Mamy was wszystkich za nic!

Rafał Trzaskowski zatrzymał didżejski set w klubie i przez trzy dni rządowa telewizja miała używanie. I kiedy wszyscy sądzili, że nic gorszego Polski już nie spotka, PiS przypomniał o swoim istnieniu. Niestety.

Rodacy! Nadejszła wiekopomna chwila; o tym dniu Wasze dzieci i wnuczęta będą się uczyć z książek do historii, o ile oczywiście nie napisze ich pisowski historyk. 16 września dobra zmiana przeszła samą siebie w bezczelności i przez aklamację zwyciężyła w ogólnopolskim konkursie plucia ludziom w twarz. Projekt wniesiony przez posłów PiS, zakłada m.in. uzupełnienie przepisów tzw. tarczy antykryzysowej 2.0 o następujący zapis: „nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania COVID-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy, jeżeli działa w interesie społecznym i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione”.

Różne rzeczy polski Sejm widział przez dwie ostatnie kadencje; za śp. Leppera też działy się cuda-wianki, ale takiej akcji nikt jeszcze nie miał śmiałości przeprowadzić. I do tego w biały dzień. Pod osłoną nocy towarzystwo miało już jako takie doświadczenie z łamaniem kręgosłupów i konstytucji, ale żeby tak za dnia, kiedy wszyscy widzą? Chociaż, z drugiej strony, nawet jakby po tym wszystkim opozycja za bardzo gardłowała a w sondażach dobrej zmianie tąpnęło, zawsze można głosowanie unieważnić, o czym mieliśmy już okazję się przekonać na początku kadencji i marszałkowania marszałkini Witek.

Teraz już wiem na pewno: oni naprawdę mają nas za idiotów. Jeśli ktoś chce wprowadzać podobne zapisy do polskiego prawa, robi to nie po to, żeby ułatwić urzędnikowi, który pracuje w małej gminie, uchronienie rodzinnej firmy przed bankructwem. W imię bowiem tych zapisów, i, co ma się rozumieć, odpowiedniej argumentacji przed sądem którą ten podzieli, nie popełni przestępstwa pracownik administracji, który odstąpi od czynności, żeby nie dać zdechnąć z głodu sklepikarzowi, gospodarującemu na miejskim gruncie i nie ma z czego opłacić podatku od nieruchomości. Trudno mi jednak wyobrazić sobie podobne postawy pośród kasty urzędniczej, zwłaszcza w administracji skarbowej, choć bardzo chciałbym się mylić.

Zapis cytowany wyżej, to nic innego jak prezent władzy dla ludzi władzy, konkretnie dla dwóch jej najdostojniejszych wyrośli: ministra Jacka i eksministra Łukasza. Pierwszy może beknąć i to grubo, za przewalenie 70 milionów za damski członek. Wyrok sądu administracyjnego w Warszawie dał asumpt do tego, żeby wziąć się za przewał z kopertowymi wyborami. Ale, w związku z tym, że wchodzi w życie ustawa o tarczy a wraz z nią zwalnia się urzędnika z odpowiedzialności za łamanie prawa, jeśli robi to w imię świętej racji ojczyźnianej, a tak przecież było w wypadku Sasina, to i nie ma sprawy. Podobnie z Szumowskim i jego respiratorami, których nikt do dziś nie widział. Dajmy na to, że kiedyś, kiedy nadarzy się okazja, ktoś weźmie się i za ten wałek. Głupio tak zostawić swoich chłopców bez broni na placu boju. Przyszykowano więc im szalupę ratunkową, którą mogą się bezpiecznie ewakuować do mysiej dziury, albo dokąd im się zamarzy. Choćby do Hiszpanii, jeśli tylko wznowią loty. A jak nie wznowią, to przecież nic wielkiego się nie stanie. Nawet jak się ktoś poskarży, że decyzja nie miała żadnego, merytorycznego uzasadnienia, zawsze będzie można powiedzieć, że rządowy pełnomocnik działa może i wbrew obowiązującym przepisom, ale epidemia covid-19 spowodowała, że przesunęły mu się granice trzeźwego myślenia i źle ocenił sytuację, a przy obecnym prawodawstwie ukarać go nie sposób. Genialne w swojej prostocie. Tylko pomroczność jasna może konkurować.

Lokaj ambasadora

Projekt długo przygotowywanej i oczekiwanej przez lokatorów ustawy reprywatyzacyjnej ciągle nie powstał. Projekt, który miał dać namiastkę sprawiedliwości przynajmniej niektórym lokatorom, już dwa razy spadł z porządku obrad sejmowych. Przypadkiem dowiedzieliśmy się, jako społeczeństwo, dlaczego. Otóż interweniował brytyjski ambasador.

W poniedziałek 27 lipca na posiedzeniu brytyjskiej Izby Lordów debatowano nad sprawą wypełnienia przez Polskę deklaracji z Terezina z 2009 roku, dotyczącej uregulowania statusu majątku ofiar Holokaustu. Temat ten poruszano na forum brytyjskiego parlamentu już wielokrotnie, dyskusje zawsze kończyły się jedynie krytyką bezczynności Warszawy i narzekaniem na brak postępów w sprawie.

Niespodzianka

Tym razem czekała jednak na członków Izby niespodzianka. W toku debaty lord Pickles, pełnomocnik brytyjskiego rządu ds. Holokaustu, opowiedział zebranym o zaskakującej skuteczności brytyjskiego ambasadora w Warszawie Jonathana Knotta. Ujawnił przy tym szczegóły jego rozmów z polską marszałek Sejmu, Elżbietą Witek z PiS.

,,Jego spotkanie w zeszłym tygodniu z marszałek Sejmu pomogło utorować drogę do wycofania ustawy o prawach majątkowych Warszawy z izby niższej” – powiedział lord Pickles. Sejm miał bowiem głosować nad ustawą wniesioną w połowie czerwca przez PiS w ostatni piątek. Jednak nieoczekiwanie, już w trakcie głosowań, spadła ona z porządku obrad. Marszałek Witek tłumaczyła to… uroczystością upamiętniającą Rząd Obrony Narodowej, w której brali udział przedstawiciele klubów. Pisaliśmy o sprawie w „Dzienniku Trybuna”.

Nie była to pierwsza taka sytuacja – na poprzednim posiedzeniu projekt tej ustawy również został wycofany z porządku obrad ,,z braku czasu”. To wyjaśnienie wręcz obraźliwe dla organizacji lokatorskich, które od lat poszukują wśród polityków choćby namiastki sprawiedliwych rozwiązań. Dyskusja w brytyjskiej Izbie Lordów pokazała nam prawdziwe motywy zwłoki. Jeszcze bardziej kompromitujące.

Rząd klientów

W starożytności królowie – klienci Imperium Rzymskiego prześcigali się wzajemnie w ogromie przepychu swoich pałaców i kwiecistości tytułów monarszych – wszystko to tylko po to, żeby odsunąć od siebie (i poddanych) świadomość, jak bardzo mało znaczą i są całkowicie zależni od najmniejszego choćby skinięcia cesarskiego namiestnika. Rząd PiS – u postępuje dokładnie tak samo.

Chełpliwy, gdy deklaruje sloganową ,,walkę w obronie cywilizacji łacińskiej”, w panice chowa głowę w piasek, gdy trzeba stanąć w obronie lokatorów przed naciskami z zagranicy i raz na zawsze zakończyć ich dramat. Wojowniczy, gdy szczuje na bezbronne mniejszości, niczym skarcony uczniak chyli pokornie głowę, kiedy amerykański wiceprezydent rozkazuje mu wycofać się z podatku cyfrowego. Nadęty, gdy ogłasza kolejną bezsensowną i służącą wyłącznie propagandzie inwestycję, a potulny i uniżony, gdy Georgette Mosbacher wydaje mu polecenia i dyktuje polską listę leków refundowanych.

Śmieszno i straszno

Doprawdy, zabawnie słucha się tych relacji, jak to licytujący się na co dzień w mediach na dumę, znaczenie i podmiotowość czołowi politycy partii rządzącej za kulisami wcielają się w rolę usłużnych lokajów zagranicznych urzędników i ambasadorów. Przestaje być jednak do śmiechu, gdy zdajemy sobie sprawę, iż serwują oni swoim panom na tacach los wyrzucanych na bruk lokatorów, obywateli okradanych przez niepłacące podatki wielkie korporacje i chorych czekających na niezbędne leki.

To właśnie cały PiS – silny wobec słabych, słaby wobec silnych. Wstaje z kolan i głośno o tym trąbi tylko po to, by wiernopoddańczo paść nad twarz przed nowymi/starymi panami. Wyciągnął temat lokatorów w kampanii wyborczej, gdy czuł, że może zdobyć dodatkowe głosy, ale natychmiast z niego zrezygnował, gdy dyplomata poważnego zachodniego państwa tupnął nogą.

Sprawa ustawy – powtórzmy, nawet nie reprywatyzacyjnej, bo odnoszącej się do bardzo wąskiego wycinka reprywatyzacyjnuch problemów – tylko po raz kolejny potwierdza, ile warte jest całe to wstawanie z kolan. Co by dopiero było, gdyby polski parlament naprawdę spróbował kompleksowo rozwiązać problem reprywatyzacji?!

Lokatorzy znów nieważni

Gdy trzeba było w kampanii wyborczej uderzyć w Rafała Trzaskowskiego, temat niewypłaconych odszkodowań dla lokatorów warszawskich kamienic był jak znalazł. Gdy wybory są już wygrane…

… wtedy sprawa uchwalenia i wypłacenia odszkodowań może sobie poczekać. O ile w ogóle zostanie sfinalizowana.

Ustawa firmowana przez posłów PiS Sebastiana Kaletę i Pawła Lisieckiego nie pretendowała do kompleksowego rozwiązania problemów reprywatyzacyjnych. Dotyczyć miała jedynie nieruchomości w Warszawie i bezpośrednio tylko spraw, które już rozpatrzyła tzw. komisja weryfikacyjna (kierowana przez Kaletę, a wcześniej przez Patryka Jakiego). Przewidywała, że decyzje komisji przyznające odszkodowania lub zadośćuczynienie dla lokatorów zostaną uznane za ostateczne i prawomocne, a tym samym miasto będzie zobowiązane do ich wypłacenia. Do tej pory ratusz zaskarżał decyzje do sądu.

Organizacje lokatorskie przyjęły projekt pozytywnie. Także Lewica deklarowała, że poprze go w sejmowym głosowaniu, równocześnie pracując nad własną ustawą reprywatyzacyjną (jej założenia prezentowaliśmy też na łamach „Dziennika Trybuna”). III czytanie ustawy i głosowanie jednak zostało już dwa razy odłożone.

– Tydzień temu marszałkini Witek w ostatniej chwili zdjęła z porządku obrad ostatnie czytanie projektu ustawy o odszkodowaniach za reprywatyzację dla warszawskich lokatorów. Mieliśmy głosować nad tym projektem dzisiaj, ale znów usunięto go z porządku obrad. Tym razem dlatego, że głosowanie kolidowało z uroczystym złożeniem kwiatów pod pomnikiem Wincentego Witosa – napisała 24 lipca na Facebooku posłanka Magdalena Biejat. – Chciałam zapytać z mównicy, jak to się dzieje, że akurat ta ustawa ciągle z czymś koliduje. Niestety Marszałkini Witek nie dopuściła mnie do głosu – stwierdziła.

Trzy litery

Zastanawiam, się jak bardzo krętymi drogami biegną ścieżki naszej historii, że uczyniła panią Witek następczynią Marszałka Sejmu Czteroletniego, Stanisława Małachowskiego?

Jestem jej fanem od wielu lat. Zwłaszcza ostatnio bawi mnie, gdy pan prezes (zapewne w przypływie jakiejś kolejnej fali pogardy dla parlamentu) uczynił z niej marszałka Sejmu. Nie potrafię więc stłumić uśmiechu, gdy ogłasza: „postanowiłam”, „zdecydowałam” – bo cóż ona może „postanowić” poza wolą Prezesa?

Albo, gdy upomina posłów: „proszę siadać, panie pośle i nie przeszkadzać”… Nic nie poradzę, że od razu widzę ją przy tablicy. Bo to nauczycielka z zawodu jest:
– Kto się śmieje na lekcji?! – Ty? – Wyjdź za drzwi!…

Dziś pani Witek dba o porządek w Sejmie… Wczoraj zaś … na kolei. Właśnie dzięki PKP Polska usłyszała o niej po raz pierwszy.

To było na rok przed tym, jak p.o. I Prezesa Sądu Najwyższego, pod wpływem grzybków i rozpaczy na tle miłosnym, wyszedł z domu w środku nocy w papuciach i pidżamie, po czym przywędrował na piechtę przez pół Warszawy do siedziby Trybunału Konstytucyjnego, gdzie strażnik trybunalski zapewnił mu niezbędną opiekę.

Posłanka Witek choć bez żadnych grzybków i miłosnych podtekstów, zachowała się podobnie, czyli w sposób zwracający uwagę. Mianowicie jak najbardziej poważnie zażądała od PKP, żeby oprócz darmowych biletów posłowie mieli też do wyłącznej dyspozycji przedział w wagonie.
– Tak żebym ja miała przedział dla siebie, bo ja też pracuję przez ileś tam czasu. Komfort pracy też bym chciała (…) bo w tym wieku to już muszę nogi wyłożyć – brzydko mówiąc, bo siedzenie 9 godzin to już jest nie na moje (…), to może młoda osoba… („Fakt24 – 2012)

Na szczęście po latach pani Witek doczekała się właściwego traktowania. Ma do dyspozycji rządowy samolot po Kuchcińskim. Może w nim wyciągnąć nie tylko nogi, ale wyciągnąć się może cała…

Ciekawe czy Marszałek Małachowski, współtwórca Konstytucji 3 Maja, przez chwilę choć przypuszczał, że po dwóch wiekach jego następczynią będzie jejmość, z którą łączyć go będą tylko trzy te same litery w nazwisku? A i to przez przypadek.

Przerwa w pracy Ważny tunajt

Z wielkim zadziwieniem przyjąłem decyzję marszałek Witek o tym, aby bieżące posiedzenie Sejmu przerwać i dokończyć je…po wyborach. To tak, jakby nauczyciel pod koniec roku postanowił zakończyć lekcję przed czasem i wrócić do niej po wakacjach. W tej samej klasie, mimo że część uczniów nie zdała, a na ich miejsce doszli nowi. I to wszystko wyłącznie dla ich dobra.

Marszałek Elżbieta Witek argumentuje swoją decyzję o skróceniu posiedzenia Sejmu prośbami. Jakimi? Licznymi. I to nie tylko od swoich kolegów z prawa, ale też od tych z bardziej lewego prawa, czyli od PO. Prośby te uzasadniane były ponoć krótką kampanią wyborczą. Miesiąc, który pozostał do nowych wyborów, to podług słów marszałek Witek, bardzo mało, żeby skutecznie pracować w Sejmie i jednocześnie móc spotykać się z elektoratem. W związku z tym zarządza się posłom przymusowy płatny urlop, aby mogli skupić się tylko na kampanii, a pracę dla kraju skończą po wyborach. Z jednej strony to zrozumiałe: wiadomo przecież, że jak się człowiek nadmiernie czymś przejmuje i stresuje, to nie ma siły na to, żeby mógł się skupić na robocie. Pracuje wtedy mniej wydajnie, robi po łebkach, bo cały czas ciąży mu niezałatwiona sprawa, która wysysa z niego siły i życiodajny tlen. Dobrze więc robi pani marszałek, że wychodzi naprzeciw tym ludzkim ułomnościom. Większość posłów bieżącej kadencji zamierza bowiem startować również w najbliższych wyborach, więc jej decyzja powinna być każdemu na rękę. Z drugiej strony, wiadomo jednak, że jak się przerywa pracę, to po przerwie, nawet krótkiej, ciężko się wraca do starych obowiązków. Dajmy na to ja; kiedy gram z kolegami całodniową próbę, a w okolicach obiadu ściśnie głód, wiem, że po obiedzie nic wartościowego już nie wymyślę. Koledzy zresztą też. Tak mamy; jak się robotę przerwie, to się człek rozleniwi i potem tylko symuluje, że coś robi, a tak naprawdę myśli, kiedy będzie można pójść do domu. Złośliwi parlamentarzyści, oczywiście, głównie ci z opozycji, twierdzą, że PiS robi taki zwishenruf po to, żeby odwrócić uwagę opinii publicznej od ważnych dla kraju spraw tuż przed wyborami i powrócić do nich po wyborach, w starym składzie, żeby nie strzelać sobie w stopę kolejną kontrowersją. Może oczywiście tak być, choć o taki makiawelizm posłów PiS bym nie podejrzewał. Ot, zwyczajnie, zasiedziałe w Sejmie towarzystwo, które w większości potrafi tylko siedzieć w Izbie i brać za to pieniądze, boi się, że jak się nie przyłoży do kampanii i nie powtyka w kieszenie ludu odpowiedniej liczby ulotek, może się w przyszłym parlamencie już nie znaleźć. Trzeba będzie wtedy wziąć się za uczciwą robotę, a jak wiadomo powszechnie, do luksusu człowiek przywyka szybciej niż od niego odwyka. Idzie więc o to, że brać pieniądze za nic, a w tym czasie pracować przy swojej własnej kampanii. Wyborczej, buraczanej, wszystko jedno jakiej. Swojej.
Dyrektor zakładu zatrudnia w państwowej firmie sprzątaczkę, która w godzinach pracy sprząta u niego w domu. Robotnicy z państwowego przedsiębiorstwa za państwowe pieniądze stawiają płot na prywatnej posesji kierownika odcinka. Komuna mentalna w czystej postaci. Choć nie tylko, bo za kapitalizmu, zwłaszcza u nas, podobne praktyki również się spotyka. Czym zatem różnią się te dwie sytuacje przytoczone powyżej, od tej, z którą mamy do czynienia dzisiaj w Sejmie? Kompletnie niczym. Na państwowym folwarku zarządca, za zgodą pana, daje chłopstwu wolniznę na czas sianokosów na swoich morgach, ale po żniwach chłopstwo ma wrócić na pole dziedzica i uporządkować ściernisko, które po sobie zostawiło. Na miły Bóg, jak w cywilizowanym państwie, w środku Europy, władza może się aż tak szarogęsić? Okazuje się jednak, że można, i zrób Pan nam coś. Opozycja, tu akurat słusznie, atakuje rząd i wzywa do kontynuowania pracy. Robi to nie tyle z troski o Państwo, co z bojaźni o swój własny byt, bo im więcej PiS-u w kampanii w terenie kosztem czasu w Sejmie, tym mniej ich. Niby czas dla każdego jest taki sam, ale nie każdy może ściągnąć do siebie do gminy czy powiatu premiera czy ministra, żeby na jego tle pokazać się tłuszczy, jakiż to z niego dobry gospodarz i wymarzony kandydat, w przeciwieństwie do tamtego gołodupca, który tylko obiecuje gruszki na wierzbie. Poza tym, niech opozycja dzisiejsza nie zapomina, jak ongiś marszałek Borusewicz rozpuścił do domu senatorów przed końcem posiedzenia, bo nie było nad czym procedować. I wtedy dobrze było?

 

Przerwa w pracy

Z wielkim zadziwieniem przyjąłem decyzję marszałek Witek o tym, aby bieżące posiedzenie Sejmu przerwać i dokończyć je…po wyborach. To tak, jakby nauczyciel pod koniec roku postanowił zakończyć lekcję przed czasem i wrócić do niej po wakacjach. W tej samej klasie, mimo że część uczniów nie zdała, a na ich miejsce doszli nowi. I to wszystko wyłącznie dla ich dobra.

Marszałek Elżbieta Witek argumentuje swoją decyzję o skróceniu posiedzenia Sejmu prośbami. Jakimi? Licznymi. I to nie tylko od swoich kolegów z prawa, ale też od tych z bardziej lewego prawa, czyli od PO. Prośby te uzasadniane były ponoć krótką kampanią wyborczą. Miesiąc, który pozostał do nowych wyborów, to podług słów marszałek Witek, bardzo mało, żeby skutecznie pracować w Sejmie i jednocześnie móc spotykać się z elektoratem. W związku z tym zarządza się posłom przymusowy płatny urlop, aby mogli skupić się tylko na kampanii, a pracę dla kraju skończą po wyborach. Z jednej strony to zrozumiałe: wiadomo przecież, że jak się człowiek nadmiernie czymś przejmuje i stresuje, to nie ma siły na to, żeby mógł się skupić na robocie. Pracuje wtedy mniej wydajnie, robi po łebkach, bo cały czas ciąży mu niezałatwiona sprawa, która wysysa z niego siły i życiodajny tlen. Dobrze więc robi pani marszałek, że wychodzi naprzeciw tym ludzkim ułomnościom. Większość posłów bieżącej kadencji zamierza bowiem startować również w najbliższych wyborach, więc jej decyzja powinna być każdemu na rękę. Z drugiej strony, wiadomo jednak, że jak się przerywa pracę, to po przerwie, nawet krótkiej, ciężko się wraca do starych obowiązków. Dajmy na to ja; kiedy gram z kolegami całodniową próbę, a w okolicach obiadu ściśnie głód, wiem, że po obiedzie nic wartościowego już nie wymyślę. Koledzy zresztą też. Tak mamy; jak się robotę przerwie, to się człek rozleniwi i potem tylko symuluje, że coś robi, a tak naprawdę myśli, kiedy będzie można pójść do domu. Złośliwi parlamentarzyści, oczywiście, głównie ci z opozycji, twierdzą, że PiS robi taki zwishenruf po to, żeby odwrócić uwagę opinii publicznej od ważnych dla kraju spraw tuż przed wyborami i powrócić do nich po wyborach, w starym składzie, żeby nie strzelać sobie w stopę kolejną kontrowersją. Może oczywiście tak być, choć o taki makiawelizm posłów PiS bym nie podejrzewał. Ot, zwyczajnie, zasiedziałe w Sejmie towarzystwo, które w większości potrafi tylko siedzieć w Izbie i brać za to pieniądze, boi się, że jak się nie przyłoży do kampanii i nie powtyka w kieszenie ludu odpowiedniej liczby ulotek, może się w przyszłym parlamencie już nie znaleźć. Trzeba będzie wtedy wziąć się za uczciwą robotę, a jak wiadomo powszechnie, do luksusu człowiek przywyka szybciej niż od niego odwyka. Idzie więc o to, że brać pieniądze za nic, a w tym czasie pracować przy swojej własnej kampanii. Wyborczej, buraczanej, wszystko jedno jakiej. Swojej.
Dyrektor zakładu zatrudnia w państwowej firmie sprzątaczkę, która w godzinach pracy sprząta u niego w domu. Robotnicy z państwowego przedsiębiorstwa za państwowe pieniądze stawiają płot na prywatnej posesji kierownika odcinka. Komuna mentalna w czystej postaci. Choć nie tylko, bo za kapitalizmu, zwłaszcza u nas, podobne praktyki również się spotyka. Czym zatem różnią się te dwie sytuacje przytoczone powyżej, od tej, z którą mamy do czynienia dzisiaj w Sejmie? Kompletnie niczym. Na państwowym folwarku zarządca, za zgodą pana, daje chłopstwu wolniznę na czas sianokosów na swoich morgach, ale po żniwach chłopstwo ma wrócić na pole dziedzica i uporządkować ściernisko, które po sobie zostawiło. Na miły Bóg, jak w cywilizowanym państwie, w środku Europy, władza może się aż tak szarogęsić? Okazuje się jednak, że można, i zrób Pan nam coś. Opozycja, tu akurat słusznie, atakuje rząd i wzywa do kontynuowania pracy. Robi to nie tyle z troski o Państwo, co z bojaźni o swój własny byt, bo im więcej PiS-u w kampanii w terenie kosztem czasu w Sejmie, tym mniej ich. Niby czas dla każdego jest taki sam, ale nie każdy może ściągnąć do siebie do gminy czy powiatu premiera czy ministra, żeby na jego tle pokazać się tłuszczy, jakiż to z niego dobry gospodarz i wymarzony kandydat, w przeciwieństwie do tamtego gołodupca, który tylko obiecuje gruszki na wierzbie. Poza tym, niech opozycja dzisiejsza nie zapomina, jak ongiś marszałek Borusewicz rozpuścił do domu senatorów przed końcem posiedzenia, bo nie było nad czym procedować. I wtedy dobrze było?
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Flaczki tygodnia

Roma locuta, causa finta.
Pan prezes Kaczyński orzekł, że pan marszałek Kuchciński litery prawa i zasad moralności nie złamał. Ale skoro Polacy uważają, że pan marszałek to złodziej, a wybory tuż, tuż, no to pan prezes kazał panu marszałkowi ustąpić. I pan marszałek ustąpił, choć ponoć prawa, ani niczego innego nie złamał.
Poza swym kręgosłupem moralnym.
Prezes locutus, causa finta?

Pan marszałek Kuchciński nie tylko okradał budżet naszego państwa, i tak już deficytowy. Dodatkowo on wielokrotnie kłamał próbując zatuszować swoje złodziejstwo.
Kłamali też pracownicy jego Kancelarii Sejmu.
Nie mówili prawdy jego polityczni przyjaciele, jak pan choćby poseł Stanisław Piotrowicz też przyłapany na lotach rządowym samolotem wraz ze swą małżonką.
Nie mówił prawdy też pan marszałek Senatu RP Karczewski, też przyłapany na bezprawnych lotach rządowymi samolotami.
Prawdą jedynie jest, że państwo PiS na kłamstwach zbudowano.

Nie polata sobie rządowymi środkami komunikacji pani poseł Elżbieta Witek. Ta, która zasłynęła wyznaniem, że prawdę o zbrodni w Katyniu i pakcie Ribbentrop-Mołotow poznała z „przedwojennych gazet i książek historycznych”.
Właśnie pan prezes Kaczyński wybrał ją na marszałka Sejmu RP. Wybrał na krótko, bo na dwa miesiące przed parlamentarnymi wyborami, czyli na dwa-trzy posiedzenia Sejmu RP. Zatem wiele sobie pani marszałek nie pomarszałkuje.
Ale dzięki woli pana prezesa zyskała prawo do używania rządowych samolotów i bezpłatnego, państwowego pogrzebu w wojskowej asyście.

Odwołanie pana marszałka Kuchcińskiego przez pana prezesa Kaczyńskiego nie kończy obciążeń naszego, deficytowego budżetu państwowego.
Ponieważ pan marszałek odszedł w glorii i chwale, to należy mu się stosowna, suta odprawa finansowa. Pozostanie też w apartamencie wynajętym mu na koszt podatnika, choć będzie już tylko szeregowym posłem. „Ci, to se żyją”, niejeden obywatel westchnie sobie.

Pani Marszałek Witek uczyła się nie tylko z „przedwojennych gazet”. Kiedy dwa miesiące temu została powołana przez pana prezesa na stanowisko ministra spraw wewnętrznych i administracji, to obiecała wszem i wobec, że będzie się „tego resortu uczyć”.
No i masz babo placek! Ledwo przystąpiła do nauki, to pan prezes przerzucił ją na nowe stanowisko. Na osłodę pozostanie jej stosowna odprawa jaką otrzyma po opuszczeniu ministerialnej posady. Rzeczpospolita, czyli podatnicy, znowu zapłaci.

Na zwolnione przez panią marszałek Witek stanowisko ministra spraw wewnętrznych i administracji pan prezes Kaczyński powołał pana koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. Pan Mariusz zwany jest „Biczem Prezesa” w bogobojnych kręgach PiS. Uchodzi za najwierniejszego sługę pana prezesa. Taki Maluta Skuratow i Mikołaj Jeżow w jedynym. Nowy pan minister nadal będzie koordynował pracę służb specjalnych.

Taki wybór pana prezesa świadczy, że nie będzie w czasie kampanii wyborczej ani odrobiny litości dla opozycji, zwłaszcza tej z PO i PSL. Wiewiórki z TVP donoszą, że telewizja Kurskiego i wszystkie inne media należące do imperium medialnego PiS dostały już wytyczne na kampanię wyborczą. Teraz PiS-media będą bezlitośnie demaskowały, obnażały i potępiały wszelkie przejawy złodziejstwa za czasów rządów PO-PSL. Przekaz będzie prosty, taki dla „ciemnego ludu”. Ma zabrzmieć tak:
1/ „Co z tego, że nasi trochę sobie pokradli? Przypomnijmy sobie rządy PO-PSL! Tamci to byli prawdziwi, wielcy złodzieje!!!”.
2/ „Co z tego, że nasi trochę sobie pokradli, ale za to każdemu jakieś 500+ dali. Bo nawet kiedy nasi kradną, to pamiętają o zwykłych ludziach. Dzielą się z nimi. Zawsze coś ludziom ze stołu pańskiego spadnie. A złodzieje z PO-PSL wszystko grabili do siebie. Nawet pół ośmiorniczki ludziom nie dali.”
Ilustracje, czyli przeróżne kwity obciążające poprzednio rządzących mają PiS mediom dostarczyć służby dbające o moralność w państwie. Służby panów ministrów Kamińskiego i Ziobry.

Propagandziści PiS chętnie zastosowaliby taki sam zabieg wobec rządów SLD. Ale mają problem. SLD przestało rządzić w końcu 2004 roku, czyli piętnaście lat temu.
Jedyna minister z rządów SLD, którą po wieloletnim procesie skazano prawomocnie w 2016 roku za łapownictwo na dwa lata więzienia, w zawieszeniu na trzy lata, to obecnie nowa gwiazda PiS mediów. Bardziej teraz Kaczyńska jest od pana prezesa Jarosława. Pamiętacie może jej nazwisko?

PiS kłamstwa w Polsce uchodzą. Za granicą już nie. Przekonała się o tym euro deputowana PiS pani Beata Mazurek. Zaćwierkała tak na Twitterze: „Zamachy, wzrost przestępczości, gwałty, strach i strefy szariatu. Takie są konsekwencje multikulturalizmu i otwartych drzwi dla imigrantów. Szwedzi uciekają ze swojego kraju, aby w Polsce znaleźć spokój i normalność. A jeszcze nie tak dawno PO chciała ich przyjąć każdą ilość – zgroza”.
Dołączyła do tego link do tekstu z prorządowego serwisu wPolityce.pl braci Karnowskich pod tytułem „Szwedzi chcą azylu w Polsce: Trudno żyć w miastach, w których nie można bezpiecznie wyjść z domu po zmroku”. Tekst był jedynie omówieniem artykułu z „Naszego Dziennika”, w którym przytaczane są dane Urzędu do spraw Cudzoziemców o 2,5 tysiąca obywateli Szwecji, którzy zarejestrowali w Polsce swój pobyt. Bo Szwedzi ”nasz kraj uważają za jedno z ostatnich bezpiecznych państw w Europie”. Okazało się, że katolicki „Nasz Dziennik” kłamał jak PiS parlamentarzyści. Kłamstwa powtarzali panowie bracia Karnowscy i pani eurodeputowana Mazurek.

Szwedzki minister sprawiedliwości Morgan Johansson zdementował te kłamstwa: „Prąd migracyjny idzie w przeciwnym kierunku. W latach 2017-18 do Szwecji wyemigrowało ponad 8 tysięcy Polaków. To ponad trzy razy więcej niż całkowita liczba Szwedów, którzy mieszkają w Polsce. Pani poseł powinna raczej zapytać, dlaczego tak wielu Polaków ucieka z Polski?”
Czy mają już dość zakłamanego państwa Kaczyńskiego?