Etyczne jajka na święta

Najnowszy raport opublikowany w ramach kampanii „Jak one to znoszą?”, to pierwsze tego rodzaju opracowanie w Polsce. Prezentuje on w sposób przekrojowy zmiany, jakie zaszły w ostatnich kilku latach na krajowym rynku jajecznym w obszarach m.in. produkcji, spożycia i eksportu różnych typów jaj oraz świadomości konsumenckiej. Omówione w nim także zostały wyniki zakończonego w styczniu br. badania firm, które zadeklarowały wycofanie z oferty jaj „trójek”. Autorzy raportu stawiają na samym początku mocną tezę: „Polacy nie tylko są świadomi, jak kury znoszące jaja w systemie klatkowym spędzają życie, ale wyrażają wobec ich losu swój sprzeciw”. Przytaczane przez nich badania wydają się ją jednak potwierdzać: według badań IBRiS z lutego 2018 r. ponad 80 proc. społeczeństwa jest zdania, że hodowla klatkowa nie zapewnia tym zwierzętom odpowiednich warunków, a prawie 60 proc. uważa, że producenci żywności, restauracje i sieci handlowe powinny całkowicie zrezygnować z jajek z chowu klatkowego. Na ten moment ponad 120 firm w Polsce i ponad 1,5 tysiąca na świecie zdecydowało się na taki krok i zadeklarowało wycofanie jaj „trójek” ze sprzedaży lub produkcji, a część z nich wprowadziło już zobowiązanie w życie. Również badania Eurobarometru z 2016 r. wskazują na podobne postawy: dla 86 proc. Polaków istotna jest ochrona dobrostanu zwierząt hodowlanych, 72 proc. uważa, że dobrostan zwierząt hodowlanych powinien być lepiej w Polsce chroniony, a 59 proc. Polaków chciałoby więcej informacji na temat warunków, w jakich hoduje się zwierzęta (wzrost o 6 proc. w porównaniu z Eurobarometrem z 2006 r.). Z kolei według najnowszych badań CBOS najważniejszym czynnikiem podczas zakupu jaj jest nie (jak jeszcze niedawno) ich cena, a rodzaj chowu z jakiego pochodzą.
– Ponad 40 tysięcy osób zadeklarowało na naszej stronie, że nie będzie kupować jaj oznaczonych numerem „3”. W ślad za ich oczekiwaniami tylko do końca 2018 r. aż 114 firm podjęło decyzję o całkowitym wycofaniu jaj z chowu klatkowego – mówi Marta Jarosiewicz, Koordynatorka Kampanii Biznesowych ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Równolegle zauważyć można już teraz zmiany strukturalne na rynku, które wydają się być niezależne od decyzji firm, z których większość wejdzie w życie dopiero w ciągu kilku lat – dodaje.
Chodzi m.in. o zmiany w zakresie spożycia i eksportu jaj, a także udziału poszczególnych typów chowu w ogólnej produkcji. Pomimo że w Polsce wciąż rośnie liczba hodowanych kur, od 2014 roku do stycznia 2019 roku zauważalny jest bardzo znaczny wzrost liczby kur niosek hodowanych w systemie ekologicznym (o 284 proc.), wolnowybiegowym (96 proc.) i ściółkowym (42 proc.), a w ciągu kilku lat udział chowu klatkowego w podaży jaj konsumpcyjnych w Polsce obniżył się o 2 punkty procentowe. Sugeruje to, że czynione są inwestycje mające na celu zaspokoić rosnący popyt na jaja z chowów alternatywnych. Jednocześnie jak podkreślają autorzy raportu, samo spożycie jaj w Polsce stale maleje. W 2010 r. na jednego mieszkańca Polski przypadły 202 jajka rocznie. W 2016 r. wartość ta wynosiła 145 sztuk, a w 2017 – już 139. Polska w dalszym ciągu znaczną część jaj eksportuje, jednak udział eksportu w krajowej produkcji w przeciągu ostatniego roku zmalał – według szacunków Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej udział sprzedaży jaj za granicę spadł z 47,6 proc. w roku 2017 do 39,3 proc. w 2018 r. Najbardziej znaczący spadek eksportu odnotowano u dwóch największych importerów polskich jaj, czyli Niemiec (o blisko 45 proc.) i Holandii (o blisko 25 proc.). Autorzy raportu zwracają uwagę na fakt, że w obydwu tych krajach prowadzone są intensywne kampanie na rzecz wycofania jaj z chowu klatkowego, a dominującym systemem hodowli jest chów ściółkowy, w którym hodowanych jest przeszło 60 proc. kur.
– Eksport do zaledwie sześciu największych odbiorców zagranicznych polskich jaj, czyli do Niemiec, Holandii, Włoch, Czech, Belgii oraz Francji, stanowi ¾ całego polskiego eksportu tego surowca. Jednocześnie bardzo silne jest tam poparcie dla działań organizacji prozwierzęcych. Według Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz struktura produkcji jaj w Polsce w ciągu najbliższych ośmiu lat zbliży się do tej w Unii Europejskiej. Polscy producenci znacznie zyskają więc na wcześniejszym przygotowaniu się do wciąż rosnącego popytu na jaja z chowu alternatywnego – komentuje Jarosiewicz. W raporcie przedstawione też zostały wyniki badania zrealizowanego w grudniu 2018 i styczniu 2019 r. wśród wszystkich firm, które do końca roku 2018 ogłosiły wycofanie jaj klatkowych, czyli 40 producentów żywności, 31 sklepów i sieci handlowych, 32 sieci restauracyjnych, kawiarni i cateringów oraz 11 sieci hotelarskich. Jak się okazało, głównym problemem przy wycofywaniu „trójek” jest dla firm zbyt duża opieszałość producentów we wdrażaniu zmian w systemach chowu, która prowadzi do niewystarczającej ilości jaj z chowów alternatywnych na rynku oraz ich wysokiej ceny.

Złe wieści

Setki protestów i tysiące skarg przeciwko uciążliwemu sąsiedztwu ferm przemysłowych wymusiły powstanie ustawy odległościowej. Niestety projekt proponowany przez Ministerstwo Środowiska ma tylko pozornie rozwiązać problem – w rzeczywistości umożliwia dalszą ekspansję ferm przemysłowych zwierząt w Polsce.
Brak prawdziwych konsultacji
Jako Koalicja Społeczna Stop Fermom Przemysłowym od lat protestujemy, uczęszczamy na komisje rolnictwa i środowiska, organizujemy konferencje, spotykamy się z samorządowcami, politykami i naukowcami, pokazujemy problem i możliwe rozwiązania. Ministerstwo Środowiska nie uwzględniło jednak w procesie konsultacji społecznych ani Koalicji, ani będących jej członkami lokalnych stowarzyszeń. Dodatkowo termin, jaki wyznaczono na nadesłanie uwag do projektu wyniósł zaledwie 7 dni. Ustawa nie wydaje się w związku z tym być tworzona z myślą o mieszkańcach okolic ferm. Świadczy o tym nie tylko zignorowanie nas w procesie konsultacji, ale również zamieszczenie w projekcie zapisów, które pozwolą na dalszą ekspansję ferm przemysłowych.

Odległość 500 metrów dla fermy na milion kurczaków

Przede wszystkim autorzy projektu ustalili, że fermy o wielkości 500 DJP i więcej (DJP – umowna jednostka liczebności zwierząt hodowlanych w gospodarstwie, odpowiadająca np. 250 kurom) mogą być budowane już w odległości 500 metrów od budynków mieszkalnych! Odległość ta jest w dodatku stała – nie zwiększa się wraz z wielkością fermy.
Granica 500 metrów ma tylko jedno uzasadnienie – nie zaszkodzi dalszej ekspansji ferm. Taka odległość nie stanowić będzie bowiem żadnego zabezpieczenia dla zdrowia i komfortu mieszkańców – z badań międzynarodowych wynika, że dla ochrony zdrowia należy w dużo większym stopniu ograniczyć bliskość, a także ilość i kumulację wielkich ferm przemysłowych w pobliżu siedlisk ludzkich.
Przykładowo badania przeprowadzone w Holandii wykazały, że patogeny alarmowe LA MRSA (szczepy gronkowca złośliwego odpornego na metycylinę) znajdowane były w odległości 1000 metrów od ferm. Oddalenie fermy o 500 m stanowi więc realne zagrożenie zdrowia, a nawet zagrożenie epidemiologiczne (szczególnie, że badania przeprowadzone w Danii w 2016 roku wykazały, że nosicielami tego patogenu jest 88% świń).

Zagłębia kurze mogą przyjąć więcej mega ferm

W projekcie ustawy obliczono, że dzięki zaproponowanym odległościom (500 DJP i więcej = 500 m) nawet w najbardziej zafermionych powiatach, takich jak żuromiński i mławski, dalej będzie można budować potężne kurniki i chlewnie. W powiecie żuromińskim zostanie jeszcze 40% terenu do zagospodarowania pod mega fermy, a w mławskim 35%!
Co z istniejącymi śmierdzącymi fermami? Nic!
Ustawa odległościowa dostrzega palącą potrzebę uporania się z odorami zatruwającymi życie mieszkańców wsi. Zgodnie z tym, co jest zapisane w projekcie, ma ona przyczynić się do zmniejszenia konfliktów społecznych i zjawisk takich jak depresja, napięcie, znużenie, problemy oddechowe, bóle głowy, nudności, podrażnienie oczu i gardłaoraz poprawić komunikację międzyludzką.
W konsekwencji ma doprowadzić do wzrostu wartości nieruchomości właścicieli działek sąsiadujących z fermami przemysłowymi. Projekt tym samym wskazuje na zagrożenia jakie niesie ze sobą takie sąsiedztwo, nie proponując żadnego rozwiązania dla już istniejących mega ferm.

Warunki zabudowy zamiast Miejscowego Planu Zagospodarowania Przestrzennego

We wcześniejszych projektach, próbujących uporać się z zagrożeniami jakie niosą ze sobą fermy przemysłowe, pojawił się zapis uzależniający składanie wniosków na powstanie fermy od istnienia na danym terenie dokumentu, który go porządkuje (Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego MPZP). Obecny projekt nie uwzględnia tego postulatu, tym samym pozwalając na wydawanie pozwoleń na podstawie decyzji o warunków zabudowy, co skutkuje chaosem przestrzennym. Na obszarach nieobjętych miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego istnieje możliwość realizacji inwestycji niezgodnych z założeniami lokalnej polityki i szkodliwych dla lokalnej społeczności. Dodatkowo społeczność lokalna pozbawiona jest udziału w kształtowaniu swojego najbliższego otoczenia – gmina nie ma żadnej kontroli nad ilością oraz wielkością powstających inwestycji takich jak przemysłowe fermy zwierząt.