Lewy już w Złotym Bucie

Robert Lewandowski jest o jedno trafienie od wyrównania legendarnego rekordu 40 goli w jednym sezonie należącego do Gerda Muellera, ale ma też już praktycznie w kieszeni bardziej prestiżowe wyróżnienie – „Złotego Buta”. Nikt już nie jest w stanie odebrać mu w tym sezonie nagrody dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich.

Dla przypomnienia – klasyfikacja „Złotego Buta” powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w rozgrywkach krajowych. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek, ustalany na podstawie aktualnego rankingu ligowego UEFA, konstruowanego na bazie wyników z ostatnich pięciu sezonów. Najwyższy współczynnik, „2”, przyznawany jest strzelcom goli w pięciu najwyżej sklasyfikowanych ligach. Obecnie są to angielska Premier League, hiszpańska Primera Division, niemiecka Bundesliga, włoska Serie A i francuska Ligue 1.
W ostatniej dekadzie rywalizację o „Złotego Buta” zdominowali Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Argentyński gwiazdor FC Barcelona sięgnął po tę nagrodę sześciokrotnie: w sezonie 2009/2010 (34 gole), 2011/2012 (50 goli), 2012/2013 (46 goli), 2016/2017 (37 goli), 2017/2018 (34 gole) i 2018/2019 (36 goli), natomiast portugalski piłkarz zdobywał „Złotego Buta” trzykrotnie – w sezonach 2010/2011 (40 goli), 2013/2014 (31 goli, ale na spółkę z Urugwajczykiem Luisem Suarezem) oraz w sezonie 2014/2015 (48 goli). Hegemonię tych dwóch genialnych napastników przełamali w tym czasie tylko wspomniany Luis Suarez, który samodzielnie triumfował jeszcze w sezonie 2015/2016 (40 goli) oraz w poprzednim sezonie Włoch Ciro Immobile (36 goli), który dosłownie na finiszu wyprzedził Lewandowskiego (34 gole).
W obecnych rozgrywkach Lewandowski znów jednak rozgrywa fenomenalny pod względem skuteczności strzeleckiej sezon, w którym wedle statystycznych wyliczeń zdobywa w Bundeslidze bramki co 59 minut. Pewnie gdyby nie kontuzja odniesiona w meczu reprezentacji Polski, przez którą musiał pauzować w kwietniowych meczach Bundesligi, dzisiaj „Lewy” byłby już dawno nowym rekordzistą niemieckiej ekstraklasy w liczbie goli strzelonych w jednym sezonie, a jedyną niewiadomą byłaby liczba na której zatrzyma
się jego licznik.
Po hat-tricku uzyskanym w miniony weekend w meczu z Borussią M’gladbach „Lewy” ma w tej chwili na koncie 39 goli, co w klasyfikacji „Złotego Buta” daje mu 78 punktów. Żaden z jego najgroźniejszych konkurentów nie odpowiedział choćby jednym trafieniem, zatem polski snajper Bayernu Monachium powiększył nad nimi i tak już gigantyczna przewagę. Drugi w klasyfikacji Leo Messi w tym sezonie strzelił dla Barcelony w Primera Division 28 goli, co daje mu 56 punktów. Do zakończenia rozgrywek w hiszpańskiej ekstraklasie pozostały wprawdzie jeszcze trzy kolejki, ale to tylko jeden mecz więcej niż ma do rozegrania Bundesliga.
Tak więc argentyński gwiazdor „Dumy Katalonii”, chociaż obdarzony niebywałym piłkarskim geniuszem, nie ma szans na przegonienie kapitana reprezentacji Polski. Nawet dla niego 11 goli jest różnicą niemożliwą do zniwelowania w trzech meczach. Tym bardziej, że Lewandowski w tej chwili prezentuje zdecydowanie lepszą formę strzelecką od Argentyńczyka.
Na zdobycie tej prestiżowej nagrody szans nie ma też drugi obecnie w zestawieniu Cristiano Ronaldo. Portugalski as Juventusu Turyn jest trzeci z dorobkiem 27 trafień i 54 punktów, ale w miniony weekend znów zaliczył „pusty przebieg” w przegranym przez ekipę „Starej Damy” aż 0:3 spotkaniu z AC Milan. Zdaniem dziennika „La Gazetta dello Sport” to był najgorszy występ Cristiano Ronaldo w całej jego karierze. „Błąkał się po boisku, nie umiał znaleźć dla siebie miejsca. Rozczarowujący występ w tak ważnym dla Juventusu meczu. W pierwszej połowie nie dotknął nawet piłki w polu karnym. Od gracza takiej klasy trzeba wymagać, że w tak ważnym spotkaniu pokaże swoją najlepszą wersję. Tymczasem kompletnie zaginął na murawie” – napisano w relacji zamieszczonej na łamach największej sportowej gazety we Włoszech.
Nie lepsi od największych tuzów okazali się też pretendenci do na ich miejsce. Leczący drobny uraz Norweg Erling Haaland nie pojawił się nawet w kadrze meczowej Borussii Dortmund w wygranym 3:2 meczu z RB Lipsk, podobnie jak Francuz Kylian Mbappe w zremisowanym przez jego Paris Saint-Germain spotkaniu z Rennes. Swojego strzeleckiego dorobku nie poprawił też w potyczce z FC Mainz (1:1) portugalski snajper Eintrachtu Frankfurt Andre Silva. Ta trójka piłkarzy okupuje w klasyfikacji „Złotego Buta” czwartą lokatę z dorobkiem 25 goli i 50 punktów.
Bayern ma jeszcze do rozegrania wyjazdowy mecz z Freiburgiem i u siebie z Augsburgiem. Zważywszy na prezentowaną formę z pewnością nie da sobie w tym sezonie wydrzeć upragnionej nagrody i chyba możemy mu już gratulować jej zdobycia.

Agenci piłkarscy zaczęli letnie łowy

Jeszcze sezon się nie skończył, a już zaczęła się w mediach transferowa gorączka. Nakręca ja grupka wpływowych piłkarskich agentów sondująca rynek przed letnim okienkiem transferowym. W spekulacjach pojawiają się największe piłkarskie marki – Kylian Mbappe, Erling Haaland, Neymar, Leo Messi, a nawet Robert Lewandowski.

Przez niemieckie mediach od kilku tygodni przetacza się fala spekulacji na temat przyszłości Lewandowskiego w Bayernie. Na zdrowy rozum nie ma do tego żadnego pretekstu, bo polski napastnik ma kontrakt z bawarskim potentatem do końca czerwca 2023 roku, a ponadto wielokrotnie dawał już do zrozumienia, że w Monachium on i jego rodzina czują się świetnie, a nawet jakiś czas temu zasugerował, że coraz bardziej oswaja się z myślą, że mógłby w Bayernie grać do końca kariery. Ale władze klubu jak na razie nie kwapią się z przedłużeniem umowy, o co trudno mieć do nich pretensje. „Lewy” jest dzisiaj kluczowym graczem bawarskiej jedenastki, jej najskuteczniejszym strzelcem, ale w sierpniu skończy 33 lata, zaś kończąc obecny kontrakt będzie miał prawie 35. Nic dziwnego, że włodarze Bayernu już myślą o jego godnym następcy i zdaje się, że chcieliby zastąpić Lewandowskiego Erlingiem Haalandem. Problem w tym, że norweski piłkarz jest obecnie pod mocnym wpływem swojego agenta, Mino Raioli, jednego z największych cwaniaków na transferowym rynku, ale też wyjątkowo bezwzględnego wydrwigrosza.
Haaland jest obecnie „perłą w koronie” holenderskiego pośrednika i najbardziej chodliwym towarem w jego ofercie. 20-letniego norweskiego napastnika chciałaby pozyskać ponoć większość najbogatszych klubów, nawet zadłużony po uszy Real Madryt, ale szefowie Borussii Dortmund chcą, żeby Haaland grał w ich drużynie jeszcze w przyszłym sezonie. Takie rozwiązanie jest na rękę działaczom Bayernu, chociaż tu znowu wkraczamy w świat plotek i spekulacji, wedle których Haaland byłby nawet skłonny przejść do bawarskiego potentata, ale tylko wtedy, jeśli odejdzie z niego Lewandowski. Najwyraźniej młodemu norweskiemu napastnikowi nie uśmiecha się rywalizacja o miejsce w składzie z sześciokrotnym (licząc już z obecnym sezonem) królem strzelców Bundesligi.
I to może wyjaśniać dlaczego siedzący cicho od dwóch lat agent Lewandowskiego, Phini Zahavi, nagle się uaktywnił i zaczął wypuszczać w medialną przestrzeń pogłoski o transferze polskiego snajpera. Co prawda jeszcze nie w najbliższym oknie transferowym, ale władze Bayernu po cichu dają do zrozumienia, że za rok taka transakcje może być już prawdopodobna. I nawet pojawiła się kwota odstępnego – 80 mln euro. Zahavi naciska na ten transfer, bo dla niego to ostatnia okazja na sutą prowizję, a dla Bayernu na spory zarobek, z którego mógłby zaspokoić wygórowane żądania finansowe Mino Riaoli.
Holender ponoć chce 30 mln euro prowizji, 20 milionów żąda dla siebie ojciec piłkarza, a Borussia Dortmund oczekuje co najmniej 80 mln euro. Mamy już zatem do zapłacenia za 20-letniego zawodnika kwotę 130 mln euro, do której trzeba jeszcze dorzucić 30 mln euro za podpis Haalanda pod kontraktem, czyli w sumie pozyskanie norweskiego snajpera to koszt co najmniej 160 mln euro. Na takiej samej zasadzie spęczniała do absurdalnych rozmiarów transferowa kwota za przejście Neymara z Barcelony do Paris Saint-Germain (222 mln euro), a teraz pęcznieje przy nazwisku gwiazdora PSG Kyliana Mbappe. Co ciekawe, nazwiska obu największych gwiazdorów paryskiego klubu rozbłysły z większą mocą na transferowej giełdzie tuż po porażce PSG z Manchesterem City w pierwszym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów. Zdumiewające jest w tym to, że Mbappe chce pozyskać Real Madryt, a Neymara Barcelona, chociaż oba hiszpańskie kluby są potężnie zadłużone – każdy na ponad miliard euro do spłacenia. Jakim cudem mimo takich problemów finansowych porywają się na transfery tak kosztownych graczy? Co ciekawe, szefowie „Dumy Katalonii” jednocześnie przekonują Leo Messiego, żeby zgodził się przedłużyć wygasający po tym sezonie kontrakt i jeszcze zgodził się na obniżkę zarobków o połowę. Agent argentyńskiego piłkarza nie zrywa więc negocjacji z innymi klubami, wśród których jest też… Paris Saint-Germain.
Biznes jak widać kręci się w najlepsze i chociaż pandemia mocno nadwyrężyła finanse nawet bogatych klubów, to transferowego wariactwa najwyraźniej to nie powstrzyma. Także w naszej rodzimej lidze. Dowodzi tego ujawniony ostatnio przez PZPN raport o wydatkach polskich klubów na prowizje dla „pośredników transferowych”, czyli agentów piłkarzy.
Raport obejmuje okres od 1 kwietnia 2020 do 31 marca 2021 roku. W tym czasie kluby PKO Ekstraklasy przelały do kieszeni agentów blisko 36,5 mln zł. Najwięcej, 9,4 mln zł, wydała na ten cel Legia Warszawa, drugi w kolejności jest Lech Poznań (5,1 mln zł), a trzecie Śląsk Wrocław i Zagłębie Lubin (po 4,5 mln zł). Najmniej w ekstraklasie wydała na pośredników transakcyjnych Warta Poznań – 158 tys. złotych.

Lewandowski wrócił i strzelił, ale Bayern przegrał

Po blisko miesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją Robert Lewandowski wrócił do gry. Z powrotu mógł być jednak zadowolony połowicznie. Bo chociaż w meczu z FC Mainz strzelił swojego 36. ligowego gola, to Bayern przegrał w fatalnym stylu 1:2.

Przypomnijmy, że Lewandowski doznał urazu 28 marca w meczu reprezentacji Polski z Andorą (3:0). Naciągnięcie więzadła w kolanie wyłączyło go z gry w najważniejszych momentach tej części sezonu. Nasz piłkarz nie zagrał z biało-czerwonymi przeciwko Anglii na Wembley (1:2), zabrakło go w obu ćwierćfinałowych meczach Bayernu w Lidze Mistrzów z Paris Saint-Germain (2:3 i 1:0), a w Bundeslidze opuścił spotkania z RB Lipsk (1:0), Unionem Berlin (1:1), VfL Wolfsburg (3:2) i Bayerem Leverkusen (2:0).
Gdyby Bayern wygrał w sobotę z FC Mainz, mógłby już świętować kolejny mistrzowski tytuł bez czekania na wynik niedzielnego meczu wicelidera Bundesligi RB Lipsk. Podopieczni trener Hansiego Flicka, chociaż wreszcie mogli zagrać niemal w najsilniejszym składzie, nieoczekiwanie zagrali bardzo słabo. Ekipie Mainz na dodatek sprzyjała tego dnia fortuna, bo już w 3. minucie objęła prowadzenie po zdumiewającym błędzie Manuela Neuera, który przepuścił piłkę po przypadkowo oddanym strzale przez Jonathana Burkardta. Poirytowani takim obrotem sprawy gracze Bayernu zaczęli się coraz bardziej gubić, bijąc bezskutecznie w mur skonstruowany przez duńskiego trenera Mainz Bo Svenssona.
Nie ulega jednak wątpliwości, że największym winowajcą porażki Bayernu był trener Flick. Zajęty swoja prywatną wojenką z dyrektorem sportowym bawarskiego klubu Hasanem Salihamidziciem chyba nie znalazł dość czasu, żeby odpowiednio przygotować swój zespół do spotkania z ekipą z Moguncji. A powinien, bo chociaż FC Mainz wciąż broni się przed spadkiem, to Flick nie mógł nie wiedzieć, jaką dobrą robotę z tym zespołem wykonał w tym roku trener Svensson. Duńczyk przejął zespół po 14. kolejce na przedostatnim miejscu w tabeli, ale pod jego wodzą w 15 meczach drużyna zdobyła aż 25 punktów. Wygrana z Bayernem to nie był więc żaden fuks, tylko efekt solidnie wykonanej trenerskiej pracy. Svensson zadbał nawet o takie „drobiazgi”, jak odcięcie Lewandowskiego od podań, które jego piłkarze wzbogacili jeszcze o regularne rąbanie polskiego napastnika po nogach przy każdej nadarzającej się okazji.
Przeczulony na tym tle po świeżo zaleczonej kontuzji „Lewy” tym razem nie czekał aż sędzia poskromi nadgorliwych rywali, tylko sam zaczął ich prać po twarzach. Najbrutalniej potraktował najbardziej zawziętego w kopaniu Luksemburczyka Leandro Barreiro, za co obejrzał żółtą kartkę. Ale warto było oddać nieregulaminowo ciosy, bo jakich szkód może narobić taki nadgorliwy grajek, Lewandowski przekonał się w meczu z Andorą.
Inna sprawa, że nasz piłkarz był wyraźnie sfrustrowany przebiegiem spotkania z Mainz i bezradnością drużyny Bayernu. Do samego końca nie doczekał się żadnego dobrego podania od kolegów, a gola gola na 2:1 strzelił już w doliczonym czasie gry wykorzystując błąd defensywy Mainz. Nieładnie wobec niego zachował się Flick, który na pomeczowej konferencji wyraził rozczarowanie faktem, że Lewandowski niczym się nie wyróżnił. Może nie zauważył strzelonego przez polskiego napastnika gola? Ale skoro Flick zrzuca winę za swoje błędy na najlepszego gracza w zespole, to rzeczywiście nie ma już dla niego przyszłości w Bayernie.
Ale póki co wciąż jest jeszcze trenerem bawarskiej jedenastki. Ekipa Bayernu musi trochę poczekać ze świętowaniem mistrzostwa Niemiec, ale ma tak wielką przewagę nad wiceliderem tabeli RB Lipsk, że w trzech ostatnich spotkaniach potrzebują zdobyć tylko dwa punkty, aby móc otwierać szampany. A Lewandowski będzie miał jeszcze trzy okazje do poprawienia swojego bramkowego dorobku i całkiem możliwe, że wbrew okolicznościom i złemu losowi jednak zdoła przynajmniej wyrównać blisko półwieczny już rekord 40 goli w jednym sezonie Bundesligi ustanowiony przez Gerda Muellera. Bayern czekają mecze z Borussią M’Gladbach (8 maja), SC Freiburg (15 maja) oraz FC Augsburg (22 maja). Z tych trzech drużyn najmniej goli wbił ekipie z Moenchengladbach, bo w 15 występach przeciwko niej trafił tylko pięć razy. Ale Freiburgowi w 16 meczach strzelił dotąd 18 goli, zaś Augsburgowi w 15 spotkaniach aż 20.
Za plecami Lewandowskiego walkę o tytuł wicekróla strzelców Bundesligi toczą Erling Haaland z Borussii Dortmund i Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt. Po 27. kolejkach obaj mają na koncie po 25 trafień. Tyle samo goli strzelili też Leo Messi dla Barcelony i Cristiano Ronaldo dla Juventusu, a za tą czwórką z 23. golami plasuje się najskuteczniejszy we Francji Kylian Mbappe z Paris Saint-Germain. Żaden z nich nie ma realnych szans na dogonienie polskiego snajpera.

Liga Mistrzów UEFA: Z Bayernem bez Lewego PSG dał radę

W rozegranych w środku tego tygodnia pierwszych spotkaniach 1/4 finału piłkarskiej Ligi Mistrzów Bayer Monachium przegrał z Paris Saint-Germain 2:3, Real Madryt pokonał FC Liverpool 3:1, a Manchester City Borussię Dortmund 2:1, zaś FC Porto u siebie uległo Chelsea Londyn 0:2. Rewanże zostaną rozegrane 13 i 14 kwietnia.

Z potyczek ćwierćfinałowych największe zainteresowanie wzbudza rzecz jasna starcie finalistów poprzedniej edycji Ligi Mistrzów, czyli broniącego trofeum Bayernu Monachium z Paris Saint-Germain. Pierwszy mecz rozegrano w minioną środę na Allianz Arena w Monachium. Wielkim nieobecnym był w nim Robert Lewandowski, najskuteczniejszy strzelec bawarskiej jedenastki, który leczy kontuzję kolana jakiej doznał w meczu reprezentacji Polski z Andorą. Ale nawet bez niego niemiecki zespół zdecydowanie dominował w starciu z paryżanami, nie potrafił jednak wykorzystać licznych okazji bramkowych. Snajperskie szczęście dopisywało natomiast zawodnikom Paris Saint-Germain, zwłaszcza Kylianowi Mbappe, który po szybkich kontratakach zdobył dwie bramki i powiększył swój dorobek w obecnej edycji Champions League do ośmiu trafień.
Swoim udanym występem 22-letni francuski piłkarz szczególnie ucieszył redaktorów tygodnika „France Football”, bo w ich opinii to najpoważniejszy kandydat do zdobycia „Złotej Piłki”. Chyba że Bayern w rewanżu jakimś cudem wyeliminuje ekipę PSG, co bez Lewandowskiego w składzie nie wydaje się możliwe, a polskiego snajpera na Parc des Princes niestety także zabraknie. „Robię wszystko, co w mojej mocy, by wrócić. Ale dopiero gdy poczuję się naprawdę dobrze, będę mógł znów zagrać. Mój powrót na rewanżowy mecz z PSG byłby przedwczesnym krokiem. Oczywiście, że wolałbym być na boisku, bo dla mnie nie jest to miłe uczucie nie móc wspomóc kolegów. Nic jednak nie mogę na to poradzić, jest jak jest, i zostaje mi tylko kibicowanie mojej drużynie” – przyznał „Lewy” w wypowiedzi dla „Sky”. W głębi ducha musi by jednak w podłym nastroju, bo ma świadomość, że Bayern w rewanżu może nie odrobić strat i odpadnie z dalszej rywalizacji, co definitywnie przekreśli też szanse „Lewego” na zdobycie upragnionej „Złotej Piłki”.
Pierwsza porażka Flicka w LM
Bayern przegrał w Lidze Mistrzów pierwszy raz od marca 2019 roku, ulegając ekipie Liverpoolu, która później zwyciężyła w całych rozgrywkach. Od tego czasu bawarska jedenastka odniosła 18 zwycięstw i zanotowała jeden remis. Porażka z Paris Saint-Germain może być nie tylko końcem pięknej serii, lecz niekoniecznie dominacji Bayernu w tych rozgrywkach. „Powinniśmy strzelić więcej goli. Oczywiście, zawsze można rozmawiać o straconych bramkach. Gdyby jednak ten mecz zakończył się wynikiem 6:3, to nikt nie powinien narzekać. Jest jednak, jak jest, daliśmy plamę i trzeba będzie gonić wynik w rewanżu. Tak naprawdę na wiele im nie pozwoliliśmy. Gdybyśmy pokazali ten instynkt zabójcy, który nas wyróżnia, to widzielibyśmy zupełnie inny mecz. Wiadomo, że nie można całkowicie wyeliminować ofensywy PSG. I nie wykonaliśmy dobrej roboty przy straconych golach. Jesteśmy nastawieni na ofensywę, dlatego strzelamy dużo goli, wygrywamy wiele meczów, ale dzisiaj zmarnowaliśmy zbyt wiele okazji” – ocenił mecz Thomas Mueller, który zdobył jedną z bramek (drugiego gola strzelił zastępujący Lewandowskiego Eric Maxim Choupo-Moting) i w sumie ma już na koncie w rozgrywkach Ligi Mistrzów 48 trafień. Pod tym względem jest najskuteczniejszym niemieckim piłkarzem w historii.
Dla Hansiego Flicka porażka z PSG to pierwszy przegrany mecz w Lidze Mistrzów w roli pierwszego trenera Bayernu. Niemiecki szkoleniowiec nie sprawiał jednak wrażenia załamanego, wręcz przeciwnie. „Biorąc pod uwagę sytuacje bramkowe, które mieliśmy, to wynik powinien być inny. Ale jestem zadowoleni ze stylu gry mojego zespołu, bo był na najwyższym poziomie. Ten zespół nigdy się nie poddaje i zapewniam, że w rewanżu zrobimy wszystko, żeby wywalczyć awans do półfinału” – zapewnił szkoleniowiec monachijczyków.
Manchester City zatrzymał Haalanda
W tym sezonie prowadzony przez trenera Pepa Guardiolę zespół Manchesteru City znów jest na fali wznoszacej. „The Citizens” mają już mistrzostwo Anglii praktycznie w kieszeni, awansowali też do finału Pucharu Ligi oraz półfinału Pucharu Anglii, zaś w Lidze Mistrzów nie zaznali jeszcze goryczy porażki – z ośmiu rozegranych meczów wygrali siedem tracąc w nich zaledwie jednego gola. W ćwierćfinałowej rywalizacji z Borussią Dortmund angielski zespół uważany jest więc za murowanego faworyta, zwłaszcza że ekipa z Dortmundu nie imponuje w tym roku formą – w Bundeslidze zajmuje dopiero piątą lokatę. Ale Borussia ma w swoim składzie lidera klasyfikacji strzelców obecnej edycji Ligi Mistrzów Erlinga Haalanda. 20-letni norweski napastnik ma na koncie 10 goli, lecz na stadionie Manchesteru City tego dorobku nie powiększył. Norwega wyręczył Marco Reus, który w 84. minucie doprowadził do wyrównania. Dzięki temu trafieniu reprezentant Niemiec wyszedł na prowadzenie w klasyfikacji strzelców wszech czasów Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów, spychając na drugą pozycję… Lewandowskiego.
To nie był jednak koniec emocji na Etihad Stadium, bo Manchester City ruszył do ataku i w 90. minucie Phil Foden, jeden z najlepszych graczy w tym spotkaniu, płaskim strzałem ustalił wynik spotkania na 2:1. Rewanż w Dortmundzie zapowiada się ciekawie i w tej chwili trudno przewidzieć który z tych zespołów wywalczy awans do półfinału. Dla przypomnienia: zwycięzca dwumeczu Manchester City – Borussia Dortmund z 1/2 finału zmierzy się z lepszym z pary PSG – Bayern. A tak na marginesie, nawiązując jeszcze do plebiscytu „Złotej Piłki”, to dla redakcji „France Football” najlepszą opcją byłby awans do półfinału zespołów Paris Saint-Germain i Borussii Dortmund, bo w bezpośrednim starciu tych ekip może by wykreował się im laureat nagrody – a już przecież ogłosili, że Kylian Mbappe i Erling Haaland są lepsi od starych mistrzów, Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i Lewandowskiego.
Real bije Liverpool, a Chelsea Porto
Real Madryt bezlitośnie wykorzystał błędy obrony Liverpoolu i wygrywając u siebie 3:1 wykonał olbrzymi krok w kierunku awansu do półfinału Ligi Mistrzów. To miał być wielki rewanż Liverpoolu za porażkę w finale Ligi Mistrzów w 2018 roku. Wówczas prowadzeni przez Juergena Kloppa „The Reds” przegrali z Realem Madryt Zinedine’a Zidane’a 1:3. Ale na stadionie Santiago Bernabeu „Królewscy” zwarli szyki i przypomnieli światu, że nie można ich przekreślać nawet jeśli znajdują się w kryzysie. Zidane nie mógł wystawić do gry kontuzjowanych Edena Hazarda, Sergio Ramosa, Daniela Carvajala oraz zakażonego koronawirusem Raphaela Varane’a. FC Liverpool też boryka się z kadrowymi problemami i dlatego w Premier League jest poza czołówką, a Klopp wszystkie siły rzucił na Ligę Mistrzów. Na Real okazały się jednak niewystarczające. Bohaterem w ekipie „Królewskich” był 20-letni Brazylijczyk Vinicius Junior, strzelec dwóch goli, pierwszy piłkarz urodzonym w XXI wieku, który zapisał się na liście strzelców w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.
W czwartym spotkaniu 1/4 finału Chelsea Londyn pokonała na wyjeździe FC Porto 2:0 i w rewanżu raczej nie roztrwoni tej przewagi. Londyński zespół już więc może szykować się mentalnie na półfinałową potyczkę z Realem Madryt lub Liverpoolem.

Życiowy rekord Lewego w Bundeslidze

Robert Lewandowski zaliczył hat-tricka w wygranym przez Bayern 4:0 meczu 26. kolejki Bundesligi z VfB Stuttgart. Nasz piłkarz powiększył swój bramkowy dorobek w tym sezonie do 35 trafień, co jest jego życiowym rekordem.

Lewandowski w tym sezonie imponuje strzelecką formą. W sobotnim starciu z VfB Stuttgart trzykrotnie pokonał bramkarza rywali, kompletując hat-tricka już do przerwy. „Lewy” ma więc teraz na koncie 35 goli, co jest jego nowym życiowym rekordem. Poprzedni ustanowił w poprzednim sezonie uzyskując w nim 34 trafienia. Ale jego fani po obu stronach Odry ekscytują się coraz realniejszą perspektywą pobicia przez polskiego napastnika blisko półwiecznego rekordu Gerda Muellera 40 goli strzelonych w jednym sezonie. Do zakończenia rozgrywek w Bundeslidze zostało jeszcze osiem kolejek, więc cel jest jak najbardziej realny do osiągnięcia.
Póki co „Lewy” dzięki hat-trickowi umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji strzelców obecnego sezonu, chociaż jego dwaj najgroźniejsi konkurenci zdobyli po dwie bramki. Norweg Erling Haaland zaliczył dwa trafienia w zremisowanym przez Borussię Dortmund 2:2 w wyjazdowym spotkaniu z FC Koeln, a Portugalczyk Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt także trafił dwukrotnie w wygranym przez jego zespół u siebie 5:2 meczu z Unionem Berlin. Obaj mają teraz na koncie po 21 goli, lecz do Lewandowskiego mają już 14 bramek straty. Trzeci w klasyfikacji Holender Wout Weghorst z VfL Wolfsburg strzelił jak na razie 17 goli i ma od „Lewego” aż 18 trafień mniej. Takie różnice są już raczej niemożliwe do odrobienia i wszystko wskazuje, że kapitan reprezentacji Polski w tym sezonie po raz szósty w karierze, a czwarty z rzędu zdobędzie statuetkę z zabytkową armatą, którą w Bundeslidze nagradza się zdobywcę tytułu króla strzelców. Dla przypomnienia – Lewandowski pierwszą „armatę” wywalczył jeszcze w barwach Borussii Dortmund (sezon 2013/2014), a cztery pozostałe jako gracz Bayernu (2015/16, 2017/2018, 2018/2019, 2019/2020). Rekordzistą w liczbie tytułów króla strzelców Bundesligi jest Gerd Mueller, który wygrywał rywalizację strzelców siedmiokrotnie.

Liga Mistrzów UEFA: Dominacja klubów z Anglii i Niemiec

Broniący trofeum Bayern Monachium w rewanżowym meczu pokonał u siebie Lazio Rzym 2:1 i z bilansem bramkowym w obu spotkaniach 6:2 pewnie awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Oprócz bawarskiej jedenastki do tej fazy zmagań przebiły się jeszcze Paris Saint-Germain, Real Madryt, Manchester City, FC Liverpool,
Chelsea Londyn, Borussia Dortmund i FC Porto.

Losy awansu do ćwierćfinału rozstrzygnęły się w zasadzie w pierwszym spotkaniu. W Rzymie mistrzowie Niemiec wygrali 4:1 i na rewanż na własnym obiekcie mogli oczekiwać ze spokojem. Tylko kataklizm mógł ich pozbawić awansu. Do sensacji nie doszło. Gościom starczyło animuszu i determinacji tylko na pół godziny. W 32. minucie we własnym polu karnym Vedat Muriqi sfaulował Leona Goretzkę i arbiter podyktował „jedenastkę”, którą na bramkę zamienił zwykle niezawodny w tym elemencie gry Robert Lewandowski.
Od tego momentu Bayern już nie forsował tempa, a trener Hansi Flick po godzinie dał odpocząć kluczowym graczom – Boatengowi, Muellerowi, Kimmichowi, Goretzce i Lewandowskiemu (został uznany za najlepszego gracza meczu), którego w 71. minucie zmienił Eric Maxim Choupo-Moting. I to właśnie Kameruńczyk dwie minuty po wejściu na boisko strzelił drugiego gola dla Bayernu, Zespół Lazio odpowiedział w końcówce trafieniem Marco Parolo, ale rezultat dwumeczu 6:2 na korzyść obrońców trofeum nie pozostawia żadnej wątpliwości, która drużyna zasłużyła na awans do grona ośmiu najlepszych w tym sezonie klubowych drużyn Europy. Bayern do tej fazy Ligi Mistrzów doszedł już po raz 19., co jest najlepszym wynikiem w historii tych rozgrywek.
W ćwierćfinale rozgrywek nie zobaczymy zatem ani jednego włoskiego zespołu, bo los Lazio podzieliły też Juventus Turyn i Atalanta Bergamo. Mocną reprezentację w tej fazie rywalizacji ma angielska Premier League, którą reprezentują aż trzy zespoły – Manchester City, FC Liverpool i Chelsea Londyn. Dwie ekipy wprowadziła niemiecka Bundesliga (Bayern i Borussia Dortmund), a po jednej francuska Ligue 1 (Paris Saint-Germain), hiszpańska La Liga (Real Madryt) i portugalska Primera Liga (FC Porto). Losowanie par ćwierćfinałowych Ligi Mistrzów odbędzie się już w piątek, 19 marca. Cała ceremonia rozpocznie się o godz. 12:00. Co ważne, w piątek wylosowana zostanie także cala drabinka rozgrywek, aż do finału Ligi Mistrzów. Od tej fazy rozgrywek nie obowiązuje także zasady losowania, znane z 1/8 finału. Nie ma drużyn rozstawionych, nie ma znaczenia także kraj, z którego pochodzą poszczególne zespoły.
W klasyfikacji strzelców prowadzi z dorobkiem 10 goli napastnik Borussii Dortmund Erling Haaland. Za nim z sześcioma trafieniami plasują się dwaj gracze Paris Saint-Germain: Francuz Kylian Mbappe i Brazylijczyk Neymar oraz francuski napastnik Chelsea Londyn Olivier Giroud. Ta trójka snajperów ma jeszcze szansę powiększyć swój bramkowy dorobek, natomiast Hiszpan Alvaro Morata (Juventus), Marokańczyk Youssef En-Nesyri (FC Sevilla) i Anglik
Marcus Rashford (Manchester United) pozostaną już w statystykach obecnej edycji Champions League z sześcioma bramkami. Wysokiej pozycji w zestawieniu raczej jednak nie utrzymają, bo za ich plecami jest spora grupa zawodników z zespołów nadal pozostających w grze o zwycięstwo w obecnych rozgrywkach. Po pięć goli na koncie mają Robert Lewandowski (Bayern), Egipcjanin Mahomed Salah (FC Liverpool), Portugalczyk Sergio Oliveira (FC Porto) i Francuz Karim Benzema (Real Madryt), a po cztery Portugalczyk Diogo Jota (FC Liverpool) i Hiszpan Ferran Torres (Manchester City).
W klasyfikacji strzelców wszech czasów prowadzi niezmiennie Cristiano Ronaldo (134 gole) przed Leo Messim (120), a trzecią lokatę zajmuje Robert Lewandowski (73 gole). Czwarty w zestawieniu jest przebywający już na piłkarskiej emeryturze Hiszpan Raul Gonzalez Blanco (71 bramek), lecz pewnie już niedługo, bo ścigający zawzięcie Lewandowskiego Karim Benzema w rewanżowym meczu z Atalantą Bergamo strzelił 70. gola.

Wyniki 1/8 finału:
Bayern Monachium – Lazio Rzym 4:1 i 2:1;
Manchester City – Borussia M’gladbach 2:0 i 2:0; Atletico Madryt – Chelsea Londyn 0:1 i 2:0; FC Liverpool – RB Lipsk 2:0 i 2:0; Juventus Turyn – FC Porto 3:2 i 1:2; Paris Saint-Germain – FC Barcelona 4:1 i 1:1; Borussia Dortmund – FC Sevilla 3:2 i 2:2; Atalanta Bergamo – Real Madryt 0:1 i 1:3;
Awans do 1/4 finału wywalczyły:
Bayern Monachium, Paris Saint-Germain, Real Madryt, Manchester City, FC Liverpool, Chelsea Londyn, Borussia Dortmund, FC Porto.

Giganci futbolu dali odpór młodzieży

Robert Lewandowski z dorobkiem 32 goli i 64 punktów zdecydowanie prowadzi w klasyfikacji „Złotego Buta”, ale za plecami ma nie Erlinga Haalanda czy Kyliana Mbappe, lecz Cristiano Ronaldo i Leo Messiego. W miniony weekend ci wielcy piłkarze dobitnie przypomnieli światu, że wciąż są gigantami tego sportu – Portugalczyk strzelił trzy gole, a Argentyńczyk dwa.

Cristiano Ronaldo odpowiedział hat-trickiem na falę krytyki, jaka na niego spadła po odpadnięciu Juventusu z Ligi Mistrzów. Po trzech golach strzelonych w wygranym przez ekipę „Starej Damy” 3:1 ligowym spotkaniu z Cagliari portugalski piłkarz ma już na koncie 770 bramek zdobytych w oficjalnych występach, co jest rekordowym osiągnięciem w skali światowej. Już w styczniu tego roku, gdy Cristiano Ronaldo strzelił 758 gola w swojej karierze, media odtrąbiły pobicie przez niego strzeleckiego rekordu ustanowionego przez „króla futbolu” Pelego (757 bramek).
Natychmiast pojawiły się jednak kontrowersje, bo wedle niektórych statystyk Brazylijczyk miał więcej trafień na koncie w oficjalnych meczach. Po niedzielnym hat-tricku głos w tej kwestii zabrał sam Cristiano Ronaldo, publikując na Instagramie post takiej oto treści: „Mój odwieczny i bezwarunkowy podziw dla pana Edsona Arantesa do Nascimento spowodował, że dla mnie jego rekordowym wynikiem było 767 bramek. Wziąłem pod uwagę jego 9 goli dla drużyny z Sao Paulo oraz jedną bramkę dla Brazylijskiej Drużyny Wojskowej. Świat i piłka od tego czasu bardzo się zmieniły, ale to nie oznacza, że możemy wymazać historię. Kiedy w niedzielę osiągnąłem 770 bramek, swoje pierwsze słowa chcę skierować właśnie do Pele. Nie ma na świecie gracza, który nie wychowałby się, słuchając opowieści o jego niesamowitych dokonaniach. Ja nie jestem wyjątkiem. Pokonanie rekordu Pele to coś, o czym nie marzyłem nawet jako dziecko. Nie osiągnąłbym tego bez mojej rodziny, przyjaciół, fanów i kolegów z drużyny. Dziękuję” – napisał portugalski gwiazdor. Pele nie pozostał mu dłużny i także na Instagramie napisał: „Cristiano, każdy z nas odbywa w życiu samotną podróż. Ty też, ale twoja podróż jest piękna. Bardzo Cię podziwiam i uwielbiam patrzeć jak grasz. Szczerze gratuluję Ci pobicia mojego rekordu. I bardzo żałuję, że nie mogę cię teraz uściskać”.
Dzięki hat-trickowi w spotkani z Cagliari Cristiano Ronaldo powiększył swój strzelecki dorobek w tym sezonie w Serie A do 23 trafień i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji strzelców włoskiej ekstraklasy. Drugi w zestawieniu Belg Rumelu Lukaku z Interu Mediolan ma o cztery bramki mniej. Wyczyn portugalskiego gwiazdora musiał zrobić piorunujące wrażenie na szefach turyńskiego klubu, bo w poniedziałek w oficjalnych wypowiedziach dementowali medialne pogłoski, że mieli zamiar pozbycia się go za 29 milionów euro już po tym sezonie.
Temat transferu Cristiano Ronaldo nie przestał być jednak aktualny, ale im więcej Portugalczyk strzeli goli w lidze, tym włodarzom Juventusu trudniej będzie podjąć taką decyzję. Dlatego Lewandowski nie może być jeszcze pewny zdobycia pierwszego w karierze „Złotego Buta”, bo zmotywowany CR7 z pewnością nie odpuści w tej rywalizacji. Tym bardziej, że za jego plecami pojawił się odwieczny konkurent do sławy – Leo Messi. Argentyńczyk w poniedziałek w kończącym 27. kolejkę Primera Division meczu z SD Huesca (4:1) po raz 767 wystąpił w barwach FC Barcelona (licząc wszystkie rozgrywki) i tym samym wyrównał klubowy rekord należący do Xaviego Hernandeza. Wydarzenie to Argentyńczyk uświetnił dwoma golami i asystą, powiększając swój strzelecki dorobek do 21 trafień. To trzynasty z rzędu sezon w jego karierze, w którym przekroczył granicę 20 bramek, czego przed nim nie dokonał żaden piłkarz. Messi jest liderem klasyfikacji strzelców Primera Division. Drugi w zestawieniu Urugwajczyk Luis Suarez z Atletico Madryt traci do niego trzy bramki, a trzeci Francuz Karim Benzema z Realu Madryt aż sześć. Warto podkreślić, że cała trójka najlepszych snajperów w hiszpańskiej ekstraklasie to gracze już po „30” (Messi ma 33 lat, Suarez 34, a Benzema 33), podobnie jak Cristiano Ronaldo (36), a także znajdujący się na czele klasyfikacji „Złotego Buta” Lewandowski (32).
To trochę przeczy tezie postawionej niedawno przez francuski dziennik „L’Equipe” sugerującej nastanie ery dominacji młodego pokolenia graczy z 20-letnim Norwegiem Erlingiem Haalandem i 22-letnim Francuzem Kylianem Mbappe na czele. W miniony weekend obaj nie powiększyli swojego bramkowego dorobku i Halland z 19., trafieniami jest czwarty, a Mbappe z 18. dopiero siódmy. Może kiedyś rzeczywiście ci gracze zdominują futbol na naszym kontynencie, ale raczej na pewno jeszcze nie w tym sezonie.
W obecnych rozgrywkach o tytuł najlepszego strzelca w ligach europejskich Lewandowski bić się będzie z Cristiano Ronaldo i Messim. Szanse na zwycięstwo ma duże, bo prowadzi z dużą przewagą nad konkurentami, a wszyscy mają mniej więcej tyle samo meczów do rozegrania w swoich ligach – Bundesliga, Primera Division, Premier League i Ligue 1 mają jeszcze po dziewięć kolejek, zaś Serie A jedenaście.

Złoty But coraz bliżej

Hat-trick Roberta Lewandowskiego w meczu z Borussią Dortmund powiększył jego przewagę nad konkurentami w klasyfikacji strzelców Bundesligi oraz umocnił go na prowadzeniu w rywalizacji o „Złotego Buta” – nagrody dla najlepszego strzelca lig europejskich.
„Lewy” ma w tej chwili 11 goli przewagi nad drugim w zestawieniu Cristiano Ronaldo.

Bayern Monachium wygrał „Der Klassiker” z Borussią Dortmund 4:2, a Robert Lewandowski strzelił w tym spotkaniu trzy gole. Kapitan reprezentacji Polski powiększył swój bramkowy dorobek w tym sezonie do 31 trafień i jest w tej chwili zdecydowanym liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi. Ścigający go w tym zestawieniu Norweg Erling Haaland z Borussii Dortmund i Portugalczyk Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt maja na koncie po 19 goli.
Niemieckie media ekscytują się rosnącą szansą „Lewego” na pobicie legendarnego rekordu goli w jednym sezonie (40) ustanowionego blisko pół wieku temu przez Gerda Muellera, ale polski napastnik Bayernu ma na oku ważniejsze dla niego trofeum. W swojej bogatej już kolekcji nie ma jeszcze „Złotego Buta”, nagrody dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich. Był bliski zdobycia tego lauru w poprzednim sezonie, ale na finiszu sprzątnął mu go sprzed nosa włoski snajper Lazio Rzym Ciro Immobile.
W obecnych rozgrywkach Lewandowski chyba już nie da sobie odebrać tego trofeum. Dla przypomnienia – klasyfikacji „Złotego Buta” to ranking, w którym bramki zdobyte przez piłkarzy w pięciu najsilniejszych ligach (niemieckiej, angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej i francuskiej) mnożone są przez współczynnik trudności „2”. Pozostałe ligi mają współczynnik „1,5” lub „1”. Tak więc w aktualnym zestawieniu Lewandowski ma na koncie 62 punkty za 31 goli. Na drugim miejscu jest Kasper Junker, zawodnik norweskiego Bodo/Glimt, który 27 razy trafił do siatki i ma 40,5 pkt, ale norweska ekstraklasa gra systemem wiosna-jesień i ten piłkarz nie powiększy już swojego dorobku. Może tego natomiast dokonać trzeci w zestawieniu Cristiano Ronaldo, który ma na koncie 20 goli, co przy współczynniku „2” daje mu 40 punktów. Portugalczyk ma już jednak do „Lewego” ogromną stratę 22 punktów. Jego Juventus ma co prawda jeszcze do rozegrania 13 ligowych meczów, a Bayernowi do końca rozgrywek zostało kolejek 10, to nawet dla wielkiego CR7 zniwelowanie tej różnicy może okazać się niewykonalne.
Tym bardziej będzie to trudne dla dwóch graczy Bundesligi, Erlinga Haalandaz Borussii Dortmund i Andre Silvy z Eintrachtu Frankfurt, zajmujących na spółkę z Leo Messim z FC Barcelona miejsce za plecami Portugalczyka z dorobkiem 19 trafień i 38 punktów.
Najwyżej notowanym piłkarzem w klasyfikacji „Złotego Buta” jest pozyskany przez Legię z Szachtara Soligorsk Jasur Jakszibojew, który w barwach poprzedniego zespołu strzeli 16 goli i zestawieniu zajmuje 163. miejsce. Natomiast jego klubowy kolega z Legii, Czech Tomas Pekhart, lider klasyfikacji strzelców naszej ekstraklasy, z 15 golami zajmuje 180. lokatę.

Czołówka klasyfikacji Złotego Buta:

  1. Robert Lewandowski (Polska, Bayern Monachium) – 31 goli
    /62 pkt.
  2. Kasper Junker (Dania, FK Bodo/Glimt) – 27/40,5
  3. Cristiano Ronaldo (Portugalia, Juventus Turyn) – 20/40
  4. Ering Haaland (Norwegia, Borussia Dortmund) – 19/38
    – Andre Silva (Portugalia, Eintracht Frankfurt) – 19/38
    – Lionel Messi (Argentyna, FC Barcelona) – 19/38
  5. Paul Onuachu (Nigeria, KRC Genk) – 25/37,5
    – Amahl Pellegrino (Norwegia, Kristiansund BK) – 25/37,5
  6. Kylian Mbappe (Francja, Paris Saint-Germain) – 18/36
    – Romelu Lukaku (Belgia, Inter Mediolan) – 18/36

Lewy zgasił Haalanda

Robert Lewandowski był bohaterem meczu, którym ekscytował się piłkarski świat. „Der Klassiker”, jak zwie się w Niemczech potyczki Bayernu Monachium z Borussią Dortmund, był kapitalnym pojedynkiem dwóch wielkich snajperów – Roberta Lewandowskiego i Erlinga Haalanda. Zwycięsko z tej próby sił wyszedł Polak.

W sobotnim „Der Klassiker”, już 129. w historii, Bayern podejmował Borussią Dortmund w swoim mateczniku na Allianz Arenie. Mecze tych drużyn ekscytują fanów futbolu od 1965 roku. W pierwszym starciu górą była drużyna z Dortmundu, która wygrała 2:0. W 129 spotkaniach 63 razy wygrywał Bayern, 33 razy był remis, a 33 razy zwyciężała Borussia. Od ponad dekady potyczkami tych dwóch niemieckich zespołów emocjonują się też kibice w Polsce, głównie ze względu na nietuzinkowy w nich udział Roberta Lewandowskiego, najpierw jako zawodnika Borussii przeciwko Bayernowi, a od 2014 roku jako gracza Bayernu.
Sobotnie spotkanie lepiej zaczął młodszy od „Lewego” o 12 lat norweski snajper Borussii. Haaland pierwszą bramkę zdobył już w 2. minucie, a siedem minut później dołożył drugie trafienie. Bawarska jedenastka po tych dwóch szybkich ciosach potrzebowała całego kwadransa na otrząśnięcie się z szoku, ale w 26. minucie zdobyła kontaktową bramkę. Bramkarza Borussii pokonał nie kto inny jak Lewandowski, wyraźnie podrażniony na ambicji przez Haalanda. W 44. minucie kapitan reprezentacji Polski mógł jednak odetchnąć z ulgą, bo sędzia odgwizdał rzut karny dla Bayernu, a „jedenastki” w tym zespole egzekwuje „Lewy”. Zrobił to skutecznie i obie drużyny schodziły do szatni przy wyniku 2:2, a Lewandowski miał w tym momencie w dorobku równo 30 goli w obecnych rozgrywkach.
Po zmianie stron Haaland już gola nie strzelił, a w 60. minucie został zmieniony, bo zaczął odczuwać dolegliwości w okolicach ścięgna Achillesa. Tak na marginesie – norweski napastnik ma dopiero 20 lat, a w tym sezonie opuścił już wiele meczów z powodu różnych urazów. Pod tym względem nie wytrzymuje żadnych porównać z Lewandowskim, słynącym z żelaznej wytrzymałości i odporności na kontuzje. Ale polski piłkarz chciał koniecznie pokazać, że kreowany już na jego następcę Norweg odstaje też od niego pod względem skuteczności. I tuż przed końcem meczu zdobył swoją trzecią bramkę w tym meczu, ustalając wynik na 4:2. Było to jego 31. trafienie w tym ligowym sezonie, a taka liczba zdobytych bramek, jak szybko wyliczyli futbolowi statystycy, dałaby mu koronę króla strzelców niemieckiej Bundesligi w 52 jej sezonach.
Oczywiście Lewandowski został uznany piłkarzem meczu i dostał noty za swój występ najwyższe z możliwych, ale po drugiej stronie Odry zdecydowanie większe emocje wzbudza topniejący z każdą kolejką dystans jaki dzieli polskiego napastnika do rekordu strzeleckiego legendarnego Gerda Muellera, który w sezonie 1971/72 zdobył 40 bramek. Po hat-tricku w meczu z Borussią „Lewemu” brakuje jeszcze dziewięciu trafień, a do końca sezonu niemieckiej ekstraklasy pozostało jeszcze 10 kolejek. Wyrównanie, a nawet poprawienie rekordu słynnego „Bombera” przez Lewandowskiego stało się więc w tej chwili jak najbardziej realne, ale ta perspektywa wzbudza w Niemczech mieszane odczucia. Pewnie u nas byłoby podobnie, gdyby np. czeski napastnik Legii Tomas Pekhart też miał na 10 kolejek przez końcem rozgrywek w ekstraklasie 31 goli na koncie. A dla przypomnienia – historyczny rekord strzelecki w naszej lidze, ustanowiony przez Henryka Reymana w 1927 roku, wynosi 37 goli. Przez tyle lat tylko dwóch graczy się do niego zbliżyło – Ernest Wilimowski w 1934 (33 gole) i Józef Kohut w 1948 (31).
Na razie jednak „Lewy” ma szansę awansować na drugie miejsce w klasyfikacji najlepszych strzelców wszech czasów Bundesligi. W 343 spotkaniach zdobył już 267 bramek i do wyprzedzającego go w zestawieniu Klausa Fischera ma już tylko jedną bramkę straty. Warto pokreślić, że ten dawny gwiazdor Schalke rozegrał w Bundeslidze 535 meczów. Na czele klasyfikacji strzelców znajduje się oczywiście Gerd Mueller, który strzelił 365 goli. Lewandowski najbliższą okazję do przeskoczenia Fischera będzie miał 13 marca, gdy w ramach 25. kolejki Bayern zagra na wyjeździe z Werderem Brema.

Agent Erlinga Haalanda chce go latem sprzedać do Realu

Real Madryt wyciąga ręce po dwóch graczy młodego pokolenia. Francuski trener „Królewskich” Zinedine Zidane chciałby swojego rodaka Kyliana Mbappe z Paris Saint-Germain, ale działaczom madryckiego klubu zdecydowanie łatwiej oraz dużo taniej będzie przeprowadzić transfer Norwega Erlinga Haalanda z Borussii Dortmund.

Katarscy właściciele Paris Saint-Germain bardzo by chcieli zatrzymać Kyliana Mbappe, ale może się okazać, że nawet ich nie będzie stać na przedłużenie umowy z 22-letnim francuskim napastnikiem. Dlatego już teraz kolportują wieść, że jeśli Mbappe postanowi odejść tego lata, jego nowy pracodawca będzie musiał zapłacić za jego transfer paryskiemu klubowi 200 milionów euro. Do tego dojdą jeszcze sute prowizje dla agentów i innych pośredników kręcących się przy takich rekordowych transakcjach, co powiększy koszt pozyskania tego piłkarza o kolejne 30-35 mln euro. To dużo nawet dla Realu i dlatego szefowie madryckiego klubu rozważają też alternatywne rozwiązania.
Drugi gracz na ich liście, Norweg Erling Haaland, byłby wedle spekulacji hiszpańskich mediów tańszy od Francuza od około 80 mln euro. Agent utalentowanego 20-letniego norweskiego piłkarza, Mino Raiola, zaliczany do największych rekinów tej zbójeckiej profesji, podał ponoć działaczom „Królewskich” pełny kosztorys ewentualnego transferu, który wyliczył na kwotę 150 mln euro. Do tego dochodzi oczywiście jeszcze indywidualny kontrakt dla piłkarza, wcale nie niższy od żądanego przez Mbappe (ponoć Haaland życzy sobie rocznie 20 mln euro i co najmniej czteroletni kontakt, co oznacza, że wraz z bonusami i premiami trzeba będzie na niego wydać grubo ponad 100 mln euro).
Natomiast podanej kwoty transferowej, oszacowanej przez Raiolę na 150 mln euro, Borussia Dortmund życzy dla siebie 110 mln euro. Zważywszy na fakt, że klub ten wykupił rok temu Haalanda z Red Bull Salzburg za 20 mln euro, przebicie jest więcej niż pięciokrotne. Bardziej bulwersuje jednak 30 milionów euro prowizji dla samego Mino Raioli, a także kolejne 10 milionów euro dla pomniejszych pośredników, wśród których jest też ojciec piłkarza. Haaland obecnie jest najdroższym graczem w piłkarskiej stajni tego holenderskiego agenta z włoskimi korzeniami.
A ma on pod swoją kuratelą wielu graczy o głośnych nazwiskach, m.in. Holendra Matthijsa de Ligta (Juventus, wartość transferowa 75 mln euro), Francuza Paula Pogbę (Manchester United, 65 mln euro) czy Włocha Marco Verrattiego (Paris Saint-Germain, 60 mln euro). Raiola jest zdecydowany na doprowadzenie do transferu Haalanda już tego lata. Może mu sie to udać, bo Haaland jest ponoć chętny do dołączenie do madryckiej ekipy, a prezydent Realu Florentino Pereza ma dobre relacje z dyrektorem generalnym Borussii Dortmund z Hansem-
Joachimem Watzke.