Nasi ukraińscy bracia

Widzisz ich codziennie, być może już tak skutecznie wtopili się w tłum, że nie zwracasz na nich uwagi. Tymczasem oni walczą o każdy dzień.

Pani Valeria uciekła z Ukrainy, wraz z ośmioletnim synem. Uciekła przed wojną, czyli jest uchodźcą. Tu, w Polsce nie stworzono jej i dziecku żadnych warunków. Musiała przejściowo umieścić syna w domu dziecka. Kiedy po jakimś czasie chciała go odebrać powiedziano jej, że złamała jakieś przepisy imigracyjne i ma sama, bez dziecka wracać na Ukrainę, a polskie władze dziecko jej przyślą. Rusłan jest lekarzem, ale pracuje na budowach, bo w Polsce lekarzom z Ukrainy bardzo trudno nostryfikować dyplomy. Chociaż lekarzy u nas brakuje bo emigrują na Zachód. Ukraińscy też bo tam o uznanie ich kwalifikacji zawodowych jest o wiele łatwiej niż u nas. Kolega Rusłana miał kłopoty z przedłużeniem prawa pobytu w Polsce i został deportowany na Ukrainę. Tymczasem władze imigracyjne wezwały go na kolejne przesłuchanie w ramach wszczętej procedury przedłużenia prawa pobytu. Nie stawił się bo zdążyliśmy go już deportować.
Kiedyś na Dworcu Zachodnim podsłuchałem rozmowę dwóch Ukrainek, które pracowały w naszym kraju jako pomoce domowe. Jedna zwierzała się drugiej, że „państwo” kazali jej prać dżinsy ręcznie, żeby mnie zużywać pralki. Milion co najmniej gości z Ukrainy pracuje na nasz dobrobyt. A zachowujemy się jakby ich nie było. Traktujemy ich jak niechcianych przybyszów mimo że bez nich polska gospodarka straci impet, przestanie rosnąć w dotychczasowym tempie, a w niektórych dziedzinach produkcja może zacząć zanikać. Tymczasem sąsiedzi zza zachodniej granicy szykują się do przyjęcia setek tysięcy ukraińskich pracowników. I bardzo duża ich część to, ci którzy są już w Polsce. Niemcy kuszą ich ubezpieczeniem, opieką medyczną, wyższymi płacami.
Bardzo często zdarza mi się udzielać porad prawnych pracownikom z Ukrainy, którzy nie mogą się pogodzić nie tylko z dyskryminacją, ale i z łamaniem przepisów prawa pracy. Kiedy na budowie pracodawca zalega z wypłatą pierwsi schodzą z niej Ukraińcy, a Polacy nie wiadomo na co czekają. Nasi goście ze Wschodu są bardziej asertywni, pracują solidnie i wydajnie, ale nie pozwalają sobą pomiatać. Powinniśmy brać z nich przykład, a nie narzekać czy boczyć się na to, że nie dają sobie w kaszę dmuchać. A przede wszystkim zrobić co w naszej mocy, żeby jak największa ich część znalazła powody by pozostać i pracować w Polsce.

Marian Stępień o Czesławie Miłoszu Recenzja

Jedną z najbardziej interesujących publikacji jakie ukazały się w roku 2018 jest książka prof. Mariana Stępnia Czesława Miłosza odkrywanie Ameryki (wyd. Studio Emka).

 

Zawiera ona istotne uzupełnienie biografii noblisty dotyczące jego pracy w służbie Polski Ludowej w latach 1945-1950. Autor poddał wnikliwej analizie opublikowane w roku 2013 Raporty dyplomatyczne Miłosza. Wbrew temu, co czasami twierdził sam Miłosz, jego wejście do służby dyplomatycznej nie było dziełem przypadku.

 

Rozterki lewicowego poety

W latach 1930-tych Czesław Miłosz był poetą lewicowym, wrażliwym na niesprawiedliwość społeczną i niepokojące przenikanie elementów faszyzmu do polskiej rzeczywistości. Wrażliwość ta znajdowała wyraz w jego poezji i publicystyce. Jednakże, w odróżnieniu od innych poetów, takich jak Lucjan Szenwald, nie był skłonny do całkowitego podporządkowania swej twórczości wymogom walki klasowej. Ważne było dlań poszanowanie indywidualnych, twórczych aspiracji oraz realizacji wynikającego z talentu potencjału twórczego.

Obawy poety budziła sytuacja Polski zagrożonej przez agresywną III Rzeszę. Po rocznym pobycie w Paryżu Miłosz nie miał złudzeń co do pomocy ze strony Francji. Przebieg wydarzeń we wrześniu 1939 roku, a zwłaszcza ucieczka z walczącego kraju jego przywódców do Rumunii, przekonała Miłosza o słuszności jego krytycznej oceny Polski międzywojennej. Okres wojny i okupacji poeta przetrwał w Warszawie. Do Armii Krajowej odnosił się z rezerwą, gdyż jej przywódcy nie zastanawiali się nad zmianami ustrojowymi w powojennej Polsce. Ich celem był powrót do prawicowo-chadeckiego modelu politycznego. W prasie podziemnej raziła go niechęć do rzetelnej dyskusji uzasadniana potrzebą walki zbrojnej z okupantem. Walka ta – zdaniem Miłosza – powodowała osłabienie i wyniszczenie społeczeństwa polskiego.

Ocalenie zbliżało się ze Wschodu. Czesław Miłosz wiedział o stalinowskich represjach, masowych deportacjach i o Katyniu. Wynik wojny skłaniał go jednak do wniosku, że Polska może istnieć „w kształcie nadanym jej i gwarantowanym przez Związek Sowiecki, albo przestać istnieć. […] Żaden rząd pochodzący z wolnych wyborów nie dostałby Ziem Zachodnich w podarunku od Wielkiego Brata”.

 

Pisarze-dyplomaci

Po zakończeniu wojny wielu pisarzy związanych w okresie międzywojennym z lewicą podjęło pracę w służbie zagranicznej Polski Ludowej. Jerzy Putrament został posłem w Szwajcarii. Później stanowisko to objął Julian Przyboś a Putrament został ambasadorem w Paryżu. Antoni Słonimski był dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Londynie. Z kolei Mirosław Żuławski był dyplomatą w Pradze, a później w Paryżu. Był też stałym delegatem Polski do UNESCO, a później ambasadorem w Republice Mali. Stanisław Jerzy Lec pracował jako attaché prasowy Misji Polskiej w Wiedniu. Jerzy Zagórski przez krótki czas pełnił obowiązki attaché kulturalnego w Paryżu Andrzej Kuśniewicz przed wojną pracował na placówkach w Czechosłowacji i we Francji. Po wojnie był konsulem w Lille i radcą Ambasady w Paryżu. Inny przedwojenny dyplomata, Tadeusz Breza, powrócił do służby zagranicznej w roku 1955 i był radcą ds. kultury w Rzymie i w Paryżu.

Czesław Miłosz dzięki doskonałej znajomości angielskiego i francuskiego był znakomitym kandydatem do pracy w USA i Francji. W latach 1946-1949 był attaché kulturalnym w Konsulacie Generalnym w Nowym Jorku, a następnie II sekretarzem Ambasady w Waszyngtonie. W roku 1950 został przeniesiony do Ambasady w Paryżu.

 

W obronie polskiej racji stanu

Sytuacja Czesława Miłosza w Nowym Jorku była trudna. Konsulat Generalny był bojkotowany przez wrogo usposobione do przemian w Polsce organizacje polonijne. W Bibliotece Publicznej nie było w ogóle publikacji polskich ukazujących się w kraju. Tragedia kielecka wywołała nastroje antypolskie. Częściej mówiono o antysemitach-Polakach, niż o zbrodniach popełnionych na narodzie żydowskim przez III Rzeszę. W postawie wobec pokonanych Niemców były liczne przejawy współczucia. Ważnym, szkodliwym dla sprawy polskiej wydarzeniem było przemówienie sekretarza stanu Jamesa F. Byrnesa wygłoszone w Stuttgarcie 6 września 1946 roku. Polityk amerykański kwestionował trwały i ostateczny charakter polskiej granicy zachodniej To podejście musiało budzić niepokój polskich władz oraz mieszkańców Wrocławia i Szczecina. Dla Stalina było ono korzystne gdyż potwierdzało jego pozycję jako jedynego gwaranta tej granicy.

Czesław Miłosz wykorzystywał swe osobiste znajomości z pisarzami polskimi mieszkającymi w Nowym Jorku, osłabiając tym samym izolację Konsulatu Generalnego. Niektórzy spośród pisarzy – często nastawionych krytycznie wobec nowego kierownictwa państwa polskiego – pozytywnie oceniali przemiany społeczne w Kraju, a zwłaszcza rewolucję kulturalną – walkę z analfabetyzmem, wzrost czytelnictwa, wysokie nakłady książek oraz rozwój sieci szkół i bibliotek. Rozmowy z Miłoszem sprzyjały podejmowaniu decyzji o powrocie lub odwiedzeniu Kraju czy też rozpoczęciu współpracy z czasopismami krajowymi.

Czesław Miłosz przywiązywał wagę do kontaktów z amerykańską społecznością żydowską.

Jak pisze prof. Stępień „w kwietniu 1946 roku, w trzecią rocznicę powstania w getcie warszawskim, na zaproszenie Jewish Congress, Miłosz Miał odczyt w Bostonie, mimo sprzeciwu działaczy Bundu, którzy nie chcieli dopuścić do wystąpienia „komunisty”. A było ono bardzo udane, szeroko reklamowane, zebrało się 1500 osób”.

Na terenie Konsulatu od kwietnia do czerwca odbywały się spotkania poświęcone trzeciej rocznicy walk w Getcie Warszawskim urządzane przez American Jewish Congress. Do tego rodzaju spotkań przywiązywał Miłosz wielką wagę, gdyż widział, i informował o tym polskie władze, że sprawa antysemityzmu w Polsce jest nadal jedną z największych przeszkód na terenie międzynarodowym, a przełamywanie wrogości społeczeństwa żydowskiego jest jednym z najważniejszych zadań w Ameryce, „podstawowym zagadnieniem dla naszych stosunków z USA, w pierwszym rzędzie, jeżeli chodzi o pomoc ekonomiczną i naukową”.

Czesław Miłosz podejmował starania na rzecz osiągalności polskich książek w USA i amerykańskich w Polsce.

„Niewątpliwie dużym sukcesem Miłosza – podkreśla prof. Stępień – było doprowadzenie do urządzenia w New York Public Library wystawy polskiej książki powojennej. Otwarta 3 maja (!) 1947 roku w głównym budynku biblioteki przy Piątej Alei, pod nazwą „Post-war Poland, 1945-47, an Exhibition of Polish Books and Photographs”, czynna była do końca czerwca. Odwiedziło ją około 20 000 osób”.

Biuro Wymiany przy Bibliotece Narodowej w Warszawie otrzymało 374 skrzynie książek od American Book Center, co było rezultatem dobrych stosunków Miłosza z dyrektorem Center. Później niepokoił go fakt, że skrzynie przez długi czas leżały nierozpakowane.

Sukcesem Czesława Miłosza było również nawiązanie kontaktu z założycielem i ówczesnym dyrektorem Fundacji Kościuszkowskiej Stefanem Mierzwą, który następnie był piętnowany przez prasę polonijną za „współpracę z komunistami”. Mimo tej presji – jak podkreśla prof. Stępień – Fundacja rozpoczęła akcję pomocy dla Kraju, zaopatrywania polskich uniwersytetów w książki naukowe, zapraszania polskich studentów na studia w Ameryce, polskich profesorów z odczytami, co Polonia przyjmowała „ze zdumieniem i z wyraźnym niesmakiem”.

Zdumiewające było zacietrzewienie Polonii wobec projektu utworzenia na Uniwersytecie Columbia-pierwszej w USA – katedry literatury polskiej. Projekt ten został zrealizowany, mimo iż kosztował rocznie 10 000 dolarów. Kwotę tą udało się uzyskać dzięki staraniom Miłosza i poparciu ówczesnego ministra spraw zagranicznych Zygmunta Modzelewskiego Wbrew protestom Kongresu Polonii Amerykańskiej, prezydent Uniwersytetu – a później prezydent USA – Dwight Eisenhower projekt ten zaakceptował. Powstała Katedra im. Adama Mickiewicza posiadająca prawo nadawania doktoratów. Zdaniem działaczy i dziennikarzy polonijnych, Katedra była „przybudówką komunistycznego rządu polskiego”. Kierownik Katedry, wybitny uczony, prof. Manfred Kridl był nazywany „bolszewikiem nr 1”.

 

Norwid w Minneapolis

Wiele lat temu student Politechniki Poznańskiej, dzięki wymianie stypendystów pomiędzy Zrzeszeniem Studentów Polskich (ZSP) a United States National Student Association (USNSA) znalazł się w University of Minnesota w Minneapolis. W trybie indywidualnym, pod kierunkiem tutora Roberta Albrechta doskonalił swą umiejętność pisania tekstów angielskich. Albrecht był zainteresowany historią i literaturą polską. Student wspomniał mu o Cyprianie Kamilu Norwidzie, który napisał dwa wiersze upamiętniające Johna Browna. Na następne spotkanie Albrecht przyniósł „Wybór poezji” Norwida wydany w Warszawie w 1947 roku. Student dokonał przekładu filologicznego obu wierszy. Zastanawiał się, w jaki sposób ta książka znalazła się w głębi Ameryki, w bibliotece uniwersytetu stanowego. Sądził, że ktoś musiał o to zadbać.

 

Decyzja człowieka „całkowicie ideologicznie obcego”

Czesław Miłosz był dyplomatą o wysokich kwalifikacjach, wykazywał zaangażowanie w pracę i – w trudnych warunkach – osiągał znakomite wyniki. Wysoko cenił go ambasador w Waszyngtonie Józef Winiewicz. Jednakże po roku 1948 wszystko to stawało się mało ważne. Nadszedł czas ślepego posłuszeństwa i wiernopoddańczych frazesów. I cynizmu.
Jak każdy pracownik służby zagranicznej Czesław Miłosz składał sprawozdania ze swej pracy.
Raporty dyplomatyczne Miłosza cechowała otwartość i szczerość. Są w nich krytyczne opinie o niektórych decyzjach polskich władz oraz o sytuacji międzynarodowej w której ważną rolę odgrywał Związek Radziecki. Po roku 1948 w Polsce tego rodzaju opinie były traktowane jako przejawy wrogości. Komisja ustalająca listę pracowników odwoływanych z placówek uznała, że Czesław Miłosz to „człowiek całkowicie ideologicznie obcy”, który „ujawnił w swoich wypowiedziach wrogi i szkalujący stosunek do wszelkich przejawów życia w kraju. Żona-zaciekły wróg Związku Radzieckiego”.
Kiedy w grudniu 1950 roku Miłosz przyjechał do Warszawy zabrano mu paszport. Wskutek interwencji ministra Modzelewskiego poeta paszport odzyskał i wyjechał do Paryża.
1 lutego 1951 roku wystąpił o azyl we Francji.

 

Marian Stępień – „Czesława Miłosza odkrywanie Ameryki”, Wydawnictwo Studio Emka, 2018, str. 291, ISBN: 978-83-65068-96-5

Angielski sen (8) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy ósmy odcinek tego cyklu.

 

 

„Wszystko jest trudne, zanim stanie się łatwe” – ten fragment z Goethego przypomniał mi się podczas rozmowy z kolegą w pracy. Jest już w Anglii od piętnastu lat. Nie wie, czy wróci do Polski, czy też zostanie. Nie wie, bo jak powiedział, życie tu jest jednak łatwiejsze. Ale zgodnie z teorią Goethego, najpierw trzeba było się namęczyć.

 

Życie w UK może być proste jak londyńskie metro, które podobno jest najłatwiejsze na świecie – ale dopiero gdy się pozna i zrozumie zasady jego funkcjonowania. Warszawiak się uśmieje, bo wie, że nie ma nic łatwiejszego niż stołeczne dwie linie. Gdzie się tam można zgubić? Nawet jeśli, to w najgorszym wypadku za czwartym razem uda się pojechać we właściwym kierunku.

Faktycznie wiele problemów z którymi borykałem się na tu początku jest już za mną. Wracając do wcześniejszych tekstów uśmiecham się czytając o zapomnianych już perturbacjach. Podobno rozwijamy się i uczymy przez całe życie, a jeżeli tak, to na każdym jego etapie, aż do śmierci, pozostajemy niedorozwinięci. Warto o tym pamiętać zanim parskniemy śmiechem, gdy zobaczymy jak ktoś się męczy, bo nie wie jak zapłacić za przejazd w biletomacie.

Historię podobną przechodził prawie każdy, z kim rozmawiam i kto potrafi przyznać się do życia na styk, porażek, biedy, liczenia każdego pensa i kilkudniowych niekiedy głodówek.

Nie, wcale to nie oznacza, że już nauczyłem się tu żyć i funkcjonować Wciąż w wielu aspektach jestem jak ślepy, któremu mówią, by szedł kierując się namalowanymi na ścianie strzałkami. Ci, którzy są na tyle długo, że faktycznie poruszają się już bez problemu, opowiadają o różnicy w poziomie życia teraz i sprzed lat. Piętnaście lat temu za dwadzieścia funtów można było zrobić zakupy, które spokojnie wystarczały na tygodniowe życie dwóch osób. Minimalna stawka godzinowa była wprawdzie niższa, wynosiła niecałe pięć funtów (teraz 7,83), ale wartość tej piątki była nieporównywalnie wyższa. Do piątki jeszcze później wrócę, ale innej piątki – tej, którą na długo zapamiętam.

Właśnie spadek poziomu życia zmusza ludzi, którzy doskonale już opanowali brytyjską codzienność, do tego, by ponownie podjąć decyzję – zostać, czy wracać? Ponownie, ponieważ na początku emigracji prawie każdy codziennie nosi w głowie to pytanie. Ja również.

Zostałem już sam na nocnej zmianie. Skarpeta, który też był nocnym klinerem, po kilku latach pracy na chillu zmienił halę (warehouse) i zajęcie. Nie mając zmiennika zaczęto mi proponować bym przychodził do pracy również w dni wolne. Overtime lub extra shift – tak na to mówimy. Pracownik kontraktowy za dodatkowy dzień pracy ma znacznie wyższą stawkę, pięćdziesiąt procent za pierwszy i sto procent za kolejne. Pracownik agencyjny dostaje dokładnie tyle samo, co za normalny dzień, tyle że ma dodatkowe dniówki w tygodniu. Bardziej od pieniędzy ceniłem sobie dotychczas te dwie wolne noce. Od samego początku mój grafik ułożony był tak, że wypadały one w poniedziałek i wtorek. To był mój weekend. Ostatni shift kończyłem w poniedziałek o szóstej rano, a do pracy szedłem dopiero we środę o dwudziestej drugiej. Od poniedziałkowego poranka do wtorkowego przedpołudnia spałem jak niedźwiedź. We wtorek i środę poznawałem Anglię, cieszyłem się (lub smuciłem) życiem i pisałem „angielski sen”. I gdyby propozycja padła w innym terminie, zapewne od razu bym ja odrzucił. Teraz jednak na nią przystałem. Zdecydowałem się, ponieważ – to już chyba u mnie normalne – znowu zacząłem mieć problemy finansowe. Ktoś zapomniał wypłacić mi pieniądze za dwa dni pracy, co przy życiu na styk jest zwyczajną katastrofą.

Po urlopie zamknąłem tydzień rozliczeniowy dwoma przepracowanymi nockami. Pieniądze powinny wpływać co piątek z dwutygodniowym opóźnieniem. Gdy już się wejdzie w rytm, to nie ma najmniejszego znaczenia, za który tydzień płacą co tydzień.

Ponieważ jednak urlop rytm ten zakłócił, czekałem na kasę trochę bardziej i trochę mocniej niż w każdy inny, zwyczajny piątek. Dwie dniówki to jakieś 120 funtów. Umówiłem się z właścicielami mieszkania, że zapłacę połowę, a wyrównam w kolejnym tygodniu, wydatki rozplanowałem tak, żeby standardowo do czwartku wystarczyło. Oczywiście wiedziałem, że przy mojej dyscyplinie finansowej wszystkie te plany to o kant dupy, ale według kartki wyglądało, że przynajmniej frytki w robocie codziennie jeść będę. Najważniejsze, czyli papierosy mam jeszcze z Polski (tzn. z Ukrainy, Białorusi i Mołdawii, ale kupione w Polsce).

Pieniądze jednak nie przyszły. Zadzwoniłem do zatrudniającej mnie agencji, pani powiedziała, że sprawdzi i za dwie minuty do mnie oddzwoni. Czekałem czterdzieści i nic. Zadzwoniłem więc ponownie. Tym samym spokojnym głosem powiedziała, że zapomniała, ale że wszystko jest na pewno w porządku, a jeżeli coś nie jest, to i tak dostanę, ale za tydzień. Rzuciła jeszcze coś typu: „dont łory”, powiedziała „baj” i się rozłączyła.

Byłem wściekły, nie miałem nawet funta. Chyba każdy kto pracował na obczyźnie zdaje sobie sprawę, że pożyczka od kogokolwiek jest praktycznie niemożliwa. To muszą być naprawdę, bardzo, bardzo dobrzy znajomi. A i to pod warunkiem, że sami nie mają tygodnia pod znakiem planów, rachunków i opłat. No i oczywiście, jeśli się ich za bardzo sobą nie absorbuje. Poza tym nie chciałem już pożyczać. Przypomniały mi się wszelkie przejścia jakie z tą agencją dotychczas miałem. Przez pięć tygodni „zapominali” wypłacać mi dodatku nocnego, uwzględnić w grafiku zaplanowanego urlopu, przypomniałem sobie o koledze, któremu przez ponad miesiąc w ogóle nie wypłacali. To znaczy, przysyłali czeki, które natychmiast anulowali, bo przypominali sobie, że ma konto w banku. Ale na konto już mu nie wpłacali, bo przecież wysłali czek o którym zapomnieli, że go anulowali.

Wyrwał w końcu te pieniądze, podobnie jak i ja dodatek, ale kosztowało to masę nerwów i zaangażowania całej rzeszy ludzi, interwencji zakładu pracy i cholera wie jeszcze czego. Generalnie – chyba uporu.

Spodziewając się ponownej batalii, jak zawsze w takiej sytuacji, zadzwoniłem do Jarka. Też próbował się do nich dodzwonić z takim skutkiem, że w pewnym momencie wsiadł w samochód, podjechał po mnie i pojechaliśmy się kłócić z nimi już nie przez telefon. Na miejscu okazało się, że nie tylko ja wypłaty nie dostałem. A panienka zza biurka z uśmiechem zbywa oszukanych pracowników. Powiedziała, że to awaria systemu i że za tydzień uregulują wszystko.

„To nie mój problem” – odpowiedziała, gdy ktoś zwrócił jej uwagę, że przecież ci ludzie nie maja co jeść. Znowu interweniowaliśmy w kierownictwie firmy i teraz czekam kolejnego piątku, na wypłatę i wyrównanie. Chcąc nie chcąc pieniądze na przeżycie musiałem pożyczyć. Z właścicielami mieszkania umówiłem się, że zapłacę zaległość w dwóch ratach. Fantastyczni i o niespotykanej tutaj empatii ludzie – nie było najmniejszego problemu. Poczęstowali jeszcze albańskim bijurkiem.

Zweryfikowałem raz jeszcze plan finansowy na cały tydzień i postanowiłem tym razem podejść do niego na sztywno. Gdy miałem już tę pożyczona kasę, idąc ulicą znalazłem wspomniane na początku pięć funtów. Nie mogłem uwierzyć. Jeszcze nigdy w życiu nie znalazłem kasy wtedy, gdy była mi aż tak potrzebna i jeszcze nigdy w życiu znaleziona kasa, aż tak mnie nie ucieszyła.

Agencje pracy tymczasowej, to brytyjski fenomen luk prawnych i sposobów na omijanie praw pracowniczych. Jakiś czas temu wszedł przepis precyzyjnie określający, jak długo agencja może zatrudniać pracowników na warunkach gorszych niż pracownicy mający bezpośrednią umowę – kontrakt – z właściwym pracodawcą. To trochę ponad trzy miesiące. Na początku sprytne agencje podpisywały z ludźmi trzymiesięczne, cyklicznie odnawiane umowy, potem zmieniały stanowiska. Ktoś był trzy miesiące klinerem, na hali „A”, a po trzech miesiącach formalnie przechodził na halę „B” też jako kliner, ale pod już pod nazwą „hajdżin”. To wymagało jednak podpisu zainteresowanego pracownika. Teraz wykombinowali coś takiego, że nikt niczego nie przedłuża, nie zmienia stanowiska i nie odnawia umowy. Nie potrafię tego rozkminić. W zakładzie, w którym sprzątam, są osoby zatrudnione przez agencję od lat. Od lat dostają minimalną stawkę, znacznie niższą od tej wypłacanej na tym samym lub analogicznym stanowisku, ale pracownikowi kontraktowemu. I wbrew pozorom są wśród nich również rodowici Anglicy. Wszystko zgodnie z prawem. I na odwrót jednocześnie.

c.d.n.

 

Głos prawicy

Rodzina, ach, rodzina

Patryk Jaki broni rodziny jak lew. Donosi „Do Rzeczy”:
W porannej rozmowie z Patrykiem Jakim, prowadząca program przedstawiła politykowi pytanie jednego z internautów. Kandydat PiS na prezydenta Warszawy ostro odpowiedział na kwestię udziału swojego syna w kampanii wyborczej.
Polityk był gościem Beaty Lubeckiej w porannej rozmowie Radia ZET, kiedy prowadząca program przedstawiła mu pytanie jednego ze słuchaczy. – Jest pytanie również od naszego internauty. Marcin: czy to nie jest tak, że wykorzystuje pan niepełnosprawne dziecko w kampanii wyborczej? Trudne pytanie dla pana – zwróciła się do Jakiego dziennikarka.
– To nie jest trudne, tylko to jest bezczelne pytanie, dlatego że czy ktoś pytał Bronisława Komorowskiego, dlaczego się fotografuje z dziećmi? A wie pani, dlaczego nie pytał? Dlatego, że ma zdrowie dzieci. To co, to ja jestem gorszy, bo mam niepełnosprawne dziecko – odparł Jaki.
Kiedy Lubecka zaprzeczyła, Jaki dodał: – A gdzie tu jest tolerancja? Tacy jesteśmy tolerancyjni? Jak jesteśmy tolerancyjni, to zgódźmy się na to, że jak Bronisław Komorowski może się fotografować ze swoimi dziećmi, które są pełnosprawne, to ja chciałbym mieć możliwość nie wstydzić się własnej rodziny”.
I bardzo dobrze – podsumowała tą część rozmowy Lubecka.

 

Rodacy! Wracajcie do państwa PiS!

PiS chce ścigać emigrantów z powrotem do kraju. Info za wpolityce.pl:
– Chcemy, żeby Polacy mieszkający za granicą wracali do kraju, dlatego przygotowane będą specjalnie dedykowane dla nich propozycje ułatwienia przy zakładaniu firm w Polsce – powiedziała w czwartek w Krynicy wicepremier, szefowa Komitetu Społecznego Rady Ministrów Beata Szydło.
Wicepremier w rozmowie w TVP Info podkreśliła, że rząd będzie przygotowywał propozycje dla Polaków mieszkających za granicą, by zachęcić ich do powrotu do kraju.
Chcemy, żeby wracali Polacy, którzy są za granicą i propozycje – przygotowane przez rząd i opracowane przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – również mają wyjść naprzeciw oczekiwaniom, przede wszystkim młodym ludziom, którzy wyjechali w ciągu ostatnich kilku lat – powiedziała.

Wenezuela jak Syria

Przyzwyczailiśmy się postrzegać kryzysy humanitarne jako przede wszystkim rezultaty konfliktów zbrojnych. Tak jest, np. z Syrią, gdzie trwająca od kilku lat wojna domowa uruchomiła procesy migracyjne na skalę niespotykaną we współczesnym świecie. Nie trzeba jednak tak dramatycznych wydarzeń, aby z milionów ludzi uczynić uchodźców.

 

W ciągu minionych dwóch lat z Wenezueli uciekło ok. 2,3 mln osób. Tak przynajmniej twierdzą eksperci ONZ. Według innych danych, poza granicami kraju może obecnie przebywać nawet 4 mln Wenezuelczyków. Oznacza to, że od 2016 r. Wenezueli ubyło ponad 10 proc. obywateli. Na próżno szukać podobnych przykładów tak szybkiego i drastycznego uszczuplenia liczby mieszkańców w najnowszej historii świata.

Powodem tego exodusu nie jest bowiem wojna domowa czy klęska żywiołowa, lecz tragiczny stan krajowej gospodarki. W wyniku spadku cen ropy w 2014 r., a przede wszystkim sankcji nałożonych na socjalistyczny rząd w Caracas, wenezuelska gospodarka skurczyła się o połowę. Odgórne próby ratowania państwowych finansów przyniosły odwrotne skutki. Przy minimalnej miesięcznej pensji poniżej 8 dolarów, zakup nawet najbardziej podstawowych produktów przekracza możliwości przeciętnego Wenezuelczyka. Litr mleka osiągnął cenę 1 dolara, tyle samo trzeba zapłacić za kilogram ziemniaków i bananów. Wysokie koszty to jedno, braki w zaopatrzeniu to drugie. Żywność zdobywa się przede wszystkim na czarnym rynku, gdzie ceny mogą być kilkakrotnie wyższe niż te oficjalne. Zresztą trudno pisać o jakiejkolwiek stabilizacji cenowej przy inflacji zbliżającej się do miliona procent. Dość powiedzieć, że na skutek kryzysu w ostatnich kilku miesiącach każdemu Wenezuelczykowi ubyło średnio 11 kg.

Trudno zatem dziwić się desperacji tych, którzy na potęgę opuszczają swój kraj. W wielu przypadkach chodzi bowiem nie tyle o lepsze życie, co o zwyczajne przetrwanie. Jeśli przeciętnego mieszkańca kraju nie stać na zapewnienie sobie i swoim najbliższym minimum żywności i lekarstw, wówczas decyzja o wyjeździe staje się nie jedną z kilku opcji, lecz zwykłą koniecznością. Zdaniem więc przedstawicieli ONZ już można mówić o kryzysie uchodźczym w Ameryce Południowej, porównywalnym w skali i problemach do tego wywołanego wojną w Syrii.

Tak, jak na Bliskim Wschodzie, tak i w Ameryce Południowej rodziny wyprzedają cały swój dobytek, aby tylko uciec przed głodem. I tak jak na Bliskim Wschodzie jest to podróż w jedną stronę, gdzie konieczność powrotu budzi większy strach niż wyjazd w nieznane i przebywanie w obozie dla uchodźców. „Sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy, łącznie z naszymi łóżkami. Nie mamy gdzie spać, nie mamy pieniędzy, żeby wrócić” – mówił jeden z Wenezuelczyków cytowany przez „The Washington Post”. Na całym świecie los uchodźców jest taki sam.

Wenezuelczycy uciekają przede wszystkim do sąsiedniej Brazylii i Kolumbii oraz Peru i Ekwadoru. Zdaniem obserwatorów, tylko do tych czterech państw każdego dnia przybywa między 2,7 tys. a 4 tys. uchodźców. W niewielkim Ekwadorze, którego liczba mieszkańców nie przekracza 17 mln, już prawdopodobnie znajduje się niemal pół miliona uchodźców. Każdego dnia ich populacja powiększa się. Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców ostrzega, że jeśli bogate państwa szybko nie wspomogą biednych, cała Ameryka Południowa stanie na krawędzi gospodarczej i politycznej zapaści. Innymi słowy, cały kontynent stanie się Wenezuelą, tylko wówczas nie będzie już gdzie uciekać.

Już w tej chwili nagły napływ tysięcy uchodźców powoduje napięcia w społeczeństwach goszczących. W zeszłym tygodniu doszło do zamieszek w północnej Brazylii, gdzie uciekinierzy z Wenezueli starli się z miejscowymi. Co prawda tym razem skończyło się tylko na kilku poturbowanych osobach po obu stronach, lecz w miarę napływu kolejnych tysięcy, sytuacja ta może ulec zaostrzeniu. Władze lokalne już zwróciły się do rządu federalnego o zamknięcie granicy. Zapewne w najbliższym czasie nie dojdzie do aż tak drastycznych ruchów, jednak nie jest wykluczone podjęcia ich w przyszłości.

Trzeba przyznać, że przy problemach trapiących Wenezuelę, a w ślad za nią niemal całą Amerykę Południowa, sytuacja w Europie wydaje się być ustabilizowaną. Tabuny uchodźców pojawiają się co najwyżej w opowieściach prawicowych polityków. W zeszłym roku statusem ochronnym w całej Unii Europejskiej objęto ok. 540 tys. osób. Przypomnijmy, że niemal taką samą liczbę uchodźców przyjął w ciągu ostatnich kilku miesięcy jeden Ekwador. W tym roku do Europy próbowało przedostać się niespełna 70 tys. migrantów, głównie z Bliskiego Wschodu. Ponad 1,5 tys. z nich utonęło.
Nie o same liczby tu jednak chodzi. Bez względu na to ilu uchodźców próbuje przekroczyć nasze granice, trzeba pamiętać, że każdy z nich posiada własną, dramatyczną historię. Tymczasem, jeśli obecna sytuacja w Ameryce Południowej niesie jakąś lekcję dla Polski i Europy, to przede wszystkim taką, że wcale nie potrzeba wojny, aby stanąć w obliczu wielkiego kryzysu humanitarnego. Uważamy za coś oczywistego, że konflikty zbrojne, obozy dla uchodźców czy głód przynależą do Bliskiego Wschodu i Afryki. Dlatego woleliśmy przymknąć oczy na setki tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci próbujących przedostać się do Europy w minionych latach, niż stworzyć dla nich rzeczywisty mechanizm pomocy. Tym razem się udało, następnym nie pójdzie już tak łatwo. Kto w Brazylii czy Ekwadorze jeszcze kilka miesięcy temu mógł przewidzieć, że znane z telewizji sceny z uchodźcami mogą stać się codziennością również dla nich? A jednak tak się stało. Bez wojen, bez kataklizmów. Pamiętając o tym, być może przestaniemy w końcu udawać, że mieszkamy w niezdobytej twierdzy i tragedie innych nas nie dotyczą.