łączą nawet chłodne stosunki. Schetyna poparł Sutryka, bo nie miał innego wyjścia. Na szczęście za trzecim razem zmądrzał (Schetyna) i postawił na dobrego konia.
Każdy prezydent, czy inny prezes firmy, podpisuje się pod swoimi decyzjami i chodzenie na pasku poprzednika zazwyczaj źle się kończy dla prowadzanego na smyczy. Sutryk to kandydat inteligentny i dobrze o tym wie, Nie oznacza to, że ma pójść zupełnie inną drogą ignorując dorobek poprzednika, bo jak napisałem wcześniej to kandydat (Sutryk) inteligentny.
Nie znam prezydenta dużego miasta, który chodziłby na pasku poprzednika lub słuchał rozkazów partyjnych liderów. Prezydenci dużych miast mają dużą władzę, jeszcze większą odpowiedzialność i muszą słuchać przede wszystkim wyborców. Być może, gdyby wygrała we Wrocławiu kandydatka PiS, szłaby na czyimś pasku, bo to w PiS jest normą i takiej właśnie filozofii trzyma się PiS-owska TVP. Trzeba zrobić wszystko, by przyszły prezydent Sutryk chodził na pasku wrocławian.

Ster na lewą burtę

Podobno kapitan Schetyna wydał taką komendę i zardzewiały ster steranej łajby ma dokonać jej zwrotu w trakcie wyborów samorządowych. Kilwater zostawiony przez pordzewiały statek PO wygląda jakby go prowadził początkujący chłopak okrętowy. Raz na prawo, raz na lewo, ale generalnie ciągle na prawo. Na lewo tylko wtedy jak trzeba zabrać naiwnych wyborców na pokład. Potem można ich wyrzucić do morza. Niech naiwniaków ratują inne statki, albo niech toną. Kapitan Schetyna traktuje wyborców jak mięso armatnie. Jak ich wykorzysta stają się nawozem historii. Tak przerobił już wielu wyborców lewicy, ale nadal chętnych naiwnych nie brakuje.
Jakiś rok temu, a może więcej – już dokładnie nie pamiętam, tyle tych rozkazów kapitan wydał – padła komenda o zarzuceniu konserwatywnej kotwicy. Kotwica chyba dna nie sięgnęła, bo łajba dryfowała siła rozpędu lub napędzana nienawiścią do PiS i tęsknotą za utraconą władzą
Że był to dryf świadczy wystawienie raczej centrolewicowej prof. Chybickiej do walki o fotel prezydenta Wrocławia. Władze usilnie namawiały SLD (sam miałem okazję brać udział w rozmowach) o poparcie tej kandydatury i budowanie wspólnych list. Liderzy PO zaklinali się, że prof. Chybicka ma serce po lewej stronie, co sugerowało, że i w PO ono (serce) chwilowo też tam się znajduje. Kiedy SLD nie poparł kandydatki i w PO policzono, że bez poparcia lewicy kandydatka nie ma szans, kapitan Schetyna rzucił komendę – ster na prawą burtę. Wynajęty z PiS Kazimierz Ujazdowski miał wyprowadzić dychawiczną łajbę na szerokie wody i potem doprowadzić do portu pełnego rozentuzjazmowanych wyborców. Tym razem serce PO przemieściło się na prawą stronę, z czego wynika że serce partii przemieszcza się od prawa do lewa. Miejsce jego bicia jest przypadkowe. Ale statek z Ujazdowskim na pokładzie zaczął nabierać wody i Ujazdowskiego kapitan Schetyna wyrzucił za burtę. Załodze generalnie bardzo to się spodobało. Niech sobie radzi sam skoro nam nie potrafił pomóc.
Sytuację dodatkowo komplikuje zdziesiątkowana ekipa Nowoczesnej. Zaproszona na pokład PO raczej grupuje się przy lewej burcie i siłą rzeczy taki balast utrudnia manewry w prawo. Dlatego właśnie kapitan Schetyna musi skręcać w lewo, bo taki manewr daje jakąś nadzieję, choć na razie nie wiadomo na co. Wyrzucenie Ujazdowskiego za burtę i poparcie kandydata Jacka Sutryka na prezydenta Wrocławia, wcześniej już popartego przez prezydenta Dutkiewicza, SLD i Nowoczesną to ratunek dla PO. To nie jest sukces kapitana Schetyny, ale chwycenie się ratunkowej cumy. Osłabiony miotaniem się na bezideowym morzu kapitan Schetyna i jego statek nadali sygnał SOS, ale to może być z korzyścią dla Wrocławia.
Ale jak korzystny wiatr zawieje z prawa w PO żadnych sentymentów nie będzie. Ostatecznie każdy głos jest taki sam. A potem znowu: ster na lewo, ster na prawo. Na kogo wypadnie na tego bęc. Tylko czy to serce raz po lewej stronie, raz po prawe zniesie to nienaturalne przemieszczane.