Flaczki tygodnia

„Ręce precz od naszych dzieci!”. To zawołanie zadudniło w każdym zakątku IV Rzeczpospolitej.

W pierwszej chwili Flaczki myślały, że pan prezes wystąpił w obronie swych dzieci poczętych, lecz nienarodzonych. Dwóch ślicznych, bliźniaczych wież płodzonych przez pana prezesa z austriackim biznesmenem i swą najbliższą rodziną. Dwóch dumnych wieżowców tworzonych na obraz i podobieństwo i wieczną chwałę panów braci Kaczyńskich. Wież poronionych w efekcie bezpłodnego związku Polaków z obcym narodowo i religijnie Austriakiem.
Gdyby pan prezes nie zapomniał o narodowych korzeniach, o Wandzie dumnej Polce, która nie chciała niemieckojęzycznego męża, gdyby postawił na czysto polskiego dewelopera, na polskich architektów, to pewnie już dziś chrzcił by pan prezes swe dwa srebrne bliźnięta.

„Ręce przecz od naszych dzieci”, echo niosło po kraju naszym całym. I w drugiej chwili Flaczki pomyślały, że pan prezes wreszcie wystąpił do hierarchów polskiego kościoła kat. Biorących pod swą obronę zwyrodniałych księży pedofilów. Że zakrzyknął „Ręce precz!” do tych przebierających się w księże sukienki pedofilów katujących polskie dzieci. Wykorzystujących w obrzydliwy sposób swą pozycję człowieka-boga. Wykorzystujących powszechny brak edukacji seksualnej wśród Polaków. Tych dorosłych i dzieci. Ale szybko okazało się, że to nie łamiący prawo i ład moralny pedofile przeszkadzają panu prezesowi.

Okazało się, że to prezesowskie zawołanie skierowane było do osób homoseksualnych, które chciałby żyć w związkach partnerskich, podobnych heteroseksualnym małżeństwom, i jeszcze adoptować dzieci. Bo swoich mieć nie mogą. Jak wiele heteroseksualnych małżonków. Ci zaś dzieci adoptować mogą.

Było skierowane do homoseksualistów, ale nie tylko. Tak naprawdę te „Ręce precz od naszych dzieci” to jest kolejna próba zmobilizowania konserwatywnych, narodowo – katolickich, słabo wykształconych wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Zbudowania kolejnej wspólnoty wyborczej opartej na strachu przed atakiem obcych.

Najpierw dla wyborców PiS takimi obcymi byli „komuniści i złodzieje”. Wtedy kaczystom udało się podzielić polskie społeczeństwo. Skutecznie szczuć jednych na drugich. Potem przyjść mieli „uchodźcy zarażający tyfusem i wszawicą”. Wtedy jeszcze większy sukces osiągnęła kaczystowska szczujnia. Następnie straszakiem była „ideologia gender”. Tu jednak była totalna klapa, bo nawet najbardziej zakłamani kapłani kaczystowskiej szczujni, jak choćby pan minister Jarosław Sellin, nie potrafili „ciemnemu ludowi” wyjaśnić o co w tym „żenderze” chodzi. Poza to, że w „genderze” chłopcy muszą przebierać się w sukienki. Czyli robią to co wszyscy księża z kościoła kat.

Potem kreowano „POstkomunę”, czyli wskazywano na Platformę Obywatelską jako dziedziczkę starej, ohydnej „komuny”. Bo szczucie na „komunę”, czyli SLD, już im nie wystarczało. Chwilowo takim straszakiem – wrogiem była zmartwychwstała „żydokomuna”. Ale czujny amerykański Wielki Brat szybko wytargał PiS elity za uszy, niczym uczniaków w szkole. Dał im wyraźny sygnał, że wara kaczystom od izraelskiego sojusznika. Że kaczyści mają trzymać swe antysemickie modry na kłódki. Dlatego kaczyści już wiedzą, że na antysemityzmie narodowo – katolickiej wspólnoty budować nie mogą. Przynajmniej publicznie.

Skoro „komuna” już nie skutkuje, „uchodźcy” też już nie straszą, „Żydy” cicho – sza, bo Wielki Brat patrzy, to elitom intelektualnym PiS pozostali jedynie kosmici albo „pedały”.
Z kosmitów trudno straszaka przedwyborczego zrobić. Bo „ciemny lud” taki już głupi nie jest. Za to „pedały” były jak znalazł. Zwłaszcza, że jeden religijny gej, wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej udzielił długiego wywiadu „Dziennikowi. Gazecie Prawnej”. Tam zdradził swe marzenie. Marzenie religijnego geja, że kiedyś takie nadejdą czasy, kiedy i w Polsce pary homoseksualne będą mogły wychowywać adoptowane przez siebie dzieci.

Ponieważ „ciemny lud” nie czyta długich wywiadów, nawet tych znakomitych w „Dzienniku. Gazecie Prawnej”, to twórcy kłamliwej kaczystowskiej propagandy wyborczej, zakrzyknęli z radości. Ogłosili, że konkurencyjna Koalicja Europejska ma w swym programie nakaz wprowadzenia prawa, a nawet obowiązku, adoptowania dzieci przez pary homoseksualne. I zaczęli straszyć społeczeństwo polskie, że kiedy Koalicją Europejska wygra wybory do Parlamentu Europejskiego, to tenże Parlament Europejski, narzuci Polsce nowe, restrykcyjne prawo. Nakazujące adopcji niewinnych polskich dzieci, przez tak ohydnych „pedryli” jak
Paweł Rabiej.

Ale niech dzieci polskie nie tracą nadziei. Nie wpadną w „perdylskie łapska” jeśli zwycięży partia pana prezesa Kaczyńskiego. Od niedawna ojca „naszych dzieci”.

Pan prezes Kaczyński kreuje się nie tylko na ojca „naszych dzieci”, ale jeszcze strażnika moralności. Recenzenta moralności katolickiej wszystkich innych obywateli naszego kraju. I surowej ręki sprawiedliwości kaczystowskiej karzącej za odstępstwa od tej kato-moralności.

Ale jest to typowa moralność fasadowa. Polegająca na tym, że kaczyści głoszą pięknie brzmiące zasady moralne, narzucają wypełnianie ich zarządzanemu przez siebie społeczeństwu, ale sami już ich nie przestrzegają. Pan prezes Kaczyński szalenie dba o polskie dzieci rzekomo zagrożone „perdylsimi” adopcjami, ale nawet nie zająknie się w obronie dzieci gwałconych przez księży pedofilów. Tak jak katoliccy hierarchowie chronią księży pedofilii, tak pan prezes Kaczyński chroni swego posła Stanisława Piotrowicza, który wcześniej, jak prokurator, ochraniał pedofilii w księżowskich sukienkach. Pan prezes Kaczyński obłudnie kreuje zagrożenia polskich dzieci, a boi się wystąpić przeciwko autentycznym, pedofilskim zagrożeniom.

Pan prezes Kaczyński rozpoczął walkę z edukacją seksualną w szkole. Bo ona rzekomo „deprawuje dzieci”. Gdyby pan prezes miał dzieci, choćby te adoptowane, to pewnie posłałby je na lekcje religii katolickiej i na nauki przed pierwszą komunią. I wtedy dowiedziałby się jakie to katusze przezywają te dzieci podczas spowiedzi, kiedy zmusza się je do intymnych, zwykle niezrozumiałych Dia nich, wyznań. Do opowiadania gdzie dotykają się podczas kąpieli, czy bawią się siusiaczkami, a jeśli nie, to dlaczego? Kiedy straszy się ich piekłem za takie dotyki.

Elity PiS traktują obywateli Polski jak dzieci. Pan minister Szczerski każe nauczycielom rozmnażać się, a sam jest czterdziestoletnim, bezdzietnym kawalerem. A przecież nie musi żyć w celibacie. Pan prezes Kaczyński nakazuje zdziecinniałym Polakom żyć wedle katolickich przykazań, a jego najbliższa rodzina przoduje w ich łamaniu. Jego bratanica miała już kilkoro mężów, choć nie owdowiała. Jego siostrzenica żyje z Austriakiem bez katolickiego ślubu. Jego kuzynkowie są bohaterami obyczajowych plotek, bo mają nieślubne „kochanice”. Jego przybrany syn, pan prezes Jacek Kurski to zbiór wszelkich, katolickich grzechów. A pan prezes ani mru-mru.

Patrząc na zgniliznę moralną panującą w rodzinie pana prezesa Kaczyńskiego, to właśnie im należałoby prawnie zakazać adopcji polskich dzieci.

Nowy język nienawiści

„Edukacja seksualna ma na celu ochronę dzieci, ale ten temat jest upolityczniany” – mówi w rozmowie
z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) seksuolog prof. Zbigniew Lew-Starowicz.

PO: PiS znowu szuka nowego wroga

Była premier Ewa Kopacz po sobotniej konwencji PiS-u apeluje do Jarosława Kaczyńskiego: – Panie Kaczyński, mówię to ja, Ewa Kopacz jako pediatra i matka, proszę nie używać dzieci jako tarczy w tej kampanii. Proszę dzieci nie używać w tej kampanii jako panaceum na pańskie problemy!
Przypomnijmy, Jarosław Kaczyński w sobotę na regionalnej konwencji PiS w Jasionce wystąpił przeciwko „atakowi na dzieci i rodzinę”, jakim w jego przekonaniu ma być podpisana przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego deklaracja LGBT+ i edukacja seksualna w szkołach. – To socjotechnika, która ma zmienić człowieka. W jej centrum jest bardzo wczesna seksualizacja dzieci – przekonywał prezes PiS.
– Prezes potrzebuje wroga. Podczas poprzedniej kampanii wyborczej głównym wrogiem, który miał nam zagrażać, byli uchodźcy. W tej kampanii wymyślił nowego wroga, ponieważ nie jest w stanie wytłumaczyć się z „Układu Kaczyńskiego” i tego, jak przeprowadzi swoje reformy. Nowym wrogiem są osoby o innej orientacji seksualnej. Najwyższy czas, żebyśmy w Polsce budowali wspólnotę, a nie ciągle dzielili ludzie na gorszych i lepszych – mówiła na konferencji prasowej wicemarszałek Sejmu z PO, Małgorzata Kidawa-Błońska.

Temat edukacji seksualnej jest ideologizowany i upolityczniany.

KAMILA TERPIAŁ: Prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas sobotniej konwencji partii przekonywał, że trzeba bronić polskich dzieci przed seksualizacją. Trzeba?
ZBIGNIEW LEW-STAROWICZ: Edukacja seksualna właśnie to ma na celu. Ma ratować dzieci przed pedofilami, różnymi formami przemocy seksualnej, ma chronić przed niewiedzą, bolesnymi i przykrymi doświadczeniami. Ma na celu ochronę dzieci.

Edukacja seksualna to mowa o złym dotyku, a nie „nauka masturbacji”? Bo tym straszą politycy PiS-u.
Nie ma mowy o uczeniu dzieci masturbacji. Ktoś, kto tak mówi, opowiada bzdury. Dzieci i tak to robią, ale chodzi tylko o to, żeby rodzice wiedzieli, która z przyczyn masturbacji wchodzi w grę: infekcja, zachowania neurotyczne czy odkrywanie własnego ciała. Chodzi o spokojne, ale nie zachęcające podejście.

Politycy partii rządzącej nie powinni straszyć edukacją seksualną zgodną ze standardami Światowej Organizacji Zdrowia?
Deklaracja WHO niczego nie narzuca, to jest tylko propozycja. W dodatku uwzględnia się w niej dwie ważne rzeczy: współpracę między rodzicami, kadrą specjalistyczną, szkołą oraz czynnik środowiskowo-kulturowy. Przecież ta deklaracja byłaby nie do zastosowania w krajach islamskich. Więc nie przesadzajmy.
Ja sam jestem przeciwko eksperymentom, takim jak przebieranie chłopców za dziewczynki. O tożsamość należy dbać, ale nie ją zakłócać. Najwięcej do powiedzenia powinni mieć eksperci.

Dlaczego samo sformułowanie „edukacja seksualna” budzi lęk?
Demonizują ją przede wszystkim ci, którzy stawiają na wychowanie do małżeństwa heteroseksualnego i życia rodzinnego. W szkołach w tej chwili jest realizowany właśnie taki model wychowania. Edukacja seksualna jest czymś innym. Uwzględnia także związki i życie rodzinne, ale największy nacisk kładzie na seksualność człowieka. A seksualność jest pojęciem integralnym, obejmuje aspekty biologiczne, psychiczne i społeczne.
Na temat edukacji seksualnej dużo jest niewiedzy, mitów i stereotypów. Poza tym postrzega się ją poprzez działania ruchów feministycznych czy LGBT, ale nie dostrzega się tej realizowanej przez zespoły ekspertów.

Nie ma pan poczucia, że pana głos, jako jednego z najbardziej znanych ekspertów w tej dziedzinie, jest wysłuchany i zrozumiany?
Nie, czuję się bezradny. I niewiele mogę zrobić. Przyznam, że mam poczucie osobistej klęski. Zajmuję się edukacją seksualną od 40 lat, napisałem wiele podręczników. I co? No właśnie nic. Czuję się niestety zrezygnowany.
Kiedyś wierzyłem, że realizowana będzie nowoczesna edukacja seksualna, która pomoże w dorosłym życiu. Teraz jestem nastawiony sceptycznie. To jest niemożliwe.

Dlaczego?
Ten temat jest ideologizowany i upolityczniany. Nikt nie słucha ekspertów. Nie ma ich nawet podczas publicznych debat. Co mają czuć rodzice, którzy słyszą, jak prezes partii rządzącej straszy edukacją seksualną? Pojawia się napięcie i wątpliwości. Niesłusznie. To przecież nic złego, a wręcz przeciwnie.
Chodzi o to, aby w nowym świecie każdy mógł się odnaleźć, a jego inność była szanowana i tolerowana, chociaż nie narzucana. Jesteśmy zróżnicowani i każdy ma prawo do bycia w społeczeństwie obywatelskim.

Jak dużo złego może przynieść taka wykluczająca retoryka?
Istnieje takie pojęcie jak „stres mniejszościowy”. Te osoby żyją po prostu w innym świecie. A jeżeli jest on traktowany jako patologiczny czy przestępczy, to może doprowadzić do negatywnych psychicznych następstw, łącznie z próbami samobójczymi, a zwłaszcza do agresji w stosunku do tych osób. Oni i tak agresji już doświadczają, o czym świadczą raporty opracowywane przez organizacje LGBT. Tej agresji jest naprawdę dużo i politycy nie powinni jej podsycać.
Język nienawiści doprowadził niedawno do śmierci prezydenta Gdańska, oby nie zaowocował śmiercią gejów, lesbijek czy osób transseksualnych.

Politycy posługujący się takim językiem nie mają świadomości konsekwencji czy robią to z premedytacją?
Politycy walczą o władzę, a cel niestety uświęca środki.

Takie hasła nie trafiają w próżnię. Dlaczego ludzie tak łatwo im ulegają?
W pamięci cały czas powinniśmy mieć pewien przykład – Niemcy, naród filozofów, o wysokiej kulturze i wspaniałej literaturze, dał się uwieść. Takie przykłady można znaleźć także w innych rozwiniętych społeczeństwach. Chodzi o to, że można uwieść. To nie jest trudne. Ale co dalej?

Ten straszny seks

W ostatnią sobotę wieczorem zadzwonił mój dobry znajomy. Lewak, obyczajowo wyzwolony, wieloletni publicysta. I rzekł coś takiego: „Wiesz, mam już trochę lat i nigdy nie byłem szczególnie pruderyjny, ale w jednym muszę zgodzić się z PiS”. Zastrzygłam uchem. Znajomy kontynuował: „Kiedy byliśmy w szkole podstawowej, nikt nam nie kazał zastanawiać się nad tym, czy jesteśmy homo, bi, pan czy co tam jeszcze w przyrodzie występuje. A teraz co, czterolatki mają o tym słuchać? To jakiś absurd”.
Kiedy zaczęłam dopytywać, skąd wziął info o mitycznych czterolatkach uczących się o typach seksualności, zaczął plątać się w zeznaniach, aż w końcu przyznał, że od prezesa Kaczyńskiego. Czego dowodzi ta anegdotka? Ano tego, że PiS w swojej retoryce obrony dzieci naszych przed seksualizacją jest tak sugestywny, że skutecznie gra na emocjach nawet tych ludzi, którzy na co dzień sprzeciwiają się konserwatyzmowi obyczajowemu na wszystkich polach.
Dlatego bardzo dobrze, że marszałek Karczewski narobił sobie wstydu z zapożyczoną od Jacka Międlara grafiką straszącą atakiem tęczowego genderyzmu, bo przynajmniej zrównoważy przemawiający do wyobraźni występ prezesa PiS. Który, trzeba przyznać, na tę okoliczność perfekcyjnie odrobił pracę domową z manipulacji.
Kaczyński znalazł wyśmienity sposób, aby rozegrać po linii partyjnej lęki społeczne ostatnich tygodni, związane z nagłośnieniem problemu pedofilii. Otóż stanął w obronie dzieci, bombardowanych seksem. Pominął jednak strategicznie fakt, że to kultura popularna je tym seksem bombarduje, nie mityczni geje, co to niby nie umieją wbić gwoździa, ale czają się za rogiem na przedszkolną dziatwę, aby w wieku lat 4 uczyć ją masturbacji i kazać wybierać pomiędzy 37453621 płciami.
Wszechobecna seksualizacja JEST problemem. Ale jej źródłem są przekazy medialne, jej źródłem są instacelebrytki, atakujące młode dziewczynki, a potem dorastające kobiety, nierealnymi wzorcami piękna. Wystarczy spojrzeć na uczennice szkół podstawowych, wystarczy z nimi porozmawiać, żeby zorientować się, jaką presję nakłada na nie internet. To kultura popularna wciąż nakłada na chłopców maczystowskie ramki. Pozostawieni na jej pastwę, mając wokół siebie rodziców unikających tematu, nauczycieli biologii pokazujących plansze z macicą i prostatą, ale już nie zdjęcie pokazujące, jak właściwie wygląda ta legendarna cipka, wreszcie kolegów zorientowanych w dostępnym porno – wybierają to ostatnie do zbudowania bazy wiedzy o seksie. To właśnie chce zagwarantować nam prezes Kaczyński. Czerpanie wiedzy z pornosów, często przesyconych przemocą – gdzie penisy mają rozmiary kijów bejsbolowych a kobiece piersi – piłek do kosza. Mądre, dostosowane do wieku podanie wiadomości o tym, że seks istnieje, nie jest seksualizacją. A łączenie targających Polakami obaw wynikających z troski o dzieci z czyjąś orientacją, jest po prostu obrzydliwym szczuciem.

Seks, pieczywo i sprawa polska

Obserwuję wzmożenie komentarzy oburzenia w mediach społecznościowych po tym, jak kandydatka Razem do Sejmiku Województwa Pomorskiego Anna Górska wystąpiła z grafiką wyborczą z okazji Światowego Dnia Antykoncepcji, na której znalazło się stwierdzenie, że warto sobie uświadomić, iż w XXI wieku ludzie „uprawiają seks – tak samo jak pieką chleb, naprawiają samochody i programują maszyny”. Zażądała szerszego dostępu do edukacji seksualnej i darmowych prezerwatyw, aby były „dostępne jak pieczywo”.
Dziwi mnie krytyczny odzew, który widzę u lewicowych znajomych i cała masa powstałych naprędce internetowych żartów wokół „piekarnianego” motywu, które „kupimy po seksie jak już zaprogramujemy jakąś maszynę”. Jedni oburzają się, że „Razem chce robić kampanię wyborczą na paczce prezerwatyw” a to przecież poważnym lewicowcom nie przystoi, jeszcze inni nie mogą przejść do porządku dziennego nad tym, że kandydatka sprowadza seks do fizjologii (oburzające, prawda?), pomijając aspekt romantyczny. Co ciekawe, ten ostatni zarzut pada w internetowych dyskusjach głównie ze strony mężczyzn. Widzę tu ogromne pokłady przerażenia, że oto młoda kobieta śmie sobie ową fizjologią szafować, niczym tą nieszczęsną bułką. I jeszcze z nią na zdjęciu stoi. Trochę mi się nie klei, kiedy piszą o tym obrońcy kobiecej podmiotowości – bo wychodzi na to, że podmiotowość kończy się tam, gdzie kobieta wprost mówi, że ma ochotę na seks lub domaga się, aby przestał być tabu, a antykoncepcja nie ograniczała się do wzięcia po cichu tabletki „bo jakby co, to będzie jej problem” czy stosunku przerywanego, ale żeby zatroszczyło się o nią dwoje ludzi, którzy po prostu jak raz stwierdzają, że mają ochotę iść do łóżka. Faktem jest, że prezerwatywa jest najprostszym i najłatwiej dostępnym środkiem antykoncepcyjnym – niby to wiemy. A mimo to nadal stwierdzenie tego na głos wywołuje śmiechy w chłopięcej szatni.
Szczerze mówiąc nie uważam, aby wystąpienie Anny Górskiej było chybione. Nie widzę też za bardzo kontrowersji w samej formule. Seks uprawiają wszyscy: tak jak wszyscy jedzą bułki. Robią to mechanicy samochodowi, programiści, dziennikarze, sprzątaczki. No i – zaskoczenie roku! – nastolatki. Ktoś powie: obłożenie prezerwatywami szkół i domów kultury to dziecinada. Sęk w tym, że nigdy nikt jeszcze u nas nie próbował tego połączyć z przekazaniem rzetelnej systemowej edukacji dzieciakom, które w świat seksu wchodzą i będą go uprawiać choćby w foliowej torebce jak wyrwą się na wakacje. Rozprawiający o „dziecinadzie” nie czytają chyba raportów Pontonu.
Ważny aspekt całej sprawy pojawia się też w komentarzach pod oryginalnym postem Razem: edukacja seksualna to nie jest prosta „nauka ruchania”, jak chcieliby tego krytycy. Spełnia też inne funkcje, m.in. poradnictwa – bo wzrost samoświadomości w tym zakresie pomaga bronić się na przykład przed przemocą seksualną już w bardzo młodym wieku. Sorry – tutaj bez zrozumienia „mechanizmów ruchania” z jego fizjologicznymi aspektami z miejsca nie ruszymy.
Wreszcie, do wszystkich zatroskanych o to, że odrytualizowanie seksu uczyni go pustym, technicznym i paradoksalnie zostawi miejsce prawicy na na wypełnienie jej tradycyjnymi wartościami – wiecie, jak na razie to w naszym kraju rytualizacja uniemożliwia uzyskanie rzetelnej i pełnej wiedzy. A tylko mając tę wiedzę, człowiek jest później w stanie sam podjąć świadomą decyzję na temat tego, ile chce w swoim życiu seksualnym fizjologii, a ile romantyzmu. Nie musi do tego dochodzić po omacku. Jęki nad porównaniem prezerwatywy do bułki przypominają jako żywo obawy konserwatystów o to, że jak młody człowiek zobaczy stoisko z gumkami i dowie się, jak to działa – to natychmiast zamieni się w etatową puszczalską/ruchacza bez żadnych moralnych hamulców. Nie. Po prostu dowie się, jak to działa.
Rzetelna edukacja seksualna – choćby w wydaniu wspomnianych edukatorów i edukatorek z Pontonu nie propaguje „ciupciania co piątek”. Bardzo dużo miejsca poświęca budowaniu więzi, szacunku, wsłuchiwania się w pragnienia swoje i drugiej osoby. Gumka do wzięcia na korytarzu temu nie zaszkodzi, bo po prostu trzeba będzie o tym zacząć gadać wprost. Zresztą na całym świecie kupuje się je w automatach bez spuszczania wzroku. Niezależnie od tego, czy mają zostać użyte z żoną, miłością życia z gimnazjum czy facetem poznanym w klubie.
Tak mocno w naszym społeczeństwie seks wiąże się ze wstydem, że gotowi jesteśmy go odczuwać w imieniu całej ludzkości. I nadal chcielibyśmy się wtrącać do tego, co komu powinno na jakim etapie przyświecać. A może po prostu połóżmy te prezerwatywy i przestańmy już mnożyć hipotezy, komu one mogłyby ewentualnie się przydać, a komu nie. Bo jak na razie to nadal szokuje nas, że mogą leżeć w urzędzie albo że kobieta może trzymać je w szafce nocnej nie będąc w stałym związku, albo nie daj Boże porównać ją do pieczywa i zrobić sobie wyborczą grafikę. Problem antykoncepcji widzimy albo wyłącznie jako marginalny w stosunku do deficytu mieszkań socjalnych albo wyłącznie jako ekstrawagancję grożącą totalnym odhumanizowaniem w kapitalistycznym świecie. Zacznijmy o niej uczyć właśnie przez położenie na wierzchu. Bo w sumie czemu nie?