Lewandowski uszkodzony w Lipsku

Robert Lewandowski w meczu 4. kolejki Bundesligi z RB Lipsk grał tylko przez godzinę, ale zdążył strzelić gola, już szóstego w obecnych rozgrywkach. Było to też jego trafienie w 17. kolejnym meczu Bayernu, więc tym samym „Lewy” odebrał kolejny rekord Gerdowi Muellerowi, który w sezonie 1969/70 zdobywał gole w 16. meczach Bayernu z rzędu.

Na rekordowe osiągnięcie Lewandowskiego złożyły się gole strzelone w czterech meczach obecnego sezonu Bundesligi oraz 10 trafień uzyskanych w poprzednich rozgrywkach, a ponadto dołożył do tego dwa gole w Lidze Mistrzów oraz jedno trafienie w Klubowych Mistrzostwach Świata. W Polsce rekord 19 kolejnych spotkań ze strzelonym golem dzierży piłkarz Ruchu Chorzów Teodor Peterka, który wyczynu tego dokonał jeszcze przez II Wojną Światową. Najlepszy wynik na świecie należy natomiast do Leo Messiego, który w barwach FC Barcelona trafiał w 24 meczach z rzędu. „Lewy” rzecz jasna może pobić oba te rekordy, jeśli utrzyma swoją nieprawdopodobną skuteczność.
W meczu z RB Lipsk bramkę zdobył z rzutu karnego w 12. minucie, a 59. minucie przy prowadzeniu Bayernu 3:1 został zmieniony przez Erica Maxima Choupo-Motinga. Po meczu okazało się, że Lewandowski doznał urazu i jego występ we wtorkowym meczu Ligi Mistrzów z Barceloną stanął pod znakiem zapytania. „Lewy” ma teraz sześć goli na koncie i utrzymał prowadzenie w klasyfikacji strzelców Bundesligi odparł atak Erlinga Haalanda, który w wygranym przez Borussię Dortmund 4:3 meczu z Bayerem Leverkusen zdobył dwie bramki i powiększył swój dorobek w tym sezonie do pięciu trafień. Liderem Bundesligi z 12. punktami na koncie jest niepokonany jeszcze VfL Wolfsburg, drugą lokatę zajmuje z 10 pkt Bayern, trzecia z dorobkiem 9 pkt jest Borussia Dortmund.

Haaland jest za drogi dla Bayernu

Niemiecki tabloid „Sport Bild” uznał za nieaktualne wcześniejsze spekulacje, że Erling Haaland po tym sezonie zostanie następcą Roberta Lewandowskiego w Bayernie Monachium. Norweskiego napastnika w przyszłorocznym letnim oknie transferowym będzie można wykupić za 75 mln euro, ale szefów bawarskiego klubu zniechęciły jego żądania finansowe.

Nikt w Niemczech nie żywi złudzeń, że 20-letniego norweskiego snajpera uda się Borussii Dortmund zatrzymać na na dłużej, chociaż ma z nim kontrakt ważny do końca czerwca 2024 roku. Ale szefowie tego klubu nie chcą powtórzyć błędu jaki popełnili w przypadku Roberta Lewandowskiego, którego nie chcieli puścić do Bayernu rok przed zakończeniem jego kontraktu i w efekcie polski piłkarz, którego rynkową wartość szacowano wtedy na ponad 100 mln euro, przeszedł do bawarskiego klubu za darmo. „Sport Bild” przekonuje, iż Haaland opuści Borussię Dortmund najpóźniej latem 2022 roku, bo wtedy zostanie uruchomiona tzw. klauzula wykupu. Wedle nieoficjalnych danych wynosi ona 75 mln euro plus 10 mln euro tzw. bonusów, co zważywszy na skalę talentu tego piłkarza jest bez wątpienia ceną bardzo promocyjną. Problem w tym, że agent Haalanda Mino Raiola żąda dla swojego klienta pensji na poziomie 50 mln euro rocznie, a do tego dla siebie dodatkowe 40 mln euro prowizji oraz kolejne 20 mln euro dla rodziny piłkarza. Tani zatem ten transfer wcale nie będzie, ale dla szefów Bayernu największą przeszkodą w staraniach o pozyskanie norweskiego piłkarza są jego wygórowane oczekiwania co do zarobków. Dlatego mimo iż uważają, że jest on idealnym kandydatem do zastąpienia Lewandowskiego, to po wstępnych negocjacjach z Raiolą wycofali się , że norweski napastnik mógłby zostać naturalnym następcą Roberta Lewandowskiego, ale nigdy do tego nie dojdzie z powodu wielkich żądań finansowych Raioli. „Pensja 50 mln euro rocznie zniszczyłaby strukturę płac Bayernu” – twierdzi „Sport Bild”.
Tak też by było, bowiem w tej chwili najlepiej opłacani w tym klubie piłkarze – Robert Lewandowski, Thomas Mueller i Manuel Neuer, zarabiają rocznie w granicach 22 mln euro. A Haaland póki co nie jest graczem dwukrotnie lepszym od „Lewego” czy Muellera i na pewno nie jest zawodnikiem klasy Leo Messiego czy Cristiano Ronaldo, żeby tworzyć dla niego niebotyczny komin płacowy kosztem reszty zespołu, jak zrobiono to w Barcelonie dla Argentyńczyka i w Juventusie dla Portugalczyka. A już na pewno nie w dobie pandemii. Dlatego nie przedłużono kontraktu z Davidem Alabą, bo uznano żądania jego agenta za wygórowane. A tym agentem jest Izraelczyk Phini Zahavi, ten sam, który reprezentuje też interesy Lewandowskiego. To też tłumaczy dlaczego Bayern jeszcze nie przedłużył z „Lewym” wygasającej z końcem czerwca 2023 roku umowy. Bayern nie ma bezdennego worka katarskich petrodolarów jak Paris Saint-Germain czy nie mniej hojnego wsparcia szejków z ZEA jak Manchester City. Ale per saldo bardziej mu się opłaca przytrzymać „Lewego” u siebie do końca kariery, niż zamieniać go w ciemno na zmanierowanego już przez pieniądze norweskiego młodzika.

Szarpanina o futbolowe gwiazdy

Chociaż pandemia koronawirusa mocno nadwyrężyła finanse europejskich klubów sportowych, to w futbolowym światku wciąż są enklawy, w których szasta się bez opamiętania pieniędzmi. Kryzysem zdają się też nie przejmować agenci piłkarskich gwiazd i żądają w imieniu swoich podopiecznych gigantycznych apanaży.

Po zmianie barw przez Leo Messiego i jego spektakularnych przenosinach z Barcelony do Paris Saint-Germain, najwięcej emocji budzą transferowe harce wokół dwóch najbardziej pożądanych obecnie piłkarzy – 23-letniego Francuza Kyliana Mbappe i 21-letniego Norwega Erlinga Haalanda. W hiszpańskim telewizyjnym programie piłkarskim „El Chiringuito” podano informację, że Real Madryt złożył Paris Saint-Germain oficjalną ofertę wykupu Mbappe opiewającą na kwotę 160 milionów euro oraz poprosił PSG o pozwolenie na rozpoczęcie rozmów z zawodnikiem. Ponieważ prowadzący program Josep Pedrerol jest dobrym znajomym prezydenta madryckiego klubu Florentino Pereza, informacja ta zyskała status wiarygodnej i została powielona przez media na całym świecie. To kolejna odsłona trwającej już od blisko dwóch lat transferowej sagi z udziałem francuskiego piłkarza i madryckiego klubu, ale wygląda na to, że katarscy właściciele paryskiego klubu są już nią trochę zmęczeni.
Tak przynajmniej twierdzi włoski dziennik „La Gazzetta dello Sport” i przypomina, że Mbappe wciąż odmawia przedłużenia wygasającego w czerwcu 2022 roku kontraktu z PSG, co stawia paryski klub w trudnym położeniu. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Mbappe przeszedł do Paris Saint-Germain z AS Monaco za 180 mln euro i jest drugim po Neymarze najdroższym piłkarzem w historii futbolu. A zgodnie z przepisami FIFA i UEFA jeśli nie przedłuży umowy, po jej wygaśnięciu będzie mógł odejść za darmo. Byłaby to więc podwójnie dotkliwa strata dla katarskich szejków, bo oprócz finansowej także wizerunkowa. Takiej ujmy na swoim biznesowym honorze na rok przed mistrzostwami świata tak bardzo chcą uniknąć, że z jednej strony oferują Mbappe znaczną podwyżkę i tak już lukratywnego kontraktu, a z drugiej straszą go, że jeśli nie przedłuży umowy, to do czerwca przyszłego roku będzie mecze oglądał wyłącznie z trybun.
Katarczycy odrzucili więc ofertę Realu Madryt opiewającą na 160 mln euro, to samo zrobili też z ofertą 180 mln euro. Dziennika „Le Parisien” donosi, że dyrektor sportowy PSG Brazylijczyk Leonardo w tych dniach otrzymał od katarskich właścicieli klubu zgodę na podjęcie rozmów z Realem Madryt, ale ma żądać za transfer Mbappe już tego lata nie mniej niż 220 mln euro.
Prezes madryckiego klubu Florentino Perez nie chce wojny z Katarczykami, bo nie zamierza podzielić losu Barcelony, której władze weszły z nimi w konflikt przy okazji próby pozyskania z PSG obrońcy Marco Verattiego, więc w odwecie szejkowie wyrwali z zespołu „Dumy Katalonii” Neymara, a tego lata jej największą gwiazdę – Leo Messiego. Ale ewentualny transfer Mbappe już tego lata może poruszyć lawinę, bo prezydent PSG Nasser Al-Khelaifi będzie chciał od razu zapełnić lukę po francuskim napastniku, a musi z przyczyn ambicjonalnych i wizerunkowych pozyskać gracza o co najmniej równorzędnej marce. A takich na rynku wielu nie ma, stąd spekulacje, że do PSG może przejść zniechęcony grą w Juventusie Cristiano Ronaldo. Pada też w nich nazwisko Roberta Lewandowskiego, którego izraelski agent, Phini Zahavi, już wedle francuskich i niemieckich mediów odbył nawet rozmowy z przedstawicielami francuskiego potentata, o czym zapewnia m.in. portal Get French Football News. Te medialne doniesienia poruszyły nawet szefów Bayernu Monachium, którzy co prawda jak zawsze w takich przypadkach przypomnieli, że Polak ma z Bayernem ważny kontrakt jeszcze do końca czerwca 2023 roku, ale niemieckie media zauważają, że Lewandowski milczy w tej sprawie, a jeśli już ostatnio coś z siebie w tej kwestii wydusił, nie były to deklaracje lojalności wobec Bayernu. Według dziennikarzy „Bilda” Polak ma pretensje do szefów Bayernu, że po cichu prowadzą negocjacje z agentem Erlinga Haalanda i jeśli zakończą je pomyślnie, wtedy latem przyszłego roku będą chcieli wstawić Lewandowskiego na transferową karuzelę, żeby jeszcze coś na nim zarobić na rok przed wygaśnięciem obecnej umowy.
Nie można jednak wykluczyć, że szefowie Bayernu zmienią zdanie w kwestii transferu Haalanda, bo agent norweskiego piłkarza Mino Raiola oferuje swojego podopiecznego wielu klubom. Niedawno wyciekły do mediów szczegóły jego negocjacji z Chelsea Londyn. Triumfator poprzedniej edycji Ligi Mistrzów zerwa jednak pertraktacje gdy Raiola zażądał dla Haalanda zarobków w wysokości 50 mln euro rocznie, zaś dla siebie prowizję w wysokości 40 mln euro. Norweskim napastnik raczej więc zostanie w Dortmundzie jeszcze co najmniej przez jeden sezon, ale w przyszłym roku uaktywni się jego klauzula wykupu, która wynosi 75 mln euro.Ofert mu pewnie nie zabraknie, ale na zarobki na poziomie 50 mln euro chyba nie ma co liczyć. Dla porównania – Lewandowski zarabia w tej chwili rocznie około 25 milionów euro.

Lewy lepszy od Haalanda, Mesiego i Cristiano Ronaldo

Bayern Monachium w spotkaniu o Superpuchar Niemiec pokonał Borussię Dortmund 3:1 i zdobył pierwsze trofeum w nowym sezonie. W rozegranym w miniony wtorek meczu doszło do pierwszego w tym sezonie strzeleckiego pojedynku Roberta Lewandowskiego z Norwegiem Erlingiem Haalandem. Wygrał go bezsprzecznie Polak, zdobywając dwie bramki i zaliczając asystę.

Przed potyczką Bayernu i Borussii o Superpuchar w niemieckich mediach panowało przekonanie, że gwiazdą piłkarskiego spektaklu na stadionie Signal Iduna Park w Dortmundzie będzie Haaland. Pogląd ten miał mocne uzasadnienie, bo 21-letni norweski napastnik zaczął ten sezon w imponującym stylu – najpierw ustrzelił hat-tricka w meczu pierwszej rundy Pucharu Niemiec z trzecioligowym Wehen Wiesbaden (3:0), a na inauguracje rozgrywek Bundesligi w wygranym przez Borussię Dortmund 5:2 spotkaniu z Eintrachtem Frankfurt zdobył dwie bramki i zaliczył trzy asysty. Lewandowski nie miał tak efektownego wejścia w nowy sezon, bo rozpoczął ligowe rozgrywki od jednego gola strzelonego w wyjazdowym meczu z Borussią Moenchengladbach (1:1), ale media odnotowały, że Polak wyrównał własny rekord 11 ligowych spotkań z rzędu ze zdobytą bramką, a ponadto siódmy z rzędu sezon zaczął od zdobycia bramki, co jest zarazem rekordem Bundesligi. Ale oceny „Lewemu” przyznano przeciętne, tak jak i pozostałym graczom Bayernu, bo w pomeczowych recenzjach remis bawarskiej jedenastki w Moenchengladbach uznano za falstart nowego szkoleniowca Bayernu Juliana Nagelsmanna. Porównanie ligowych występów przed wtorkowym spotkaniem o Superpuchar Niemiec przemawiało więc na korzyść drużyny z Dortmundu i jej najlepszej „armaty” – Haalanda.
Te rachuby okazały się jednak mocno chybione, bowiem w bezpośrednim starciu aktualnych mistrzów Niemiec ze zdobywcą Pucharu Niemiec w poprzednim sezonie zdecydowanie lepsza okazała się ekipa z Monachium, w której koncertowo zagrali wszyscy zawodnicy, ale pierwsze skrzypce grał Lewandowski, który sam zdobył dwie bramki i dodatkowo zaliczył asystę przy trafieniu Thomasa Muellera. Jak zauważyli obecni na meczu reporterzy dziennika „Bild”, popisowy występ polskiego napastnika doprowadził do głębokiej frustracji Haalanda, który nie potrafił ukryć negatywnych emocji po każdym golu strzelanym przez „Lewego”. Nic dziwnego, Norweg przed sezonem zapowiedział, że w obecnych rozgrywkach Bundesligi zrobi wszystko, żeby pokonać polskiego snajpera w wyścigu po koronę króla strzelców. I po z Eintrachtem Frankfurt, w którym pokazał klasę, wielu futbolowych ekspertów uznało, że tym razem uda mu się tego dokonać. Po porażce w Superpucharze musieli jednak zweryfikować swoje prognozy, bo Haaland w bezpośrednim starciu wypadł na tle Lewandowskiego blado i był na boisku równie bezradny,
jak jego koledzy.
Gwiazdą meczu bezsprzecznie był bowiem kapitan reprezentacji Polski. Trafi do siatki rywali w 41. i 74. minucie, a także zaliczył asystę przy golu Muellera strzelonym przez niemieckiego piłkarza tuż po rozpoczęciu drugiej połowy. Sfrustrowany Haaland po pierwszej, strzelonej przez „Lewego” bramce kopnął ze złością w murawę. „Święto Lewandowskiego, frustracja Haalanda” – podsumował w tytule „Bild”. Dla Borussii wtorkowa klęska była dodatkowo bolesna, gdyż był to już jej szósty z rzędu przegrany mecz z Bayernem. Po raz ostatni ekipie BVB udało się pokonać bawarskiego potentata ponad dwa lata temu, dokładnie 3 sierpnia 2019 roku, także w spotkaniu o Superpuchar Niemiec (2:0).
Lewandowski już po raz czwarty w karierze sięgnął po Superpuchar Niemiec. Po zakończeniu meczu nie krył zadowolenia z udanego występu, ale też z powrotu kibiców na trybuny, chociaż na mogącym pomieścić ponad 80 tysięcy widzów stadionie Signal Iduna Park w Dortmundzie z powodu ograniczeń związanych z pandemią koronawirusa zasiadło tylko 25 tysięcy kibiców. Fani Borussii po raz kolejny mogli tylko żałować, że Polak nie gra już w ich zespole. „Lewy” od rozstania z Borussią Dortmund zagrał w barwach Bayernu przeciwko swojemu byłemu klubowi już po raz 14. Strzelił w tych spotkaniach 20 goli, z których siedem wbił na Signal Iduna Park.
Zachwytów nad grą polskiego piłkarza nie krył też Julian Nagelsmann. „Myślę, że nie ma zbyt wielu rzeczy, nad którymi Robert może jeszcze pracować. Na tym poziomie jest to już dość skomplikowane. On jest wybitnym napastnikiem i pokazał to w tym meczu. Wywierał ogromną presję na środkowych obrońcach Borussii, zdobył dwa znakomite gole, a dołożył jeszcze fantastyczną asystę. Wydaje mi się, że asysta w tak trudnej sytuacji była nawet cenniejsza niż te dwa gole. Ja bym nawet chciał, żeby Robert może już niczego u siebie nie poprawiał, tylko trzymał ten poziom, który prezentuje” – powiedział Nagelsmann w wywiadzie udzielonym na antenie Viaplay. Dla 34-letniego szkoleniowca było to pierwsze trofeum w trenerskiej karierze i zarazem pierwszy wygrany mecz w roli trenera Bayernu. Wcześniej nie udało mu się ani razu zwyciężyć w czterech spotkaniach sparingowych oraz w pierwszej ligowej potyczce z Borussią Moenchengladbach. Kolejną okazję na poprawienie tego bilansu będzie miał w najbliższą niedzielę, bo tego dnia Bayern podejmie u siebie na Allianz Arenie FC Koeln.
Pierwszy w nowym sezonie popisowy występ Lewandowskiego zainteresował jego osoba futbolowych statystyków. Na Twitterze pojawiło się interesujące zestawienie najlepszych strzelców na świecie w ostatnich trzech latach, uwzględniające tylko rozgrywki klubowe i reprezentacyjne. Wynika z niego, że tylko czterech piłkarzy zdołało przekroczyć granicę 100 zdobytych bramek. Numerem jeden na tej krótkiej liście jest Lewandowski, który w tym okresie strzelił 136 goli. Pozostała trójka w zestawieniu ma dużo gorsze osiągnięcia. Sklasyfikowani ex aequo na drugiej pozycji Argentyńczyk Lionel Messi i Portugalczyk Cristiano Ronaldo zdobyli po 110 bramek. Granicę 100 goli zdołał jeszcze przekroczyć jeszcze tylko francuski gwiazdor Paris Saint-Germain Kylian Mbappe z dorobkiem 102 trafień. Na piątym miejscu znalazł się Erling Haaland, który ma na koncie 96 goli.
Warto odnotować, że Lewandowski w swojej dotychczasowej karierze strzelił już 310 goli w najwyższych ligach – w polskiej w barwach Lecha Poznań oraz niemieckiej w barwach Borussii Dortmund i Bayernu Monachium. Wypada przypomnieć, że „Lewy” w poprzednim sezonie pobił blisko półwieczny rekord trafień w jednym sezonie należący do legendarnego Gerda Muellera. Teraz on jest rekordzistą w liczbie goli z dorobkiem 41 trafień, a łącznie w Bundeslidze zdobył już 278 bramek. Haaland ma jak widać sporo powodów do frustracji, ale też do motywacji.

Nowy wyścig Lewego w Bundeslidze

Robert Lewandowski rozpoczął nowy sezon Bundesligi od strzelenia gola w meczu z Borussią Moenchengladbach (1:1). Media w Niemczech w większą euforię wprawił jednak wyczyn Norwega Erlinga Haalanda, który zdobył dwie bramki i zaliczył trzy asysty w wygranym przez Borussię Dortmund 5:2 spotkaniu z Eintrachtem Frankfurt.

Lewandowski ma na koncie sześć tytułów króla strzelców Bundesligi, z czego cztery zdobyte z rzędu w ostatnich czterech sezonach. Haaland już w poprzednim sezonie przymierzał się do przerwania strzeleckiej hegemonii polskiego napastnika Bayernu Monachium, co jak dobrze wszyscy pamiętamy skończyło się ustanowieniem przez „Lewego” nowego rekordu Bundesligi w liczbie zdobytych bramek w jednym sezonie. Nasz piłkarz strzelił 41 goli, a Haaland zakończył rozgrywki z dorobkiem 27 trafień, przegrywając jeszcze z Portugalczykiem Andre Silvą z Eintrachtu Frankfurt, który strzelił 28 goli (latem przeszedł do RB Lipsk). Zmotywowany tym niepowodzeniem 21-letni norweski gwiazdor Borussii Dortmund już na początku nowego sezonu rzucił rękawicę konkurentom. W spotkaniu I rundy Pucharu Niemiec zaliczył hat-tricka w spotkaniu z trzecioligowym Wehen Wiesbaden (3:0), zaś w miniony wekeend w 1. kolejce Bundesligi na gola strzelonego przez Lewandowskiego odpowiedział dwoma trafieniami i trzema asystami w spotkaniu z Eintrachtem Frankfurt.
Taki imponujący początek być może jest zapowiedzią pasjonującego pojedynku tych dwóch świetnych napastników o strzelecki prymat w niemieckiej lidze. Haaland już może pochwalić się nadzwyczajną skutecznością – ma na koncie 62 gole strzelone w 61 występach w barwach Borussii Dortmund, z czego w Bundeslidze zdobył 42 bramki w 44 meczach.
Lewandowski w tej konfrontacji będzie występował w roli starego mistrza, którego z piedestału chce zepchnąć ambitny i nie mniej utalentowany młodzian. Sympatia mediów będzie raczej po stronie Norwega, bo czteroletnia dominacja „Lewego” stała się już trochę nudna, ale nie to przesądzi zapewne o wyniku tej rywalizacji, tylko forma obu graczy, ich odporność na kontuzje oraz role jakie będą pełnić w swoich zespołach. I w tym ostatnim aspekcie pewną przewagę może mieć Haaland, albowiem w Borussii Dortmund jego głównym zadaniem ma być zdobywanie bramek, natomiast Lewandowskiego nowy trener Bayernu Julian Nagelsmann widzi też jako gracza kreującego akcje ofensywne i operującego często z drugiej linii. Na razie ta taktyka przynosi mierne efekty, bo bawarska drużyna w nowym sezonie jeszcze nie wygrała meczu – w czterech przedsezonowych sparingach poniosła trzy porażki (2:3 z FC Koeln, 0:2 z Borussią Moenchengladbach i 0:3 z Napoli) oraz zremisowała 2:2 z Ajaksem Amsterdam, a na inaugurację nowego sezonu Bundesligi tylko zremisowała na wyjeździe z Borussią M’gladbach. Już w 10. minucie gospodarze wyszli na prowadzenie, kiedy to do siatki trafił Alassane Plea.
Na trzy minuty przed przerwą do wyrównania doprowadził Lewandowski i wynik nie uległ już zmianie. Remis nie jest zaskoczeniem, bo Bayern w ostatnich latach zwykle miał problemy grając na stadionie Borussia-Park. W poprzednich ośmiu ligowych spotkaniach wygrał na tym obiekcie tylko dwa razy, a ostatni raz w marcu 2019 roku. W ubiegłym sezonie Borussia zwyciężyła u siebie 3:2. „To jest oczywiste, że powinniśmy być lepsi w pewnych elementach. Nie zagraliśmy perfekcyjnie, trochę zabrakło nam konsekwencji. Mogliśmy strzelić jeszcze jednego gola, ale rywale też mieli swoje sytuacje. Teraz musimy dobrze przygotować się do następnego spotkania, żeby znów nie stracić punktów” – powiedział po meczu Lewandowski. Bawarska jedenastka w następnej kolejce zagrają na własnym stadionie z FC Koeln, a wcześniej, bo we wtorek 17 sierpnia, zagra o Superpuchar Niemiec z Borussią Dortmund. Liderem Bundesligi po 1. kolejce jest VfB Stuttgart po wygranej 5:1 spotkaniu z Greuther Fuerth, przed Hoffenheim i Borussią Dortmund.
W niedzielę gruchnęła jednak wieść, której od jakiegoś czasu wszyscy się spodziewali, ale która mimo to wywołała powszechny smutek. Tego dnia w wieku 75 lat zmarł Gerd Mueller, legendarny napastnik Bayernu Monachium i reprezentacji Niemiec, któremu Lewandowski odebrał rekord w liczbie goli strzelonych w jednym sezonie w Bundeslidze. Ostanie lata Mueller spędził w zakładzie opiekuńczym, cierpiał bowiem na chorobę Alzhaimera.
Z polskich piłkarzy w 1. kolejce, oprócz „Lewego”, zagrali jeszcze barwach Augsburga obrońca Robert Gumny i bramkarz Rafał Gikiewicz, ale obaj przyczynili się wraz z innymi graczami linii defensywnej swojego zespołu do klęski 0:4 w spotkaniu z Hoffenheim. Debiutu w niemieckiej ekstraklasie nie doczekał się pozyskany latem przez Union Berlin z Lecha Poznań Tymoteusz Puchacz, który cały mecz z Bayerem Leverkusen (1:1) przesiedział na ławce rezerwowych. Napastnicy Krzysztof Piątek w Herthcie Berlin i Bartosz Białek w VfL Wolfsburg leczą kontuzje.

Lewy już w Złotym Bucie

Robert Lewandowski jest o jedno trafienie od wyrównania legendarnego rekordu 40 goli w jednym sezonie należącego do Gerda Muellera, ale ma też już praktycznie w kieszeni bardziej prestiżowe wyróżnienie – „Złotego Buta”. Nikt już nie jest w stanie odebrać mu w tym sezonie nagrody dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich.

Dla przypomnienia – klasyfikacja „Złotego Buta” powstaje w oparciu o liczbę goli strzelonych przez piłkarzy w rozgrywkach krajowych. Bramki są mnożone przez współczynnik trudności rozgrywek, ustalany na podstawie aktualnego rankingu ligowego UEFA, konstruowanego na bazie wyników z ostatnich pięciu sezonów. Najwyższy współczynnik, „2”, przyznawany jest strzelcom goli w pięciu najwyżej sklasyfikowanych ligach. Obecnie są to angielska Premier League, hiszpańska Primera Division, niemiecka Bundesliga, włoska Serie A i francuska Ligue 1.
W ostatniej dekadzie rywalizację o „Złotego Buta” zdominowali Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Argentyński gwiazdor FC Barcelona sięgnął po tę nagrodę sześciokrotnie: w sezonie 2009/2010 (34 gole), 2011/2012 (50 goli), 2012/2013 (46 goli), 2016/2017 (37 goli), 2017/2018 (34 gole) i 2018/2019 (36 goli), natomiast portugalski piłkarz zdobywał „Złotego Buta” trzykrotnie – w sezonach 2010/2011 (40 goli), 2013/2014 (31 goli, ale na spółkę z Urugwajczykiem Luisem Suarezem) oraz w sezonie 2014/2015 (48 goli). Hegemonię tych dwóch genialnych napastników przełamali w tym czasie tylko wspomniany Luis Suarez, który samodzielnie triumfował jeszcze w sezonie 2015/2016 (40 goli) oraz w poprzednim sezonie Włoch Ciro Immobile (36 goli), który dosłownie na finiszu wyprzedził Lewandowskiego (34 gole).
W obecnych rozgrywkach Lewandowski znów jednak rozgrywa fenomenalny pod względem skuteczności strzeleckiej sezon, w którym wedle statystycznych wyliczeń zdobywa w Bundeslidze bramki co 59 minut. Pewnie gdyby nie kontuzja odniesiona w meczu reprezentacji Polski, przez którą musiał pauzować w kwietniowych meczach Bundesligi, dzisiaj „Lewy” byłby już dawno nowym rekordzistą niemieckiej ekstraklasy w liczbie goli strzelonych w jednym sezonie, a jedyną niewiadomą byłaby liczba na której zatrzyma
się jego licznik.
Po hat-tricku uzyskanym w miniony weekend w meczu z Borussią M’gladbach „Lewy” ma w tej chwili na koncie 39 goli, co w klasyfikacji „Złotego Buta” daje mu 78 punktów. Żaden z jego najgroźniejszych konkurentów nie odpowiedział choćby jednym trafieniem, zatem polski snajper Bayernu Monachium powiększył nad nimi i tak już gigantyczna przewagę. Drugi w klasyfikacji Leo Messi w tym sezonie strzelił dla Barcelony w Primera Division 28 goli, co daje mu 56 punktów. Do zakończenia rozgrywek w hiszpańskiej ekstraklasie pozostały wprawdzie jeszcze trzy kolejki, ale to tylko jeden mecz więcej niż ma do rozegrania Bundesliga.
Tak więc argentyński gwiazdor „Dumy Katalonii”, chociaż obdarzony niebywałym piłkarskim geniuszem, nie ma szans na przegonienie kapitana reprezentacji Polski. Nawet dla niego 11 goli jest różnicą niemożliwą do zniwelowania w trzech meczach. Tym bardziej, że Lewandowski w tej chwili prezentuje zdecydowanie lepszą formę strzelecką od Argentyńczyka.
Na zdobycie tej prestiżowej nagrody szans nie ma też drugi obecnie w zestawieniu Cristiano Ronaldo. Portugalski as Juventusu Turyn jest trzeci z dorobkiem 27 trafień i 54 punktów, ale w miniony weekend znów zaliczył „pusty przebieg” w przegranym przez ekipę „Starej Damy” aż 0:3 spotkaniu z AC Milan. Zdaniem dziennika „La Gazetta dello Sport” to był najgorszy występ Cristiano Ronaldo w całej jego karierze. „Błąkał się po boisku, nie umiał znaleźć dla siebie miejsca. Rozczarowujący występ w tak ważnym dla Juventusu meczu. W pierwszej połowie nie dotknął nawet piłki w polu karnym. Od gracza takiej klasy trzeba wymagać, że w tak ważnym spotkaniu pokaże swoją najlepszą wersję. Tymczasem kompletnie zaginął na murawie” – napisano w relacji zamieszczonej na łamach największej sportowej gazety we Włoszech.
Nie lepsi od największych tuzów okazali się też pretendenci do na ich miejsce. Leczący drobny uraz Norweg Erling Haaland nie pojawił się nawet w kadrze meczowej Borussii Dortmund w wygranym 3:2 meczu z RB Lipsk, podobnie jak Francuz Kylian Mbappe w zremisowanym przez jego Paris Saint-Germain spotkaniu z Rennes. Swojego strzeleckiego dorobku nie poprawił też w potyczce z FC Mainz (1:1) portugalski snajper Eintrachtu Frankfurt Andre Silva. Ta trójka piłkarzy okupuje w klasyfikacji „Złotego Buta” czwartą lokatę z dorobkiem 25 goli i 50 punktów.
Bayern ma jeszcze do rozegrania wyjazdowy mecz z Freiburgiem i u siebie z Augsburgiem. Zważywszy na prezentowaną formę z pewnością nie da sobie w tym sezonie wydrzeć upragnionej nagrody i chyba możemy mu już gratulować jej zdobycia.

Agenci piłkarscy zaczęli letnie łowy

Jeszcze sezon się nie skończył, a już zaczęła się w mediach transferowa gorączka. Nakręca ja grupka wpływowych piłkarskich agentów sondująca rynek przed letnim okienkiem transferowym. W spekulacjach pojawiają się największe piłkarskie marki – Kylian Mbappe, Erling Haaland, Neymar, Leo Messi, a nawet Robert Lewandowski.

Przez niemieckie mediach od kilku tygodni przetacza się fala spekulacji na temat przyszłości Lewandowskiego w Bayernie. Na zdrowy rozum nie ma do tego żadnego pretekstu, bo polski napastnik ma kontrakt z bawarskim potentatem do końca czerwca 2023 roku, a ponadto wielokrotnie dawał już do zrozumienia, że w Monachium on i jego rodzina czują się świetnie, a nawet jakiś czas temu zasugerował, że coraz bardziej oswaja się z myślą, że mógłby w Bayernie grać do końca kariery. Ale władze klubu jak na razie nie kwapią się z przedłużeniem umowy, o co trudno mieć do nich pretensje. „Lewy” jest dzisiaj kluczowym graczem bawarskiej jedenastki, jej najskuteczniejszym strzelcem, ale w sierpniu skończy 33 lata, zaś kończąc obecny kontrakt będzie miał prawie 35. Nic dziwnego, że włodarze Bayernu już myślą o jego godnym następcy i zdaje się, że chcieliby zastąpić Lewandowskiego Erlingiem Haalandem. Problem w tym, że norweski piłkarz jest obecnie pod mocnym wpływem swojego agenta, Mino Raioli, jednego z największych cwaniaków na transferowym rynku, ale też wyjątkowo bezwzględnego wydrwigrosza.
Haaland jest obecnie „perłą w koronie” holenderskiego pośrednika i najbardziej chodliwym towarem w jego ofercie. 20-letniego norweskiego napastnika chciałaby pozyskać ponoć większość najbogatszych klubów, nawet zadłużony po uszy Real Madryt, ale szefowie Borussii Dortmund chcą, żeby Haaland grał w ich drużynie jeszcze w przyszłym sezonie. Takie rozwiązanie jest na rękę działaczom Bayernu, chociaż tu znowu wkraczamy w świat plotek i spekulacji, wedle których Haaland byłby nawet skłonny przejść do bawarskiego potentata, ale tylko wtedy, jeśli odejdzie z niego Lewandowski. Najwyraźniej młodemu norweskiemu napastnikowi nie uśmiecha się rywalizacja o miejsce w składzie z sześciokrotnym (licząc już z obecnym sezonem) królem strzelców Bundesligi.
I to może wyjaśniać dlaczego siedzący cicho od dwóch lat agent Lewandowskiego, Phini Zahavi, nagle się uaktywnił i zaczął wypuszczać w medialną przestrzeń pogłoski o transferze polskiego snajpera. Co prawda jeszcze nie w najbliższym oknie transferowym, ale władze Bayernu po cichu dają do zrozumienia, że za rok taka transakcje może być już prawdopodobna. I nawet pojawiła się kwota odstępnego – 80 mln euro. Zahavi naciska na ten transfer, bo dla niego to ostatnia okazja na sutą prowizję, a dla Bayernu na spory zarobek, z którego mógłby zaspokoić wygórowane żądania finansowe Mino Riaoli.
Holender ponoć chce 30 mln euro prowizji, 20 milionów żąda dla siebie ojciec piłkarza, a Borussia Dortmund oczekuje co najmniej 80 mln euro. Mamy już zatem do zapłacenia za 20-letniego zawodnika kwotę 130 mln euro, do której trzeba jeszcze dorzucić 30 mln euro za podpis Haalanda pod kontraktem, czyli w sumie pozyskanie norweskiego snajpera to koszt co najmniej 160 mln euro. Na takiej samej zasadzie spęczniała do absurdalnych rozmiarów transferowa kwota za przejście Neymara z Barcelony do Paris Saint-Germain (222 mln euro), a teraz pęcznieje przy nazwisku gwiazdora PSG Kyliana Mbappe. Co ciekawe, nazwiska obu największych gwiazdorów paryskiego klubu rozbłysły z większą mocą na transferowej giełdzie tuż po porażce PSG z Manchesterem City w pierwszym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów. Zdumiewające jest w tym to, że Mbappe chce pozyskać Real Madryt, a Neymara Barcelona, chociaż oba hiszpańskie kluby są potężnie zadłużone – każdy na ponad miliard euro do spłacenia. Jakim cudem mimo takich problemów finansowych porywają się na transfery tak kosztownych graczy? Co ciekawe, szefowie „Dumy Katalonii” jednocześnie przekonują Leo Messiego, żeby zgodził się przedłużyć wygasający po tym sezonie kontrakt i jeszcze zgodził się na obniżkę zarobków o połowę. Agent argentyńskiego piłkarza nie zrywa więc negocjacji z innymi klubami, wśród których jest też… Paris Saint-Germain.
Biznes jak widać kręci się w najlepsze i chociaż pandemia mocno nadwyrężyła finanse nawet bogatych klubów, to transferowego wariactwa najwyraźniej to nie powstrzyma. Także w naszej rodzimej lidze. Dowodzi tego ujawniony ostatnio przez PZPN raport o wydatkach polskich klubów na prowizje dla „pośredników transferowych”, czyli agentów piłkarzy.
Raport obejmuje okres od 1 kwietnia 2020 do 31 marca 2021 roku. W tym czasie kluby PKO Ekstraklasy przelały do kieszeni agentów blisko 36,5 mln zł. Najwięcej, 9,4 mln zł, wydała na ten cel Legia Warszawa, drugi w kolejności jest Lech Poznań (5,1 mln zł), a trzecie Śląsk Wrocław i Zagłębie Lubin (po 4,5 mln zł). Najmniej w ekstraklasie wydała na pośredników transakcyjnych Warta Poznań – 158 tys. złotych.

Lewandowski wrócił i strzelił, ale Bayern przegrał

Po blisko miesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją Robert Lewandowski wrócił do gry. Z powrotu mógł być jednak zadowolony połowicznie. Bo chociaż w meczu z FC Mainz strzelił swojego 36. ligowego gola, to Bayern przegrał w fatalnym stylu 1:2.

Przypomnijmy, że Lewandowski doznał urazu 28 marca w meczu reprezentacji Polski z Andorą (3:0). Naciągnięcie więzadła w kolanie wyłączyło go z gry w najważniejszych momentach tej części sezonu. Nasz piłkarz nie zagrał z biało-czerwonymi przeciwko Anglii na Wembley (1:2), zabrakło go w obu ćwierćfinałowych meczach Bayernu w Lidze Mistrzów z Paris Saint-Germain (2:3 i 1:0), a w Bundeslidze opuścił spotkania z RB Lipsk (1:0), Unionem Berlin (1:1), VfL Wolfsburg (3:2) i Bayerem Leverkusen (2:0).
Gdyby Bayern wygrał w sobotę z FC Mainz, mógłby już świętować kolejny mistrzowski tytuł bez czekania na wynik niedzielnego meczu wicelidera Bundesligi RB Lipsk. Podopieczni trener Hansiego Flicka, chociaż wreszcie mogli zagrać niemal w najsilniejszym składzie, nieoczekiwanie zagrali bardzo słabo. Ekipie Mainz na dodatek sprzyjała tego dnia fortuna, bo już w 3. minucie objęła prowadzenie po zdumiewającym błędzie Manuela Neuera, który przepuścił piłkę po przypadkowo oddanym strzale przez Jonathana Burkardta. Poirytowani takim obrotem sprawy gracze Bayernu zaczęli się coraz bardziej gubić, bijąc bezskutecznie w mur skonstruowany przez duńskiego trenera Mainz Bo Svenssona.
Nie ulega jednak wątpliwości, że największym winowajcą porażki Bayernu był trener Flick. Zajęty swoja prywatną wojenką z dyrektorem sportowym bawarskiego klubu Hasanem Salihamidziciem chyba nie znalazł dość czasu, żeby odpowiednio przygotować swój zespół do spotkania z ekipą z Moguncji. A powinien, bo chociaż FC Mainz wciąż broni się przed spadkiem, to Flick nie mógł nie wiedzieć, jaką dobrą robotę z tym zespołem wykonał w tym roku trener Svensson. Duńczyk przejął zespół po 14. kolejce na przedostatnim miejscu w tabeli, ale pod jego wodzą w 15 meczach drużyna zdobyła aż 25 punktów. Wygrana z Bayernem to nie był więc żaden fuks, tylko efekt solidnie wykonanej trenerskiej pracy. Svensson zadbał nawet o takie „drobiazgi”, jak odcięcie Lewandowskiego od podań, które jego piłkarze wzbogacili jeszcze o regularne rąbanie polskiego napastnika po nogach przy każdej nadarzającej się okazji.
Przeczulony na tym tle po świeżo zaleczonej kontuzji „Lewy” tym razem nie czekał aż sędzia poskromi nadgorliwych rywali, tylko sam zaczął ich prać po twarzach. Najbrutalniej potraktował najbardziej zawziętego w kopaniu Luksemburczyka Leandro Barreiro, za co obejrzał żółtą kartkę. Ale warto było oddać nieregulaminowo ciosy, bo jakich szkód może narobić taki nadgorliwy grajek, Lewandowski przekonał się w meczu z Andorą.
Inna sprawa, że nasz piłkarz był wyraźnie sfrustrowany przebiegiem spotkania z Mainz i bezradnością drużyny Bayernu. Do samego końca nie doczekał się żadnego dobrego podania od kolegów, a gola gola na 2:1 strzelił już w doliczonym czasie gry wykorzystując błąd defensywy Mainz. Nieładnie wobec niego zachował się Flick, który na pomeczowej konferencji wyraził rozczarowanie faktem, że Lewandowski niczym się nie wyróżnił. Może nie zauważył strzelonego przez polskiego napastnika gola? Ale skoro Flick zrzuca winę za swoje błędy na najlepszego gracza w zespole, to rzeczywiście nie ma już dla niego przyszłości w Bayernie.
Ale póki co wciąż jest jeszcze trenerem bawarskiej jedenastki. Ekipa Bayernu musi trochę poczekać ze świętowaniem mistrzostwa Niemiec, ale ma tak wielką przewagę nad wiceliderem tabeli RB Lipsk, że w trzech ostatnich spotkaniach potrzebują zdobyć tylko dwa punkty, aby móc otwierać szampany. A Lewandowski będzie miał jeszcze trzy okazje do poprawienia swojego bramkowego dorobku i całkiem możliwe, że wbrew okolicznościom i złemu losowi jednak zdoła przynajmniej wyrównać blisko półwieczny już rekord 40 goli w jednym sezonie Bundesligi ustanowiony przez Gerda Muellera. Bayern czekają mecze z Borussią M’Gladbach (8 maja), SC Freiburg (15 maja) oraz FC Augsburg (22 maja). Z tych trzech drużyn najmniej goli wbił ekipie z Moenchengladbach, bo w 15 występach przeciwko niej trafił tylko pięć razy. Ale Freiburgowi w 16 meczach strzelił dotąd 18 goli, zaś Augsburgowi w 15 spotkaniach aż 20.
Za plecami Lewandowskiego walkę o tytuł wicekróla strzelców Bundesligi toczą Erling Haaland z Borussii Dortmund i Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt. Po 27. kolejkach obaj mają na koncie po 25 trafień. Tyle samo goli strzelili też Leo Messi dla Barcelony i Cristiano Ronaldo dla Juventusu, a za tą czwórką z 23. golami plasuje się najskuteczniejszy we Francji Kylian Mbappe z Paris Saint-Germain. Żaden z nich nie ma realnych szans na dogonienie polskiego snajpera.

Liga Mistrzów UEFA: Z Bayernem bez Lewego PSG dał radę

W rozegranych w środku tego tygodnia pierwszych spotkaniach 1/4 finału piłkarskiej Ligi Mistrzów Bayer Monachium przegrał z Paris Saint-Germain 2:3, Real Madryt pokonał FC Liverpool 3:1, a Manchester City Borussię Dortmund 2:1, zaś FC Porto u siebie uległo Chelsea Londyn 0:2. Rewanże zostaną rozegrane 13 i 14 kwietnia.

Z potyczek ćwierćfinałowych największe zainteresowanie wzbudza rzecz jasna starcie finalistów poprzedniej edycji Ligi Mistrzów, czyli broniącego trofeum Bayernu Monachium z Paris Saint-Germain. Pierwszy mecz rozegrano w minioną środę na Allianz Arena w Monachium. Wielkim nieobecnym był w nim Robert Lewandowski, najskuteczniejszy strzelec bawarskiej jedenastki, który leczy kontuzję kolana jakiej doznał w meczu reprezentacji Polski z Andorą. Ale nawet bez niego niemiecki zespół zdecydowanie dominował w starciu z paryżanami, nie potrafił jednak wykorzystać licznych okazji bramkowych. Snajperskie szczęście dopisywało natomiast zawodnikom Paris Saint-Germain, zwłaszcza Kylianowi Mbappe, który po szybkich kontratakach zdobył dwie bramki i powiększył swój dorobek w obecnej edycji Champions League do ośmiu trafień.
Swoim udanym występem 22-letni francuski piłkarz szczególnie ucieszył redaktorów tygodnika „France Football”, bo w ich opinii to najpoważniejszy kandydat do zdobycia „Złotej Piłki”. Chyba że Bayern w rewanżu jakimś cudem wyeliminuje ekipę PSG, co bez Lewandowskiego w składzie nie wydaje się możliwe, a polskiego snajpera na Parc des Princes niestety także zabraknie. „Robię wszystko, co w mojej mocy, by wrócić. Ale dopiero gdy poczuję się naprawdę dobrze, będę mógł znów zagrać. Mój powrót na rewanżowy mecz z PSG byłby przedwczesnym krokiem. Oczywiście, że wolałbym być na boisku, bo dla mnie nie jest to miłe uczucie nie móc wspomóc kolegów. Nic jednak nie mogę na to poradzić, jest jak jest, i zostaje mi tylko kibicowanie mojej drużynie” – przyznał „Lewy” w wypowiedzi dla „Sky”. W głębi ducha musi by jednak w podłym nastroju, bo ma świadomość, że Bayern w rewanżu może nie odrobić strat i odpadnie z dalszej rywalizacji, co definitywnie przekreśli też szanse „Lewego” na zdobycie upragnionej „Złotej Piłki”.
Pierwsza porażka Flicka w LM
Bayern przegrał w Lidze Mistrzów pierwszy raz od marca 2019 roku, ulegając ekipie Liverpoolu, która później zwyciężyła w całych rozgrywkach. Od tego czasu bawarska jedenastka odniosła 18 zwycięstw i zanotowała jeden remis. Porażka z Paris Saint-Germain może być nie tylko końcem pięknej serii, lecz niekoniecznie dominacji Bayernu w tych rozgrywkach. „Powinniśmy strzelić więcej goli. Oczywiście, zawsze można rozmawiać o straconych bramkach. Gdyby jednak ten mecz zakończył się wynikiem 6:3, to nikt nie powinien narzekać. Jest jednak, jak jest, daliśmy plamę i trzeba będzie gonić wynik w rewanżu. Tak naprawdę na wiele im nie pozwoliliśmy. Gdybyśmy pokazali ten instynkt zabójcy, który nas wyróżnia, to widzielibyśmy zupełnie inny mecz. Wiadomo, że nie można całkowicie wyeliminować ofensywy PSG. I nie wykonaliśmy dobrej roboty przy straconych golach. Jesteśmy nastawieni na ofensywę, dlatego strzelamy dużo goli, wygrywamy wiele meczów, ale dzisiaj zmarnowaliśmy zbyt wiele okazji” – ocenił mecz Thomas Mueller, który zdobył jedną z bramek (drugiego gola strzelił zastępujący Lewandowskiego Eric Maxim Choupo-Moting) i w sumie ma już na koncie w rozgrywkach Ligi Mistrzów 48 trafień. Pod tym względem jest najskuteczniejszym niemieckim piłkarzem w historii.
Dla Hansiego Flicka porażka z PSG to pierwszy przegrany mecz w Lidze Mistrzów w roli pierwszego trenera Bayernu. Niemiecki szkoleniowiec nie sprawiał jednak wrażenia załamanego, wręcz przeciwnie. „Biorąc pod uwagę sytuacje bramkowe, które mieliśmy, to wynik powinien być inny. Ale jestem zadowoleni ze stylu gry mojego zespołu, bo był na najwyższym poziomie. Ten zespół nigdy się nie poddaje i zapewniam, że w rewanżu zrobimy wszystko, żeby wywalczyć awans do półfinału” – zapewnił szkoleniowiec monachijczyków.
Manchester City zatrzymał Haalanda
W tym sezonie prowadzony przez trenera Pepa Guardiolę zespół Manchesteru City znów jest na fali wznoszacej. „The Citizens” mają już mistrzostwo Anglii praktycznie w kieszeni, awansowali też do finału Pucharu Ligi oraz półfinału Pucharu Anglii, zaś w Lidze Mistrzów nie zaznali jeszcze goryczy porażki – z ośmiu rozegranych meczów wygrali siedem tracąc w nich zaledwie jednego gola. W ćwierćfinałowej rywalizacji z Borussią Dortmund angielski zespół uważany jest więc za murowanego faworyta, zwłaszcza że ekipa z Dortmundu nie imponuje w tym roku formą – w Bundeslidze zajmuje dopiero piątą lokatę. Ale Borussia ma w swoim składzie lidera klasyfikacji strzelców obecnej edycji Ligi Mistrzów Erlinga Haalanda. 20-letni norweski napastnik ma na koncie 10 goli, lecz na stadionie Manchesteru City tego dorobku nie powiększył. Norwega wyręczył Marco Reus, który w 84. minucie doprowadził do wyrównania. Dzięki temu trafieniu reprezentant Niemiec wyszedł na prowadzenie w klasyfikacji strzelców wszech czasów Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów, spychając na drugą pozycję… Lewandowskiego.
To nie był jednak koniec emocji na Etihad Stadium, bo Manchester City ruszył do ataku i w 90. minucie Phil Foden, jeden z najlepszych graczy w tym spotkaniu, płaskim strzałem ustalił wynik spotkania na 2:1. Rewanż w Dortmundzie zapowiada się ciekawie i w tej chwili trudno przewidzieć który z tych zespołów wywalczy awans do półfinału. Dla przypomnienia: zwycięzca dwumeczu Manchester City – Borussia Dortmund z 1/2 finału zmierzy się z lepszym z pary PSG – Bayern. A tak na marginesie, nawiązując jeszcze do plebiscytu „Złotej Piłki”, to dla redakcji „France Football” najlepszą opcją byłby awans do półfinału zespołów Paris Saint-Germain i Borussii Dortmund, bo w bezpośrednim starciu tych ekip może by wykreował się im laureat nagrody – a już przecież ogłosili, że Kylian Mbappe i Erling Haaland są lepsi od starych mistrzów, Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i Lewandowskiego.
Real bije Liverpool, a Chelsea Porto
Real Madryt bezlitośnie wykorzystał błędy obrony Liverpoolu i wygrywając u siebie 3:1 wykonał olbrzymi krok w kierunku awansu do półfinału Ligi Mistrzów. To miał być wielki rewanż Liverpoolu za porażkę w finale Ligi Mistrzów w 2018 roku. Wówczas prowadzeni przez Juergena Kloppa „The Reds” przegrali z Realem Madryt Zinedine’a Zidane’a 1:3. Ale na stadionie Santiago Bernabeu „Królewscy” zwarli szyki i przypomnieli światu, że nie można ich przekreślać nawet jeśli znajdują się w kryzysie. Zidane nie mógł wystawić do gry kontuzjowanych Edena Hazarda, Sergio Ramosa, Daniela Carvajala oraz zakażonego koronawirusem Raphaela Varane’a. FC Liverpool też boryka się z kadrowymi problemami i dlatego w Premier League jest poza czołówką, a Klopp wszystkie siły rzucił na Ligę Mistrzów. Na Real okazały się jednak niewystarczające. Bohaterem w ekipie „Królewskich” był 20-letni Brazylijczyk Vinicius Junior, strzelec dwóch goli, pierwszy piłkarz urodzonym w XXI wieku, który zapisał się na liście strzelców w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.
W czwartym spotkaniu 1/4 finału Chelsea Londyn pokonała na wyjeździe FC Porto 2:0 i w rewanżu raczej nie roztrwoni tej przewagi. Londyński zespół już więc może szykować się mentalnie na półfinałową potyczkę z Realem Madryt lub Liverpoolem.

Życiowy rekord Lewego w Bundeslidze

Robert Lewandowski zaliczył hat-tricka w wygranym przez Bayern 4:0 meczu 26. kolejki Bundesligi z VfB Stuttgart. Nasz piłkarz powiększył swój bramkowy dorobek w tym sezonie do 35 trafień, co jest jego życiowym rekordem.

Lewandowski w tym sezonie imponuje strzelecką formą. W sobotnim starciu z VfB Stuttgart trzykrotnie pokonał bramkarza rywali, kompletując hat-tricka już do przerwy. „Lewy” ma więc teraz na koncie 35 goli, co jest jego nowym życiowym rekordem. Poprzedni ustanowił w poprzednim sezonie uzyskując w nim 34 trafienia. Ale jego fani po obu stronach Odry ekscytują się coraz realniejszą perspektywą pobicia przez polskiego napastnika blisko półwiecznego rekordu Gerda Muellera 40 goli strzelonych w jednym sezonie. Do zakończenia rozgrywek w Bundeslidze zostało jeszcze osiem kolejek, więc cel jest jak najbardziej realny do osiągnięcia.
Póki co „Lewy” dzięki hat-trickowi umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji strzelców obecnego sezonu, chociaż jego dwaj najgroźniejsi konkurenci zdobyli po dwie bramki. Norweg Erling Haaland zaliczył dwa trafienia w zremisowanym przez Borussię Dortmund 2:2 w wyjazdowym spotkaniu z FC Koeln, a Portugalczyk Andre Silva z Eintrachtu Frankfurt także trafił dwukrotnie w wygranym przez jego zespół u siebie 5:2 meczu z Unionem Berlin. Obaj mają teraz na koncie po 21 goli, lecz do Lewandowskiego mają już 14 bramek straty. Trzeci w klasyfikacji Holender Wout Weghorst z VfL Wolfsburg strzelił jak na razie 17 goli i ma od „Lewego” aż 18 trafień mniej. Takie różnice są już raczej niemożliwe do odrobienia i wszystko wskazuje, że kapitan reprezentacji Polski w tym sezonie po raz szósty w karierze, a czwarty z rzędu zdobędzie statuetkę z zabytkową armatą, którą w Bundeslidze nagradza się zdobywcę tytułu króla strzelców. Dla przypomnienia – Lewandowski pierwszą „armatę” wywalczył jeszcze w barwach Borussii Dortmund (sezon 2013/2014), a cztery pozostałe jako gracz Bayernu (2015/16, 2017/2018, 2018/2019, 2019/2020). Rekordzistą w liczbie tytułów króla strzelców Bundesligi jest Gerd Mueller, który wygrywał rywalizację strzelców siedmiokrotnie.