Weekendowa służba Kościołowi i partii

Błaszczak nie miał pomysłu na WOT. No to mu go podsunął Episkopat.

Macierewicz wymyślając Wojska Obrony Terytorialnej, kroił je pod siebie. Chciał mieć swoją własną armię, która jakby co, to może nawet dokonać zamachu stanu. Macierewicza kazali się Kaczyńskiemu pozbyć Amerykanie, a WOT nie osiągnął nawet ćwierci tej mocy, jakiej potrzebowałby do obrony swej osoby minister od Tupolewa.

Błaszczak przejął zatem armię z dobrodziejstwem inwentarza, czyli kilkutysięcznym strupem wojska weekendowego. Nie mógł go rozwiązać, bo oznaczałoby to maksymalny obciach dla pisowskiej władzy. Pozostało mu brnąć w macierewiczowską ślepą uliczkę. Z drobnymi, jednak, korektami.

WOT nie miały mieć wyspecjalizowanych w pełni zawodowych jednostek helikopterowo-komandosowskich, ani nawet paru plutonów czołgów. Weekendowe wojsko wbrew zapowiedziom, nie miało mieć własnego wywiadu, ani prowadzić choćby działań kontrwywiadowczych. Ma być tym, czym za komuny były jednostki Obrony Cywilnej. Jedyne co obie służby dziś odróżnia, to fakt, że nominalnie żołnierze WOT, to tacy sami żołnierze jak reszta polskiego wojska. Tyle, że o wiele częściej niż reszta występują na mszach i straszą pełnym uzbrojeniem cywilów w Mc’Donaldsach, albo na szlakach turystycznych.

Na koniec tamtego roku liczebność WOT przekroczyła 25 tysięcy. Parę razy za dużo w stosunku do występujących w Polsce susz, powodzi i pożarów. Czyli czegoś, gdzie jednostki te mogłyby zrobić coś pożytecznego. I gdy w styczniu tego roku szefostwo MON drapało się po głowach co zrobić z zaplanowanym na ten rok fantem powiększenia stanu weekendowego wojska do 29 tysięcy, w sukurs przyszedł im koronawirus.

Okazało się, że policji jest za mało nawet do pilnowania dziesiątków tysięcy ludzi zamkniętych na kwarantannach. No to na ulice wyprowadzono wraz z nimi weekendowych. Okazało się jednak, że coś z nimi jest nie halo, bo – choćby w Szydłowcu – władze samorządowe kazały im spadać z gminy, bo zamiast nieść pomoc WOT zajmował się emitowaniem wirusa SARS COV-2. Wykombinowano zatem, że samochody WOT staną się wymazobusami. Jednak po tym, jak większość pobranych przez weekendowych próbek zamiast do badań, nadawała się do utylizacji, odpuszczono sobie i to.
Szykowały się matury. Umyślono zatem, że weekendowi będą pomagać w szkołach, aby do egzaminu nie podszedł żaden zakażony. W kilku szkołach ustawiono zatem coś, co okrzyknięto najnowocześniejszą bronią z COVID 19, znaczy bramki z termowizją. I jak się w takiej pojawiał ktoś z podniesiona ciepłotą ciała, to żołnierz go skutecznie od matury eliminował.
Ci, co się znali na zarazie i wiedzieli, że maturzyści koronawirusa przechodzą bezobjawowo popukali się w czoło. Ale ponieważ władza w Polsce – tak jak w innych krajach – musiała wykazywać, że z COVID walczy, to mierzenie temperatury niewnoszące niczego do tej walki, było idealną formą udawania, że państwo coś robi.

Władze niektórych gmin same wpadły na pomysł, jakby tu WOT wykorzystać. Do pandemii było bowiem tak, że do ośrodków pomocy społecznej, po pomoc rzeczową upoważnieni potrzebujący przychodzili sami. Przez wirusa nie przychodzili i oni i osoby, które paczki wydawały. Samorządom potrzebni byli ludzie i samochody. To wszystko miały WOT.
Dowództwo nie zawahało się tego użyć i rozwozić paczek po ludziach z listy MOPS. O tej praktyce dowiedział się Caritas. Błyskawicznie wystąpił więc do dowództwa weekendowych aby wojsko zaczęło robić to co do tej pory Caritas robiło swoimi samochodami i wolontariuszami oraz pracownikami. WOT się zgodził, bo czemu niby miałby się nie zgodzić. Całą logistyką prywatnej bo podlegającej Kościołowi Caritas zajęła się więc struktura będąca częścią świeckiego – w świetle prawa – państwa.

W czym nie byłoby niczego dziwnego, bo przecież pomaganie pomagającym jest dobre. Problem w tym, że nie u nas. Do roku 2015 organizacja pożytku publicznego o nazwie WOŚP mogła liczyć na wojsko, straż pożarną i policję. Inne organizacje tak samo zresztą. To jednak zmieniło się 20 grudnia 2015 , gdy ówczesny poseł PiS Stanisław Pięta zrobił wszystkim wykładnię państwowej pomocy dla organizacji pożytku publicznego. Napisał mianowicie na Twitterze, że „Jeżeli funkcjonariusz publiczny zaangażuje się w hecę WOŚP, niech nazajutrz składa raport o zwolnienie ze służby”. Pięty po aferze miłosnej już w polityce nie ma. Zaś jego prawo działa w najlepsze.

Jedyną modyfikacją jest tylko to, że do orkiestry Owsiaka dopisano wszystkie NGO-sy, które nie są związane z Kościołem lub kimś ze Zjednoczonej Prawicy.

Obostrzenia wywołane koronawirusem się skończyły. Do MOPS–ów wrócili potrzebujący i pracownicy. WOT przestały tam być potrzebne.

Całkiem inaczej niż w Caritas. Księża wzięli kalkulatory i wyliczyli, że przejęcie ich całej logistyki przez wojsko nader się opłaciło. Skoro zatem chwyciły palec, to sięgnęły i po rękę.

W zamian za caritasowski medal In Servire Caritate dla szefa WOT gen. Kukuły, podległa Episkopatowi instytucja załatwiła sobie umowę z wojskiem weekendowym. W jej myśl, WOT bez względu na pandemię czy cokolwiek, będzie woził paczki Caritas z magazynu do magazynu, oraz rozwoził je tam, gdzie księża sobie zażyczą. Żeby jednak nikt się czepiał, w tekście umowy są nader zabawne kawałki o wzajemnym wsparciu szkoleniowym, wspólnym prowadzeniu akcji honorowego krwiodawstwa, podtrzymywaniu i upowszechnianiu tradycji narodowej oraz ochronie dziedzictwa przyrodniczego i rozwoju świadomości ekologicznej.

Zamiast płacić za transport i kombinować wolontariuszy, Caritas ma teraz państwowe wsparcie, które w przeliczeniu na kasę, daje tej instytucji parę milionów złotych oszczędności rocznie. Umowa na pomaganie pomagającym przez nie mające nic do roboty wojsko z półmiliardowym budżetem, zdawała by się być normalna. Nie tym razem jednak. Samorządy i inne organizacje charytatywne, nie będące emanacją Episkopatu Polski, umowy z WOT nie podpisały i nie podpiszą. Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego? Ani tego, komu skrót WOT pomylił się ze słowem wotum. Przez całe wieki oznaczającym prezent dla Kościoła.

Kościół się zwija

Doczekaliśmy historycznej chwili. Biskup opolski Andrzej Czaja wyznał w komunikacie do wiernych, że z braku personelu redukuje parafie.

„W aktualnej sytuacji rażącego deficytu duszpasterzy (wyświęcę siedmiu, potrzebuję szesnastu), by zaradzić potrzebom 400 parafii w naszej diecezji, w najbliższych latach, podobnie jak to już w kilku miejscach się dokonało, jestem zmuszony połączyć ze sobą mniejsze parafie” – ubolewa hierarcha. Oznajmiający tym samym, że Kościół nie wyrabia.

Mszoodprawiacze

Przez ostatnie 30 lat liczba nowych probostw urosła o 15 procent. Nigdy nie było problemów ani z ich obsadzeniem, ani z namówieniem wiernych na zrzutkę na nowy kościół i wypasioną plebanię. Do seminariów garnęły się tysiące młodych mężczyzn. Jeszcze 20 lat temu wikariusze z paroletnim stażem opowiadali, że na objęcie fuchy proboszcza nie mają w najbliższych 15 latach szans, bo przed nimi w kolejce jest jeszcze pięciu lub sześciu.
Parafii diecezjalnych, czyli nie zakonnych, jest dziś w Polsce prawie 9 700. Diecezjalnych księży zaś prawie 25 tys. Wychodziłoby po 2,5 klechy na parafię. To jednak mylące. 3 tysiące polskich księży diecezjalnych nie pracuje w Polsce. Są oddelegowani głównie do krajów Europy Zachodniej, gdzie deficyt osób w koloratkach występuje od lat. Z tych, co są u nas, z parafiami nie ma nic wspólnego 2 proc. księży funkcjonujących w szkolnictwie seminaryjnym i na uczelniach katolickich. Tyle samo duchownych zajmuje się robieniem dobrze biskupom, pracując bezpośrednio w diecezjach. Kolejne 12 proc. stanu osobowego kleru diecezjalnego, to dożywający swoich dni emeryci i renciści. Do odprawiania mszy w parafiach zostaje zatem góra 18 tysięcy księży – niecałych dwóch na probostwo.

Wszystkie te dane można łatwo pozyskać w materiałach Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Konia jednak z rzędem temu, kto zrozumie jakim cudem, w każdym oficjalnym wystąpieniu księży statystyków pada stwierdzenie, że „w parafiach zaangażowanych duszpastersko jest ponad 20,5 tys. księży”.

Mało ich, mało ich…

Jeszcze 20 lat temu, każdego roku wyświęcano średnio 600 księży rocznie. Od 10 lat systematycznie spada liczba chętnych do seminariów. Rośnie za to procent takich, którzy z zostaniem księdzem dają sobie siana już po paru miesiącach bycia klerykiem. Efekt jest taki, że w drugiej dekadzie XXI wieku populacja księży w Polsce wzrastała przeciętnie o 340 osobników rocznie. Oczywiście przy tendencji malejącej.

Ponieważ ksiądz też człowiek, to od lekarza, czy dekarza, w postrzeganiu ekonomii się nie różni. Dlatego większość, tuż po święceniach zaczyna się dowiadywać, co zrobić, żeby załapać się na robotę w jakimś kraju „starej Unii”. Udaje się to po paru latach większości chcących. Na polskim „rynku pracy duszpasterskiej” zostaje – jak nieoficjalnie mówią wysoko postawieni księża – co trzeci wyświęcony młodzian.

Ponieważ diecezja, diecezji nierówna, to większość księży chce pracować tam, gdzie wiernych jest dużo i nie skąpią grosza na kościół. Jest zatem kilka biedniejszych biskupstw, gdzie pogłowie księży się umniejsza. Parafie muszą być obskakiwane jednoosobowo przez proboszcza, bo wikariusze błyskiem przechodzą na swoje obejmując wakujące parafie. Proces ten postępuje, bo większość księży ma już swoje lata. Średnia wieku kleru w Polsce wynosi ok. 52 lat – tyle co pielęgniarek. W odróżnieniu jednak od nich, księżom Kościół każe pracować znacznie dłużej. Kanoniczny wiek przejścia księdza na emeryturę to ukończone 75 lat. Co prawda w tych diecezjach, które nie mają problemu z wakatami, biskupi ustalili go na 70 lat, albo nawet – jak w archidiecezji katowickiej – 65 lat. Ale ten stan już długo nie potrwa. Kościół na darmozjada przecież łożył nie będzie.

Szczególnie, że taki dziadek będzie miał co robić.

Duszpasterz z czarną skórą

Z powodu braku rąk do pracy, biskupi jak mogą starają się odmawiać delegowania za granicę. Ale gdy młodzi księża wystarają się o odpowiednie poparcie czynników watykańskich, to nawet biskup nic nie może. Na Zachodzie pogłowie księży to dramat. W Hiszpanii średnia wieku duchownych dobija przecież do 70-tki. We Francji, Austrii i Niemczech tak samo. Polska, ze swymi malejącymi wyświęceniami, i tak dokłada do puli europejskiej co roku jedną czwartą nowych kapłanów katolickich. Po naszych księży łapę wyciągają i zza Oceanu. Bo tam po dekadach afer porobiło się tak, iż przeciętny wiek księdza katolickiego wzrósł z 37 lat w roku 1970 do 58 lat – dziś.

Polscy biskupi bronią się jak mogą i udowadniają, że i u nas zaczyna być krucho z księżmi. Mimo tego, że co piąty ksiądz w Europie jest Polakiem, to statystyki zaczynamy mieć takie jak gdzie indziej. Średnio, w krajach naszego kontynentu na jednego księdza przypada 2000 ochrzczonych – nie mylić z praktykującymi. W Paryżu jest to 1190, w Londynie 790. Tymczasem w pełnym kościołów Krakowie – 720. Zaś w Łodzi aż 1900, a w Szczecinie 1500.

Szykującego się już wkrótce dramatu kadrowego Kościoła w Polsce, dowodzi ubiegłoroczny zaciąg do seminariów diecezjalnych. Jak podaje Katolicka Agencja Informacyjna, przyjęto do nich 324 mężczyzn. O 91 mniej niż rok wcześniej. Pamiętać trzeba, że najwyżej co drugi kleryk zostanie potem wyświęcony.

A nawet jeśli, to zawsze może sutannę potraktować jak Tymoteusz Szydło. Czyli iść na „urlop”. Albo nawet ją rzucić na stałe. Od kilkunastu lat, każdego roku robi tak przeciętnie prawie 60 księży. Jeśli te trendy się utrzymają, to już za parę lat polski Kościół będzie miał zerowy bilans przyrostu kapłanów.

Biskupom zostaną dwa wyjścia. Oba złe. Pierwszym będzie import księży z zagranicy. Co jednak zrobią polscy wierni, dla których nawet abp Polak to Żyd, gdy mszę będzie odprawiał im Ukrainiec albo Białorusin? Albo co gorsza proboszczem gdzieś na Podkarpaciu zostanie czarnoskóry?
Biskupi znają swoje owieczki i wiedzą, że na takie eksperymenty sobie pozwolić nie mogą, ale drugie wyjście jest jeszcze gorsze. Diecezje mogą oddać parafie w ręce polskich zakonników.

Co będzie dla biskupów nader niemiłe, bo zakony episkopatowi i biskupom nie podlegają, a poza tym, całą kasę z owieczek zagospodarują same.
Wbrew temu, co się wydaje laikom Kościół diecezjalny i podległe swoim generałom zakony to światy tyleż odległe, co mocno się nielubiące. Dość przypomnieć ile lat trwała wojna między Episkopatem a redemptorystami. Zakończona tym, że Tadeusz Rydzyk na własną rękę kupił sobie przychylność większości biskupów.

Efektywność posługi

Wpuszczanie zakonników zastosował początkowo i biskup Czaja. Jak napisał „udało się też przekazać kilka parafii zgromadzeniom zakonnym i im powierzyć troskę duszpasterską o wiernych w nich”.

Doświadczenia chyba miał nie najlepsze, skoro teraz wybrał opcję podporządkowania dwóch parafii jednemu proboszczowi, ale za to swojemu.

Pilotażowi Czai bacznie przyglądają się i księża i Episkopat. Pierwsi wietrzą większą kasę dla siebie i dwie plebanie do prywatnego użytku. Biskupów bardziej interesuje to jak eksperyment odbije się na finansach. Mniej parafii to teoretycznie tyle samo ślubów, pogrzebów i hajsu z tacy, przy „niższych kosztach osobowych”. Efektywność duszpasterstwa winna zatem mocno wzrosnąć udowadniając, że katolicyzm zawsze spada na cztery łapy.

Siejesz nienawiść – zbierasz burzę

Kilka dni temu białostocki abp Tadeusz Wojda wydał osobliwe oświadczenie zaopatrzone w magiczne non possumus. Myślałem, że się sprzeciwia mowie nienawiści, korupcji polityków, albo niechęci wobec uchodźców. Jak wiadomo, te przymioty dość często są wytykane jego podwładnym. Wiadomo przecież, że jest człowiekiem światowym i na wielu salonach się obracał. Znalazł się w Białymstoku zesłany niemal z Watykanu, gdzie robił błyskotliwą karierę jako podsekretarz Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów w latach 2012-2017. Miałem nadzieję, że właśnie ten światły duchowny wprowadzi nowego ducha do tej, niegdyś wielokulturowej, wieloetnicznej i wieloreligijnej metropolii. Nic tylko przekładać rzymskie i światowe doświadczenia na polski grunt.
Nic z tego, owo non possumus dotyczyło pierwszego Marszu Równości, który mimo dramatycznego apelu metropolity się odbył w sobotę 20 lipca 2019.
Był to pierwszy marsz i mieszkańcy Białegostoku zapamiętają go na długo. Relacje medialne są bogate w szczegóły, więc ich oszczędzę, zwrócę jednak uwagę na poetycki reportaż Jacka Dehnela, który brał udział w tym wydarzeniu, a wrażenie opisał na swoim fb (nie mam, więc czytałem na portalu ogólnodostępnym, któremu pisarz uprzystępnił swój tekst opatrzony adnotacją: Powyższy tekst Jacka Dehnela ukazał się dziś na jego profilu na Facebooku. Tekst publikujemy za zgodą autora. Na prośbę autora honorarium za niniejszy tekst przekażemy na organizację przyszłorocznego Marszu Równości w Białymstoku).
Myślę, że Henryk Sienkiewicz nie powstydziłby się opisu tych doprawdy dramatycznych wydarzeń. Jednak Dehnelowi udało się uchwycić głębię (dość jednak płytkich) portretów psychologicznych bandziorów, którzy próbowali marsz zakłócić.
I jak najsłuszniej zwrócił uwagę na główne źródło inspiracji – właśnie abpa Wojdy.
Pisze Dehnel na portalu Onet.pl:
„Katedra jest przecież bijącym źródłem tej furii; to stamtąd biskup Wojda rozesłał swój komunikat, że „Non possumus”, że „nie możemy się zgodzić”, żeby marsz przeszedł, żeby wolni obywatele Polski korzystali ze swojego konstytucyjnego prawa. Teraz wszyscy ci panowie Staszkowie i panie Łucje w kretonowych sukienkach, i sebiksy z prawem wilka na koszulkach i w oczach, stoją wzdłuż marszu, biegną, pokazują faki, ten uniwersalny znak pokoju, wylewają z siebie tę homilię wulgaryzmów, to biskup Wojda stoi za tymi lecącymi kamieniami i butelkami, za guzem dziewczyny, która przeczesuje palcami włosy na drugą stronę. Biskup Wojda nie musi rzucać sam, zapewne „brzydzi się przemocą” i „pochyla się z troską”, wystarczy, że ma od tego kibolskie bojówki, które głoszą jego ewangelię.
I ma rację. Pewnie jego reportażu Wojda nie przeczyta i na przyszły roku znowu wyda swoje „non possumus”, uruchamiając potoki nienawiści i wzmacniając już i tak potężne uprzedzenia powierzonych jego opiece owieczek, miast je blokować, mitygować i cywilizować. A po tym, co się stało, mam nadzieję, że choć trochę arcybiskup się zawstydzi, a może nawet przeprosi?”
No cóż, to też są rozżarzone węgle, które Kościół gromadzi na swojej głowie.

Stanisław Obirek (Studio Opinii)

Marek Sekielski: Przeorał mnie ten film

Z Markiem Sekielskim – o dokumencie, o zjawisku pedofilii wśród duchowieństwa, sytuacji polskiego Kościoła, reakcji hierarchów oraz dalszych planach braci Sekielskich, czyli filmie o SKOK-ach – rozmawiał Michał Ruszczyk (wiadomo.co).

MICHAŁ RUSZCZYK: W „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy pada słynna kwestia „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic, to razem mamy właśnie tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę”. Jak to się stało, że pewnego dnia bracia Sekielscy doszli do wniosku, że skoro nie mają nic, to razem mają w sam raz tyle, żeby zrobić dokument o pedofilii w polskim Kościele?
MAREK SEKIELSKI: Jak to się stało? To się stało tak, że Tomasz po iluś tam próbach zainteresowania tym tematem różnych możnych świata tego w 2017 rzucił pomysł, żeby zrobić taki film za pomocą crowdfundingu. Sprawdziłem organizacje zajmujące się zbieraniem pieniędzy w Polsce. Z racji tego, że Kościół jest specyficzną i mocno zamkniętą instytucją, nie wiedzieliśmy wówczas, jak szybko pozyskamy osoby, które zechcą z nami rozmawiać, i ile czasu potrzebujemy na weryfikację pewnych spraw. Założyliśmy wówczas, że potrzebujemy roku, żeby zrobić taki film. W czasie budżetowania produkcji zastanawiałem się, ile przez rok będzie kosztowało utrzymanie tego przedsięwzięcia. Pojawiła się wtedy kwota oscylująca w okolicach pół miliona. Wówczas zaniepokoiłem się o zbiórkę, gdyż zwątpiłem, czy darczyńcy w momencie zobaczenia takiej kwoty będą mieli wiarę w pozytywne zakończenie zbiórki. I czy ludzie nadal będą nas wspierać finansowo.

Co pana i pańskiego brata zainspirowało do nakręcenia filmu o pedofilii w polskim Kościele? Kto był muzą braci Sekielskich?
Muzą braci Sekielskich, a przede wszystkim inspiracją Tomasza był pierwszy kontakt z tym tematem w 2013 roku, kiedy robił materiał dla TVP i poznał wtedy poszkodowanych. W jednym z programów Tomek opowiedział historię jednego z bohaterów naszego filmu – Marka Mielewczyka.
Mój brat jest bardzo niepokornym człowiekiem, trudno jest nad nim zapanować w warunkach korporacyjnych. Mam wrażenie, że ten film w pewnym sensie w nim dojrzewał… W pewnym momencie zrozumiał, że jest bardzo realny problem pedofilii, o którym wszyscy naokoło milczą i to według mnie było jego inspiracją. I to w nim kiełkowało.
Mnie nie trzeba było długo przekonywać do podjęcia próby nakręcenia takiego filmu, gdyż od dawna widzę, jak bardzo są zaburzone stosunki na linii Kościół-państwo. Oprócz tego warto, żeby Kościół jako instytucja sam zobaczył, że sytuacja, w której jest, działa długofalowo na jego niekorzyść.

Czy spodziewali się panowie tak pozytywnej reakcji społeczeństwa na hasło zbiórki?
Tomek był optymistą w tym temacie, a ja nie. Po przebiegu zbiórki widać było, że jest zapotrzebowanie na taki film. Od pierwszego dnia licznik zbiórki szedł bardzo szybko w górę. Tomek w ogóle się tym nie zajmował, to ja jako kierownik produkcji i dyrektor finansowy śledziłem cały czas zbiórkę i zajmowałem się social mediami. Po pierwszych miesiącach pojawiły się problemy. Wszyscy myśleli, że chcemy ten film zrobić i sprzedać go. Zarobić na nim. A my chcieliśmy oddać go za darmo ludziom.
Dopiero po premierze filmu „Kler” Wojtka Smarzowskiego pojawiło się większe zainteresowanie naszym projektem. Momentem kluczowym dla pomyślnego zakończenia zbiórki był artykuł Gazety.pl o projekcie, gdzie pojawiła się informacja, że film o pedofilii w polskim Kościele będzie dostępny za darmo na YouTube. Dzięki temu zbiórka zakończyła się dwa-trzy miesiące przed terminem.

Czy utrudniano panom pracę przy filmie? Jakieś szykanowanie ze strony policji, brak reakcji ze strony episkopatu?
Uważam, że nie było utrudnień. Mieliśmy dużo życzliwych sygnałów od różnych ludzi znanych i nieznanych, którzy życzyli nam powodzenia, ale też ostrzegali.
Pojawiały się czasem obawy o nas, ale szczerze – nie czułem, że coś się dzieje wokół nas.
Mieliśmy raz dziwne zatrzymanie w trakcie zdjęć, ale według mnie nie była to ogólnopolska akcja ze strony kogoś, tylko lokalne zatrzymanie, które pokazało, jak władze funkcjonują w lokalnych miastach. W czasie zatrzymania legitymowano nas nie wiadomo, za co, i to była taka jedna dziwna sytuacja, ale ponieważ nie chcieliśmy eskalować, to nie drążyliśmy tematu.
Natomiast decyzja kościelnej wierchuszki, która odmówiła nam komentarza, nie była utrudnieniem, gdyż w międzyczasie szczęśliwie dla nas odbyła się konferencja episkopatu, w wyniku czego usłyszeliśmy dużo ciekawych rzeczy, które mogliśmy wykorzystać w filmie. Lepiej byłoby się z nimi spotkać i porozmawiać twarzą w twarz, gdyż film nabrałby trochę głębszego wymiaru i byłby pełniejszy.
Mam takie informacje od moich znajomych, którzy są świadomie i głęboko wierzącymi katolikami i dla niektórych z nich, po obejrzeniu filmu, najmocniejszą sceną były tablice z nazwiskami pięciu biskupów, którzy odmówili nam komentarza.
Mój znajomy napisał coś takiego, że „to jest najmocniejsze, bo ci biskupi w ten sposób świadomie podali się do dymisji”.

Co dla pana było najtrudniejsze w trakcie realizacji tego filmu?
Najtrudniejszy tak naprawdę był ten tydzień ostatni. Od samego początku udało mi się robić zdjęcia pod kątem tych wywiadów. Udało mi się też założyć blokadę na swoje emocję, nie wchodziłem w te historie ofiar księży emocjonalnie, słuchałem ich tylko z ciekawością bez uniesień wewnętrznych.
Był jednak pewien moment kryzysowy, gdy przesłuchiwałem dwie czy trzy historie i wycinałem materiał do filmu. Nagle dotarło do mnie, czego właściwie słucham i wtedy zdałem sobie sprawę, jaka tragedia spotkała bohaterów naszego filmu i poczułem taki smutek, taki żal… Pamiętam, że wtedy popłynęły mi pierwszy raz łzy. Musiałem na pewien czas wyłączyć się z pracy.
Natomiast ostatni tydzień – to były nerwy, gdyż zbliżał się termin premiery i niepokoiłem się tym, co powiedzą ludzie po obejrzeniu filmu. Ci, którzy cały czas nas wspierali. Mam takie podejście, że najważniejsze jest to, co powiedzą ludzie, którzy wpłacili na ten film, gdyż są to nasi szefowie. Zdawałem sobie sprawę, że jest to film mocny, ale temat jest powszechnie znany, więc nikogo nie będzie szokował.
Momentem, w którym nie wytrzymałem, był tydzień przed premierą, gdy nagrywaliśmy w Polsacie, w programie „Skandaliści”, materiał na dzień premiery i wtedy puściliśmy redaktorce nasz film. Ja widziałem ten film wielokrotnie, przy montażu i kolaudacji, ale w tym programie oglądałem go z innej perspektywy i widziałem reakcje publiczności. Wtedy zdałem sobie sprawę, co my zrobiliśmy i ile jest tam materiału.
Do samej premiery oglądałem nasz film i wyłapywałem sceny, które można by było poprawić. I nie wstydzę się tego powiedzieć, że cały czas płakałem przy tym filmie, tak samo jak i na premierze. Najgorszym momentem była właśnie ta presja w stosunku do ludzi, do tych naszych patronów… I emocje związane z treścią filmu, ciągle płakałem, do samej premiery. Na premierze też… Po pokazie dla dziennikarzy wiedziałem już, że jest dobrze. Natomiast sam film bolał mnie cały czas, może za tydzień albo dwa obejrzę go na spokojnie. No, przeorał mnie ten film, przeorał… Dobrze, że miałem przy sobie żonę, która mnie wspierała.

Czy liczył pan na taki sukces filmu i „pozytywne zakończenie” kilku spraw w pierwszych dniach po premierze – wydalenia księży pedofilów ze stanu kapłańskiego i reakcję prymasa Polaka?
Jestem pozytywnie zaskoczony reakcją społeczeństwa, gdyż nie dostaję żadnych negatywnych opinii. Świetna reakcja społeczeństwa, co pokazuje, że jest to ważny temat i ludzie tego potrzebowali.
Natomiast w kwestii hierarchów nie jestem do końca zadowolony. Co do podania się do dymisji księdza Olejniczaka – mogę powiedzieć, że zachował się honorowo. Ale mogę zadać też pytanie – dlaczego czekał tak długo? Wiedział, że go nagrywaliśmy. Orientował się, co to za film. Wiedział, kim jest Tomasz Sekielski i wiedział, że ten film będzie. Jeżeli chodzi o Makulskiego i Anioła, to mogę powiedzieć, że są to właściwe decyzje. Ale co z odpowiedzialnością?
W filmie wyraźnie pokazaliśmy, że jednym z biskupów odpowiedzialnych za przerzucanie skazanego prawomocnym wyrokiem był biskupa Jan Tyrawa. I nie ma reakcji zainteresowanego, jak i również innych hierarchów Kościoła, którzy by apelowali do biskupa Tyrawy o to, żeby zawiesił się w czynnościach lub podał do dymisji. Natomiast co z arcybiskupem Głódziem, który jest bardzo negatywną postacią tego filmu? Wiedział doskonale, że jest nagranie z księdzem Cybulą i są bardzo mocne dowody – nagranie, na którym Cybula przyznaje się, a mimo to w rozmowie z Renatą Kijowską odpowiedział, że „nie ogląda byle czego”. A przecież według mnie są to osoby do dymisji. Przylatuje niebawem arcybiskup Malty, wysłannik papieża Franciszka. Zobaczymy, może on coś z tym zrobi.
W końcu to ci u góry decydują o przenoszeniu księży z parafii do parafii i to też jest ich wina, ich jest odpowiedzialność moralna, a przecież ktoś, kto jest biskupem, powinien być krystalicznie czysty w kwestiach etycznych. Tak mi się wydaje…

Jaka jest pańska reakcja na próby relatywizowania problemu pedofilii w polskim Kościele przez prawicowych polityków i część duchowieństwa?
Nie chcę komentować polityki. A to, co opowiada Legutko, woła o pomstę do nieba. Mam córkę. Ona ma 11 lat. Jeśli miałbym słuchać słów profesora Legutki, to za rok w jego kategoriach, jak rozumiem, moja córka byłaby zdolna do legalnego pożycia seksualnego.
Nie chcę w to wchodzić, nie chcę mieszać naszego filmu z polityką. Według mnie politycy po obu stronach wykorzystują ten film do swoich celów. Jest to niesmaczne. Nie do końca wierzę w ich intencje.

Czy według pana nie należałoby nakręcić podobnych filmów o żeńskich klasztorach i sytuacji zakonnic w Kościele katolickim? O coraz bardziej nagłaśnianych sprawach molestowania i wykorzystywania seksualnego zakonnic (jeśli problem ten występuje w Europie Zachodniej i Ameryce, to zapewne Polska nie jest „zieloną wyspą” wolną od takich występków)? A także wrócić do tematu sierocińców prowadzonych przez zakonnice?
Nie będę nikomu mówił, jaki film ma kręcić, gdyż najlepiej, żeby każdy twórca miał jak największą wolność i mógł robić to, co go naprawdę interesuje.
Najważniejsze dla mnie jest to, żeby dziennikarze, a mówię to jako członek tego środowiska, pamiętali o dwóch podstawowych zasadach naszego zawodu. Pierwsza zasada to jest to, że naszą rolą jest zawsze stawanie w obronie najsłabszych, a drugą najważniejszą rolą jest patrzenie najsilniejszym na ręce.
To jest to, co powiedział pan w pytaniu, w tych obu przypadkach, które osobiście są dla mnie interesujące, gdyż z jednej strony są dzieci w sierocińcach oraz problem zakonnic, które są wykorzystywane, a z drugiej strony jest Kościół, czyli najsilniejsza organizacja w Polsce, taka poza strukturami rządowymi, poza administracją państwową. Polska jest taką ostatnią ostoją katolicyzmu w Europie.
Nie lubię mówić, co dziennikarze powinni robić. Natomiast te tematy, które pan przywołał, według mnie wyczerpują zasady, którymi dziennikarze powinni się kierować, czyli z jednej strony chronić słabszych, a drugiej kontrolować silnych. Tego zabrakło przy okazji pedofilii, co pokazuje nasz film. Nie przez przypadek na YouTube mamy tyle wyświetleń, gdyż nikt nie pokazał tego w ten sposób. Systemy kamer ukrytych w telewizjach funkcjonują już od dawna. Dziennikarze z ukrytymi kamerami wchodzili do polityków, sędziów, prokuratorów, policjantów, gangsterów itd. Czemu więc nie wzięli takiej kamery i nie poszli do biskupa wcześniej? Wystarczyło zrobić to samo, co my, tylko parę lat temu.

Pański brat zapowiedział film o SKOK-ach. Nie obawia się pan w trakcie realizacji takiego filmu konfliktu z dzisiejszą władzą? Nie boi się pan aktów przemocy podobnych do tych, które dotknęły np. Wojciecha Kwaśniaka?
Ten film będzie się stykał z polityką, ale ostrzegano nas również, gdy kręciliśmy nasz film o pedofilii. I nic się nie sprawdziło. W ramach nowego projektu ludzie też nas ostrzegają, ale ja się nie boję.
Nie umiem pracować w strachu, więc gdybym się bał, to nie angażowałbym się w nowy projekt.
Wydaje mi się też, że ta sytuacja, w której teraz jesteśmy z Tomaszem, pewna sława i ogromne zaufanie społeczne, powoduje, że trudno mi sobie wyobrazić, żeby znalazła się jakaś osoba z powiązaniami, jakiś gangster, który by sobie wymyślił taką historię jak z Kwaśniakiem… Nie, nie wydaje mi się, żeby spotkała nas podobna historia jak Wojciecha Kwaśniaka. Mówiąc wprost – gdyby nam się teraz coś stało, to chyba nikt nie miałby wątpliwości, że to dlatego, że robimy ten film. To by chyba skierowało uwagę wszystkich mediów na ten problem.
Jeszcze wracając do samych SKOK-ów – to nie jest tak, że ten problem dotyczy tylko obecnej władzy. Owszem, senator PiS-u i twórca SKOK-ów, Bierecki, jest również właścicielem gazety, która w każdej sytuacji stoi murem za obecną władzą, jest wręcz biuletynem partyjnym. Ten związek jest bliski. Zdaję sobie sprawę, że SKOK-i są bardzo powiązane z PiS-em, ale odpowiedzialność rozchodzi się bardzo szeroko, w wielu kierunkach. Ale nikt nie wie, co i jak my chcemy robić, więc na pewno zaskoczymy wszystkich tym filmem.

Życzę zatem powodzenia przy nowym projekcie i bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Głos prawicy

Tęczowa profanacja razy dwa

Redakcja wpolityce.pl jest zbulwersowana sprawą „tęczowej Maryi”:
Prosimy o modlitwę wynagradzającą Bogu i Matce Najświętszej za profanację – napisał ks. Paweł Rytel-Andrianik, rzecznik Konferencji Episkopatu Polski w komunikacie po profanacji obrazu Matki Bożej, która miała miejsce w nocy z 6 na 7 maja przy ul. Żytniej w Warszawie.
To już druga, po wydarzeniach w Płocku, profanacja w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
W nocy z 6 na 7 maja na Domu Zakonnym Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej w Warszawie naklejono profanujące plakaty.
Jest to klasztor, do którego wstąpiła św. siostra Faustyna Kowalska i właśnie stąd na cały świat wyszło orędzie Bożego Miłosierdzia – przypomina rzecznik Episkopatu.
W związku z tymi bolesnymi wydarzeniami prosimy o modlitwę wynagradzającą Bogu i Matce Najświętszej za profanację – napisał ks. Paweł Rytel-Andrianik.

List do Prymasa

Po rozmowie red. Moniki Olejnik z o. Ludwikiem Wiśniewskim („Kropka nad i”, środa 23 stycznia br.), Redakcja uznała za celowe przypomnienie istotnych fragmentów „listu otwartego” do Prymasa Polski (ukazał się Trybunie 17-19 listopada 2017).

Do Jego Ekscelencji Ks. Prymasa Polski (list otwarty)

„Potrzebne jest … jasne stanowisko Episkopatu. Jest to, jak się wydaje obowiązek Biskupów. Odkładanie tego obowiązku, wobec głębokich podziałów społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, byłoby więcej niż smutne – byłoby poważnym grzechem zaniedbania”. Odpowiedź – … „musimy formować sumienia. Nie jestem powołany do podejmowania zmian politycznych”.

Ekscelencjo, Księże Prymasie Polski!

…Pozwoli Jego Ekscelencja, że zacytuję ten fragment listu za TP – W naszym państwowym życiu wystąpiły w ostatnich latach niepokojące zjawiska, które jednak nie doczekały się moralnej oceny Kościoła. Są to takie kwestie jak nieposzanowanie Konstytucji, brak szacunku dla obywateli >gorszego sortu<, a szczególnie problem tzw. zbrodni smoleńskiej, który najbardziej podzielił nasz naród. Na te trudne tematy wypowiadali się niektórzy hierarchowie. Wypowiedzi te były jednak dość często dla wielu ludzi niezrozumiałe, a nawet gorszące. Potrzebne jest w tych kwestiach jasne stanowisko Episkopatu. Jest to, jak się wydaje obowiązek Biskupów. Odkładanie tego obowiązku, wobec głębokich podziałów społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, byłoby więcej niż smutne – byłoby poważnym grzechem zaniedbania. I odpowiedź Ks. Prymasa – No dobrze, tylko pozostaje otwarte pytanie, jakimi mamy robić to metodami. Ja uważam, że przede wszystkim musimy formować sumienia. Nie jestem powołany do podejmowania zmian politycznych.
Pytanie Jego Ekscelencji o metody podejmowania i rozwiązywania problemów, które podnosi o. Ludwik sprawiło, że na wywiad spojrzałem przez pryzmat Prymasa Tysiąclecia i nauczania Papieża-Polaka (są aktualne, ale i uniwersalne) oraz działalności Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, przez dekadę lat 80. ubw. współprzewodniczyli kardynał Franciszek Macharski i Kazimierz Barcikowski, członek Rady Państwa. IPN wydał w 2002 książkę pt. „Działalność Komisji”…skąd cytuję – „Dyskutowano także nad zagadnieniami dotyczącymi aktualnej sytuacji politycznej w kraju, a zwłaszcza o stosunku władz i hierarchii kościelnej do opozycji politycznej, aktywnej w latach osiemdziesiątych. Posiedzenia przedstawicieli Rządu i Episkopatu często stanowiły okazję do wymiany poglądów na temat spraw o charakterze globalnym…, które rzutowały na pozycję Polski w bloku krajów socjalistycznych”… może warto skorzystać z doświadczenia Rady… Ks. Prymas, na postawione pytanie jednocześnie odpowiada, iż uważa, że przede wszystkim musimy formować sumienia. Dalej mówi, że fundament życia społecznego powinno się tworzyć w jedności i dialogu. Proszę nie poczytać mi za wyraz arogancji takie refleksje. Przecież Kościół „formuje sumienia” wiernych ponad 2 tys. lat, tak zapewne będzie czynił do skończenia świata i jeszcze jeden dzień dłużej. Stąd logicznie rzecz biorąc, czy podczas, w toku tego „formowania” nie jest możliwa rozumna rozmowa, skuteczny dialog z „władzą chrześcijańską”, świecką? Czyżby – w latach 80. ubw. – Papieżowi, Episkopatowi, Biskupom było „łatwiej” rozmawiać i dyskutować z władzą złożoną z agnostyków, ateistów, bezwyznaniowców i heretyków? Świadczy o tym wspomniany przykład „Komisji Wspólnej”. Z głębokim westchnieniem można skonstatować jak wiele dobrego, dziś zapomnianego, wówczas wspólnymi siłami uczyniono. Tam, na „Komisji” w kwietniu 1982 r. rozmawiano o zmianach w Konstytucji, wprowadzających zapis o powołaniu Trybunałów: Konstytucyjnego i Stanu. Wtedy można było!…Z „pnia” tamtej Solidarności, jej ideałów i dążeń wywodzi się dzisiejsza władza ustawodawcza i wykonawcza, proces „formowania sumień” trwa ponad 35 lat, z tego 28 w III RP. I co – Episkopat, Biskupi nie chcą, albo nie potrafią z nią rozmawiać. Choć ją tak hołubią, okazuje im afront, lekceważenie? A może nie wierzą w uczciwy dialog, uznali że byłby jałowy, pozorny. Może wszystko co dzieje się w Polsce po 1989 r. jest „polityką”, o której mówi Ekscelencja, a doświadczenie „Komisji Wspólnej” jest wyłącznie negatywne w obecnej wizji Kościoła i należy tego unikać?…
Jego Ekscelencja mówi – Spotkałem się z uwagami ze strony części opinii publicznej, że mój głos na Jasnej Górze dotyczący poszanowania Konstytucji mógł być odczytany jako głos przeciwko partii rządzącej. Nic bardziej mylnego… Prymas nie wypowiada się po stronach politycznego sporu, tylko przypomina fundamenty, społeczną naukę Kościoła, upomina się o kształtowanie wspólnego dobra. Drogi Ks. Prymasie – ja też tak myślę jak ta część opinii publicznej, gdyż zwracała uwagę na słowa, myśli, które odnosiły się bezpośrednio do ludzi, do konkretnych ludzi z imienia i nazwiska. Tam na Jasnej Górze byli czołowi, decydujący przedstawiciele partii rządzącej. Osobiście widział ich Ks. Prymas tuż przed ołtarzem, ich reakcje wyrazem twarzy na wypowiadane oceny, słowa. Zaś „cała partia” słuchała homilii przed telewizorami. Ja zapamiętałem min. takie myśli – Potrzeba, aby serca zwaśnione, pokłócone, rozgoryczone, Bóg uzdrowił i uczynił gotowymi do pomocy, do współdziałania z innymi. To piękna i głęboka myśl, jakże ludzka! Skłania do pytania – dlaczego to Pan Bóg ma „uzdrawiać” te serca? Przecież to nie ON, Bóg – Stwórca je „zwaśnił”, „pokłócił”? Tego „dzieła” dokonał człowiek – ludzie obecnej władzy, którzy tam, na Jasnej Górze „wiernie i czujnie” patrzyli Ks. Prymasowi w oczy. Po co więc wzywać Pana Boga „nadaremno”? Nie ośmielę się zapytać, czy dostrzegł Ks. Prymas u tej elity cień rumieńca poczucia wstydu oraz odpowiedzialności za głębokie podziały społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, o których pisał o. Ludwik… Irytuje Ks. Prymasa społeczny odbiór jasnogórskiej homilii, jako głos przeciwko partii rządzącej. Proszę wybaczyć – tak, nie był to „głos przeciw”, a ojcowskie napomnienie za różnice zdań i opinii wśród elity kierownictwa partii rządzącej. Powinna uważniej słuchać, wczuwać się by zrozumieć, że Ks. Prymas od lat jest architektem nowego „fundamentu społecznej nauki Kościoła”, który przestając być w Polsce powszechnym, zmienia się w „kościół partyjny”, o jakim mówi publicznie ks. bp Tadeusz Pieronek… Rozumiem – zabolała Ks. Prymasa Polski rzeczowa ocena biskupa z Krakowa, ale może „prawda was wyzwoli”.
W całej rozciągłości podzielam ocenę o. Ludwika, że szczególnie problem tzw. zbrodni smoleńskiej, który najbardziej podzielił nasz naród. Podstawą tego „podziału”, w ocenie przytłaczającej większości Polaków jest szukanie winnych, nie tylko na drodze prawnej, faktograficznej, która ośmiesza nas w Europie, ale i moralnej, np. „to wy zamordowaliście mojego brata”. Wybiórcze honorowanie osób, nie mówiąc o „miesięcznicach”, które są bulwersujące. Milcząca postawa Biskupów, wobec ekshumacji tragicznie zmarłych, stała się przyzwoleniem o wielu wymiarach. Wątpliwej wartości racje polityczne władzy o dokonywaniu ekshumacji łatwo podważyły naukę Kościoła o pośmiertnym bycie człowieka. Jakby dla jego „zbawienia” miało znaczenie, czy w trumnie spoczywają szczątki jednej czy kilku osób(np. bp Tadeusza Płoskiego). Co zatem mają myśleć wierni o „zbawieniu” spalonych w obozach koncentracyjnych (niektórzy, „jednak” np. M. Kolbe, E. Stein są świętymi), rozstrzelanych i „zakopanych” w masowych grobach; zmarłych naturalną śmiercią, pochowanych na „wiekowych” cmentarzach, dla przykładu Powązki, gdzie ich prochy naturalnie zmieszały się, może też z ludźmi innych wyznań? Czy nie są dowodem skarlenia polskiego katolicyzmu, kształtowanego przez obecny Episkopat… Śmiem zapytać – dlaczego z milczeniem Episkopatu spotkały się słowa abp Leszka Sławoja Głódzia –„kto nie żyje, niech odpoczywa w spokoju” – dot. gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka. Chwilową sensację medialną, zobrazowano zdjęciami obu generałów i b. Biskupa Polowego WP, komentując że „broni zbrodniarzy”… Na Powązkach ówczesny Prezydent RP, prezydent Aleksander Kwaśniewski, pod wpływem „publiki” wskazywał, że dziś te krzyki wydobywają się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach. Za naruszanie powagi obiektu sakralnego, nieprzyzwoite krzyki, podczas mszy, nie było słów potępienia, Episkopat milczał. Czy te myśli nie mają ponadczasowego znaczenia, nie odnoszą się do wszystkich zmarłych, nie skłaniają do chrześcijańskiej, ludzkiej refleksji? Czy chrześcijanie, którym Ks. Prymas „formuje sumienia” nie mają przebaczać win?… Trwająca budowa „kościoła partyjnego” jest Ks. Prymasa odpowiedzią…

„Narastająca nienawiść”…

O. Ludwik w liście napisał – Odkładanie tego obowiązku (zajęcia stanowiska przez biskupów – GZ), wobec głębokich podziałów społeczeństwa, wobec narastającej nienawiści, wobec realnej możliwości społecznych zamieszek, byłoby więcej niż smutne – byłoby poważnym grzechem zaniedbania. Nie trudno zauważyć, iż represyjna ustawa z grudnia 2016 r., obniżająca emerytury b. funkcjonariuszom MSW i niektórym żołnierzom-emerytom WP, była inspiracją dla o. Ludwika…Zanim weszła w życie od 1 października był czas na poznanie jej treści, uświadomienie, iż potępianie zbiorowe, pogarda wszystkich są amoralne. Był czas na wyjaśnienie sobie następstw, „w ciszy gabinetu”, bez rozgłosu, bez sensacji i przekonania ludzi władzy do cofnięcia ustawy, która dosłowną, imienną krzywdę wyrządza 40 tys. emerytów. Wśród nich są tacy, którzy po okresie PRL wrócili na „łono Kościoła”. Znana „gruba kreska” Tadeusza Mazowieckiego zachęciła grupę generałów WP i służb, np. Policji, WOP, do udania się na Jasną Górę. Krytykę niektórych, spektakularnych „nawróceń” tonowano potrzebą przyznania się i przeproszenia za „moralne grzechy i winy” kadry MSW i Wojska, na niewiele się to zdało. Służba, praca w PRL, kontynuowana w III RP to grzech śmiertelny. Nie tylko o. Ludwik zwracał uwagę, różne osoby informowały biskupów, księży iż wyrządza krzywdę ogólną, społeczną, pogłębia nienawiść i waśnie, sieje rządzę odwetu, zemsty wśród Polaków. Przecież dziś, tu i teraz Episkopat jest zdolny ocenić, że ludzie władzy są rozumni i dobrze wiedzą, że emerytura nie jest przywilejem. Prawicowa prasa wypisywała takie, jakże chrześcijańskie zawołania-„szkoda, że nie wisicie”„esbecy wyją, trzeba im zabrać wszystko, niech gniją”, to „policja polityczna”. Jestem po lekturze prasy, gdzie przeczytałem, iż udokumentowane są 23 przypadki zgonów: zawały serca, udary mózgu, samobójstwa, jako następstwa tej ustawy. A może powinienem być „wrażliwy” na nauczanie Kościoła, jak posłowie uchwalający tę ustawę i chłodno stwierdzić – no cóż, pewnie „zagryzło ich sumienie”. Czytam, że płk Marek Lipert, po 29 latach służby w BOR, stracił 85 proc. emerytury, Trybuna z 2.10.br; gen. Gromosław Czempiński, „Przegląd” nr 4. z 2017, ma obniżoną emeryturę. Podczas jednego ze spotkań poznałem taki fakt. Wiele lat w sekretariacie MSW, a konkretnie gen. Czesława Kiszczaka pracowała Barbara Karaśkiewicz, żona oficera WP. Od 1 października br. ma obniżoną emeryturę do 1070 zł., choruje na mocno zaawansowaną cukrzycę, po kilku ciężkich operacjach jest mąż, też ma obniżoną emeryturę. Tak sobie myślę – jaka szkoda, że wtedy nie myślała o emeryturze. Przecież mogła od czasu do czasu pokruszyć czerwoną szminkę i wsypać gen. Kiszczakowi do herbaty. Jako elegancka, szykowna pani, mogłaby mu powiedzieć np. tak – „pijcie towarzyszu ministrze taką wzmocnioną herbatę, byście byli jeszcze bardziej przekonujący w czekającej was rozmowie (dziś czytaj-zdradzaniu) z towarzyszami radzieckimi”. Wtedy nie było komórek, ukrytych kamer, by zrobić zdjęcie takiej herbaty. A tak – niech cierpi ona i mąż, 40 tys. osób, których ustawa objęła, niech oni wszyscy wyją z bólu i rozpaczy, gdy zabraknie im na leki łagodzące cierpienie. Jest coś jeszcze – poczucie moralnej krzywdy, odrzucenia, upokorzenia. Nie trzeba wielkiej znajomości ludzkiej psychiki by to zrozumieć – co myślą rodziny, dzieci, wnuki tych emerytów, ich znajomi i przyjaciele, że ojciec, dziadek, wujek, znajomy był „zdrajcą, złodziejem”, babcia, mama zaś „esbecką wdową”. My sami to „zakazane mordy”, ten gorszy sort, to zapada w pamięć, odkłada się boli emerytów, ich rodziny. „Żaden człowiek, nie ma prawa poniżać drugiego”, dziękuję Ks. Prymasowi za te słowa. To wezwanie do obrony zwykłego człowieczeństwa. Nie bądźmy obojętni na los emerytów. My też będziemy starzy i chorzy. Dziś nikt nam nie zapewni, że za 20-40 lat nie okaże się, iż służba i praca w III RP zasługuje na potępienie. Co wtedy? Do kogo pójdziemy – na groby tych, których dziś los nas nie obchodzi, nie mamy czasu by się zastanowić nad ich „winą”, podstawą obelg słanych pod ich adresem z mediów, nad milczącą postawą Episkopatu. Co im powiemy – „przepraszam”, wtedy będzie nam „lżej, łatwiej”. Co chcielibyśmy powiedzieć dziś rodzinom, których ojcowie, dziadkowie, mężowie targnęli się na własne, dobiegające końca życie? O czym myśleli, stojąc 1 Listopada nad ich grobami…
Jan Paweł II w swoim nauczaniu min. wyjaśnia – że chodzi więc tutaj o człowieka w całej jego prawdzie, w pełnym jego wymiarze. Nie chodzi o człowieka >abstrakcyjnego<, ale rzeczywistego, o człowieka >konkretnego<, >historycznego<. Chodzi o człowieka >każdego<. …Kolejny raz pali mnie wstyd, bo do Głowy Kościoła w Polsce, do Biskupów nie powinienem kierować pytania jak rozumieją, jak odnoszą te słowa do siebie, do nauczania stosowania Ewangelii w codziennym życiu. Czy przez swoje milczenie wobec podnoszenia krzywdzących skutków tej ustawy w aspekcie prawnym i szczególnie ludzkim, Biskupi nie mają moralnego poczucia winy. Nie chcę kolejny raz irytować Ks. Prymasa określeniem „wina” mając na myśli papieskie rozumienie słowa „brat”. Powtórzę znane – może „prawda was wyzwoli”…

Z poważaniem
Gabriel Zmarzliński

Po ponownym przeczytaniu tego „Listu”, w Redakcji pojawiło się pytanie: kiedy władze RP – tym razem z inicjatywy Episkopatu, po tragedii w Gdańsku, apelu o. Ludwika o „postawienie kropki” – unieważnią tę hańbiącą ludzkie pojęcie sprawiedliwości – ustawę?