Perfekcja daje mi wolność

Z DOROTĄ KOLAK, aktorką Teatru Wybrzeże, wykładowczynią na Akademii Muzycznej w Gdańsku rozmawia Krzysztof Lubczyński

„Zmaga się głównie z wielki repertuarem tragicznym. To tragizm bardzo współczesny w rozumieniu, odnajdywany tam, gdzie dotykamy palcem samej egzystencji ludzkiej” – napisano o Pani w jednej z recenzji. Jak osoba tak harmonijnie żyjąca uruchamia w sobie w roli pierwiastek tragiczny, mroczny?
Myślę, że pełny człowiek musi być zbudowany z różnych składników, jasnych i ciemnych, a pośrodku jest jeszcze szarość. Są więc we mnie zapewne wszystkie te elementy. Widocznie jest to potrzebne dla mojej równowagi. A kiedy zaczęłam coraz częściej grać role dramatyczne, to zmuszały mnie one do refleksji nad życiem, do penetrowania natury egzystencji. Poza tym, prywatnie, jestem osobą, która każdego dnia musi walczyć o samoakceptację a pogoda ducha, nie przychodzi mi łatwo. Smutek mocno we mnie tkwi. Muszę bardzo pracować, żeby cieszyć się każdym dniem. Jest we mnie silne odczucie przemijania, zwłaszcza od pewnego czasu.
W Pani dorobku teatralnym jest silna dominanta ról klasycznych, ale dotyczy to lat dawniejszych. Obecnie w repertuarze teatralnym klasyki jest jak na lekarstwo. Czy dlatego, że jest trudniejsza, że wymaga więcej dyscypliny, że nie jest samograjem, jakim bywa tematyka współczesna?
Przyczynę widzę w języku. On jest przeszkodą. Język polskiej klasyki jest dla nas językiem często bardzo trudnym do przyswojenia. Łatwiej jest obcym repertuarem klasycznym, mam na myśli np. Szekspira czy Moliera bo ciągle pojawiają się nowe tłumaczenia. U nas poza nielicznymi utworami, np. Fredry, ten język jest bardzo trudny. Ostatnio na potrzeby pracy z moimi studentami przeczytałam prawie całego Słowackiego. I wyraźnie zobaczyłam, że ten język jest trudny do grania, czuje się w nim anachronizm i trzeba na pewno wybitnego aktora, żeby zabrzmiał współcześnie. W moim odczuciu Słowacki jest karkołomny jako materiał do uczenia podstaw aktorstwa.
Z tym co Pani powiedziała, koresponduje moje pytanie o „Romeo i Julię” Szekspira. Jedną z Pani pierwszych ważnych ról była właśnie Julia. Zawsze mam nieodparte wrażenie fałszu, a raczej kompletnego nieprzystawiania tego modelu miłości, który ukazał Szekspir z modelem miłości współczesnej…
Nie poradziłam sobie z tą rolą. Była kompletnie obok mnie. To rola napisana dla czternastolatki. Gdy gra to aktorka starsza, z doświadczeniem, dramat czternastolatki przestaje być wiarygodny. Trzeba by aktorki o fizjonomii i duszy czternastolatki, bez wiedzy o brudach świata, do tego umiejącej dobrze mówić wierszem. Wtedy jest szansa na
wiarygodność.
Znów zacytuję krytyka:„Jej Solange grana jest całym ciałem, każdy gest, grymas doprowadzony jest do perfekcji. Ostatnia tyrada zagrana jest ze zrozumieniem każdej litery tekstu”. Czy nie miewa Pani czasem wątpliwości, czy cały ten koronkowy kunszt trafia do publiczności?
Nawet jeśli nie zawsze trafia, to ja i tak tego potrzebuję. Dopiero wtedy, gdy trzymam kilkadziesiąt tych sznurków, mogę sobie swobodnie posurfować. Dopiero wtedy czuję się wolna. Gdy mam poczucie, że jakieś sekwencje są niedopracowane, albo wiem, że coś ściemniam lub udaję że wiem, czuję się niepewnie. Dopiero, gdy mocno stoję na nogach, mam z tego wielką satysfakcję. Gdy udaję, to się wstydzę. Robiłam różne rzeczy na scenie, łącznie z rozbieraniem się i ekshibicjonizmem, więc pytano, czy się nie wstydzę. Otóż nie, tego nie. Wstydzę się tylko, jak wiem, że źle gram, jak wiem, że coś chrzanie. A ile z tego dociera do publiczności? Odwrócę kwestię. Wiem, że ma szansę dotrzeć dopiero wtedy, gdy maksymalnie dobrze zagram, gdy wszystkie nitki trzymam w ręku. W miarę wszystkie.
Uczy Pani aktorstwa w gdańskiej Akademii Muzycznej. Gdzie jest granica między tzw. warsztatem, aktorskim rzemiosłem, a dowolnością aktorskiej kreacji?
Nasi pedagodzy w szkole teatralnej mówili nam, że jedyne, czego mogą nas nauczyć, to warsztatu, elementarnych umiejętności technicznych w zawodzie aktorskich, bo talentu nas nie nauczą. Istnieją trzy proste zasady. Najważniejszą jest zasada komunikowania się. Po to stajemy na scenie lub przed kamerą, żeby skomunikować się z innym człowiekiem, przede wszystkim z widzem. Po drugie, aby to było możliwe, musimy być słyszalni, musimy mówić zrozumiale, wyraźnie. Kolejnym elementem niezbędnym jest wolne ciało, które aktorowi nie stawia oporu, które nie jest balastem. Trzecim niezbywalnym elementem jest warstwa intelektualna. Kiedyś mówiło się o genialnych aktorach intuicjonistach, którzy nic nie rozumieli, a wspaniale grali, krążyły o tym anegdoty. Może tak było, ale ja lubię wiedzieć co mówię i w jakiej sprawie, chcę to zrozumieć. Powiem więcej – najpierw muszę zrozumieć, żeby poruszyć coś w sobie. Choć wiem, że czasem bywa odwrotnie.
Jako pedagog widzi Pani w swoich studentach kontynuatorów najlepszych tradycji polskiego aktorstwa?
Nie można obrażać się na czas. Dla mojego pokolenia gniazdem był jeszcze teatr, z którego doskakiwało się do filmu czy telewizji. Dziś w młodym pokoleniu są aktorzy, którzy nigdy nie grali na scenie. Teatr kompletnie się zmienił. Często ci młodzi aktorzy nie mają czasu, by zrobić rolę, ponieważ są używani do celów reżyserskich. Nie są więc samodzielni, nie mają czasu na stworzenie czegoś. W tych warunkach trudno mówić o kontynuacji.
A Panią kto formował zawodowo w krakowskiej szkole teatralnej?
Moje mistrzynie, to nieżyjąca już pani Ewa Lassek oraz pani Anna Polony. Ogromnie wiele mi dały. Zakres obserwacji w przypadku, gdy kobieta uczy kobietę, jest w moim odczuciu głębszy niż gdy uczy mężczyzna. Natomiast już w teatrze pracowałam i pracuję głównie z mężczyznami.
Dużo kosztuje Panią ten zawód psychicznie? Krążą na ten temat różne opinie. Niektórzy akcentują to bardzo silnie, inni odnoszą się do tego nonszalancko, mówiąc że to mity…
Myślę, że u każdego aktora jest inaczej. Jeśli ktoś potrafi osiągnąć cele roli „na pstryk”, jest wiarygodny i prawdziwy – super. Są i tacy, których to drogo kosztuje. U mnie bywa różnie. Niektóre role kosztują mnie dużo, inne mniej. Wiele kosztowała mnie rola „Matki” w sztuce Witkacego, bo chciałam dać widzom jak najwięcej, maksymalnie koncentrowałam się każdego wieczoru. Podobnie było z rolą w „Słodkim ptaku młodości”, która jest sztuką dla mnie bolesną i żywą, o odchodzeniu, starzeniu się, o przemijaniu i iluzoryczności zawodu aktorskiego. Wiele zależy także od roli, nie tylko od predyspozycji aktora. Niektóre role kosztowały mnie wiele fizycznie, odcisnęły się na moich kolanach czy kręgosłupie.
„Matka”, za która otrzymała Pani ważną nagrodę, to dla Pani rola, w której skoncentrowały się dotychczasowe dokonania i doświadczenia?
Tak, to rola o wielkiej pojemności, w które zebrałam wiele różnych składników. Zaczęłam ją grać prawie dziesięć lat temu, więc były to projekcje przyszłości, dotyczące starzenia się, przemijania. To także sztuka o niespełnionej artystce, która ma syna, z którego wykluwa się niespełniony artysta, o odcięciu pępowiny. A że sama jestem aktorką i mam córkę aktorkę, to czuję ten tekst dotkliwiej.
Ukończyła Pani krakowską PWST, ale nie została Pani na którejś z krakowskich scen. Nie żal Pani trochę?
Mam zwyczaj niczego nie żałować. Niektóre moje koleżanki i koledzy trochę posiedzieli na ławkach Starego Teatru i nic z tego nie wynikło. Znalazłam się na Wybrzeżu w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu. Nie wiem, co by było gdyby. Nie żałuję też miasta, bo Gdańsk ma klimat bezpretensjonalny, bez zadęć, chyba że nam się czasem zbierze zadęcie na tle „Solidarności” i jej obchodów.
W filmie pojawiła się Pani stosunkowo późno. Jak przebić się z energią przez kamerę, do widza, na planie filmowym, kiedy nie ma tego bezpośredniego kontaktu jak w teatrze? Jak Pani to osiąga?
Gdy stoję na scenie, to myślę o sobie „całościowo”. Przed kamerą w moim odczuciu najwięcej ekspresji jest w twarzy i oczach. W teatrze nie ma zbliżenia, zoom’u.. W teatrze strumień przekazu jest szerszy, w kinie czy telewizji – węższy. Od pewnego czasu wiem, że kształt mojej roli w dużym stopniu zależy od montażu. Czasem jak oglądam ostateczny efekt, to bywam zadziwiona, czasem zirytowana. Reżyserowi daję więc tylko materiał do obróbki. W pełni odpowiadam natomiast za rolę w teatrze.
Jeden z dyrektorów powiedział, że są aktorzy, którzy grają głową, inni sercem, inni piersią czy nogami. Rzadko są tacy, którzy grają wszystkimi składnikami psychiki i ciała. O Pani powiedziano, że gra Pani całym ciałem. Co jest do tego potrzebne?
Na pewno umiejętności. A poza tym czujny i czuły reżyser.
Dziękuję za rozmowę.

Dorota Kolak – ur. 20 czerwca 1957 r. w Krakowie, od 1982 roku aktorka teatru Wybrzeże w Gdańsku (w latach 1980–1982 była aktorką Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu). Stworzyła wiele wybitnych kreacji, między innymi jako Elsinoe w „Irydionie”, Goplana w „Balladynie”, Julia w „Pannie Julii” , Elwira w „Mężu i żonie”, Tamora w „Tytusie Andronikusie”, Matka w „Matce” Witkacego. Obecnie gra gościnnie w warszawskim Teatrze Polonia w „Seksie dla opornych”. W 2004 roku otrzymała nagrodę aktorską za tytułową rolę w „Matce” Witkacego w Teatrze Wybrzeże na Opolskich Konfrontacjach Teatralnych. Prowadzi zajęcia z aktorstwa, plastyki ruchu, form i stylów ruchu scenicznego na Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku.. W roku 2008 honorowana medalem Gloria Artis. W 2009 zdobyła nagrodę za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą w filmie „Jestem Twój” na 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Seriale z jej udziałem to m.in. „Radio Romans” (1994–1995), „Marzenia do spełnienia” (2001–2002), „Na dobre i na złe”, „Pensjonat pod Różą (2004–2006),” Barwy szczęścia (2007–2011), „Londyńczycy (2008), „Przepis na życie” (2011).