Dziadersa uwagi i refleksje o PRL – ciąg dalszy

Do kontynuacji uwag o PRL skłoniła mnie jedna ważna rocznica, o której będzie mowa w drugiej części tej publikacji, oraz pozytywne opinie moich zawodowych przyjaciół o poprzednio publikowanych uwagach, przypominających ogromny – owocny w konsekwencji – wysiłek włożony przez pracujących w PRL w rozwój krajowego systemu kształcenia.

Oczywiście wysiłek pracujących w PRL ludzi skierowany był w kilku bardzo ważnych kierunkach. Popatrzmy najpierw na krajobraz.

Krajobraz po wojnie

Po straszliwej w swych skutkach II wojnie światowej zwycięzcy przyznali nam, Polakom, kawałek Europy nad Wisłą, między Bugiem a Odrą. W 1914 roku, 31 lat wcześniej, ta część Europy podzielona była między 3 cesarstwa: niemieckie, rosyjskie i austro-węgierskie. Na straży podziału ponapoleońskiej Europy stały wtedy 3 z 4 potęg Europy kontynentalnej. Nasze powstania XIX wieku zderzały się z murem nie do obalenia. W ciągu zaledwie 31 lat XX wieku Niemcy wywołały dwie straszliwe w swych skutkach – dla nich i dla połowy świata – wojny. W 1945 roku wojsko rosyjskie stało nad Łabą, w Berlinie i Wiedniu. To był początek nowej rzeczywistości.

O pojałtańskim podziale Europy napisano setki tomów, napisano chyba wszystko. Dodam tylko kilka zdań. Jak spojrzymy na mapę naszej współczesnej Polski, to widzimy 16 województw. Z pewnym przybliżeniem ich granice odtwarzają granice podziału roku 1914. Otóż z Królestwa Kongresowego pozostało nam 5 województw: lubelskie, łódzkie, mazowieckie, podlaskie i świętokrzyskie. Ich łączna powierzchnia stanowi teraz 35% naszego terytorium. Z zaboru austro-węgierskiego pozostały nam 2 województwa: małopolskie i podkarpackie; ich łączna powierzchnia to 11% naszego obecnego terytorium. Pozostałych 9 województw: dolnośląskie, kujawsko-pomorskie, lubuskie, opolskie, pomorskie, śląskie, warmińsko-mazurskie, wielkopolskie i zachodniopomorskie, położone są w znacznej części na terytorium dawnego cesarstwa niemieckiego. Ich łączny obszar to 54% naszego terytorium (prawie 169 tys. kilometrów kwadratowych). Utrata tego terytorium, jak się okazało trwała, była składnikiem ceny, jaką Niemcy zapłaciły za wywołanie 2 wojen światowych. Tereny te my Polacy traktujemy nie jako zdobycz wojenną, ale jako nasze macierzyste ziemie, zasiedlane przez nas od wieków.

W latach 1945/46 na obszarze Europy Środkowej zmuszono kilka milionów ludzi do zmiany miejsca zamieszkania. Niemców przesiedlano na zachód. Pociągi pełne polskich rodzin wiozły je na tak zwane Ziemie Odzyskane, tysiące rodzin Żydów, polskich obywateli, wracało ze wschodu nad Wisłę, inne pociągi przewiozły rodziny ukraińskie na wschód. Uznano wtedy, że po doświadczeniach wojny, wydarzeniach w Generalnym Gubernatorstwie i na Wołyniu konieczna jest separacja narodów na tym obszarze. Na terytorium Polski zebrało się nas 23 miliony, poobijanych przez wojnę, niepewnych przyszłości. Połowa z nas pamiętała czasy przed 1914 rokiem, potęgę cesarskich Niemiec, wyzwiska od „bękartów Traktatu Wersalskiego”. Mimo tego większość z nas przyjęła ten wyrok historii. Postanowiliśmy pokazać, że mimo wszystko jesteśmy zdolni stworzyć prężne, żywotne państwo, z kulturalnym, wykształconym społeczeństwem, z rozwiniętym przemysłem, z bogatym piśmiennictwem i teatrami, z rozwiniętą nauką. Na pierwszych po wojnie Igrzyskach Olimpijskich w 1948 roku w Londynie zdobyliśmy brązowy medal, o ile pamiętam zdobył go bokser Antkowiak. To była ogromna radość nad Wisłą. W 1949 roku w świeżo odbudowanej Filharmonii w Warszawie odbył się kolejny, pierwszy po wojnie konkurs Chopinowski. Zwyciężyły w nim Halina Czerny-Stefańska i Bella Dawidowicz (ZSRR). To był kolejny wybuch radości. Odbudowa Starego Miasta w Warszawie w 1953 roku i Festiwal Młodzieży w Warszawie z Placem Konstytucji w roku 1955 po oddaniu Pałacu Kultury to kolejne fakty potwierdzające, że istniejemy, że pracujemy, że mamy własne państwo, że potrafimy.

Kierunki rozwoju, wyznaczone w pierwszych latach PRL były oczekiwane i akceptowalne przez większość społeczeństwa. Poza likwidacją analfabetyzmu i rozwojem systemu kształcenia (przypominamy sobie program „tysiąc szkół na tysiąclecie” uruchomiony, aby uczcić tysiąclecie chrztu Polski) zasadnicze cele rozwoju ulokowano w przemyśle. Uznano węgiel za naturalne bogactwo kraju i postanowiono rozwinąć górnictwo węgla kamiennego. W pierwszych latach powojennych węgiel kamienny był najważniejszym towarem eksportowym. Bardzo szybko uzupełniono program o rozwój górnictwa odkrywkowego węgla brunatnego. Rozwój technologii górniczych umożliwił rozwój górnictwa siarki, aż do wyczerpania złóż pod Tarnobrzegiem. Poza wydobywaniem węgla rozwinięto sieć kopalni miedzi. Koncern KGHM funkcjonuje z powodzeniem nadal, dając pracę tysiącom ludzi i znaczne dochody krajowi. Pokazaliśmy, że umiemy być górnikami! Energetyka powojenna wymagała rozwoju prawie od zera, transport morski, kolejowy, drogowy były w opłakanym stanie. Postanowiliśmy stworzyć system energetyczny kraju, poza tym produkować statki, wagony, lokomotywy i autobusy. Plany rozwoju obejmowały wiele obszarów, także hutnictwo, produkcję materiałów budowlanych i budownictwo, (trzeba było odbudować Warszawę, Gdańsk, Wrocław) a także kilka innych.

Oceniając teraz postawione cele i plany oraz stopień ich realizacji miejmy na uwadze warunki, w jakich wtedy startowaliśmy do odbudowy i rozwoju kraju. Zdawaliśmy sobie sprawę, że możemy liczyć tylko na siebie (szansa na Plan Marshalla szybko się rozmyła). Bardzo nieliczna kadra przedwojennych specjalistów, nieuzupełniana w czasie wojny, gdyż uniwersytety były zamknięte, w połowie zginęła na frontach walk, w obozach jenieckich (Katyń!) i koncentracyjnych, rozproszyła się po świecie. W latach wojny rozwinięto w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech, ZSRR i Japonii wiele gałęzi techniki i technologii. Ogromny postęp poczyniono w obszarze radioelektroniki (radar!), nadzwyczajnie rozwinął się przemysł budowy samolotów i samochodów, statków i łodzi podwodnych, wielki postęp odnotowano w hutnictwie i przemyśle chemicznym. Niestety, obywatele PRL nie brali udziału w tym wyścigu nowych technologii, wystartowaliśmy do niego spóźnieni 6 lat, z niewielkimi siłami. Od pierwszych lat postawiono w PRL na rozwój kierunków inżynierskich na uczelniach technicznych, o czym pisałem w poprzednich uwagach. Jednak po powołaniu nowego wydziału i kierunku studiów trzeba czekać wiele lat, by poziom wykładów, podręczników, laboratoriów i wiedzy absolwentów osiągnął odpowiedni wymiar. Podsumowując: w roku 1945 podjęliśmy pogoń za uciekającym nam postępowym światem w warunkach ogromnego niedostatku wykształconych specjalistów, z zacofanym technologicznie i zniszczonym przez wojnę, niewielkim w wymiarze produkcyjnym przemysłem.

Jeszcze jedną uwagę należy dodać. Już 5 marca 1946 roku Winston Churchill, w słynnym potem przemówieniu w Fulton, użył terminu „żelazna kurtyna”. Wkrótce weszliśmy w okres zwany „zimną wojną”. Kraj między Odrą i Bugiem położony jest na wschód od Łaby, która była granicą między obozami politycznymi. W rezultacie byliśmy jako kraj zmuszeni do udziału w wyniszczającym siły wyścigu zbrojeń. Musieliśmy utrzymywać i uzbrajać liczną armię, co pochłaniało znaczną część naszych wypracowanych z trudem zasobów.

Model zarządzania gospodarką, który musieliśmy zastosować nie był efektywny, był rodzajem włączonego hamulca, który – jak się okazało – tworzył warunki powstawania okresowych, bolesnych dla społeczeństwa kryzysów. Wszyscy pamiętamy Poznań, Radom, Gdańsk, Gdynię.

Ale co najważniejsze, „żelazna kurtyna” szczelnie i skutecznie oddzieliła nas od nowoczesnej technologii, od najlepszych ośrodków naukowych i uniwersytetów. Byliśmy skazani na siebie, na nasze własne umiejętności. Musieliśmy sami zaprojektować, wykonać i uruchomić: huty, elektrownie, fabryki parowozów, autobusów i stocznie budujące statki. Otrzymywaliśmy pomoc i sporo maszyn z ZSRR, ale nasi inżynierowie musieli najczęściej poradzić sobie sami. Nie można mieć do nas pretensji, że nie dogoniliśmy światowej czołówki, ale potrafiliśmy projektować i budować elektrownie i statki oceaniczne, kopalnie węgla i rud miedzi, parowozy i cukrownie. To prawda, że nasz Polonez nie dorównał Mercedesowi, że ratowaliśmy się technologią Fiata i licencjami na tranzystory i obwody scalone. Jednakże w tych trudnych warunkach generacja naszych rodziców i my wykazaliśmy, że potrafimy uczyć się, organizować i owocnie pracować. Własnym wysiłkiem i ciężką pracą wpisaliśmy nasze państwo między Odrą i Bugiem na trwale w mapę Europy.

Budujemy elektrownie

W XIX wieku odkryto ogromne możliwości, jakie stwarza energia elektryczna w wytwarzaniu światła, w napędzie mechanicznym, w możliwości prostej transmisji na duże odległości. Pierwszą elektrownię wodną, hydroelektrownię, uruchomiono w Wielkiej Brytanii już w 1878 roku. W 1882 roku także w Londynie uruchomiono elektrownię cieplną „Edison Electric Light Station”. Rozpoczął się wiek elektryczności. W XX wieku już wszyscy zrozumieli, że w państwie rozwiniętym produkcja energii elektrycznej jest koniecznością.

W Tabeli zestawiłem kilka danych z Roczników Statystycznych, aby stworzyć perspektywę historyczną ostatnich 100 lat. Dwudziestolecie II Rzeczpospolitej było czasem bardzo trudnym dla społeczeństwa. Udało nam się scalić kawałki 3 zaborów w jedno państwo, ale globalne swym zasięgiem kryzysy ekonomiczne dotknęły bardzo naszą gospodarkę. Dlatego nie uzyskaliśmy znaczącego przyrostu mocy naszych elektrowni. Wyprodukowaliśmy w 1938 roku prawie 4 TWh, co odpowiadało produkcji elektrowni o mocy prawie 500 MW przez 1 rok. To niewiele.

Nie ma miejsca w tej publikacji na przedstawienie najkrótszej choćby historii rozwoju systemu energetycznego w Polsce. Taki system to nie tylko elektrownie produkujące energię, to także złożona sieć przesyłania energii i doprowadzenia jej do kilkudziesięciu milionów odbiorców. Pierwsze lata PRL to elektryfikacja wsi, doprowadzenie energii do każdego domu. Ale później sieć energetyczna była nieustannie, ogromnym nakładem pracy i środków, rozbudowywana i doskonalona.

Największym i dlatego najważniejszym dla Polski źródłem energii jest węgiel kamienny. Obfite i poznane złoża Górnego Śląska były w powojennych dekadach naturalnym obszarem eksploatacji. Kopalnie i elektrownie Górnego Śląska stały się źródłem energii dla prawie całej Polski. Pierwsze elektrownie uruchamiane w PRL wykorzystywały węgiel kamienny. Wielkim nakładem pracy budowaliśmy i uruchamialiśmy kolejne elektrownie i bloki energetyczne. Produkcja energii elektrycznej osiągnęła w roku 1979 poziom 117 TWH, co oznacza, że w stosunku do roku 1939 moc bloków energetycznych wzrosła trzydziestokrotnie.

Jednak w kolejnych latach zauważyliśmy, że w RFN zbudowano wielkie elektrownie w sąsiedztwie kopalni odkrywkowych węgla brunatnego. Poszliśmy także w tą stronę. Popatrzmy na kolejne etapy.

Elektrownia w Turowie, początek budowy w 1962 roku, obecna moc 1500 MW, czyli 1,5 GW. Mówimy o niej teraz, gdyż Czesi, nasi sąsiedzi mają kłopoty z wodą. Powinniśmy po sąsiedzku i przyjacielsku znaleźć satysfakcjonujące rozwiązanie, bez angażowania sądów.
Zespół Elektrowni „Pątnów-Adamów-Konin”, budowany wieloetapowo, pierwsze bloki oddano w latach 1964-67. Obecnie łączna moc zainstalowanych bloków to 2,5 GW.

Elektrownia w Bełchatowie, początek budowy 1975, 11 bloków energetycznych o mocy 370 – 390 MW każdy, oddanych zostało do użytku w latach 1981–1988. Obecna moc 5,1 GW.

Wymienieni wyżej 3 producenci są dominującymi producentami energii elektrycznej w naszym kraju. Łączna moc tych elektrowni to ponad 9 GW. Gdyby pracowały pełną mocą cały rok, to ich produkcja wyniesie prawie 80 TWh, czyli około 45% rocznej produkcji energii w Polsce, w roku 2017.

Po upadku muru berlińskiego zniknęła „żelazna kurtyna”. Weszliśmy do otwartej, przyjaznej strefy ekonomicznej, gdzie specjalistyczne, o światowym poziomie firmy gotowe są zrealizować prawie każde zamówienie na blok energetyczny lub całą elektrownię. Trzeba tylko mieć pieniądze. W dekadach PRL takie firmy pracowały także, ale po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”. Byliśmy zdani na siebie i sprostaliśmy wymaganiom. Zbudowaliśmy prawie od zera sprawny system produkcji i dystrybucji energii elektrycznej, na średnim, światowym poziomie. Kilku milionom pracowników należy się uznanie i podziękowanie za ich pracę.
W XXI wieku klimatolodzy donieśli nam, że rosnący zbyt szybko poziom CO2 w atmosferze uruchamia procesy zmian klimatu, co zagraża katastrofami o skali globalnej. Patrzymy teraz na elektrownie węglowe innym okiem. Ostatnio rozpatrujemy możliwość budowy kilku elektrowni atomowych przez firmy z USA. Czekają nas kolejne, kosztowne inwestycje. Ale to już jest inna historia.

70. rocznica utworzenia Wydziału Łączności Politechniki Warszawskiej
Podtytuł tego punktu mówi sam za siebie. Rocznica, o której wspomniałem na początku to właśnie siedemdziesięciolecie Wydziału Łączności, na którym w 1955 roku rozpocząłem studia.

Termin radiotechnika pojawił się w latach 30. poprzedniego wieku w związku z rozwojem techniki nadawania i odbioru radiowego. Obejmował także badania nad telewizją, radarem i technikami zapisu i rejestracji dźwięku. Odrębnym obszarem była telefonia. W roku 1939 liczba specjalistów w obszarze radiotechniki była w Polsce niewielka, najwyżej dwucyfrowa, przemysł radiowy nie istniał, o kierunku kształcenia nawet nie wspomnę. Dobrze pracował Wydział Elektryczny, to na nim powstawały pierwsze prace o propagacji fal i działaniu triody. Z różnych powodów – front naszych badań pozostawał daleko w tyle za Wk. Brytanią, Niemcami i USA. W latach II Wojny Światowej tempo badań i rozwoju radiotechniki przybrało niewyobrażalne rozmiary wyścigu technologii po śmierć i życie. W wyścigu tym – o czym wspomniano wcześniej – nie braliśmy udziału.
W roku 1945 nad morzem gruzów Warszawy wystawał budynek, który obecnie nazywamy Gmachem Głównym Politechniki. To tam zaczęli przybywać nieliczni wykładowcy, którzy przeżyli wojnę i powstanie. Przybyli pędzeni potrzebą by uruchamiać za wszelką cenę i jak najszybciej studia inżynierskie. Wszak bez inżynierów można odgruzowywać, ale nie można budować. Jeszcze jedną myśl mieli ci ludzie: w pościgu za światem mogli liczyć tylko na siebie.

Przed wojną silnym wydziałem Politechniki był Wydział Elektryczny. To przy nim wyrastała gałąź radiotechniki. Tak też zaczynano w roku 1945. Startuje rekrutacja na Wydziale Elektrycznym, a przy nim pojawia się specjalność: „prądy słabe”. To radiotechnika. Jednak tych kilku specjalistów, którzy tam skupili się wiedzieli, że to nie jest powtórka roku 1939, to już rok 1946, to już inna era. Trzeba – obok Wydziału Elektrycznego – utworzyć osobny wydział z własnym programem, odrębnymi laboratoriami, odrębnymi programami badawczymi. Tych kilku staje przed zadaniami – zdaje się – nie do wykonania. Po pierwsze nie ma kadry. Wydział Elektryczny pomaga. Zapraszają do pracy matematyków i fizyków, jakże wtedy nielicznych. Najzdolniejsi studenci 3 roku zostają asystentami, potem zostaną profesorami, niektórzy nie zdążą zrobić doktoratu, a zostaną członkami PAN.

Po drugie trzeba samemu pokonać dystans do czołówki, sięgnąć po literaturę naukową, kupić i sprowadzić z zagranicy, a potem napisać własne książki, podręczniki, skrypty. Na szczęście uniwersytety w USA i Wk. Brytanii publikują całe serie książek. Zasłynęła na całym świecie seria wspaniałych monografii wydanych w USA na przełomie lat 40. i 50. przez MIT (Massachusetts Institute of Technology, uniwersytet techniczny w USA, według wielu opinii najlepszy na świecie). W ZSRR pojawiają się całe serie bardzo dobrych tłumaczeń, często bez wiedzy autorów. Sięgamy po książki, gdzie się da i jak się da, a czas to ubogi zarówno w środki, jak i w kontakty.
Trzeci problem, to laboratoria, niezwykle istotny składnik procesu dydaktycznego. Coś przekazało wojsko, pomogły zakupy w ZSRR i w NRD. Są laboratoria, skromne, ale są.

Czas podsumować podjętą przez tych kilku pracę. Jest ich już kilkudziesięciu. Wnioskują o powołanie nowego w Politechnice Wydziału Łączności w roku 1951, w 6. roku po zakończeniu wojny. Jak wygląda ich dzieło? Mogę o tym sam opowiedzieć. Trafiam na ten Wydział w roku 1955. Jest nas 180 studentów, wybranych z 630 kandydatów po bardzo trudnych egzaminach. Studia magisterskie zaplanowano na 11 semestrów, w praktyce trwają 6 lat. Tygodniowa liczba zajęć przekracza 40 godzin. Pierwsze 2 lata, wzorem modelu francuskiego przygotowującego do Grand Ecole, to gruntowne studia wiedzy podstawowej z przewagą matematyki i fizyki. Dobrzy wykładowcy, dużo podręczników i skryptów, dobrze przygotowane laboratoria. Dobry zestaw specjalności dyplomowania, poza radiotechniką i telefonią można było wybrać elektronikę medyczną (aparatura Roentgena), elektroakustykę z akustyką sal koncertowych i automatykę. Studia są bardzo trudne i wymagają od studentów ogromnego wysiłku. Do dyplomu dociera dwóch na trzech. Mimo tego co roku liczba kandydatów kilkakrotnie przekracza liczbę miejsc.

Wydział Łączności po kilkunastu latach zmienił nazwę na Wydział Elektroniki. W 1965 roku otrzymał nowy gmach, w którym pracuje do dzisiaj. Liczba studentów powoli rosła i obecnie sięga 3,5 tysiąca. Jest to największy Wydział Politechniki Warszawskiej i jeden z największych w uczelniach technicznych. Obecnie kształci na 5 kierunkach, prowadzi studia doktoranckie, w języku angielskim i przez Internet. Zatrudnia kilkudziesięciu profesorów i doktorów habilitowanych, wkrótce będzie to liczba trzycyfrowa.

Wracając do czasów początku, lat 50-tych i 60-tych. Absolwenci Wydziału Łączności stworzyli w Warszawie całą serię instytutów naukowych i centrów badawczych, wśród nich wymienię PIE – Przemysłowy Instytut Elektroniki, PIT – Przemysłowy Instytut Telekomunikacji, ITE – Instytut Technologii Elektronowej, IŁ – Instytut Łączności, ITME – Instytut Technologii Materiałów Elektronowych, i kilka innych. Powstał od zera warszawski przemysł elektroniczny, który produkował lampy elektronowe, tranzystory i układy scalone, odbiorniki i nadajniki radiowe, radary i magnetrony, kineskopy i telewizory, systemy automatyki i aparaturę pomiarową. Absolwenci tego Wydziału dawali sobie doskonale radę tam, gdzie rzucił ich los. Większość pracowała i pracuje dla kraju. Wielu los rozrzucił po całym świecie. Na uniwersytetach od Alaski po Patagonię i Nową Zelandię można spotkać profesorów – absolwentów tego Wydziału, bo jego dyplom otwiera każde drzwi.

Chcę oddać ukłon tym kilku, którzy 70 lat temu, w powojennej pełnej gruzów Warszawie, w kraju pełnym ran i blizn, postanowili gonić świat, który nam uciekł. Uznali, że kraj skorzysta, gdy wykształci się specjalistów w obszarze niezwykle ważnej techniki. Nie wiem, czy rozważali możliwość czekania na III Wojnę Światową, pewnie nie. Postanowili gonić w sposób, który uznali za najskuteczniejszy i który był najskuteczniejszy. Takie dziania są zgodne z czymś, co nazywamy realpolityk. Nie przypominam ich nazwisk, aby kogoś nie pominąć, podam tylko jedno: profesor Janusz Groszkowski, nasz praojciec.

A jak wyglądały stosunki z władzą tamtych lat? Czy działali na zlecenie władz? Z pewnością nie pracowali „przeciw władzy”, to oni przekonali władzę i ustalili programy rozwoju uczelni, instytutów badawczych, zakładów produkcyjnych.

Zamiast konkluzji

Przypominam czasy i działania naszych ojców i nasze, aby przypomnieć ogrom pracy włożonej przez te dwie generacje w odbudowę i urządzanie kraju. Jeden z wielu domagam się sprawiedliwego osądu włożonego wysiłku i wykonanej pracy przez miliony ludzi, którzy w miastach naszego kraju zbudowali mieszkania – prawda, że skromne – dla 16 milionów ludzi, dla połowy mieszkańców. Kraj, który wtedy był PRL-em, teraz jest Rzeczpospolitą Polską. Rzeczpospolita nie powstała na gruzach PRL, ale jest jego kontynuacją w przestrzeni między Odrą i Bugiem. Owszem, na miejscu Stadionu Dziesięciolecia zbudowaliśmy Stadion Narodowy, ale w tej samej Warszawie. Ostatnie dekady to czas, gdy nagradzamy za strajki, nielegalne stowarzyszenia, starcia z policją, a nie za wybudowane mosty, elektrownie i szkoły. Podyktowany przez prawicę i IPN dominujący obecnie model myślenia ogłupia nas, niestety. Już teraz nie pozwala nam postawić właściwej diagnozy, dlaczego dystans między nami a czołówką krajów rozwiniętych nie maleje, jakie działania trzeba podjąć, aby go zmniejszyć. Jesteśmy blisko konkluzji, że to ONI powinni nas gonić, że na nas, przedmurzu, spoczywa obowiązek ochrony cywilizacji.

Dalej potrzebne nam są oceny oparte o realpolitik, aby właściwie diagnozować stan, w jakim jesteśmy i kierunki rozwoju, jakie powinniśmy wybrać na przyszłość. Wrócimy do tego tematu.

Klimat, energetyka i węgiel

Dzisiaj dyskutujemy o górnikach mając na względzie strajk i podpisane porozumienie. Zapominamy, że przyczyną oczekiwanych zmian w górnictwie i energetyce są postępujące zmiany klimatyczne. Klimatolodzy oceniają, że jeżeli nie powstrzymamy emisji gazów cieplarnianych, w krótkim czasie doprowadzi to do nieodwracalnych zmian klimatycznych, które będą katastrofalne dla Świata.

Z tego punktu widzenia skutki finansowe czy gospodarcze czyli kryzys w niektórych branżach, regionach czy państwach, jak by to źle nie brzmiało ma trzeciorzędne znaczenie. Dlatego Polska powinna wspierać wszystkie działania służące ochronie klimatu, a nie być hamulcowym. Świat, Europa i Polska powinni podjąć szereg działań administracyjnych i rynkowych w celu ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Do działań administracyjnych zaliczam: sterowanie ceną za emisję co2, dotacje wspierające powstawanie źródeł energii bez emisyjnych, finansowanie badań zwiększających efektywność produkcji energii i jej magazynowania. Ich efektem powinno być obniżenie kosztów produkcji prądu ze źródeł odnawialnych poniżej kosztów produkcji energii z paliw kopalnych. Dalej sprawę załatwią procesy rynkowe.

Kluczem są przekształcenia w energetyce zarówno tej zawodowej jak i rozproszonej. Kolejność wykorzystywania źródeł energii przez system elektroenergetyczny powinien być następujący: fotowoltaika, elektrownie wiatrowe, energetyka wodna, geotermia, pompy ciepła, magazyny energii, energia jądrowa, spalanie biomasy, spalanie odpadów, spalanie gazu i spalanie węgla.

Najbardziej perspektywiczna wydaje się fotowoltaika z dwóch powodów po pierwsze dzisiejsze panele mają sprawność około 20% czyli istnieje jeszcze duża rezerwa w zakresie podniesienia sprawności, po drugie w związku nowymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi maleje koszt produkcji paneli. Aby zwiększyć produkcję energii elektrycznej w systemie prosumęckim należy utrzymać dotacje, umożliwić korzystanie z tego systemu spółdzielniom mieszkaniowym i wspólnotom mieszkaniowym, wprowadzić przepis, że w nowo budowanych budynkach dach ma być albo z roślinnością albo z fotowoltaiką i zmienić przepisy prosumenckie tak aby, po rocznym rozliczeniu energii elektrycznej nadwyżkę można było do sieci sprzedać, a nie oddać za darmo. Spowoduje to wzrost mocy średniej instalacji prosumęckiej.

Największe pola do rozwoju energetyki wiatrowej widzę w turbinach wiatrowych umieszczonych w morzu oraz na terenach przemysłowych i po przemysłowych.

Ze względu na wymogi ochrony środowiska uważam, że są ograniczone możliwości budowania nowych dużych zbiorników wodnych. Tam gdzie to jest możliwe trzeba rozważyć budowę drugiego zbiornika za tym podstawowym, co stworzy Zespół elektrowni wodnej i szczytowo pompowej tak jak planowano zespół Włocławek Nieszawa. Można też modernizować istniejące hydroelektrownie co się dzieje.

Polska należy do krajów zasobnych w wody geotermalne. Wielkość zasobów według jednostek umownych starcza na pokrycie wszystkich potrzeb energetycznych Polski ze sporym naddatkiem. Technologia dla celów grzewczych istnieje i jest wykorzystywana. Dla wód gorących to są wymienniki ciepła dla wód ciepłych mogą być stosowane pompy ciepła. Nie ma jeszcze sprawdzonej technologii do przetworzenia wód geotermalnych o niskiej temperaturze w prąd elektryczny, chociaż pewne możliwości stwarza technologia ORC. Dlatego moim zdaniem trzeba przeznaczyć środki publiczne na badania w tym zakresie.

Pompy ciepła dają możliwość taniego ogrzewania budynków indywidualnych jak i budynków wielo mieszkaniowych. W skojarzeniu z fotowoltaiką daje to możliwość bez emisji co2 ogrzewania mieszkań. Są prowadzone próby, aby ciepło systemowe otrzymywać z dużych pomp ciepła. Zastosowanie pomp ciepła nie tylko ogranicza emisję co2, ale także wyklucza niską emisję pyłów i dymów. Szerokie zastosowanie pomp ciepła ogranicza wysoki koszt inwestycji. Ponieważ jest to bardzo dobre rozwiązanie państwo powinno je bardzo silnie wspierać modyfikując obecny system wspierania, w taki sposób aby składał się z trzech elementów: doractwa, dotacji i kredytu. Jeżeli klient bierze kredyt to koszty obsługi kredytu i pompy ciepła powinne być niższe od wcześniej ponoszonych kosztów na ogrzewanie. Relacja dotacji do kredytu musi zależeć od dochodów na członka rodziny. Trzeba też zlikwidować dotacje na inne typy ogrzewania. Gdyby taki system pomocy udało się wprowadzić wszystkie w tym bardzo biedne rodziny mogłyby przejść na nowoczesny system ogrzewania swoich budynków bez zwiększenia bieżących wydatków. Byłoby to z korzyścią dla jakości powietrza w Polsce i dla klimatu na Świecie.

Ponieważ OZE jest bardzo niestabilnym źródłem prądu zależącym od pogody oraz w polskim systemie elektro energetycznym występują w ciągu doby dwa szczyty zapotrzebowania na energię elektryczną o godzinach 11 i 18, potrzebne są bloki, elektrownie szczytowe i magazyny energii. Dzisiaj tą rolę spełniają elektrownie węglowe, gazowe i szczytowo pompowe. Zaczynają wchodzić magazyny akumulatorowe. Dzisiaj znane i sprawdzone są następujące systemy magazynowania energii: akumulatorowe, elektrownie szczytowo pompowe, elektroliza wodoru i skraplanie powietrza. Możliwe i zasadne jest tworzenie magazynów u odbiorców indywidualnych jak i u producentów i dystrybutorów energii. Magazynowanie o odbiorców indywidualnych przede wszystkim prosumentów złagodzi szczyty energetyczne i przyniesie korzyści finansowe i eksploatacyjne dla właścicieli. Ponieważ należy się spodziewać zwiększenia źródeł OZE w miksie energetycznym to powinna także rosnąć pojemność i moc zawodowych magazynów energii. Wydaje się, że bardzo dobrym miejscem do budowy dużych magazynów są istniejące elektrownie węglowe często pracujące pełną mocą tylko w czasie szczytów. Likwidacja najmniej efektywnych bloków i wstawienie w to miejsce magazynów energii spowoduje, że pozostałe będą pracowały z większą efektywnością, a elektrownia nie straci dochodów z rynku mocy. Koszt wybudowania takiego magazynu będzie niższy niż normalnie ponieważ część potrzebnej infrastruktury jest w każdej elektrowni. Takie budowanie magazynów umożliwi płynne przechodzenie z bloków węglowych na OZE. Z tych powodów należy wspierać finansowo budowę magazynów energii, a także objąć rynkiem mocy farmy wiatrowe i fotowoltaiczne. Będzie to je skłaniało ich właścicieli do budowy magazynów energii.

Energia jądrowa nie emituje gazów cieplarnianych, ale awaria może spowodować skażenie promieniotwórcze. Są w Polsce wyznaczone dwa miejsca gdzie mogą powstać duże elektrownie jądrowe. Jednocześnie pojawiły się nowe możliwości w energetyce jądrowej. Są to małe bloki o mocy od 15 do 200 MW. Wymagają one znacznie mniejszych stref ochronnych, buduje się je szybciej i taniej. Możliwe, że w miejsce istniejących bloków węglowych w istniejących elektrowniach i elektrociepłowniach można by postawić nowe małe bloki jądrowe adekwatne do konkretnych warunków. Trzeba sprawdzić czy opisany wyżej rozwój technologii produkcji i magazynowania prądu plus spalanie biomasy i odpadów pozwoli na wyeliminowanie wszystkich bloków węglowych bez konieczności budowy wielkich elektrowni jądrowych.
Ponieważ proces tworzenia biomasy wymaga pobierania dwutlenku węgla z powietrza, dlatego przyjmuje się że spalanie biomasy nie emituje gazów cieplarnianych. Ze względu na wysoki koszt transportu kotły biomasowe powinny być blisko miejsc występowania w dużych ilościach biomasy.
Spalanie odpadów jest także działaniem korzystnym dla klimatu ponieważ składowanie odpadów lub ich kompostowanie powoduje powstawanie metanu, który jest gazem kilkunastokrotnie bardziej cieplarnianym niż dwutlenek węgla. W Polsce istnieje opatentowana technologia która znakomicie się nadaje do spalania odpadów. Można zbudować nowy obiekt lub wykorzystać istniejącą infrastrukturę w elektrowniach, ektrociepłowniach i kotłowniach. Tą technologią jest wielopaliwowy kocioł pyrolityczno fluidalny zdolny spalać następujące paliwa: węgiel kamienny i brunatny, biomasę, odpady komunalne, osady pościekowe, odpady poubojowe, odpady roślinne, odpady przemysłowe. Przejście z jednego paliwa na inne odbywa się w sposób płynny bez wyłączenia pracującej instalacji. W przypadku gdy paliwem będą odpady komunalne proces technologiczny zaczynałby się od przyjęcia i segregacji odpadów na terenie istniejących lub nowo wybudowanych sortowni. Spalaniu odpadów podlegałyby tylko pozostałości po recyklingu materiałowym i oddzieleniu części niepalnych. Możliwości przerobowe tych spalarni powinny być dostosowane do ilości odpadów wytwarzanych w Polsce i powinny być one rozmieszczone tak, aby skrócić drogi transportowe odpadów. Ponieważ spalarnie w takiej technologii jest bardziej rentowne w porównaniu do składowania odpadów i tradycyjnych spalarni rusztowych więc mają zdolność kredytową. Państwo mogłoby wspierać kredytami dotowanymi budowę sieci takich spalarni w istniejących obiektach energetycznych.
Elektrownie gazowe emitują CO2 ale w znacznie mniejszej ilości niż elektrownie węglowe i z tego powodu są i będą przez jakiś czas rentowne. Do czasu istnienia elektrowni węglowych elektrownie gazowe powinny pracować pełną mocą przez maksymalną ilość godzin w roku. Z chwilą zaprzestania przez energetykę korzystania z węgla elektrownie gazowe powinny się stać elektrowniami szczytowymi. Jednocześnie powinien trwać proces przystosowania ich do spalania wodoru.

Spalanie węgla w energetyce powoduje obecnie emisje olbrzymiej ilości szkodliwego dla klimatu dwutlenku węgla, dlatego głównym celem jest likwidacja lub przekształcenie elektrowni węglowych. Do czasu zmian technologicznych elektrownie powinny kierować się rachunkiem ekonomicznym i efektywnością klimatyczną to znaczy, że powinny spalać tani dobry jakościowo węgiel. Niestety takiego węgla w Polsce jest bardzo mało. Tak więc do czasu wygaszenia bloków węglowych powinny one pracować głównie na węglu importowanym. Uważam, że odchodzenie od węgla powinno przebiegać raczej przez przekształcenie elektrowni niż ich likwidację. Myślę, że taka przykładowa przekształcana elektrociepłownia w dużym mieście docelowo naprzykład mogłaby się składać z dwóch bloków spalania odpadów, akumulatorowych magazynów energii, trzech 15 MW bloków jądrowych, bloku gazowego i farmy fotowoltaicznej zajmującej dachy i tereny wokół budynków. Ze starej elektrowni można by wykorzystać: systemy wyprowadzania energii, urządzenia oczyszczające i odprowadzające spaliny, kotły odzysknicowe, systemy przygotowania wody, budynki i inne urządzenia. Duże elektrownie i kopalnie węgla brunatnego (Bełchatów, Turoszów) i duże elektrownie węgla kamiennego usytuowane w terenach zielonych (np.: Połaniec, Dolna Odra) można przykładowo przekształcić technologicznie wykorzystując kotły gazowe, małe bloki jądrowe, magazyny energii, a tereny wokół elektrowni i kopalni wykorzystać na farmy wiatrowe i fotowoltaiczne.

Tak przeprowadzane zmiany w energetyce nie będą wymagały zwolnień grupowych. Ponieważ wszystkie proponowane rozwiązania są rentowne i zgodne z polityką Unii Europejskiej nie powinno być problemów z uzyskaniem pieniędzy zarówno od inwestorów prywatnych, banków jak i dotacji unijnych. Skoro pieniądze nie są ograniczeniem to szybkość przekształcenia energetycznego zależy od zmian w prawie i mocy produkcyjnych wykonawców inwestycji.

Efektem wyżej opisanych zmian w energetyce, a biorąc jeszcze pod uwagę że większość elektrowni węglowych powinna przejść na tańszy i lepszy węgiel importowany będzie wygaszanie pracy większości kopalni. Nastąpi to znacznie szybciej niż zawarto w porozumieniu z górnikami. Dłużej będą pracować kopalnie wydobywające węgiel koksujący służący do produkcji stali. Pozostaje do rozwiązania problem ze zwalnianymi pracownikami kopalń. Trzeba zastosować rozwiązanie wielo warstwowe. Po pierwsze trzeba wykorzystać infrastrukturę i majątek wygaszanych kopalni. Na ich terenach można zorganizować przedsiębiorstwa z zakresu energetyki takie jak opisane wyżej magazyny energii, spalarnie odpadów, elektrolizery wodoru, można też sprawdzić czy można umieścić małe elektrownie jądrowe w podziemiach kopalń co byłoby bezpiecznym rozwiązaniem w przypadku awarii reaktora. Można też wzorem Niemiec przeznaczyć niektóre kopalnie na elektrownie szczytowo pompowe wykorzystując dużą różnice poziomów i instalacje do odwodnienia chodników kopalnianych. Należałoby też stworzyć fundusz wysokiego ryzyka, który dysponowałby majątkiem po kopalniach i kapitałami, który oferowałby wyjątkowo dobre warunki znacznie lepsze niż występują na rynku dla osób z dobrymi pomysłami i dla startup-ów z Polski i zagranicy. Warunkiem byłoby uruchomienie działalności na terenie byłej kopalni lub w jej pobliżu i zatrudnienie byłych pracowników górnictwa jeżeli posiadają odpowiednie kwalifikacje. Dla pozostałych pracowników: wcześniejsze emerytury którzy mają mniej niż 5 lat do emerytury górniczej, bezpłatne kursy dla nauki nowego zawodu wraz ze stypendium zapewniającym godne życie na czas nauki i bezterminowe zasiłki dla bezrobotnych. Ponadto aby zapewnić dobre warunki do inwestowania Państwo musi przyśpieszyć na terenie Śląska remonty i budowę nowych połączeń drogowych i kolejowych, budowę szybkiego Internetu, sieci telefonicznej 5G i innych niezbędnych urządzeń infrastrukturalnych.

Jeżeli uda się wprowadzić wcześniej opisane rozwiązania to Polska może znacznie przyśpieszyć transformację energetyczną. Poprawi się jakość powietrza w Polsce, będziemy mogli otrzymać maksymalną kwotę z funduszu sprawiedliwej transformacji, realny stanie się do osiągnięcia cel neutralności klimatycznej do 2050 roku, poprawi się jakość prądu w sieci`, spadnie cena prądu co poprawi konkurencyjność naszej gospodarki. Jest więc o co powalczyć.

Droższy prąd

Jeszcze w styczniu wicepremier Jacek Sasin jasno deklarował, że Polacy na pewno nie zapłacą w tym roku więcej za prąd. Jednak teraz, już po wyborach (i na długo przed kolejnymi) opuściła ministra aktywów państwowych pewność siebie w tej sprawie.

Opłaty za energię elektryczną w Polsce od kilku lat stale rosną, co ma związek ze wzrostem cen emisji CO2 i węgla, na którym wciąż opiera się polska energetyka. Pod koniec 2018 roku rząd przestraszył się potencjalnego niezadowolenia społecznego i dlatego zdecydował się te ceny dotować. W 2019 roku zostały one zamrożone, a na 2020 r. obiecano wprowadzenie systemu rekompensat. Były to jednak lata kampanii wyborczych. Dzisiaj, kiedy rząd na jakiś czas odsunął od siebie ryzyko wyrażenia przez społeczeństwo niezadowolenia na karcie wyborczej, minister Sasin już tak ochoczo o rekompensatach na nie zapewnia. 3 września w RMF FM próbował uchylić się od odpowiedzi na ten temat: „Rekompensaty będą wtedy, kiedy zdecyduje o tym rząd”. Dopytywany o szczegóły bronił się, że to nie jego ministerstwo zajmuje się obecnie projektem: „Zgodnie ze swoją zapowiedzią mój resort przygotował stosowny projekt ustawy wprowadzający właśnie rekompensaty dla tych, którzy płacą więcej za prąd. Ten projekt został przejęty przez Ministerstwo Klimatu w związku z tym, że cały dział energia został przeniesiony do Ministerstwa Klimatu i dzisiaj Ministerstwo Klimatu jest dysponentem tego projektu.” Zdążyliśmy się do tego cyklu już przyzwyczaić – sprawczość i możliwości ministra Sasina rosną wprost proporcjonalnie do zbliżania się terminu wyborów. Teraz, kiedy wybory dopiero za trzy lata, wicepremier znowu nic nie może zrobić. Sprawa rekompensat pozostaje więc otwarta, a rząd, uwolniony od szybkiego wyborczego ,,sprawdzam” zrobi wszystko, by wypłacić je jak najmniejsze, albo nie wypłacić ich w ogóle.

Według nowych taryf na 2020 rok, ceny prądu dla gospodarstwa domowego wzrosły średnio o 7-9 złotych miesięcznie. To przeciętnie ok. 96 złotych rocznie na rachunku. Zrekompensowanie obywatelom tych kosztów w 2020 roku według wstępnych założeń miałoby kosztować rząd 2,4 mld zł.

Wszyscy byli odwróceni

„Nie podjął żadnych działań zapobiegawczych…” – poważne zarzuty Najwyższej Izby Kontroli wobec Ministra Energii Krzysztofa Tchórzewskiego.

 

Od 2007 r. mieszkańcy naszego kraju mogą zmieniać sprzedawcę energii. Do końca 2017 r. zrobiło to ok. 3,5 proc. odbiorców – głównie instytucjonalnych. W 15 krajach Unii Europejskiej takiej zmiany dokonała liczniejsza niż u nas grupa konsumentów. Najwięcej w Portugalii, ponad 20 proc., oraz w Norwegii, ponad 18 proc.
Dobrze, że takie rozwiązanie istnieje, choć trudno mówić o sukcesie, bo warunki oferowane przez sprzedawców prądu w naszym kraju różnią się tylko nieznacznie. Ci mieszkańcy Polski, którzy dokonali zmiany, z reguły niewiele więc zyskali – jeżeli w ogóle.

 

Administracja umywa ręce

Niestety, wraz z umożliwieniem konsumentom zmiany sprzedawcy energii elektrycznej pojawiły się poważne zagrożenia – nieuczciwi sprzedawcy oraz stosowanie agresywnych, oszukańczych metod marketingowych.
„Zabrakło skoordynowanych działań ze strony administracji rządowej, UOKiK i URE, dlatego oszustwa stały się powszechne” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli. Tak więc, niewydolny system ochrony konsumenta, bierność administracji rządowej oraz brak współpracy pomiędzy organami państwa przyczyniły się do nasilenia nieuczciwych praktyk
Najczęściej stosowanymi nieuczciwymi praktykami handlowymi było podszywanie się przez handlowców pod przedstawicieli dotychczasowego dostawcy energii, a także nakłanianie odbiorców do zawierania niekorzystnych umów poprzez nie informowanie o zapisach szkodliwych dla konsumentów.
Umowy te nakładały na przykład kary umowne o zbyt dużej, nieuzasadnionej wysokości, albo obciążenia za dodatkowe usługi, z których, w świetle tych umów, niemal przymusowo należało korzystać.
Jednocześnie, wbrew prawu, stosowano praktyki utrudniające lub uniemożliwiające klientom skuteczne odstąpienie od umowy zawartej poza siedzibą przedsiębiorstwa. Występowały przypadki fałszowania podpisów odbiorców, czy stosowania bezpodstawnych gróźb odłączenia zasilania. Na te nieuczciwe praktyki handlowe wskazują niemal wszyscy (aż 98 proc.) rzecznicy konsumentów w Polsce. Swoje opinie formułują oni na podstawie napływających do nich skarg mieszkańców.
„Mimo ogromnej skali nieuczciwych praktyk handlowych Minister Energii nie podjął żadnych działań zapobiegawczych” – podkreśla NIK. Tym Ministrem Energii od samego początku istnienia tego resortu (od 1 grudnia 2015 r.) jest Krzysztof Tchórzewski.
Jak zarzuca Izba, nie reagował on na docierające do niego sygnały oraz na powszechnie znane fakty o agresywnych i nieuczciwych działaniach sprzedawców. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki kilkukrotnie zwracał się do niego z propozycjami zmiany prawa, w tym wprowadzenia zakazu sprzedaży energii w formie bezpośredniej akwizycji. Minister Tchórzewski pozostał jednak bierny.
Ale i prezes URE (jest nim Maciej Bando), mimo iż zidentyfikował wysokie ryzyko nieuczciwych praktyk handlowych, nie podejmował zdecydowanych działań jako organ koncesyjny i regulator rynku energii. W latach 2014-2017 żadnemu sprzedawcy energii elektrycznej nie została cofnięta koncesja z powodu naruszania praw konsumentów. W tym samym okresie na nieuczciwych sprzedawców nie nałożono żadnej kary pieniężnej.

 

To nie nasza sprawa

Jednym słowem, współpraca UOKiK i URE w eliminowaniu nieuczciwych sprzedawców była nieskuteczna. Brakowało możliwości automatycznego wszczęcia postępowania o cofnięcie koncesji przez prezesa URE, gdy prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów ukarał sprzedawcę, który nagminnie dopuszczał się oszukańczych praktyk.
Nie istniał również mechanizm eliminacji takich przedsiębiorców z ubiegania się o kolejne koncesje na obrót energią.
Sam prezes UOKiK w latach 2014-2017 tylko jeden raz skorzystał z uprawnienia do nałożenia kary pieniężnej za nieuczciwe praktyki handlowe – była to spółka Polski Prąd i Gaz. Jednak zaskarżenie wydanej decyzji do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów spowodowało, że firma mogła nadal prowadzić nieuczciwą działalność.
Ponadto, w żadnym prowadzonym postępowaniu w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów energii elektrycznej, prezes UOKiK nie skorzystał z uprawnienia do poinformowania opinii publicznej, że przedsiębiorca dopuszczał się takich działań.
„Prezes UOKiK zbyt późno skorzystał z możliwości publikacji komunikatów w telewizji i radiu ostrzegających przed nieuczciwymi sprzedawcami prądu. Zrobił to dopiero w trakcie kontroli” – zauważa NIK.

 

Wykluczeni energetycznie

Na tych wszystkich nieprawidłowościach tracą odbiorcy, narażeni na zawyżone opłaty. Według badań Instytutu Badań Strukturalnych z 2016 r. ponad 12 proc. osób w Polsce dotkniętych było ubóstwem energetycznym, czyli nie mogło sobie pozwolić na zapłacenie za energię (elektryczną i cieplną).
Oznacza to, że blisko 5 mln osób w ok. 1,3 mln gospodarstw domowych nie było w stanie utrzymać odpowiedniej temperatury w mieszkaniu.
Ponadto, duża część tych osób nie mogła liczyć na dodatek energetyczny, bo jego przyznanie było powiązane z jednoczesnym otrzymywaniem dodatku mieszkaniowego, przysługującego osobom mieszkającym w małych mieszkaniach.
Chociaż zdecydowana większość (dwie trzecie) ludzi dotkniętych ubóstwem energetycznym mieszka na wsi, to najwyższe wykorzystanie dodatku energetycznego było w gminach miejskich. Osoby mieszkające na wsi nie otrzymywały dodatku energetycznego, bo nie miały przyznanego dodatku mieszkaniowego ze względu na większy metraż domów.
Z roku na rok rośnie odsetek gmin, które w ogóle nie wypłacają dodatku na opłaty za prąd. W 2014 r. stanowiły one blisko 28 proc. gmin w Polsce, a w 2017 r. (dane za I-III kwartał) już ponad 33 proc. Inna sprawa, że ten dodatek jest marny – zaledwie kilkanaście złotych miesięcznie na gospodarstwo domowe – a proces jego przyznawania skomplikowany. Nie obchodziło to Ministra Energii, który, jak zarzuca NIK, nie analizował skuteczności i wydajności systemu pomocy osobom „ubogim energetycznie” , ani nie dysponował żadnymi danymi o wysokości i strukturze przyznanej pomocy.
Minister Energii nie był też w stanie zadbać o to, by prąd do mieszkańców płynął bez zakłóceń. „Nie udało się zapewnić odbiorcom końcowym gwarancji nieprzerwanych dostaw energii” – podkreśla NIK.

 

Za mało inteligencji

Jednym z czynników wpływających na wysoką awaryjność sieci i dużą wrażliwość na zjawiska atmosferyczne, jest ich podeszły wiek. 43 proc. linii elektroenergetycznych wysokiego napięcia liczy 40 lat i więcej. Pozostałe są niewiele młodsze. W miarę nowych – do 9 lat – jest tylko 10 proc.
W rezultacie, rozmaite zjawiska atmosferyczne powodują coraz częstsze oraz dłuższe przerwy w dostarczaniu prądu. Szczególnie widoczne było to w 2017 r., kiedy wskaźnik obrazujący średnią długość przerwy w dostarczaniu prądu wzrósł od 39 proc. do aż 161 proc.
Potrzeby inwestycyjne są ogromne, a polski odbiorca prądu czeka na wznowienie dostaw prądu zdecydowanie dłużej niż konsumenci z innych krajów UE.
Dużą bolączką polskiego systemu energetycznego jest brak tzw. inteligentnych liczników, które na bieżąco komunikują się z systemem centralnym. Pozwoliłoby to szybko usuwać awarie, bo wtedy sieć sama zawiadamia o nieprawidłowościach. Ponadto, rachunki byłyby wtedy wystawiane nie na podstawie prognoz (co jest w Polsce nonsensem nierozwiązywalnym od lat), a według faktycznego zużycia energii.
Niestety inwestycje w takie liczniki są w powijakach. Pięciu największych dystrybutorów prądu w Polsce do końca 2018 r. zaplanowało zainstalowanie „inteligentnych liczników” u zaledwie 8,4 proc. gospodarstw domowych.
Wymiana liczników jest wymogiem unijnym. Polska jest jednak spóźniona we wdrażaniu unijnych przepisów dotyczących „inteligentnych sieci”. Pomimo upływu ponad ośmiu lat od wejścia w życie dyrektywy UE, do końca 2017 r. rząd nie stworzył ani strategii wdrożenia inteligentnych sieci elektroenergetycznych, ani niezbędnych regulacji prawnych.
„Nie określono zadań i podziału odpowiedzialności poszczególnych uczestników rynku energii oraz harmonogramu wdrożenia sieci. Minister Energii nie określił jednolitych wiążących dla firm energetycznych wymagań technicznych „inteligentnych liczników” oraz dobrych praktyk, które zapewniałyby taki sam standard działania sieci na terenie kraju” – zarzuca NIK.
Żeby tego było za mało, klienci borykają się z nieczytelnymi rachunkami za energię i zbyt długim rozpatrywaniem reklamacji. Spółki energetyczne nie dotrzymują 14 dniowego terminu ich załatwiania.
Tymczasem Ministerstwo Energii, pomimo wiedzy o problemach klientów z odczytywaniem rachunków, nie podjęło żadnych działań, aby były one bardziej przejrzyste i klarowne. Według badań przeprowadzonych przez Komisję Europejską, Polska plasuje się na 25 miejscu pośród krajów pod względem czytelności rachunków. Firmom energetycznym to oczywiście nie przeszkadza, a nawet wydaje się, że zależy im na tym, aby rachunki te były jak najmniej zrozumiałe.
I nie widać też, aby ktokolwiek we władzach państwowych był zainteresowany zrobieniem porządku w polskim bałaganie energetycznym.