Lewandowski dogonił Raula

W 4. kolejce Champions League broniący trofeum Bayern Monachium po wygranej 3:1 z RB Salzburg zapewnił już sobie awans do 1/8 finału. Takim samym wyczynem mogą pochwalić się jeszcze FC Barcelona, Juventus Turyn, Manchester City, Chelsea Londyn i FC Sevilla. Szanse na wyjście z grupy straciły natomiast definitywnie Olympique Marsylia i FC Midtjylland, FK Krasnodar, Zenit Petersburg, Stade Rennes, Dynamo Kijów i Ferencvaros.

Bayernowi wystarczyły tylko cztery mecze, by zapewnić sobie awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów z pierwszego miejsca w grupie. Udział w zwycięstwie nad Salzburgiem 3:1 miał również Robert Lewandowski, który strzelił pierwszego gola dla bawarskiej jedenastki. Po meczu kapitan reprezentacji Polski skomentował swój występ w mediach społecznościowych krótkim wpisem: „Zadanie wykonane”. Bayern prowadzi w grupie z kompletem zwycięstw i ma już siedem punktów przewagi nad drugim w tabeli Atletico Madryt. Hiszpański zespół o premiowane awansem do do 1/8 finału drugie miejsce do końca będą musieli walczyć z Lokomotiwem Moskwa (3 punkty) i RB Salzburg (1).
Lewandowski ma na koncie trzy gole i wciąż ma szansę na drugi z rzędu tytuł króla strzelców tych elitarnych rozgrywek.
Ale dzięki trafieniu w meczu z mistrzem Austrii „Lewy” powiększył swój łączny dorobek goli w Lidze Mistrzów do 71 i tym samy zrównał się z trzecim w klasyfikacji najlepszych strzelców rozgrywek wszech czasów Raulem. Polak na dogonienie legendarnego hiszpańskiego snajpera Realu Madryt potrzebował 10 sezonów, ale najwięcej odrobił w dwóch poprzednich. Zdobył w nich w sumie 23 bramki, co pozwoliło mu wyprzedzić zajmującego czwartą lokatę Francuza Karima Benzemę, a wcześniej przeskoczyć Eusebio (46), Filippo Inzaghiego (46), Andrija Szewczenkę (48), Zlatana Ibrahimovicia (48), Alfredo Di Stefano (49), Thierry’ego Henry (50) i Ruuda van Nistelrooya (51).
Na czele zestawienia jest Portugalczyk Cristiano Ronaldo, który w 4. kolejce zdobył jedną bramkę i ma teraz na koncie 131 trafień. Drugi na liście jest jego wielki rywal Leo Messi z dorobkiem 118 goli. Lewandowski ma niewielkie szanse na dogonienie tej dwójki, ale niewykluczone, że kiedyś tej sztuki dokona 20-letni obecnie norweski napastnik Borussii Dortmund Erling Haaland. W tej chwili Norweg jest liderem klasyfikacji strzelców obecnej edycji Ligi Mistrzów. W 4. kolejce w spotkaniu z Club Brugge (3:0) zdobył dwie bramki i prowadzi z dorobkiem sześciu trafień. Warto jednak podkreślić, że łącznie ten piłkarz zdobył już w Lidze Mistrzów 16 goli, czyli ma ich na koncie więcej niż tacy gracze, jak Roberto Firmino, Pierre-Emerick Aubameyang, Paulo Dybala, Ronaldo, Zinedine Zidane, David Villa, Miroslav Klose czy Adriano, a rozegrał w tych rozgrywkach jak na razie tylko 12 spotkań. Ponadto Norweg jest najmłodszym piłkarzem, który osiągnął barierę 15 goli w Champions League, bo we wtorek miał 20 lat i 126 dni. Dotychczasowy rekordzista pod tym względem, Francuz Kylian Mbappe, był starszy o 180 dni. Messi takim wynikiem mógł się pochwalić w wieku 21 lat i 288 dni, a Lewandowski mając 25 lat i 111 dni.
W tej chwili jednak rozstrzygają się losy najważniejszej nagrody indywidualnej. Lewandowski znalazł się na liście 11 zawodników nominowanych w plebiscycie FIFA na najlepszego piłkarza 2020 roku (FIFA The Best). Oprócz kapitana reprezentacji Polski znaleźli się na niej: Thiago Alcantara (Hiszpania/Bayern Monachium/Liverpool), Cristiano Ronaldo (Portugalia/Juventus Turyn), Kevin De Bruyne (Belgia/Manchester City), Sadio Mane (Senegal/FC Liverpool), Kylian Mbappe (Francja/Paris Saint-Germain), Lionel Messi (Argentyna/FC Barcelona), Neymar (Brazylia/ Paris Saint-Germain), Sergio Ramos (Hiszpania/Real Madryt), Mohamed Salah (Egipt/FC Liverpool), Virgil van Dijk (Holandia/FC Liverpool). Zwycięzca ogłoszony zostanie 17 grudnia. Sześć dni wcześniej FIFA ogłosi finałową trójkę plebiscytu The Best. Listę 11 nominowanych wybrała grupa ekspertów FIFA, a teraz głosować do 9 grudnia będą mogli kibice.
Jeśli położy się na szalę tegoroczne dokonania nominowanych piłkarzy, Lewandowski kładzie wszystkich na łopatki, nawet dwóch gigantów futbolu ostatnich lat, czyli Messiego i Cristiano Ronaldo. Polak wygrał z Bayernem Monachium wszystko co było do wygrania drużynowo, ale także zdobył tytuły króla strzelców w Lidze Mistrzów, Bundeslidze i Pucharze Niemiec, a ponadto zdobył najwięcej bramek w całym sezonie. Mimo to w głosowaniu internautów snajper Bayernu znalazł się na trzecim miejscu, właśnie za Argentyńczykiem i Portugalczykiem. Miejmy nadzieję, że to tylko na początku tak wyszło.

Zlatan goni Lewego w Złotym Bucie

Przed przerwą dla reprezentacji narodowych Robert Lewandowski prowadził w klasyfikacji „Złotego Buta” z przewagą trzech goli nad drugim w zestawieniu Zlatanem Ibrahimoviciem oraz pięć nad Erlingiem Haalandem i Cristiano Ronaldo. Ale w miniony weekend konkurenci Polaka skrócili dystans.

Rywalizacja o „Złotego Buta”, nagrodę dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich, zapowiada się w tym sezonie ekscytująco. W poprzednim Lewandowski z dorobkiem 34 bramek dość długo był na czele klasyfikacji, ale zwycięstwo na finiszu odebrał mu Włoch Ciro Immobile, który sezon Serie A zakończył ostatecznie z 36 trafieniami. W obecnych rozgrywkach napastnik Lazio Rzym na razie odstaje od czołówki, bo strzelił dotąd tylko cztery gole. Nie ma jednak powodu, żeby już na tym etapie rywalizacji przekreślać jego szanse.
Lewandowski po powrocie ze zgrupowania reprezentacji Polski chyba nie zdążył się odpowiednio zresetować, bo w sobotnim spotkaniu z Werderem Brema (1:1) zagrał przeciętnie i był jednym z najgorzej ocenionych graczy Bayernu Monachium. Nasz najlepszy obecnie piłkarz w tym spotkaniu nie powiększył swojego bramkowego dorobku i pewnie potem tego mocno żałował, zwłaszcza gdy doszła do niego wieść, że w rozegranym później meczu Borussii Dortmund z Herthą Berlin (5:2) Erling Halland strzelił cztery gole i ma już na koncie w tym sezonie Bundesligi 10 trafień.
Inni konkurenci do „Złotego Buta” też nie zmarnowali okazji. Ibrahimović zdobył obie bramki dla AC Milan w wygranym 3:1 wyjazdowym meczu z SSC Napoli (ale odniósł kontuzję i w kilku najbliższych meczach będzie musiał pauzować), także Anglik Dominic Calvert-Lewin trafił dwukrotnie dla Evertonu w wygranym 3:2 spotkaniu z Fulham.
Tych trzech napastników, czyli 20-letni Haaland, 39-letni Ibrahimović i 23-letni Calvert-Lewin, ma teraz na koncie po 10 bramek, a w klasyfikacji „Złotego Buta” po 20 punktów. Prowadzący na liście Lewandowski zaś przewodzi z 11 golami i 22 punktami.
Gwoli przypomnienia – ranking powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w lidze. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek. Najwyższy, „2”, ma pięć czołowych lig europejskich – hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska. Współczynnik zależy od wyników klubów z każdej ligi w europejskich pucharach w ciągu ostatnich pięciu sezonów. W kategorii „open” w tej chwili na czele klasyfikacji „ZB” jest Maksym Skawysz z BATE Borysów, który ma na koncie 19 goli, ale liga białoruska gra systemem wiosna-jesień i wkrótce kończy rozgrywki, a ponadto ma współczynnik „1,5”. Zawodnicy spoza czołowych pięciu lig europejskich mają niewielkie szanse na zdobycie tej prestiżowej nagrody, dotyczy to także zawodników rywalizujących w ligach grających jak białoruska systemem wiosna-jesień. W tej chwili kilkunastu graczy z nich zajmuje lokaty w czołówce klasyfikacji „Złotego Buta”, ale Lewandowski na pełnej liście już zajmuje trzecie miejsce, a zapewne jeszcze w listopadzie obejmie prowadzenie. Jeśli nie on, to na pewno któryś ze ścigających go w klasyfikacji konkurentów z europejskiej czołówki ligowej.
Za wymienionym wcześniej kwartetem snajperów z pięciu najlepszych europejskiej lig plasują się francuski gwiazdor Paris Saint-Germain 21-letni Kylian Mbappe, który w siedmiu ligowych występach w tym sezonie zdobył 9 bramek i w zestawieniu „Złotego Buta” z 18 punktami dzieli trzecią lokatę z koreańskim snajperem Tottenhamu Hotspur 28-letni Son Heung-Minem (także ma 9 goli i 18 pkt).
Tuż za nimi z ośmioma golami i 16 pkt plasują się 35-letni portugalski gwiazdor Cristiano Ronaldo (Juventus), 33-letni Anglik Jamie Vardy (Leicester City) i 28-letni Egipcjanin Mahomed Salah (FC Liverpool). Kolejne miejsce z dorobkiem 7 bramek i 14 punktów zajmują: 27-letni Belg Romelu Lukaku (Inter Mediolan), 27-letni Anglik Harry Kane (Tottenham) i 26-letni Włoch Andrea Belotti (AC Torino).

Haaland dogania Lewandowskiego

Robert Lewandowski w ligowym spotkaniu Bayernu Monachium z Werderem Brema (1:1) nie poprawił swojego strzeleckiego dorobku, ale wciąż jest liderem klasyfikacji strzelców. Ma już jednak za plecami Norwega Erlinga Haalanda, który zdobył dla Borussii Dortmund cztery bramki w wygranym 5:2 spotkaniu z Herthą Berlin.

Lewandowski, podobnie jak jego klubowi koledzy z reprezentacji Niemiec nie wrócił do Monachium w dobrym nastroju. W starciu z Werderem Brema zagrał słabo, a na dodatek nie strzelił gola, chociaż we wcześniejszych swoich 19 występach przeciwko tej drużynie strzelił jej 19 goli. Tym razem obrońcy Werderu zdołali polskiego snajpera zatrzymać i nie pozwolili mu zmniejszyć dystans do bariery 250 bramek w Bundeslidze. Do jej osiągnięcia brakuje „Lewemu” jeszcze tylko trzech trafień.
W klasyfikacji strzelców obecnego sezonu „Lewy” na razie z 11 bramkami jest jeszcze liderem, ale drugi w zestawieniu Erling Haaland w sobotnim meczu Borussii Dortmund z Herthą Berlin (5:2) zaliczył „czteropak” i ma teraz na koncie 10 goli. Co ciekawe, Lewandowski w tym sezonie także strzelił Herthcie cztery gole.
Niemieckie media bardziej ekscytowały się faktem, że w 85. minucie za Haalanda wszedł na boisko 16-letni Youssoufa Moukoko, urodzony w Kamerunie niemiecki piłkarz, ponoć ogromny talent. Został najmłodszym debiutantem w historii Bundesligi, bo dzień wcześniej skończył 16 lat. Dotychczasowym rekordzistą pod tym względem był Nuri Sahin (16 lat i 335 dni.
W ekipie Herthy do 76. minuty grał Krzysztof Piątek, a od 76. minuty w barwach Borussii pojawił się Łukasz Piszczek. W drużynie Augsburga (1:1 na wyjeździe z Borussią M’gladbach) cały mecz rozegrał bramkarz Rafał Gikiewicz, a do 54. minuty grał obrońca Robert Gumny.

Niemcy upokorzeni przez Hiszpanów

Wydarzeniem kończącej rozgrywki drugiej edycji Ligi Narodów szóstej kolejki spotkań była klęska 0:6 reprezentacji Niemiec w wyjazdowym meczu z Hiszpanią. To najwyższa porażka niemieckiej drużyny od 1931 roku, a najwyższa w spotkaniach o punkty. Po tym zwycięstwie to Hiszpanie zajęli pierwsze miejsce w grupie 4 Dywizji A i awansowali wraz z zespołami Włoch, Belgii i Francji do Final Four, który w przyszłym roku zorganizują Włosi.

Klęska ekipy Joachima Loewa odbiła się szerokim echem w Europie, bo niemiecki zespół w tym spotkaniu nie oddał ani jednego celnego strzału na bramkę Hiszpanów. Porażka 0:6 to był najniższy wymiar kary, bo rewelacyjnie grająca ekipa trenera Luisa Enrique miała miażdżącą przewagę i gdyby nie kilka udanych interwencji rozgrywającego 96 spotkanie w narodowych barwach Manuela Neuera (to nowy rekord występów wśród niemieckich bramkarzy). Media w Niemczech po tej klęsce zażądały dymisji Loewa, ale działacze DFB zapewnili, że selekcjonera nie zwolnią. „Ta porażka tego nie zmienia. Nadal mamy pełne zaufanie do Joachima Loewa. Trzeba myśleć długoterminowo, a w przyszłym roku chcemy znaleźć się gronie najlepszych zespołów mistrzostw Europy” – powiedział dyrektor sportowy DFB Oliver Bierhoff. Wielkimi przegranymi tegorocznej edycji Ligi Narodów jest też broniąca trofeum ekipa Portugalii, która przegrała rywalizację z Francuzami.
Najlepszym strzelcem rozgrywek został Norweg Erling Haaland, który zdobył sześć bramek w czterech występach. Jego dorobek byłby pewnie pokaźniejszy, gdyby nie to, że władze Norwegii nakazały kadrze kwarantannę po wykryciu zakażenia koronawirusem u jednego z graczy. Z tego powodu norweska reprezentacja nie pojechała do Bukaresztu na mecz z Rumunią, za co został ukarana walkowerem, a na środowe wyjazdowe spotkanie z Austrią wysłano zebrany zespół złożony z przypadkowych graczy, który spisał się jednak dzielnie i wywalczył remis 1:1. Nic to jednak Norwegom nie dało, bo przez walkower stracili szanse na awans do Dywizji A.
A co do rywalizacji snajperów, to w najwyższej dywizji Ligi Narodów najskuteczniejszy okazał się Belg Romelu Lukaku (5 goli). Za jego plecami z czterema trafieniami uplasowali się Niemiec Timo Werner, Duńczyk Christian Eriksen oraz Hiszpan Ferran Torres, autor hat-tricka w spotkaniu z Niemcami. W polskim zespole najskuteczniejszy był jak zawsze Robert Lewandowski, ale dwa gole dały mu odległą pozycję w klasyfikacji. Najskuteczniejszymi graczami w Dywizji C byli Stevan Jovetić (Czarnogóra), Sokol Cikalleshi (Albania), Rauno Sappinen (Estonia) i Harris Vuckic (Słowenia), którzy zdobyli po 4 bramki, a w Dywizji D królem strzelców także z dorobkiem czterech goli został Klaemint Olsen (Wyspy Owcze).
Reprezentacja Polski zakończyła zmagania na 3. miejscu, co oznacza, że zapewnili sobie utrzymanie w najwyższej dywizji Ligi Narodów. W kolejnej edycji tych rozgrywek, w sezonie 2022/2023, biało-czerwoni rywalizować będą Dywizji A z zespołami Belgii, Chorwacji, Danii, Anglii, Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Portugalii, Hiszpanii, Walii (awans z Dywizji B), Węgier (awans z Dywizji B), Czech (awans z Dywizji B) i Austrii (awans z Dywizji B). W tym gronie zagra jeszcze Ukraina lub Szwajcaria, ale te zespoły mają jeszcze do rozegrania odwołany z powodu zakażeń koronawirusem w ukraińskiej kadrze mecz, który UEFA planuje rozegrać jeszcze w grudniu tego roku lub styczniu następnego. Ukraińcy zajmują przedostatnie miejsce w grupie 4 Dywizji A i mają 3 punkty przewagi nad zamykającymi stawkę Szwajcarami. Bezpośredni pojedynek tych drużyn rozstrzygnie, która z nich spadnie do niższej dywizji. Ukraińcom do utrzymania wystarczy remis.
Skład pozostałych Dywizji.
Dywizja B: Szwajcaria lub Ukraina, Szwecja (spadek z Dywizji A), Bośnia i Hercegowina (spadek z Dywizji A), Islandia (spadek z Dywizji A), Finlandia, Norwegia, Szkocja, Rosja, Rumunia, Izrael, Serbia, Irlandia, Słowenia (awans z Dywizji C), Czarnogóra (awans z Dywizji C), Albania (awans z Dywizji C), Armenia (awans z Dywizji C). Dywizja C: Bułgaria (spadek z Dywizji B), Irlandia Północna (spadek z Dywizji B), Turcja (spadek z Dywizji B), Słowacja (spadek z Dywizji B), Grecja, Białoruś, Luksemburg, Macedonia Północna, Litwa, Gruzja, Azerbejdżan, Kosowo, Gibraltar (awans z Dywizji D), Wyspy Owcze (awans z Dywizji D).
Dywizja C: Cypr, Estonia, Kazachstan i Mołdawia to zespoły, które w tej edycji zajęły ostatnie miejsca w swoich grupach w Dywizji C. W marcu 2022 roku zagrają one w turnieju kwalifikacyjnym. Dwie najlepsze ekipy pozostaną w Dywizji C, a dwie najsłabsze spadną do Dywizji D.
Dywizja D: na najniższym szczeblu Ligi Narodów na pewno natomiast za dwa lata zagrają Liechtenstein, Malta, Łotwa, San Marino i Andora.

Lewandowski zgasił Erlinga Haalanda

Piłkarskim wydarzeniem weekendu w Niemczech był sobotni mecz na szczycie Bundesligi, czyli starcie lidera Bayernu Monachium z wiceliderem Borussią Dortmund. Dodatkowym smaczkiem tej potyczki był bezpośredni pojedynek pięciokrotnego króla strzelców niemieckiej ekstraklasy Roberta Lewandowskiego z aspirującym do zdetronizowania go 20-letnim asem ekipy BVB, Norwegiem Erlingiem Haalandem.

Przyszłość Haalanda niemal wszyscy futbolowi eksperci malują w barwach Realu Madryt. Przed sobotnim starciem Borussii Dortmund z Bayernem Monachium pojawiły się wieści, że agent norweskiego napastnika, Mino Raiola, zawarł porozumienie z szefami klubu z Dortmundu, że jego podopieczny nie odejdzie do czerwca 2022 roku, ale po tym terminie nie będą robić mu przeszkód w transferze do Realu Madryt. Tylko pod tym warunkiem Haaland w styczniu tego roku zamiast do Manchesteru United trafił z RB Salzburg do Borussii Dortmund za skromną w sumie kwotę 20 mln euro. Po czasie wyszło jednak na jaw, że do tych 20 milionów trzeba doliczyć kolejne 23 miliony euro dla dwóch „pośredników transakcyjnych” – z tej kwoty osiem „baniek” otrzymał ojciec Haalanda, a piętnaście skasował sam Raiola. Nic dziwnego, że Real Madryt, dla którego Haaland jest transferowym celem na przyszłość, dogaduje się w tej sprawie właśnie z nimi.
Na razie Haaland ma ważny kontrakt z Borussii Dortmund jeszcze do czerwca 2024 roku, ale szefowie tego klubu mają świadomość, że nie zdołają tak długo utrzymać Haalanda w swoich szeregach z tego samego powodu, z jakiego wiele lat temu nie utrzymali Roberta Lewandowskiego – po prostu nie są w stanie zaoferować graczom tej klasy odpowiednich zarobków. Nie chcą jednak w przypadku Norwega popełnić błędu, jaki przydarzyły im się w przypadku Polaka, którego puścili za darmo i to jeszcze do największego konkurenta, czyli Bayernu Monachium. A bawarski potentat też już widzi Haalanda w swoich barwach jako następcę Lewandowskiego i niewykluczone, że także tym razem ogra w tej transferowej rozgrywce zarówno działaczy BVB, jak i „Królewskich”.
Sądząc po tym, co norweski piłkarz demonstruje na boisku już teraz, jego ewentualny transfer z pewnością będzie należał do rekordowych. Norweg od stycznia tego roku w 28 występach w barwach Borussii zdobył 26 bramek i zaliczył sześć asyst, więc jeśli utrzyma taką skuteczność, odejdzie z Borussii za grubo powyżej sto milionów euro. Ale musi w Bundeslidze zdetronizować Lewandowskiego i wygrać z nim wyścig po koronę króla strzelców. W poprzednim sezonie Norweg we wszystkich rozgrywkach oglądał plecy polskiego napastnika, bo „Lewy” był królem strzelców nie tylko Bundesligi i Pucharu Niemiec, lecz także w Lidze Mistrzów, trzeba jednak pamiętać, że Norweg trafił do Borussii z RB Salzburg w przerwie zimowej i tak naprawdę to miał tylko na rywalizację z Polakiem, pomijając Ligę Mistrzów, tylko rundę wiosenną. Ten sezon obaj zaczęli już jednak z tego samego pułapu, ale do sobotniego „Der Klassiker” po sześciu kolejkach górą był Lewandowski, który w pięciu występach w Bundeslidze strzelił 10 goli, dwa razy więcej niż jego norweski konkurent mający na koncie także pięć rozegranych spotkań.
Kapitan reprezentacji Polski w sobotnim meczu rozegranym na dobrze sobie znanym stadionie Signal Iduna Park zagrał jednak wybornie i w swoim 13 występie przeciwko Borussii (który jednocześnie był też jego trzechsetnym występem w barwach Bayernu Monachium) strzelił 17. gola ekipie BVB, ale gdyby sędziowie nie byli aż tak przesadnie drobiazgowi, zakończyłby ten mecz z hat-trickiem. Niestety, nie uznano mu dwóch trafień i bawarska jedenastka zwyciężyła tylko 3:2, a oprócz „Lewego” gole dla Bayernu strzelili jeszcze David Alaba z rzutu wolnego i Leroy Sane. I chociaż Haaland także zdobył bramkę (drugą dla BVB zdobył Marco Reus), to jednak zdecydowanie lepiej w tym spotkaniu od niego wypadł Lewandowski. Niemieckie media nie miały pod tym względem żadnych wątpliwości i z uznaniem podkreślały, że w meczu numer 300 w koszulce Bayernu Polak zdobył w sobotę 259 bramkę. Tygodnik „Kicker” w swojej relacji zauważył, że żaden inny piłkarz w historii Bundesligi nie strzelał tak często w spotkaniach ze swoimi byłymi drużynami jak robi to Lewandowski w meczach z Borussią Dortmund. Sam „Lewy” skomentował natomiast swój występ w mediach społecznościowych lakonicznie: „Klasyczna bitwa, wielkie zwycięstwo, jesteśmy na szczycie”. Wypada jednak zauważyć, że Bayern w obecnym sezonie jest niesamowicie skuteczny na wyjazdach. Ekipa trenera Hansiego Flicka fatalnie zaczęła, bo od porażki w 2. kolejce Bundesligi z Hoffenheim 1:4, ale potem wygrała w Lidze Mistrzów z Lokomotiwem Moskwa 2:1 i RB Salzburg 6:2 oraz w Bundeslidze z Arminią Bielefeld 4:1, z FC Koeln 2:1 i teraz z Borussią Dortmund, a jeszcze trzeba doliczyć wygrany 3:0 mecz wyjazdowy w Pucharze Niemiec z Dueren. A na swoim stadionie mistrzowie Niemiec są jak na razie niepokonani – wygrali w Lidze Mistrzów z Atletico Madryt 4:0, a w Bundeslidze z Schalke 8:0, Herthą Berlin 4:3 i Eintrachtem Frankfurt 5:0. Bayern po siedmiu kolejkach z 18. punktami na koncie jest liderem Bundesligi, za nim plasują się RB Lipsk (16 pkt) i Borussia Dortmund (15 pkt). Lewandowski z 11 trafieniami oczywiście nadal jest liderem klasyfikacji strzelców niemieckiej ekstraklasy, a Haaland z sześcioma golami jest drugi na spółkę z Andrejem Kramaricem z Hoffenheim.
W 7. kolejce z polskich piłkarzy wyróżnił się nie tylko Lewandowski. Wreszcie po 147 dniach przerwy gola dla Herthy Berlin strzelił Krzysztof Piątek. Dubler „Lewego” w reprezentacji Polski zaczął wyjazdowy mecz z Augsburgiem (3:0) na ławce rezerwowych, co nie było już żadną sensacją, bo w tym sezonie zaczynał w tej roli już piąte spotkanie ligowe z rzędu. Trener Herthy Bruno Labbadia większym zaufaniem obdarza sprowadzonego latem z FC Koeln 27-letniego Kolumbijczyka Jhona Cordobę. Ale w sobotę kolumbijski napastnik doznał poważnej kontuzji i już w przerwie Labbadia chcąc nie chcąc musiał wystawić do gry polskiego napastnika. Tym razem jednak nie miał powodów do narzekania, bo Piątek najpierw zaliczył asystę przy golu Dodiego Lukebakio na 2:0, a w 85. minucie sam zdobył trzecią bramkę. Nasz piłkarz czekał na to trafienie od 13 czerwca tego roku. Może teraz poprawi te niekorzystne dla niego meczowe statystyki, bo Cordoba został wyłączony z gry przez kontuzję do końca roku.
Inni polscy piłkarze występujący w Bundeslidze nie mieli tak udanego weekendu. Grający w zespole Augsburga Łukasz Gikiewicz i pozyskany tego lata z Lecha Poznań obrońca Robert Gumny nie wypadli źle, ale ich zespół przegrał z Herthą 0:3 i zjechał do dolnej połówki ligowej tabeli. Jeszcze mniej powodów do zadowolenia mieli na pewno Łukasz Piszczek, który cały mecz z Bayernem przesiedział na ławce rezerwowych Borussii Dortmund, podobnie jak Marcin Kamiński w zespole VfB Stuttgart w zremisowanym u siebie 2:2 spotkaniu z Eintrachtem Frankfurt.

Haaland rzuca wyzwanie CR7

League przyniosła kibicom mnóstwo emocji, bo w 16 meczach strzelono aż 62 gole, co daje niezwykłą na takim poziomie rywalizacji średnią 3,88 bramki na jedno spotkanie. Największą kanonadę urządzili piłkarze Bayernu Monachium i RB Salzburg (6:2), ale najwyższe zwycięstwo w tej kolejce odniosła Borussia Moenchengladbach pokonując na wyjeździe Szachtara Dionieck 6:0.

Wygrana Bayernu Monachium z Red Bullem Salzburg była już 14. z rzędu zwycięstwem ekipy trenera Hansiego Flicka w Lidze Mistrzów. Tak długiej serii triumfów w tych elitarnych rozgrywkach nie odnotował żaden inny zespół w historii. Po raz ostatni Bayern doznał porażki w sezonie 2018/2019 w 1/8 finału z Liverpoolem. Dotychczasowy rekord należał do Realu Madryt i wynosił dziesięć wygranych. Od meczu finałowego z Paris Saint-Germain (wygranego 1:0) Bayern samodzielnie śrubuje ten rekord. Ponadto mistrzowie Niemiec są niepokonani na wyjeździe od piętnastu spotkań Ligi Mistrzów, a dokładniej od meczu z PSG na początek fazy grupowej w sezonie 2017/2018. Poza Monachium mistrzowie Niemiec wygrali już dziewięć meczów europejskich pucharów z rzędu, ale w tej statystyce uwzględniane są też mecze rozegranego w sierpniu finałowego turnieju Champions League w Lizbonie.
Do zwycięstwa bawarskiej jedenastki nad mistrzem Austrii dołożył się dwoma trafieniami najskuteczniejszy strzelec poprzedniej edycji Robert Lewandowski, dla którego były to jednak dopiero pierwsze bramki w obecnym sezonie Champions League. Ale kapitan reprezentacji Polski powiększył swój łączny dorobek strzelecki w Lidze Mistrzów do 70 goli i brakuje mu już tylko jednego trafienia, aby zrównać się klasyfikacji wszech czasów z trzecim w tym zestawieniu Hiszpanem Raulem Gonzalezem. Legendarny napastnik Realu Madryt, który zakończył karierę w 2015 roku, zapewne wkrótce straci trzecią lokatę na rzecz polskiego piłkarza, którego najgroźniejszym konkurentem w tej chwili jest obecny snajper „Królewskich” Karim Benzema. Francuski napastnik w trzeciej kolejce w spotkaniu z Interem zaliczył swoje 67. trafienie, a jest rówieśnikiem „Lewego”.
Liderem tej strzeleckiej klasyfikacji jest Cristiano Ronaldo, który ma na koncie 130 trafień uzyskanych w barwach Manchesteru United, Realu Madryt i Juventusu Turyn. W minioną środę w wyjazdowym meczu z Ferencvarosem Portugalczyk, który w tej edycji z powodu zakażenia koronawirusem zagrał dopiero pierwszy raz, nie powiększył swojego fenomenalnego bramkowego dorobku, tymczasem drugi na liście wszech czasów Leo Messi, strzelając gola z rzutu karnego w wygranym 2:1 meczu z Dynamem Kijów, zaliczył 118. trafienie (a trzecie w obecnej edycji LM). Argentyńczyk nie jest jednak obecnie w takiej formie, żeby mógł pokusić się o odrobienie straty 12 goli. Wygląda jednak na to, że jeszcze w tej edycji na pierwszych czterech miejscach w tej klasyfikacji znajdować się będą czynni piłkarze, bo pewnie Raula przeskoczy nie tylko Lewandowski, ale także Benzema. Warto przypomnieć kto jeszcze znajduje się w Top 10 klasyfikacji wszech czasów. Szóstą lokatę okupuje z 56 trafieniami Holender Ruud van Nistelrooy, siódmą z 50 golami Francuz Thierry Henry, ósmą z 49 bramkami zajmuje legendarny Argentyńczyk z hiszpańskim obywatelstwem Alfredo di Stefano, dziewiątą z 48 bramkami na spółkę zajmują Ukrainiec Andrij Szewczenko i Szwed Zlatan Ibrahimovic (on mimo 39 lat wciąż jest czynnym graczem, aktualnie występuje jednak w barwach AC Milan, a ten zespół jest poza Ligą Mistrzów), zaś czołową dziesiątkę zamykają z 46 trafieniami: Niemiec Thomas Mueller (gwiazdor Bayernu wciąż może poprawić swoje osiągnięcie i lokatę w zestawieniu), Włoch Filippo Inzaghi oraz legendarny portugalski napastnik Eusebio, ale jego dorobek podobnie jak dorobek Alfredo di Stefano pochodzi wyłącznie z występów w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych, który od 1992 roku, został zastąpiony przez Ligę Mistrzów.
W klasyfikacji strzelców obecnej edycji Champions League po trzech kolejkach z dorobkiem 4 goli prowadzą: Norweg Erling Haaland (Borussia Dortmund), Portugalczyk Diogo Jota (FC Liverpool) i Anglik Marcus Rashford (Manchester United). Warto zwrócić jednak uwagę na norweskiego napastnika, który w wygranym przez ekipę z Dortmundu 3:0 spotkaniu z Club Brugge zaliczył dwa trafienia. Był to jego dopiero 11. występ w Lidze Mistrzów, a ma już na koncie 14 bramek. Zważywszy na fakt, że Haaland ma do dopiero 20 lat, zaś talent do strzelania goli wręcz nieziemski, taki początek być może zwiastować pojawienie się gracza zdolnego wyprzedzić w klasyfikacji wszech czasów nawet duet Cristiano Ronaldo – Leo Messi.

Złoty But dla Lewego?

Robert Lewandowski 29 ligowymi golami jest obecnie liderem klasyfikacji „Złotego Buta”. Z najgroźniejszych konkurentów do tytułu może go na razie ścigać tylko napastnik RB Lipsk Timo Werner, który ma 25 trafień.

Dorobek 29 goli daje Lewandowskiemu w klasyfikacji „Złotego Buta” 58 punktów. Gwoli przypomnienia – ranking powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy tylko w rozgrywkach ligowych. Bramki są mnożone przez współczynnik ich trudności. Najwyższy (razy dwa) ma pięć najwyżej sklasyfikowanych w rankingu UEFA krajowych lig. Obecnie są to hiszpańska, angielska, niemiecka, francuska i włoska. Przed zawieszeniem rozgrywek samodzielnym liderem klasyfikacji „Złotego Buta” był włoski napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile, który miał na koncie 27 bramek i 54 punkty. Serie A jednak od marca nie gra, a wznowić rozgrywki ma dopiero w drugiej połowie czerwca. Wcześniej, bo już 11 czerwca, do restartu ligowych zmagań ma dojść w Hiszpanii, co oznacza, że do wyścigu o „Złotego Buta” będzie mógł się włączyć sześciokrotny zdobywca tego prestiżowego trofeum Leo Messi, który w tej chwili zajmuje szóstą lokatę (19 goli, 38 pkt).
Na razie jednak z graczy czołówki klasyfikacji swoje strzeleckie konta powiększają tylko piłkarze niemieckiej Bundesligi, których w czołowej szóstce jest trzech – oprócz Lewandowskiego (29 goli, 58 pkt) jeszcze trzeci w zestawieniu Timo Werner z RB Lipsk (25 goli, 50 pkt) i czwarty w stawce Erling Haaland z Borussii Dortmund (26 goli, 44 pkt). Mniejszy dorobek punktowy norweskiego nastolatka to efekt tego, że w rundzie jesiennej 16 goli strzelił w austriackiej lidze, która ma współczynnik trudności 1,5. Haaland pauzuje z powodu kontuzji, więc najgroźniejszym konkurentem „Lewego” jest teraz Werner, który w poniedziałkowym meczu z FC Koeln (4:2) zdobył 25. bramkę w tym sezonie. Ale wraz z restartem rozgrywek w Primera Division i Serie A do gry o „Złotego Buta” wrócą nie tylko Messi i Immobile, ale z pewnością także Cristiano Ronaldo (21 goli, 42 pkt).

Rosną oczekiwania wobec Lewego

Robert Lewandowski nie zmarnował czasu podczas przymusowej przerwy spowodowanej przez pandemię koronawirusa. W pierwszym meczu po restarcie Bundesligi, z Unionem Berlin, należał do najlepszych graczy Bayernu Monachium. Gola strzeliłz rzutu karnego, ale było to jego 26. trafienie w obecnych rozgrywkach niemieckiej ekstraklasy i zarazem 40. w obecnym sezonie licząc wszystkie rozgrywki. Granicę 40 bramek w sezonie osiągnął po raz piąty z rzędu, co stawia go w jednym rzędzie z największymi gigantami współczesnego futbolu – Leo Messim i Cristiano Ronaldo, bo tylko oni w XXI wieku w jednym sezonie także pięciokrotnie z rzędu przekraczali barierę 40 trafień.

To wcale nie musi być ostatnia bariera w strzeleckich dokonaniach, jaką Lewandowski w tym sezonie przekroczy. Występ w niedzielnym spotkaniu 26. kolejki Bundesligi z Unionem Berlin był 24. ligowym meczem „Lewego” w obecnych rozgrywkach, o oznacza, że strzelił dotąd więcej goli niż rozegrał meczów. Przed nim jeszcze osiem spotkań w Bundeslidze, więc jeśli utrzyma regularność, powinien po raz trzeci w karierze osiągnąć granicę 30. trafień w niemieckiej ekstraklasie w jednym sezonie.
Ale już 26 goli strzelonych w 24 ligowych występach jest wyczynem godnym podziwu. Dość powiedzieć, że aż w 36 z 57 wcześniejszych sezonów Bundesligi tyle trafień wystarczyło do zgarnięcia tytułu króla strzelców. Sam Lewandowski strzelił więcej goli w rozgrywkach 2015/2016 (30), 2016/2017 (30) i 2017/2018 (29).
Rekord Muellera poza zasięgiem
Do wyrównania legendarnego już strzeleckiego rekordu Gerda Muellera, który w jednym sezonie zdobył 40 bramek, brakuje kapitanowi reprezentacji Polski jeszcze 14 goli. W Niemczech chyba większe emocje towarzyszą właśnie temu zagrożeniu, jakie stanowi polski napastnik dla owianego sławą wyczynu ikony niemieckiego futbolu sprzed blisko pół wieku (sezon 1971/1972). Tak na marginesie – Mueller dwa sezony wcześniej zdobył tytuł króla strzelców z dorobkiem 38 trafień, w sezonie 1972/1973 strzelił 36 goli, a jeszcze dwukrotnie kończył rozgrywki z 30. trafieniami na koncie. Najbardziej jednak na wyobraźnię działa owe 40 bramek, bo to osiągnięcie w dzisiejszych czasach zdawało się nie do pobicia.
I nadal jego pobicie wydaje się nieosiągalne nawet dla Lewandowskiego, bo musieliby mu w tym pomóc wszyscy gracze Bayernu, a na to „Lewy” chyba nie ma raczej co liczyć. Chociaż odkąd zrezygnował z marzeń o Realu Madryt i całe serce oddał bawarskiemu klubowi, jego pozycja w zespole umocniła się, a relacje z kolegami znacznie ociepliły, to chyba nie na tyle, żeby wszyscy nagle zaczęli go traktować jak gracze Barcelony traktują Messiego, a gracze Juventusu (wcześniej Realu Madryt) Cristiano Ronaldo. Lewandowski nie dostanie raczej w Bayernie takich specjalnych praw, ani też nie statusu największej gwiazdy zespołu, nawet jeśli dla kibiców i mediów już jest taką wyjątkową postacią jak Argentyńczyk i Portugalczyk.
W szatni Bayernu wciąż jednak więcej znaczą od niego Thomas Mueller, Manuel Neuer, Joshua Kimmisch czy Leon Goretzka. I na boisku też to będzie widoczne – nie będą szukać „Lewego”, nie będą mu zagrywać piłki za każdym razem, bo w Bayernie każdy piłkarz czuje się gwiazdą.
Dlatego nie ma co się nastawiać, że kapitan reprezentacji Polski w kolejnych meczach znowu zacznie strzelać po dwa czy trzy gole, a tylko w ten sposób byłby w stanie wyrównać lub pobić rekord Gerda Muellera.
Dobrze, że chociaż Lewandowski wciąż w drużynie Bayernu jest numerem 1 na liście egzekutorów rzutów karnych. Ten właśnie przywilej pozwolił mu zaliczyć trafienie w spotkaniu z Unionem Berlin. Przy okazji warto podkreślić, że „Lewy” jest w tej chwili chyba najlepszym, a na pewno najpewniejszym wykonawcą „jedenastek” na świecie.
Mistrz rzutów karnych
Rzut karny w meczu z Unionem, w bramce którego stał Polak, Rafał Gikiewicz, był 42. egzekwowanym przez Lewandowskiego w barwach Bayernu. Nie wykorzystał z nich tylko dwóch – w marcu 2018 roku przeniósł piłkę nad poprzeczką w meczu z Hamburgerem SV, a w styczniu 2019 roku trafił w słupek w spotkaniu z VfB Stuttgart. Czterdzieści pozostałych „jedenastek” zamienił na bramki, co jest wyczynem naprawdę wymykającym się nawet z reguł rachunku prawdopodobieństwa. Co ciekawe, doprowadził też do mistrzostwa swoją oryginalna technikę mylenia bramkarzy przed strzałem. Tylko w sześciu przypadkach na 42 golkiperzy potrafili odczytać jego zamiary i rzucali się we właściwy róg. Ostatnim, który trafnie wybrał, był Gikiewicz, ale i tak nie zdołał zapobiec nieszczęściu.
Lewandowski nie może rzecz jasna liczyć, że w każdym spotkaniu sędziowie będą dyktować „jedenastki” dla Bayernu. Jeśli chce po raz piąty w karierze zdobyć tytuł króla strzelców Bundesligi, musi też zdobywać bramki z gry. Jeśli nie dostanie wsparcia od kolegów, będzie miał z tym problem w każdym z ośmiu pozostałych do rozegrania spotkań. A to może zrodzić poważne problemy, z czego doskonale zdaje sobie sprawę trener monachijskiego zespołu Hansi Flick. On po meczu z Unionem przyznał, że osobiście uważa, iż Lewandowski jest w stanie pobić rekord Gerda Muellera. „To nie będzie łatwe, ale Robert ma odpowiednią jakość. Jeśli ktoś może tego dokonać, to właśnie on” – stwierdził w wypowiedzi dla portalu Goal.com.
Atak norweskiego nastolatka
Utrzymanie przez „Lewego” strzeleckiej formy będzie jak zawsze w ostatnich sezonach kluczowym czynnikiem w walce o mistrzostwo Niemiec, która póki co nie została jeszcze rozstrzygnięta. W 26. kolejce swój mecz wygrała także Burussia Dortmund, chyba najgroźniejszy obecnie przeciwnik bawarskiego potentata w wyścigu po tytuł, która ma cztery punkty straty. A we wtorek 26 maja ekipa BVB gościć będzie Bayern w 28. kolejce ligowej. Co prawda wcześniej, w weekend, w ramach 27. kolejki bawarska jedenastka zagra u siebie z Eintrachtem Frankfurt, zaś ekipa z Dortmundu na wyjeździe z VfL Wolfsburg, więc ta różnica punktowa może się zmienić, niemniej jednak dopiero bezpośrednie starcie zespołów Lewandowskiego i Łukasza Piszczka da odpowiedź na pytanie, który z nich ma obecnie większą moc.
Ale można już teraz zakładać, że nie tylko w Niemczech, w Polsce i w Norwegii kibice będą jednak bardziej ekscytować się wielkim pojedynkiem Lewandowskiego z Erlingiem Haalandem. Norweski nastolatek przebojem wszedł na salony Bundesligi i zdobywa bramki z taką samą regularnością, jak polski snajper Bayernu. Czy stary mistrz wyjdzie z konfrontacji z pretendentem, przekonamy się już za niespełna tydzień.

Czekają na Lewego?

Jak na razie najgroźniejsi konkurenci Roberta Lewandowskiego w klasyfikacji „Złotego Buta” nie wykorzystują okazji, że Polak nie gra z powodu kontuzji. Albo, jak Ciro Immobile, nie mogą grać, albo pudłują na potęgę.

Miniony weekend znów okazał się kiepski dla napastników z czołówki graczy walczących o „Złotego Buta”, nagrody dla najlepszego w sezonie strzelca lig europejskich. Skorzystał z tego broniący trofeum Leo Messi, który zaliczył jedno trafienie wykorzystując rzut karny w ligowym meczu z Realem Sociedad (1:0). Argentyński gwiazdor Barcelony ma obecnie na koncie 19 goli i 36 pkt, a w klasyfikacji „ZB” zajmuje szóstą lokatę.
Lider tego zestawienia, Włoch Ciro Immobile (27 goli, 54 punkty), nie mógł poprawić swojego dorobku, bo jego Lazio Rzym w ten weekend nie grało. I nie zagra aż do kwietnia, a być może nawet w ogóle, bo rozgrywki w Serie A z powodu epidemii koronawirusa zostały do tego czasu zawieszone. W podobnej sytuacji jest też trzeci w zestawieniu as Juventusu Turyn Cristiano Ronaldo. On co prawda zagrał w miniony weekend przy pustych trybunach w zaległym hicie kolejki z Interem Mediolan, lecz bramki nie zdobył i nadal ma na koncie 21 trafień i 42 punkty, tyle samo co dwaj gracze Bundesligi, z którymi dzieli trzecią lokatę – Niemiec Timo Werner z RB Lipsk i Norwego Erling Haaland z Borussii Dortmund, których w dwóch ostatnich ligowych kolejkach dopadła strzelecka niemoc. Napastnik RB Lipsk w tym roku w ośmiu meczach zaliczył tylko trzy trafienia, a odkąd „Lewy” leczy kontuzję, nie trafił nawet w światło bramki. Zaciął się też niesamowicie skuteczny w lutym norweski nastolatek z Borussii. W miniony weekend Haaland nie powiększył swojego dorobku w spotkaniu z Borussią M’gladbach (2:1) i był to jego drugi z rzędu występ bez gola. Czyżby czekał na powrót Lewandowskiego? Przypomnijmy, że Polak w tym sezonie strzelił dla Bayernu w Bundeslidze 25 goli, co daje mu 50 pkt w punktacji „Złotego Buta” (gole w pięciu czołowych w rankingu UEFA ligach liczone są podwójnie).

Skandal w Bundeslidze

Zespół Bayernu Monachium świetnie poradził sobie bez kontuzjowanego Roberta Lewandowskiego i w 24. kolejce rozgromił na wyjeździe Hoffenheim 6:0. Spotkanie zakończyło się jednak skandalem.

Bawarczycy rozpoczęli mecz z Hoffenheim z impetem i po kwadransie prowadzili już 3:0, a na przerwę schodzili z prowadzeniem 4:0. Gole strzelili Serge Gnabry, Joschua Kimmich, grający w miejsce Lewandowskiego 18-letni Holender Joshua Zirkzee i Brazylijczyk Philippe Coutinho, który podwyższył na 5:0 po przerwie. Wynik ustalił Leon Goretzka w 62. minucie i właściwie niedługo potem mecz przestał być już zwykłym meczem. Doprowadzili do tego kibice Bayernu Monachium, którzy wywiesili banery z obraźliwymi hasłami pod adresem prezesa Hoffenheim Dietmara Hoppa.
Arbiter natychmiast przerwał spotkanie, a pod sektor zajmowany przez grupę fanów monachijskiej drużyny pobiegł trener Bayernu Hansi Flick. Perswazja poskutkowała jednak tylko na chwilę, bo kibole ponownie wywiesili schowane uprzednio banery. Tym razem arbiter zareagował ostrzej – przerwał mecz i odesłał piłkarzy obu drużyn do szatni. Po kwadransie wulgarne hasła zniknęły i zawodnicy wrócili na boisko, lecz nie wznowili już gry na serio. Przez prawie 10 minut jakie pozostały do zakończenia regulaminowego czasu gry gracze obu zespołów kopali piłkę już tylko rekreacyjnie. Większa część kibiców nagrodziła ich za to oklaskami.
Bayern z pewnością zostanie za te ekscesy swoich kibiców surowo ukarany, lecz przynajmniej uniknie walkowera. A każdy punkt jest na wagę złota, bo najgroźniejsi konkurenci do tytułu, RB Lipsk, Borussia Dortmund i Borussia M’gladbach, nie rezygnują z przerwania wieloletniej hegemonii Bayernu.
Lewandowski, co ujawnił na Twitterze, kanonadę kolegów oglądał w domu przez telewizorem. Ale chyba bardziej ucieszyło go to, że Norwego Erling Haaland w tej kolejce nie strzelił kolejnego gola dla Borussii Dortmund, a Ciro Immobile w spotkaniu Lazio z Bologną także nie powiększył konta bramkowego.