Myślenie w rozsypce

Nie wiedzieć czemu zdumiewa mnie, a przecież mogłem się już przez tyle lat przyzwyczaić,
głębia myśli niektórych publicystów, mieszcząca się na herbacianej łyżeczce.

Dominika Wielowieyska zaniepokojona do głębi stanem naszej lewicy, twierdzi, że jest ona w rozsypce („GW”, 23.04.2019) ponieważ „Strajk nauczycieli obnażył polityczną słabość i indolencję partii lewicowych, które nie potrafią wystąpić wspólnie z wyrazistym przekazem do swoich potencjalnych zwolenników”. Gros dalszych rozważań dotyczy partii Razem Adriana Zandberga i Wiosny Roberta Biedronia, przewija się Barbara Nowacka i Piotr Ikonowicz. Niejako usprawiedliwiając się autorka stwierdza: „Pomijam SLD, bo bardziej pasuje do Koalicji Europejskiej niż do formacji, której jedną z cech rozpoznawczych byłaby ostra krytyka wszystkich poprzednich rządów III RP”.
I mamy oto, jak na dłoni, najlepszy przykład klasycznego matactwa p. Wielowieyskiej i obłudy tytułu, uprawianych zresztą od lat w stosunku do Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Jest kłamstwem,

że SLD nie był, bądź nie jest, krytyczny w stosunku do minionych rządów III RP, co nota bene spotykało się wielokrotnie z ostrą ripostą postsolidarnościowych środowisk politycznych. SLD potrafił być nawet krytyczny w stosunku do czasów, gdy sam sprawował władzę, co owocowało bardzo ostrymi wewnętrznymi sporami, zmianami kadrowym i wielokrotnym posypywaniu głowy popiołem.

Nie jest prawdą,

że SLD „rwał się” w szeregi Koalicji Europejskiej – było wręcz odwrotnie, bowiem często był upominany i Włodzimierz Czarzasty, i cala partia, że mają opory, właśnie z uwagi na krytyczną ocenę minionych rządów, i jeszcze do niej nie przystąpili. Dopiero pod wpływem rozlicznych nacisków, także ze strony historycznych już lewicowych liderów, ale również w obliczu zagrożenia naszej europejskiej przynależności ze strony PiS, Sojusz wszedł do KE, z wieloma zresztą zastrzeżeniami.

Tak więc ocena SLD,

jakby nie postąpił, zawsze jest negatywna ze strony gremiów „GW”, co w swej intelektualnej głębi godnie odpowiada powiedzeniu zrozpaczonej Solejukowej z serialu „Ranczo”: „Jak się nie odwrócę to d… zawsze z tyłu”.
Serdeczność autorki wobec SLD
wyraża również ten fragment tekstu: „Razem przejęło starą nazwę aliansu, w którym niegdyś prym wiodło SLD. I wyborcy być może wciąż myślą, że to partia Włodzimierza Czarzastego. Ciekawe, czy wynik 4 proc. się utrzyma, bo może wyborcy zorientują się, że Lewica Razem to jednak nie SLD”.
Warto nadto przypomnieć
p. Wielowieyskiej, że lewicowość partii nie jest zależna od uczestnictwa w takiej czy innej koalicji, ale zupełnie od czegoś innego. Również nie podlega koncesjonowanej kreacji polskich lewicowych partii w wykonaniu „GW”.
A wracając do początku cytowanego tekstu, to strajk nauczycieli miał tylko pośrednio charakter polityczny, uczestniczyli w nim także ludzie bardzo dalecy od lewicy, a wg przedstawionego rozumowania, obnażył on słabość również Platformy Obywatelskiej.

Myślenie ad absurdum

Z kopcącym ogarkiem, a nie z kagankiem oświaty podążają do bezrozumnego ludu słowa Cezarego Michalskiego pt. „Dlaczego lud przestał być rozumny”, w „Newsweeku” (23.04.2019), diagnozujące, że „Bez odbudowy publicznej edukacji i liberalnych mediów nasza demokracja nie ma szans na przeżycie”.
Rozważania na temat stanu polskiej demokracji nie są nowe acz jednocześnie bardzo spóźnione, bo toczyć się zaczęły dopiero po pierwszych doświadczeniach aktualnych rządów PiS. Przyczyn choroby poszukuje wielu, ostatnio na łamach internetowej „Kultury Liberalnej” (9.04.2019) , pod hasłem „Czas na radykalną reformę demokracji” ukazały się wywiad z Oliverem Bulloughem, autorem książki „Moneyland”: Bogactwo? To władza bez odpowiedzialności, a także rozmowa z Yaschą Mounkiem: Płacimy za błędy elit.

„Moneyland to wróg demokracji.

Istotą demokracji jest zasada mówiąca, że w procesie politycznym każdy jest traktowany tak samo. Dzięki Moneylandowi bogaci mogą wyłączyć się z zasad demokracji i nie muszą już słuchać tego, czego chcą inni ludzie. Jeśli jesteś bogaty, masz władzę, ale znika odpowiedzialność….Moneyland jest wrogiem każdego typu demokracji. Nie ma znaczenia, kto rządzi i jakie prawa wprowadzi, bo jeżeli jesteś wystarczająco bogaty, to i tak cię nie dotyczy.”
„Elity polityczne popełniły poważne błędy.
Wiele osób próbowało sprawić, by system polityczny stał się bardziej demokratyczny. Wiele osób próbowało także przełożyć popularne postulaty na działania rządu. Ale znaczna część elit myślała o swojej roli w kategoriach grupy, która powinna opierać się rzekomo irracjonalnym żądaniom opinii publicznej. To był po prostu błędny sposób postrzegania roli elit w demokracji.”
„Dawny system demokracji solidarnościowej
przekształcił się w demokrację uprzywilejującą silnych. Sprzyjało temu biednienie klas średnich, zwariowanie polityki podatkowej powodujące wzrost nierówności i kompletny brak wrażliwości elit na kryzys pracy czy wiary w przyszłość wśród młodych” – pisał także, w połowie ubiegłego roku, Marek Beylin.

W porównaniu

do przytoczonych powyżej myśli diagnoza Michalskiego to opis skutków, a nie przyczyn ciężkiej i zaraźliwej choroby demokracji, nadto proponowane lekarstwa są nieskuteczne w jej aktualnym, krytycznym stanie, bowiem i one zostały zainfekowane, i to już stosunkowo dawno.
Autor unikając poszukiwania przyczyn stanu tej polskiej ułomności, przytacza różne przykłady z czasów narodzin liberalizmu, także casusy z odmiennych stron świata, nie rozumiejąc, że aktualny etap rozwoju kapitalizmu, wraz z jego globalizacją, niesie w sobie wszechogarniającą władzę kapitału, także nad całym życiem społecznym obywateli, a więc również nad dotąd, lepiej lub gorzej funkcjonującą demokracją, którą uważano powszechnie, pomimo jej rozlicznych wad, za najlepszy ustrój.

Mówiąc o zblatowaniu prasy

zapomina Michalski, że nastąpiło to nie wczoraj, ani nawet kilka lat temu, bowiem już w 1880 r. John Swinton, szkocko-amerykański dziennikarz i wydawca, w czasie jednego z bankietów, kiedy zaproponowano wzniesienie toastu za niezależną prasę, nie wytrzymał i wygarnął zebranym: «Każdy z obecnych tutaj wie, że niezależna prasa nie istnieje. Wy to wiecie i ja to wiem: żaden z was nie ośmieliłby się ogłosić na łamach gazety własnych opinii; a gdyby nawet się ośmielił, zdajecie sobie sprawę z tego, że nie zostałyby one nigdy wydrukowane… Gdyby ktoś z was był na tyle szalony, by uczciwie opisać sprawy, znalazłby się natychmiast na bruku… My, dziennikarze, jesteśmy wasalami, instrumentami w rękach bogaczy, którzy potajemnie spiskują i kierują wszystkim zza kulis! My jesteśmy ich marionetkami! To oni pociągają za sznurki, a my tańczymy! Nasz czas, nasz potencjał i nasze talenty są w rękach tych ludzi. Jesteśmy intelektualnymi prostytutkami!»
Ratunku należy szukać nie w liberalnej prasie, jak chce Michalski, ale w jej ideowej, politycznej, społecznej różnorodności, w ścieraniu się informacji, opinii i wartości, co zresztą, jak wszyscy wiedzą, przynosi i tak obraz daleki od oczekiwań.

Publiczna edukacja,

także u nas, ostała się dla przysłowiowego ludu, bo nie kto inny jak liberalne i postsolidarnościowe ekipy za wielki sukces uważały powstanie tzw. szkól społecznych, po czasie prywatnych, a krytykowana przez autora klerykalizacja systemu oświaty miała także tych samych autorów.
Dla wyjaśnienia: ad absurdum oznacza doprowadzenie rozumowania do niedorzeczności.

Myślenie pozaczasowe

Czytam w OKO.press: „Muzeum Narodowe w Warszawie cenzuruje polską historię sztuki. Po wizycie u ministra Glińskiego dyrektor Miziołek zdejmuje ze ściany prace dwóch światowej sławy artystek.” Zapewne i inne media z lubością przyniosą tę informację, bo stanowi kolejną szpilę w rządy PiS. Rozumiem, że takiej okazji nie można przegapić, ale w rzeczywistości nie jest to wydarzenie ani nowe, ani też szczególnie frapujące.
Nasz naród, wychowany na anty seksualnych wzorcach upowszechnianych, acz nie koniecznie przestrzeganych, przez katolickich pasterzy, już od dawna, zanim nastał PiS, rozlicznymi czynami i głosami dawał odpór wszystkiemu co nowe i nowoczesne, niezrozumiałe, a zapewne i groźne dla jego jestestwa, istnienia i godności.
W latach 70. sensację ale i nadzwyczaj słuszne, nie tylko społeczne, oburzenie wywoływał cykliczny Międzynarodowy Salon Fotografii Artystycznej „Venus”, organizowany przez Krakowskie Towarzystwo Fotograficzne, co m. in. skutkowało oblaniem kwasem i zniszczeniem jednej z wystawionych prac.
Kilka dekad później Daniel Olbrychski, zapominając, że nie jest już Kmicicem, Tuhaj-bejem ani też Azją Tuhajbejowiczem, a zwykłym lanserem, szablą pokiereszował wystawę „Naziści” Piotra Uklańskiego – głośnego i cenionego w świcie artysty – mówiąc „Tą wystawą pieprzy się dzieciom w głowach.”
Kolejny raz w Zachęcie chodziło o niesienie ulgi naszemu papieżowi, przygniecionemu meteorytem w ranach instalacji „La Nona Ora” Maurizio Cattelana. Posłanka Halina Nowina-Konopka skutecznie odwróciła uwagę ochrony, a Witold Tomczak sforsował barierki i usunął przygniatający Jana Pawła II głaz.
Wszystkie te wydarzenia, bez względu na to kto aktualnie dzierżył w kraju władzę, łączy obawa i strach Polaków przed odmiennym postrzeganiem świata z jego innymi wartościami i nowymi ideami. A, że Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje i podsyca takie właśnie zachowania strasząc Polaków czym się da (m. im. uchodźcy, LGBT, zawsze lewica, ostatnio euro) to też prawda.

Myślenie życzeniowe

Senator PiS Grzegorz Bierecki słowami o „oczyszczeniu Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej” daje przykład europejskich standardów ukraińskim sąsiadom. Rzecz dotyczy języka, który jest często jednym z atrybutów pojęcia naród, ale rządzący w Kijowie od czasów majdanowego przewrotu nie mogą żadną miarą sobie uświadomić, że na Ukrainie – tak się historycznie ułożyło – żyje wiele narodowości i każda z nich ma prawo do zachowania swojej kulturalnej, a więc i językowej odrębności. Dziwne to tym bardziej, że wpływowa i potężna ukraińska diaspora w Kanadzie doświadcza zarówno języka angielskiego jak i francuskiego, co wcale nie przeszkadza jej zachowywać swoją tożsamość.
W ostatnim czasie parlament w Kijowie uchwalił nową ustawę o jedynym, państwowym (oficjalnym) języku na Ukrainie, którym ma być ukraiński. Ma obowiązywać w mediach, miejscach publicznych. Każdy obywatel Ukrainy jest zobowiązany do znajomości języka państwowego. Ten akt ma oczywiście przede wszystkim na względzie eliminację z życia publicznego języka rosyjskiego, ale już dużo wcześniej poddano restrykcyjnymi zarządzeniami języki innych narodowości.
Obecnie prasa może być drukowana w języku innym niż ukraiński, o ile jest wydawana wersja ukraińska w tym samym nakładzie. Te zasady nie dotyczą jednak periodyków wydawanych w językach autochtonicznych Ukrainy (nalezą do nich Tatarzy krymscy, Krymczacy, Karaimi i Grecy znad Morza Azowskiego), zapewne dlatego, że na ich antyrosyjskość liczy władza. Oznacza to, że małe grupy etniczne są ważniejsze niż spore, inne skupiska narodowościowe.
Pomimo sympatii dla niepodległościowych dążeń Ukraińców zadziwia magiczna wiara w pozytywne skutki tej ustawy, a nadto uważam, że taką drogą to do Unii nie trafią, dodatkowo antagonizując społeczeństwo, któremu do narodowej czy państwowej jedności jest bardzo daleko.
Jednego mogą być jednak pewni – obecny polski godnościowy rząd, w przeciwieństwie od Victora Orbana, nie upomni się, w odróżnieniu od ekshumacji, o prawa żyjących na Ukrainie Polaków.

Gdy rozum śpi

…to brak mądrych wypowiedzi, głębszych refleksji i sensownych pomysłów, co w końcu utrwala przebudzone upiory.

 

Miniona rocznica czerwcowych wyborów z 1989 roku przeszła właściwie niezauważona być może dlatego, że to nie okrągła data, co tylko pozornie wyjaśnia ciszę wokół niej panującą. Rządzący, postsolidarnościowy PiS rocznicę zdezawuował, a tamten czas uznał za symbol zdrady i zmowy elit. Cicho było w opozycyjnej postsolidarnościowej Platformie Obywatelskiej, być może z racji okazywanej przez nią od dawna niemocy. Lewica natomiast przypomniała, że od wspaniałych obietnic do codzienności wiodła, i wiedzie nadal, daleka droga, pełna straconych szans, nieobliczalnych pomysłów i decyzji, licznych ofiar, co zdaniem Piotra Szmulewicza oznacza, że 4 czerwca to święto dla wybranych. Przypieczętowuje tę ocenę Jacek Żakowski twierdząc, że przez ostatnie 30 lat „równym krokiem zmierzaliśmy do samobójstwa”, bo nie nauczyliśmy społeczeństwa demokracji.

 

Stanowczy odpór

wszystkim tym opiniom dała w redakcyjnym komentarzu „Gazety Wyborczej” (6.06.2018) Dominika Wielowiejska uważając, że 4 czerwca powinien być polskim świętem narodowym. Autorka pisze: „Przy ocenie III RP nie chodzi mi o lukrowanie rzeczywistości, ale o zachowanie odpowiednich proporcji. Bo jeśli będziemy nieustannie narzekać, że po 4 czerwca nie wszystko było idealne – co jest prawdą – to tym bardziej powinniśmy wykreślić z kalendarza 11 listopada 1918 r. i anulować obchody 100-lecia niepodległości. Przecież II RP była państwem opresyjnym wobec wielu grup społecznych czy narodowych. Nie wspomnę o niesamowitej biedzie sporej części jej obywateli.”
Pani Wielowiejskiej po prostu pomyliły się obchody z oceną, albo też zaakceptowała, zapewne nieświadomie, ich PiS-owską wersję. Rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, uznawana przez gros obywateli bez względu na ich polityczne wybory, nie może się żadną miarą, jak chce Wielowiejska, wiązać się z jakąkolwiek oceną tego, co po 11 listopada nastąpiło, czyli II Rzeczpospolitą. To są dwa odmienne polityczne fakty i byty, związane tylko ciągiem wydarzeń, a niczym innym.
Tamto, sprzed 100 lat, historyczne zdarzenie było wielkim sukcesem odmiennych, a często wrogich sobie, ruchów, ugrupowań, stronnictw i partii politycznych, które w imię dobra wyższego – niepodległej Polski – potrafiły wspólnie osiągnąć tryumf. Natomiast II Rzeczpospolitą, poza okresem uchwalenia Konstytucji marcowej, a szczególnie po zamachu majowym, trudno by nazwać matką dla wszystkich Polaków. Identycznie rzecz ma się z przywołanym 4 czerwca i III RP, która nader często występowała, i nadal to czyni, w roli macochy.

 

Kolejny wywód

autorki to ponowna pomyłka, tym razem dotycząca pojęcia czasu : „Natomiast z lewej strony słyszę, że nie ma czego świętować, bo wielu ludzi nie ma poczucia, by w Polsce żyło im się dobrze. Tak jakby rząd Tadeusza Mazowieckiego odziedziczył państwo kwitnące, a nie zbankrutowane, ze skorumpowanymi i słabymi instytucjami.”
Warto wiec przypomnieć, że znaną zasadą tłumaczenia niepowodzeń przez rządzących jest zwalanie winy na poprzedników. Minęło jednak zbyt wiele czasu by dzisiejszy stan opinii o Polsce tłumaczyć daleką przeszłością, tym bardziej, że nie tylko idzie tu o poziom materialnego życia. Jeżeli bierze się odpowiedzialność za państwo, a Solidarność rwała się do tego wyjątkowo, to także ze wszystkimi konsekwencjami, po prawie 30 latach sprawowania władzy. Nadto wiedzieć trzeba, że zadłużenie PRL było niższe niż dzisiejszej RP, ówczesna korupcja (nota bene, czy ktoś widział bogatego komunistę, na wzór dzisiejszych np. niektórych polityków?) w stosunku do aktualnej na wyżynach władzy to hetka-pętelka, a z instytucjami też bardzo różnie dziś bywa.

 

Samobójstwo,

o którym pisze Żakowski wynika tylko w pewnej mierze z braku edukacji demokracji. Uczyć jej niewątpliwie należy, z uwagi na fakt, że pod tym pojęciem kryje się nie tylko system rządów i forma sprawowania władzy, ale równie ważny, a raczej ważniejszy, zespół wartości demokratycznych, obejmujących całokształt warunków, zachowań i praw przynależnych obywatelowi i od niego oczekiwanych. W postsolidarnościowej praktyce sprowadzały się one jedynie do samego systemu władzy i apologii wolności, rozumianej głównie jako niepodległość i suwerenność. Pozostałe desygnaty pojęcia wartości demokratyczne w III RP były przez postsolidarnościowe rządy i partie, a także towarzyszące im kręgi opiniotwórcze, w ograniczonej-niewielkiej skali przestrzegane. Stąd brak nie tylko skutku nauk, o których pisze Żakowski, ale od lat zła, lekceważąca elementarne ludzkie potrzeby i podstawowe wartości, działalność państwowej władzy prowadzi nas wszystkich do samobójstwa. Natomiast Wielowiejska uważa, że : „Musimy stawiać słupy milowe, które będą dla społeczeństwa drogowskazami. Warto poszukać choćby jednej daty, która nas łączy, i włożyć więcej wysiłku w to, aby to święto wypromować.” Powyższe remedium to leczenie ciężkiej choroby opowiadaniem świątecznych bajek.

 

Wspomniany komentarz

potwierdza także pośrednio, że miłość redakcji „GW” do II i III RP jest w stanie wszystko wybaczyć, w odróżnieniu do PRL, któremu i daty 22 lipca, i wielkich dokonań – mimo niewątpliwych błędów i krzywd – które przyniósł, nigdy nie odpuści. I z takim stosunkiem do milionów ludzi, którzy dobrze pamiętają okres Polski Ludowej, bądź zachowują umiar i odpowiedzialność w ocenie minionych czasów, chce p. Wielowiejska wspólnie celebrować wymyślone, polskie święto ogólnonarodowe.

 

Zbliżony ogląd rzeczywistości

prezentuje Adam Szlapka („GW” – „Konstytuanta 2019” – 4.06.2018), który nawołując do wspólnego pójścia opozycji w najbliższych wyborach parlamentarnych, uzdrowienie i zabezpieczenie na przyszłość Polski przez podobnymi jak PiS, widzi w realizacji czterech elementów: przywrócenie niezależnego wymiaru sprawiedliwości, dodatkowe zabezpieczenia w konstytucji, silniejsze zakorzenienie w Europie i otwartość systemu parlamentarnego. W konkluzji czytamy: „Po latach od 4 czerwca 1989 r. potrzebujemy nowej umowy społecznej, która stanie się podstawą konstytuanty po PiS. Warto rozpocząć tę dyskusję i w jej czasie pamiętać nie tylko o wolności, ale również o solidarności – fundamentalnej wartości, której naruszanie przypomniało 40 dni protestu osób z niepełnosprawnościami. Po porozumieniu o praworządności i demokracji nową umowę społeczną można rozszerzać o kolejne elementy.”
Autor, uwiedziony PiS-owskim i aktualnego prezydenta pomysłem o nowej Konstytucji, nie tylko obecnie obowiązującej nie dezawuuje, ale nadto wyobraża sobie, że poprzez przepisy w nowej ustawie zasadniczej można w pełni kreować pożądaną rzeczywistość. Jeżeli by tak było, to obecna dewastacja wymiaru sprawiedliwości nie miałaby miejsca, rozdział kościoła od państwa byłby przestrzegany, a zapisana w Konstytucji z 1952 roku wolność słowa obowiązywałaby wtedy.

 

Praktyka polityczna dowiodła,

że nie tylko konstytucyjne przepisy mogą być pomijane, łamane, albo falandyzowane (przypomnę, że to określenie pochodzi od interpretacji przepisów Konstytucji dokonywanych przez Lech Falandysza – doradcy ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy), czyli naginane do aktualnych potrzeb rządzących. Zapewne działo się to także z głębokiego przekonania do określonych ideologicznych racji, chęci szybkich zmian bądź najzwyklejszego braku głębszej refleksji.
Po latach Marcin Król mówi, że byliśmy głupi i dodaje : „Zło powszechne wylazło wszędzie, psuje ustrój państwa, instytucje, relacje międzyludzkie, język…Rewolucja przeprowadzona przez liberałów w 1989 roku była zafascynowana wolnością. Wolność stanowiła najważniejszą wartość, na ołtarzu której złożyliśmy wszystkie inne” („Newsweek” nr. 20/2018).
Andrzej Zoll w swoim czasie oświadczył: „Trybunał rozpatrywał instrukcję wprowadzającą religię do szkół. Była duża różnica zdań(….) Orzekliśmy, że instrukcja jest zgodna z Konstytucją. Ale dziś uważam, że głosowałem źle i źle orzekaliśmy. Do szkół powinno być wprowadzone religioznawstwo, nauka o różnych religiach i ich znaczeniu dla kultury. Katecheza powinna odbywać się w kościołach.” Wówczas Trybunał rozpatrywał skargę SLD na niekonstytucyjność instrukcji ministra oświaty wprowadzającej religię do szkół, co oznacza, że i prof. Samsonowicz powinien przyznać się do błędu. I jeszcze kolejni przewodniczący i członkowie Trybunału orzekający na temat tzw. dezubekizacji. I nie tylko.
W sprawie podpisanego w swoim czasie konkordatu wyraża gorycz i żal Stefan Frankiewicz (m. in. ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej), a dla byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego – patrona żołnierzy wyklętych – nie są dziś oni ani wyklęci, ani niezłomni („GW”, 24.02.2018). I dodaje, że: „Koniec końców historia przyznała racje tym, którzy nie czekali na III wojnę światową, ale poszli na studia, do pracy, odbudowywać kraj.”

 

Zadziwia w tym kontekście

résumé Adama Szlapki, w którym nie bacząc na dotychczasowe polskie doświadczenia, jako ewentualny dodatkowy element projektowanej umowy społecznej, widzi – ale tylko być może – jeszcze jedną, ale podstawową i powszechnie oczekiwaną zasadę, jaką jest sprawiedliwość społeczna.
Bez niej bowiem tuczą się obecne upiory, i powstaną nowe.