„Le Monde diplomatique” (nr 6 (160), XI/XII/2019

Numer otwiera tekst „Maskra” Serge Halimi o młodych we francuskich protestach. Obok edytorial (zwany kiedyś „wstępniakiem”) „Ekonomia (polityczna) głupcze” Przemysława Wielgosza, w którym od podanej w telegraficznym skrócie sytuacji światowej płynnie przeszedł autor do sytuacji polskiej. Alexander Zevin demaskuje rolę uważanego za liberalne, założonego w 1843 roku (!!!) pisma „The Economist” jako rzecznika brytyjskiego imperializmu, Tony Wood o „mianowanych miliarderach Rosji”, Jean-Louis Rocca o wojnie handlowej Chin z zachodem jako o „zderzeniu cywilizacji”. W drugim tekście „chińskim” Alain Bihr stawia ciekawe, inspirujące pytanie, „dlaczego kapitalizm nie narodził w Chinach?”.
Pierre Souchon portretuje francuskie miasteczko Ardèche. Na pograniczu historii i teraźniejszości sytuuje się tekst Pauline Perrenot i Vladimira Slonska-Malvaud „Franco znów dzieli dzisiejszą Hiszpanię”, w kontekście ekshumacji i przeniesienia jego szczątków. Paul Preston z kolei przypomniał klasowe ludobójstwo dokonane przez frankistów na czerwonych republikanach („Rozstrzelać parzystokopytne bestie”).
O milczeniu Anny Seghers (1900-1983) – czołowej niemieckiej pisarki-antyfaszystki, emigrantki z III Rzeszy – w obliczu wypaczeń demokracji i łamania wolności w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Dający do myślenia esej „ponownym zaczarowaniu świata” napisała Silvia Federici. A potem recenzja „Drżących kadrów”, zbioru 13 wywiadów z wybitnymi reżyserami, których Piotr Czerkawski namówił na retrospektywę.

„Niczego nie znaleźć, tylko szukać” czyli „konkluzji nie będzie”

Tytuł „Substancja nieuporządkowana”, jaki Adam Zagajewski nadał zbiorowi swoich esejów jest idealnie więc adekwatny do jego zawartości. Wielki esej, a Zagajewski należy do eseistów wielkich, zawsze jest „substancją nieuporządkowaną”. Z kilku powodów.

Po pierwsze, esej jest formą niejako z definicji (próba) niezwartą treściowo i formalnie, na swój sposób amorficzną, płynną i na tym polega jej wielki czar. Po drugie, esej zbudowany jest na tak bogatej i różnorodnej bazie lektur, przemyśleń, impresji, doznań duchowych, intelektualnych i estetycznych, że najzwyczajniej niepodobna ująć jej w jakiekolwiek karby.
Opowiadanie o eseju to zadanie na miarę poszukiwania kwadratury koła. Esej nie poddaje się referowaniu w tak – relatywnie – klarownym trybie jak proza czy dramaturgia. O eseju trudno pisać podobnie jak o poezji. Esej trudno poddaje się klasycznemu opisowi, jest mu niepodległy, bywa że zachowuje swoistą „splendid isloation”. To, co zawsze stanowi dla czytelnika eseju kryterium wstępne, to smak stylu, smak badany tak, jak pierwszym jego kontaktem z językiem i podniebieniem bada się smak wina. Ta wstępna próba badania smaku eseju „Substancji nieporządkowanej” Zagajewskiego wypada, tak jak dotąd – przewybornie. Styl Zagajewskiego spełnia wszystkie kryteria najlepszego „brandu” eseistycznego: elegancja i koronkowa finezja i piękno frazy, zjawiskowa wrażliwość, intelektualna moc i spostrzegawczość, delikatna ironia. W przypadku Zagajewskiego dochodzi jeszcze ujmująca skromność, z jaką ten mistrz poezji i eseju traktuje siebie samego i swoje dokonania. „Substancję nieuporządkowaną” otwiera esej „O życiu w wolności”, przypuszczam, że nieprzypadkowo, jako że trwałość, status i kształt wolności stanęły w ostatnich latach i w Polsce i w świecie pod szczególnie zauważalnym znakiem zapytania. Poprzez zagadnienie wolności wędruje Zagajewski odwołując się do rozmaitych punktów odniesienia, do Stanisława Brzozowskiego, do Tacyta, do historii zamachu stanu Napoleona Bonaparte, późniejszego Napoleona III, a także do dziesiątków artystów najrozmaitszych gałęzi, od Szekspira i Goethego do jego krakowskich przyjaciół, tworząc znamienną dla eseju sieć inspirowanych skojarzeń, nawiązań i paraleli. Zbliżając się do końca tego eseju, Zagajewski przywołuje Paula Valery, który szkicując utopijny plan przezwyciężenia kryzysu cywilizacji stwierdził, że „konkluzji nie będzie”. To dobra konkluzja także dla eseju, jako że – przywołany w innym eseju – jego mistrz i ojciec, Michel de Montaigne, autor „Prób” „nie chciał niczego znaleźć, chciał tylko szukać”. Tematyka, zasygnalizowana w tytule, eseju „Pochwała prawa” jest logicznym uzupełnieniem eseju wstępnego, jako że prawo i jego przestrzeganie, jest jednym z warunków zachowania wolności. Esej rozpoczyna kilkanaście nazwisk wielkich pisarzy i poetów, od Solona przez Flauberta, Kafkę i Gombrowicza do Czesława Miłosza, którzy stanowili, praktykowali lub studiowali prawo. Pojawiają się prawnicze wątki w ich twórczości Następnie pojawia się współczesna postać z dziedziny prawa, profesor Ewa Łętowska, bohaterka laudacji Zagajewskiego. Pojawia się też „Pułkownik Chabert” Balzaca, jako utwór wyjątkowo dobitnie i drastycznie egzemplifikujący rolę prawa, w tym przypadku złowieszczą, jaką może ono odegrać w życiu człowieka. „O pewnej niezwykłej korespondencji” dotyczy dwóch niezwykłych, oryginalnych i wybitnych postaci, bardzo znanej, Józefa Czapskiego i „niszowej”, Ludwika Heringa. Ten z kolei esej pokazuje umiejętność z jaką Zagajewski potrafi ze sfer, z rejestrów subiektywnych, osobistych, przejść do trybu bezpretensjonalnej i pełnej pokory relacji, sprawozdania z twórczości „innych”. „Teatr cieni” jest krótkim i delikatnym portretem Julii Hartwig jako poetki. „O zdziwieniu” dotyka tej szczególnej kategorii ludzkiej psychologii i czyni to eseista w sposób finezyjny i nieoczywisty, przy czym tytułowe” zdziwienie dotyczy zarówno samego zjawiska, jak i rozmaitych zdziwień autora, głównie przy lekturach, od starożytnych zdziwień greckich, poprzez poezję Horacego, Ronsarda, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, prozę Marcela Prousta aż po Curzia Mapalarte w jego opisie wawelskiego „dworu” gubernatora Hansa Franka, z jego wykonaniami kompozycji Chopina. Tytuł „W stronę Drohobycza” jest nawiązaniem do proustowskiej „strony Swanna” i „strony Prousta” w interpretacji André Maurois . Owa „strona Drohobycza’, to jednocześnie „strona Brunona Schulza, „strona artyzmu, pewnego poetyckiego irracjonalizmu” i Zagajewski pisze o niej pięknie, choć od znawstwa prozy twórcy „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium pod Klepsydrą” odżegnuje się z tą właściwą sobie nadskromnością. W tym eseju najbardziej frapująca i odkrywcza jest jego finalna konkluzja (a jednak!). Nawiązując do oglądanych przez nas wielokrotnie niezliczonych, czarno-białych, przedwojennych i pochodzących z czasu Holocaustu fotografiach dokumentujących życie diaspory żydowskiej w Polsce, Zagajewski napisał tak: „Na fotografiach widzimy stare kobiety i bezlistne drzewa. Zwyciężył lakoniczny behawioryzm. A Schulz zapisał co innego, zapisał to, czego nie zapisze żadna fotografia, uchwycił niewidzialne segmenty życia w Szettlu, niebo i gwiazdy, gorączkę samotności i potęgę utopii. Zapisał to, co niewidzialne – i bez czego życie jest niemożliwe”. „Odeszli wielcy poeci” to znów esej „eseistyczny na wskroś”, poszukujący i bez konkluzji, ale obejmujący, na kilku egzemplifikacjach „cały” świat poezji. To w tym eseju Zagajewski żegna grono zmarłych w ciągu kilkunastu ostatnich lat wybitnych kolegów poetów i koleżankę poetkę, to w nim przywołuje wspomniane zdanie o „szukaniu, nie o znalezieniu” Montaigne’a, to w nim ponownie broni „stylu wysokiego” przed powszechną, także w świecie literatury, niechęcią, to w nim pisze o wielu innych fascynujących sprawach, zjawiskach i postaciach. Tym razem znów bez konkluzji. A później jeszcze opowiada „O kilku artystach (alfabetycznie)”, artystach raczej z cienia niż z blasku kamer i fleszy. No i dwa eseje o kompozytorach, o muzyce: o Gustawie Mahlerze i Andrzeju Panufniku. I tu odzywa się kolejne pasmo klasy eseistycznej Zagajewskiego. Napisać tak o muzyce, by taki czytelnik jak piszący te słowa, którego wiedza o twórczości tych kompozytorów ogranicza się do znajomości nazwiska, umiejętności ogólnego usytuowania w czasie ich życia oraz , od biedy, sformułowania na temat ich dzieła jednego zdania typu leksykonowego – by ów czytelnik z smakiem czytał bezdźwięczne frazy o ich muzyce, to prawdziwy majstersztyk. Tom z „Substancją nieuporządkowaną” kończy „Podziękowanie za Nagrodę Księżniczki Asturii”. Tu konieczna jest uwaga wyjaśniająca. Część tekstów w tomie pomieszczonych, to teksty wykładu, laudacji, pogadanki. Okazuje się, że Zagajewski pisze eseje także wtedy, gdy przeznaczenie jego tekstów jest użytkowe, także do wygłoszenia publicznego. Tak jest też w przypadku wspomnianego „Podziękowania”, które stało się esejem. Adam Zagajewski jest bowiem, jak z tego wynika, eseistą „urodzonym”, wręcz „odruchowym”, on ma formę eseju w swoim twórczym DNA. „Anima naturaliter essjana”? Skłania mnie to do podejrzenia, że esejem pisze Zagajewski także podania i pisma urzędowe. Na koniec próbka (nomen omen) wspomnianego podziękowania-eseju za Nagrodę Księżniczki Asturii: „Kiedy byłem dzieckiem, Hiszpania wydawała mi się krajem odległym i wspaniałym, wręcz legendarnym, miejscem, gdzie najjaśniej świeci słońce i gdzie cienie są najczarniejsze, krajem Don Kichota, rycerzy i księżniczek. Potem poznałem realną, nowoczesną Hiszpanię, jeden z filarów Unii Europejskiej. A jednak dzisiaj jestem tutaj, w Asturii, i jestem gościem księżniczki – nie mogę się temu nadziwić. Jak widać, wszystko się zmienia, ale nic się nie zmienia”.
Jakakolwiek, dodana tu moja własna konkluzja czy puenta byłaby niestosowna, bo skaleczyłaby piękno, które chłonąłem przy lekturze „Substancji nieuporządkowanej” Adama Zagajewskiego.

Adam Zagajewski – „Substancja nieuporządkowana”, wyd.”Znak”, Kraków 2019, str. 206, ISBN 978-83-240-5869-3

Eseje czarne jak atrament Recenzja

Przypuszczam, że niewielu czytelników tego tomu złożonego z trzech esejów domyśliło się od razu, że jego tytuł: „Rękopis znaleziony na ścianie” (przynależny do pierwszego z esejów) ma wydźwięk makabryczny.

 

Chodzi bowiem o rozbryzgany na ścianie mózg hrabiego Jana Potockiego, twórcy „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. Wydaje mi się to celową uwagą wstępną, bo eseje Krzysztofa Mrowcewicza przeniknięte są czarną barwą głębokiego pesymizmu egzystencjalnego, podanego jednakowoż językiem jasnym autora, którego ten świat może i zasmuca, ale też i jednocześnie zachwyca, fascynuje swoją niemożliwą wprost urodą, estetyczną i intelektualną. Jest bowiem piękny pięknem swojego bogactwa i swojej grozy. Bohaterami dwóch esejów Mrowcewicza są wspomniany Jan Potocki i Jan Kochanowski, a bohaterem – o ile można się tak wyrazić – trzeciego jest: ogród z „Sofijówki” Stanisława Trembeckiego. Esej o Potockim zaczyna się opisem pistoletu, z którego tenże strzelił sobie w głowę, czyli opisu narzędzia samobójstwa. Więcej, to opis procesu mechanicznego, podanego jakby w zwolnionym tempie, w sekwencji stop-klatek, który kończy się wniknięciem kuli w czaszkę i mózg pisarza. I nagle z tego ponurego, zakrwawionego pokoju w podupadłej posiadłości Potockiego w Uładówce na Ukrainie eseista przeskakuje w migotliwy, kalejdoskopowy, niepochwytny świat tego pisarza, ezoteryka, filozofa, mistyka, kabalisty, podróżnika, szaleńca, przyrodnika, człowieka pozbawionego złudzeń co do życia. Jest w tym eseju myśl co prawda nie nowa, że świadomość Potockiego oraz esencja i sens esencja jego sławnego „Rękopisu” rodzi się na styku czasów oświeceniowego rozumu, który zaczyna być podmywany przez nadchodzącą, irracjonalną epokę romantyczną i przez chaos, który wbrew oświeceniowej utopii jest nieodłącznym atrybutem i zasadą świata. I ta myśl, że był on krańcowym, czarnym, depresyjnym pesymistą. Jako się rzekło, myśl to nie nowa, bo o tym czytałem już w 1965 roku, kiedy na ekrany kin weszła ekranizacja „Rękopisu” dokonana przez Wojciecha Jerzego Hasa. Toteż jednak eseju Mrowcewicza nie należy czytać propedeutycznie, lecz estetycznie nade wszystko. Opowiada on o Potockim jako mistrzu czterech sztuk: „opowiadania historii”, „budowania ruin” (choć w „Rękopisie” opisów ruin niemal nie ma, ale fenomen „ruiny” jakby unosi się jak duch nad tą powieścią), „udawania zwanej też sztuką aktorską” („Rękopis” jest w znaczącej warstwie powieścią o udawaniu, o graniu, jej postacie nieustannie udają inną tożsamość lub inna jest im przypisywana, zamieniają się tożsamościami, mylą się co do tożsamości lub innych co do niej zwodzą, korzystają z innych tożsamości lub przeglądają się w niezliczonych lustrach, tu prawie nikt nie ma jednolitej, stałej, zastygłej tożsamości) oraz „sztuki odbierania sobie życia” (sławne samobójstwo). Opowiada o nich Mrowcewicz wędrując zarówno przez wybrane wątki „Rękopisu” oraz przez fragmenty świata, który w bliższym czy dalszym sensie był światem Jana Potockiego. Eseistyczna narracja Mrowcewicza – chce się rzec – zapiera dech po pierwsze zjawiskową erudycją, ale to jeszcze mało powiedziane, bo erudytów jest sporo. Autor zapiera dech swoją umiejętnością uczynienia z erudycji sztuki o finezji i lekkości motyla. Portretuje świat Potockiego, świat, w którym on egzystował, poprzez przygody, persony, krajobrazy budowle, przedmioty. Esej sprawia wrażenie dzieła impresjonistycznego albo iluzjonistycznego. W zależności od tego pod jakim kątem go czytamy, taki obraz się wyłania. Można odnieść wrażenie, że Mrowcewicz zbudował swoją eseistyczną narrację na podobieństwo linkowego systemu w internecie. Po kliknięciu w dowolne pojęcie, nazwisko, zdarzenie wyłania się nowa bogata kraina, która mnoży się na podobieństwo systemu opowieści szkatułkowej. Można też rzec, że Mrowcewicz pokazał postać Potockiego i jego „Rękopis” kontekstualnie, odsłaniając to wszystko czego w materii powieści nie ma, a co czai się jakby za ścianami zamkniętych przestrzeni, w której dzieje się jej akcja.
Trudno jest o tym pisać, bo cokolwiek się napisze, będzie mniej kunsztowne i mniej wielowarstwowe niż to co można wyczytać w eseju Mrowcewicza. Esej o „Sofijówce” Trembeckiego („Tajemnica Sofijówki – tajemnica literatury”) jest esejem o bujnym ogrodzie opisanym przez poetę. To drobiazgowa, ale przy tej drobiazgowości, paradoksalnie fascynująca analiza środków poetyckich, jakie zastosował poeta, aby przez opis natury i struktury ogrodu ukazać naturę i strukturę egzystencji jako takiej, zamykając w tym opisie naturę życia od początku do kresu. A jednocześnie widzi eseista w „Sofijówce” „kwintesencję poezji”. Bezradny wobec niemożności uchwycenia we frazie własnej bogactwa tego eseju, zacytuje ostatnie jego zdanie, które może spełnić rolę definicji jego esencji: „Sofijówka” to ogród ze słów, w którym rozwidlają się ścieżki rozumu, poetyckiego rzemiosła i wyobraźni”. Trzeci esej poświęcony („Czarna muza z Czarnolasu”) jest Janowi Kochanowskiemu. Każdy kto zapamiętał choć odrobinę z przekazu szkolnego kursu Odrodzenia, ten pamięta, że ten poeta pokazywany często w epikurejskiej scenerii czarnoleskiego dworku, pod lipą, w kontuszu, z roztruchanem przedniego miodu, w sielskim otoczeniu rodziny był poetą „czarnym”, krańcowym sceptykiem i pesymistą i to nie tylko dlatego, że doznał utraty córki Urszuli, a swój ból uwiecznił w „Trenach”. W ujęciu Mrowcewicza Kochanowski jawi się jako wielki artysta i myśliciel na wskroś nam, dzisiejszym, współczesny, podobny nam w niepokojach, podobny w rozpaczy, podobny nam w sposobie postrzegania egzystencji i jej ostatecznego bezsensu. Mrowcewicz nie wyraża tego ekspressis verbis, ale w jego perspektywie jawi się Kochanowski jako prefigurowany kilka wieków wcześniej, avant la lettre – egzystencjalista i skomplikowany człowiek współczesny.
Jestem niezadowolony z tego, co o tych esejach powyżej napisałem. Ale przecież nie sposób opowiedzieć o tych finezjach estetycznych i umysłowych ani subtelniej ani głębiej niźli sam autor. Tego eseistycznego sezamu najzwyczajniej nie sposób uchwycić w małą garść. To trzeba przeczytać. Komuś tak wiele czytającemu jak piszący te słowa, co wywołuje efekt spowszednienia, nieczęsto zdarza się rozkosz lektury. Czytając triadę esejów Krzysztofa Mrowcewicza doznałem takiej samoistnej, niejako autonomicznej, samej w sobie przyjemności, by nie powiedzieć rozkoszy lektury.

 

Krzysztof Mrowcewicz „Rękopis znaleziony na ścianie”, wyd. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2017, str. 164, ISBN 978-83-65832-32-0.

Czy znów unikniemy Apokalipsy? Psim swędem Recenzja

Dwa eseje Jacquesa Derridy (1930-2004) o Apokalipsie („O apokaliptycznym tonie przyjętym niedawno w filozofii” oraz „Nie apokalipso, nie teraz”) powstały w latach 1982 i 1984, w okresie nasilonego konfliktu między USA a ZSRR, po objęciu władzy przez Ronalda Reagana, w epoce „gwiezdnych wojen”. Gdy po raz kolejny, a pierwszy od czasu sławnego konfliktu wokół „Zatoki Świń” i kryzysu kubańskiego 1960 roku ludzkość zdawała się stać przed widmem zagłady atomowej. Derrida pocieszenie w obliczu możliwości – prawdziwej czy urojonej – znajduje w filozofii i dziejach Apokalipsy na jej kartach, w jej stałej, groźnej obecności, nieustannej, a jednak nigdy nie spełnionej. „Apokaliptyczny „dyskurs nuklearny” Derridy pozostaje na płaszczyźnie kodów, gatunków, wytworów literackich, a zatem głównie w obrębie świata jako tekstu. Również tam – w wielokrotnie opisywanej figurze archiwum i nieskończonych możliwościach bibliotecznych form – filozof znajduje schronienie przed końcem ostatecznym” – napisali we wstępie tłumacze esejów. Autorzy posłowia z kolei zwracają uwagę, że wcześniejsze apokalipsy (chyba więc także te średniowieczne z Czterema Jeżdźcami) od nuklearnej różni jej niebywała, właśnie „nuklearna szybkość”. Derrida wykorzystał więc filozofię do uspokojenia siebie i nas, a jednocześnie, swoją refleksją humanistyczną nad zagadnieniem Apokalipsy wzbogacił dyskurs filozoficzny wokół zagadnienia krańcowości ludzkich doświadczeń. Jacques Derrida nie żyje od 14 lat. Apokalipsa nuklearna, wokół której osnuł swoje eseje pisane dekadę wcześniej, nie nadeszła. Za to zmarł w roku, w którym Polska weszła do Unii Europejskiej i gdy wydawało się, że choć Francis Fukuyama mylił się w swojej diagnozie o „końcu historii”, to jednak przed Europą długo nie rozciągnie się jakaś nowa perspektywa apokaliptyczna. Tego pojedynczego człowieka, jakim był Derrida, Apokalipsa, której się w końcu lękał, ominęła, tak jak i nas, póki co. Umknął jednak w ramiona Śmierci i od tej Apokalipsy, której się lękał i od tej, której chyba nie przewidywał, a przed którą stoimy my, żyjący dziś w tym świecie. Może i nam się upiecze. I znów, psim swędem, nie doświadczymy jej, bo wcześniej umrzemy lub nie dotknie ona naszych potomnych. W końcu nie święci garnki lepią. Udało się Derridzie, może udać się i nam. Poza tym podobno najbliższa Apokalipsa dotyczyć będzie „postczłowieka”. A więc może jeszcze nie nas? No, chyba, że już „postczłowiekiem” jesteśmy lub on jest już ante portas? Diabli wiedzą.

 

Jacques Derrida„O Apokalipsie”, tłum. Iwona Boruszkowska, Krzysztof Wojtasik, posłowie Iwona Boruszkowska, Michał Koza, Wydawnictwo Eperons-Ostrogi, Kraków 2018, str. 186, ISBN 978-83-946471-0-0.