Angielski sen (5) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy piąty odcinek tego cyklu.

 

 

Kolejny tydzień mojej ekonomicznej emigracji. Imigracji z angielskiego punktu widzenia. Nie wydarzyło się nic specjalnego, żadnego trzęsienia ziemi. Po prostu, podobnie jak inni pracownicy – trwam. Trwam, bo nie mam innego pomysłu. Bardzo fajnie podsumował to jeden z moich kolegów. O czwartej nad ranem, gdy kończył swój shift zapytałem retorycznie: „Co, już koniec?” Odpowiedział: „Nie, jeszcze tylko jutro, przez tydzień i kolejnych dziesięć lat”.

 

Większość z nas każdego dnia, wbrew sobie, wbrew chęci rzucenia tego w cholerę, pokonując wszelkie opory, niechęć i odrazę, loguje się na swoim stanowisku pracy, by odbębnić te godziny. Wymaga to tytanicznego wysiłku. Zastanawiam się, w jakim stopniu i czy w ogóle, kiedyś odbije się to na psychice.
Nie sama praca jest jednak przyczyną tej frustracji. To atmosfera terroru wprowadzona przez management, zastraszenie i pełna inwigilacja. Każdy dzień jest tu jednakowy. Za każdym razem przed swoja zmianą mam ochotę wziąć sicka – to zwyczajne chorobowe, do trzech dni można to załatwić telefonicznie, bez żadnego lekarskiego zaświadczenia.
Gdybym tylko miał jakiś pomysł, zwiałbym stąd do wszystkich diabłów. Pomysłu jednak brak. Przez ostatnią dekadę zmieniły się nieco realia pracy i zarobków w UK. W tym czasie ceny artykułów spożywczych wzrosły o sto, a w przypadku masła nawet o dwieście procent. Realne zarobki natomiast podniesiono o jakieś trzydzieści procent.
Nie mam tego komfortu, że mogę zacisnąć zęby, przemęczyć się i odłożyć jakieś pieniądze. Cała tygodniowa pensja kończy mi się w środę lub czwartek. Fakt, mam kłopoty z racjonalnym gospodarowaniem pieniędzmi, ale jedyne moje szaleństwa to papierosy, obiad w barze za 2.90 czy zakładowej kantynie za 3.50. Po opłaceniu mieszkania nie jestem w stanie odłożyć ani jednego funta. Pozostało trwanie. Od piątku, do piątku.
Na szczęście nowe mieszkanie składa się w większości z zalet. Naprawdę z przyjemnością tam wracam. Bijurek stał się już moją codzienną potrawą. Dostaję solidną porcję zawsze gdy gospodarze pieką ten albańsko-turecko-bułgarski przysmak. A że pieką często, to mam go pod dostatkiem. Czasami zabieram go nawet do pracy. W zamian, gdy wychodzą po zakupy, zajmuję się ich kilkuletnim synem. Dzięki temu pamiętam już jak dzieciak ma na imię – Igen. Pozostało już tylko podstępem wydobyć imiona pozostałych domowników. Mam już nawet pewien pomysł.
Wprawdzie na samym początku przedstawialiśmy się sobie wzajemnie. Od tego czasu wszyscy w tym domu zwracają się do mnie po imieniu. Każdego dnia witają mnie słowami: „Hello Peter, how are you?” Z głupią miną odwzajemniam bezosobowo. Nawet mieszkający w sąsiednim pokoju Cejlończyk ze Sri Lanki i niemówiąca po angielsku kuzynka z Albanii mówią do mnie Peter. Byłem jednak tak bardzo zaaferowany wynajmem pokoju, że te ich imiona gdzieś mi umknęły.
Rodzinna atmosfera jest główną zaletą mojego nowego mieszkania. Zalet mieszkania przy High Street jest zresztą znacznie więcej.
Wychodzące na główna arterię miasta okno jest jak telewizor, którego nie można ani wyłączyć, ani przyciszyć. Na ulicy zawsze coś się dzieje. Ten niegasnący gwar fascynuje i hipnotyzuje jednocześnie. Niekiedy, choć rzadko, irytuje.
W wolne dni biorę kawę, popielniczkę – tak, tak, w moim pokoju można palić – i podglądam świat. Trochę jak telenowela. Niektórzy przechodzą regularnie, po kilka razy dziennie. Tych już rozpoznaję. Inni, zaciekawieni zwiedzają egzotyczne, głównie afrykańskie sklepiki. Jeszcze inni – tylko przemykają. Mieszanka kultur i narodowości z całego świata. Hałas trwa przez całą dobę, niezależnie od pory dnia, nocy czy pogody. Dopiero po tygodniu zorientowałem się, jak bardzo jest to uciążliwe. W dniu, w którym się wprowadziłem, zaczynałem swój roboczy tydzień. Noce spędzałem więc w pracy, a rano przyjeżdżałem tak zmęczony, że od razu padałem. Zresztą, w dzień hałas brzmi zupełnie inaczej. Noc tylko potęguje dźwięki.
Gdy po tygodniowym shifcie przyszły wyczekiwane dwa dni wolnego, próbowałem zasnąć przy akompaniamencie śmiechów, krzyków, autoalarmu, klaksonów, awantur, radości, tupania, strzelania, tłuczonych butelek, rozkładanych lub składanych kramów, głośnych rozmów i pijanych zaśpiewów. Męczyłem się tak do rana. Był to jedyny raz, gdy naprawdę kląłem to miejsce.
Naprzeciwko mojego pokoju jest knajpka – Jannys’ Cafe. Wpadam tam czasami na śniadanie lub obiad. To coś w rodzaju polskiego baru mlecznego. Czynna od szóstej rano, więc jeśli mam kasę, to wracając z pracy jem u nich śniadanie, a w wolne dni zachodzę na obiad. Sadzone z frytkami kosztują dwa dziewięćdziesiąt. Porcja naprawdę duża. Gdy zaszedłem tam po raz trzeci, nie musiałem już składać zamówienia. Pani za ladą pierwsza zapytała: „Two eggs and chips?” I tak zostałem ich stałym klientem.
W Luton też miałem taki, prowadzony przez Banglijczyków (mieszkańcy Bangladeszu) bar. Tam z kolei zamawiałem: „One piece chicken and chips” (kurczak z frytkami). I też po dwóch czy trzech wizytach też awansowałem do miana stałego klienta, który nie musi mówić czego chce.
Z baru widzę okna swojego pokoju. Jest tak blisko, że telefon łapie domowe wi-fi. To też zaleta High Street. Wszystkie rodzaje sklepów i usług, nawet szewc (tak, maja szewca w Borehamwood) są w zasięgu domowego wi-fi. To o tyle istotne, że wyłączyli mi telefon, coś z roamingiem, i już tylko internet łączy mnie ze światem.
Obok Janny’s Cafe jest turecki sklep. Czynny chyba non stop. Niezależnie o której godzinie wyglądam przez okno, zawsze jest otwarty. Nawet gdy przebudzę się w środku nocy i spojrzę za okno widzę wystawiony owocowo warzywny kram. W tureckim sklepie sprzedają tureckie specjały. Obok nich oczywiście polskie piwo, kefir, mleko i żółty ser. Jest też oczywiście tytoń prosto z przemytu. Za piętnaście funciaków można kupić u nich pięćdziesięciogramowy Amber Leaf. W normalnym sklepie, za trzydziestogramowa paczka kosztuje trzynaście funtów. Cena jak na Anglię jest więc bardzo atrakcyjna.
Bardzo ciekawa jest zabudowa, w skład której wchodzi dom, gdzie wynająłem pokój.
To coś w rodzaju polskiej szeregówki, ale zbudowanej na dachach sklepów. Drzwi od klatki schodowej wciśnięte są między dwie sieciówki – Subway i Greggs. Wchodząc na piętro, wchodzę jednocześnie na podwórko i parter domu. Ponieważ budynek zajmuje połowę szerokości dachu, druga połowa jest zwyczajnym podwórkiem. I to pokryte papą obejście służy dzieciakom za plac zabaw, a dorośli wystawiają stoliki i grillują, imprezują lub po prostu siedzą.
Mieszkańcy chyba dobrze się tu znają, krążą od stolika do stolika. Przysiadają, pożyczają przyprawy, częstują. Też już raz się załapałem na żeberka z rusztu. Po lewej stronie mieszkają Kongijczycy, z prawej wyglądający na Beduina starszy mężczyzna w dżelabie. Spotykam go każdego ranka, gdy wracam z roboty. Czyści i składa tę swoją białą sutannę, niekiedy spotykamy się w Janny’s Cafe, gdzie też chyba jest ich stałym klientem. Trzeci i czwarty dom zasiedliły polskie rodziny. Mężczyzn już poznałem, to Łukasz i Mariusz z żonami i gromadką dzieci. Mężczyźni między czterdziestką a pięćdziesiątką. Oni też są znakomicie zintegrowani z resztą mieszkańców.
Jeśli tylko nie pada, to dzieciaki z Polski, Albanii, Kongo i bóg wie skąd jeszcze, grają w piłkę. Ponieważ jest to jednak dach, a ogrodzenie na krawędzi nie jest zbyt wysokie, to zawsze są pod okiem któregoś z rodziców. Kilka razy widziałem Mariusza, który aktywnie przyłączył się do tej zabawy i ganiał z dzieciakami po całym dachu. Raz i mnie namówił. Kopałem więc z nimi przez chwilę. Widok chyba nie do zaakceptowania przez krajowych nacjonalistów.
Przed każdym domem stoją niezabezpieczone łańcuchami rowery, wózki, grille, narzędzia i najróżniejsze – ogrodowo-balkonowe – sprzęty. Z początku dziwiła mnie niefrasobliwość moich gospodarzy, którzy idąc z Igenem na lody zostawiali otwarte na oścież drzwi.
Nie znam też imienia Hiszpana, który, podobnie jak i ja, każdego wieczora czeka dwie godziny na swój shift. Pracujemy w tych samych magazynach, z tą różnicą że na innej hali – on ambiencie, ja na chillu. Nie spotkałem go dotychczas, ponieważ on poza centrum handlowe raczej się nie zapuszcza.
Przyjeżdża autobusem kilka minut po mnie. W zasadzie prawie nie rozmawiamy, na samym początku zamieniliśmy tylko kilka zdań, stąd wiem że Hiszpan – typowy Latynos nie jakaś podróbka z Pakistanu. Pisałem kiedyś o chłopaku, który twierdził że jest z Hiszpanem, a potem się okazało że to Pakistańczyk, który pracował chwilę gdzieś pod Barceloną. Przedstawiał się jako Hiszpan ponieważ sądził, że to zwiększy jego notowania w pracy na towarzyskiej giełdzie. On dla odmiany był bardzo rozmowny i po kilkunastu minutach wygadał się, że jest Urdu z Pakistanu. Cóż, większość z nas nosi jakąś maskę lub udaje kogoś, kim nie jest.
Mój nowy towarzysz, gdy tylko wysiada na przystanku rozgląda się szukając mnie wzrokiem. Jeśli siedzę na ławce, podchodzi, mówi jedynie: „All right”, po czym ściskamy sobie dłonie. Siada, zakłada słuchawki i w milczeniu delektujemy się ciszą. Gdy jestem w kawodajni – zamawia espresso, przysiada się do mojego stolika – nawet jeśli inne są wolne – i też siedzimy zajęci swoimi myślami. O 21.20 mówię zwykle „Let’s go”, on w milczeniu wstaje i razem, również w ciszy, idziemy do firmy. Odzywa się jedynie gdy chcę skrócić drogę i przejść przez park, w którym spędzałem ciepłe wieczory. Zawraca mnie i prosi byśmy szli ulicą.
Za kilka dni ponownie wybieram się do Polski. To będzie krótka wizyta i nie zakłóci cyklu angielskich snów. Mam do załatwienia kilka dosyć istotnych spraw. Znowu wziąłem w pracy wolne. Bezpłatny urlop bez ograniczeń, to jedyna zaleta pracy przez agencję. Po przejściu na kontrakt takiej możliwości już nie ma. Kliner jednak szansy na kontrakt nie ma.

c.d.n.

Angielski sen cz. (1) NA WYSPACH

Od kilku miesięcy pracuję na Wyspach. Po dwóch tygodniach urlopu ponownie odwiedziłem Zjednoczone Królestwo – wciąż nie wiem na czym to ich jednoczenie polegało, ale mniejsza z tym.

 

 

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony będą ukazywać się w „Dzienniku Trybuna”. Ponieważ jest to jednak początek nowego cyklu, pierwszy z nich ma charakter wprowadzenia adresowanego do Czytelników, którzy nie mieli okazji czytać poprzednich, publikowanych wyłącznie w wersji elektronicznej.

 

Zanim tu przyleciałem chwytałem się w panice przeróżnych zajęć. Po kolejnej i mam nadzieję ostatniej terapii odwykowej, po raz kolejny rozpocząłem nowe życie. Ponieważ z samego pisania utrzymać się teraz nie sposób, a wiele więcej robić nie potrafię. Pomimo pewnych oporów, ale z nadzieją na stały dochód, zatrudniłem się na jakiś czas w telewizji państwowej. Niestety, wszędzie był ten sam problem, płatności. Owszem, zapewniali, że już za miesiąc zapłacą, wyrównają i że będzie już dobrze. Na pocieszenie dowiedziałem się, że z pewnością dostaniemy kasę na koniec grudnia, ponieważ księgowość przed nowym rokiem musi zrobić porządek w papierach. A to był chyba wrzesień.
Niewiele brakowało, bym już został nawet stajennym. Pomysł bardzo mi się spodobał, praca w sam raz – choć kwalifikacji brak, to zapału do cholery. W jednej ze stadnin, poszukiwali pomocnika. Pojechałem na rozmowę wstępną. Ponieważ jednak długo nie było odzewu, zdecydowałem się na wyjazd do mitycznej krainy funta szterlinga.
Znajomi znaleźli mi pracę, ogarnęli lokum, udzielili kilku wskazówek, pomogli pozałatwiać formalności, i tak zacząłem brytyjski rozdział mojego życia.
W listach publikowanych na FB opisałem początki pracy, trudy aklimatyzacji, problemy z jakimi borykałem się na co dzień, coś co potem przeradzało się w banał, stawało rutyną, by ostatecznie dojść do wniosku, że nawet na swój sposób lubię tę pracę. A życie, choć wydaje się dziwne i czasami głupie, jest w zasadzie znośne, choć wciąż coś mnie tu uwiera. Nie potrafię określić co, ale wiem, że to nie jest moje miejsce na ziemi. Żeby nie stracić orientacji, każdego dnia zakładam zegarek, by nie stracić orientacji i nie pomylić lewej strony z prawą.
Wyleciałem z Polski jedynie na miesiąc, by poprawić swój byt i poczekać na kasę ze spodziewanej sprzedaży książki. Bytu jednak nie poprawiłem, a sprzedaż jest wciąż nieokreślona. Utknąłem więc w tym dziwnym kraju i trwam, bo zarobki dla takich jak ja, wystarczają jedynie na trwanie – chwilowe i niepiękne.
Plusem jest to, że nie od pierwszego do pierwszego, a od piątku do piątku. Płacą mi co tydzień, więc jeśli kasa skończy się na przykład we środę, to wystarczy przetrwać jedynie czwartek i życie, a raczej trwanie, zaczyna się od nowa. W międzyczasie zadzwonił właściciel stajni, żebym przyjechał do roboty, bo moja kandydatura najbardziej mu odpowiada. Tym razem ja się wahałem, bo szczerze mówiąc ledwo się zainstalowałem, zacząłem poznawać miejsca i ludzi. W magazynie gdzie piastuję odpowiedzialne stanowisko sprzątacza pracują ludzie z 69 krajów. Część z nich poznałem, z częścią się zaprzyjaźniłem, a moja nauka języka pasztu zadziwia nawet Pakistańczyków. Kiedyś jeden kierowca Ubera, prosił mnie bym nauczył go jak się przedstawić w tym języku, bo on wprawdzie Pakol, ale urodzony na Wyspach i całkowicie zasymilowany. Uczyłem go więc całą drogę: „Hapkakja name her?” (jak się nazywasz) i odpowiedź: „Mera name Jammi ha”, bo chyba Jammi miał na imię.
Planowany miesiąc pobytu w UK minął kilka miesięcy temu, a ja nadal mieszkam w kraju, którego pomimo szczerych chęci, nie udało mi się polubić. Wielka Brytania, to śmieci walające się po ulicach, to podłe jedzenie, Anglicy patrzący z góry na obcokrajowców, ludzie posługujący się językiem, w którym nie ma słowa „smacznego”, ale w zasadzie nie powinno to dziwić. Byłoby niesmacznym żartem powiedzenie komuś podczas typowego angielskiego obiadu „Smacznego”. Jedzenie naprawdę jest tu okropne. To kraj, w którym podobnie jak ruch uliczny, wszystko znajduje się z niewłaściwej strony.
To jedno z nielicznych na świecie miejsc, które kompletnie niczym mnie nie zachwyciło. Zdarzało się owszem, że zwiedzając jakieś miasteczko, myślałem „ale tu ładnie”, ale szybko dochodziłem do wniosku, że po prostu jest to posprzątane, zadbane, ale zupełnie przeciętne miejsce.
Zwiedzając Londyn obszedłem miejsca opisywane w powieściach Charlesa Dickensa – i nawet tego turpistycznego piękna z „Olivera Twista” nigdzie nie dostrzegłem. No, może w podziemnym przejściu w Luton, gdzie mieszka para bezdomnych dwudziestokilkulatków. Piękno dotyczy jedynie ich miłości, bo sytuacja w jakiej się znaleźli obciąża każdego z nas. A jeśli nie wydarzy się coś, jeśli nie zmienimy świata, to i tę miłość zabijemy. Patrząc na nich, zrozumiałem chyba co miał na myśli autor pisząc w Internecie o Luton: „W tym miejscu kończy się ludzkość”
Dotychczas mieszkałem w tym mieście. Według statystyk, Luton jest jednym z trzech najbrzydszych, najgorszych i najbardziej niebezpiecznych miast w UK. Znakomite rekomendacje dla kolekcjonerów wrażeń – pomyślałem – ale już po pierwszych tygodniach doszedłem do wniosku, że tu również jest przeciętnie. Handel narkotykami kwitnie praktycznie w każdym miejscu, nawet nie w ciemnych zaułkach, ale na głównych ulicach czy reprezentacyjnym deptaku. Sprytni dilerzy wpadli nawet na dość oryginalny pomysł. Rozdają wizytówki, na których w dwunastu językach napisane jest, co i za ile można kupić. Z numerem telefonu oczywiście. Dwukrotnie znalazłem dilpaki pełne białego proszku – zapewne kokaina, bo kto by sobie polską fetą (amfetamina) dupę zawracał.
Gdy kilka dni temu, po dwutygodniowym urlopie wróciłem z Polski, wsiadłem w pociąg, by jak najszybciej dojechać do znajomych. Zająłem miejsce… i tuż pod nogami zobaczyłem charakterystyczny, foliowy woreczek wypełniony białym proszkiem. „Good morning Anglio” – pomyślałem. Idealne miejsce dla kogoś, kto usiłuje wytrzeźwieć po 25 latach czynnego i hardkorowego uprawiania nałogów.
Jest jednak coś, czego Brytyjczykom zazdroszczę. Są równie niemili dla wszystkich. Tu nie wartościuje człowieka praca, którą wykonuje. Nie ma najmniejszego znaczenia w relacjach międzyludzkich, czy jest śmieciarzem, sprzątaczem, managerem, lekarzem czy kimkolwiek innym. Piastowane stanowisko jest na ostatnim miejscu jakiejkolwiek rozmowy. „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem” – nie robi tutaj wrażenia.
Tutaj nie wzbudza sensacji para gejów czy lesbijek całujących się w autobusie lub na ulicy. Ale narzekają na imigrantów, ludzi z ich dawnych (i współczesnych) kolonii, których maksymalnie wyeksploatowali ze wszystkich wartościowych złóż, minerałów, niewolniczej pracy. Wycisnęli z nich wszystko, co zaspokajało ich próżność i stanowiło jakąkolwiek wartość, wpędzając tym samym w nędzę, A siebie w dobrobyt
Pewna doza sprytu i zmysł obserwacji, bardzo ułatwia życie. Komunikacja w Anglii jest potwornie droga. Bilet z Luton do Londynu w jedną tylko stronę kosztuje 22 funty. A to naprawdę niewielka odległość. W zależności od stacji 30-50 km.
Można jednak spokojnie przejechać tę trasę bezpłatnie, tylko w mniej dogodnych porach. Od 22.00 do 6.00 rano wszelkie bramki są otwarte, a stojąca obok obsługa kończy pracę. Można więc jeździć za free aż do oporu, czyli do 6.00 rano.
Kilka osób w pracy ucieszyło się z mojego powrotu. Ponieważ wcześniej zapowiedziałem, że prawdopodobnie zostanę w Polsce, to radość jaką zobaczyłem w ich oczach autentycznie mnie wzruszyła. Oczywiście Pasztuni, kilku Hindusów, Rumunów, i – co ciekawe – kilku Polaków, z którymi zdążyłem się już zakolegować. Znakomita większość wciąż się nawet ze mną nie wita. Najbardziej ucieszyła się dwójka Rumunów – Rokko i jego naprawdę piękna dziewczyna Made. Przez ostatni miesiąc jeździłem z nimi do pracy. Zaprzyjaźniliśmy się, a że pokrywał nam się grafik – oni też pracują na nocki – to miałem doskonały transport.
Od mojego miejsca zamieszkania do pracy to odległość ponad 30 km. Nie byłoby to nawet wielkim problemem, gdyby jeździły tam jakieś autobusy lub pociągi. Owszem istnieje kilka kombinacji dojazdu środkami publicznej komunikacji, ale wiążą się one z właściwym dla tego kraju ryzykiem. Ryzyko jest takie: autobus może przyjechać lub nie. Nie ma reguły. Niby jest na rozkładzie, niby elektroniczna tablica pokazuje, że za ileś tam minut przyjedzie, by w ostatniej minucie przeskoczyć i podać kolejny termin za 40 minut. Kiedyś z kolegą czekaliśmy w Old Hatfield ponad cztery godziny wierząc, że w końcu nadjedzie. Cztery czy pięć razy gapiliśmy się w minuty wyświetlane na przystankowym telebimie. Przypomniał mi się wtedy fragment piosenki Jacka Kaczmarskiego „i w duszach swych przeklinaliśmy, tę łatwą wiarę, w megafony”. Gdy jednak mamy już to szczęście i jednak przyjedzie, też nie należy jeszcze popadać w euforię.
Dwukrotnie dałem się nabrać i cieszyłem jak dziecko, gdy zobaczyłem nadjeżdżający pojazd o właściwym numerze. Jeszcze w pierwszym tygodniu pracy, wracałem do domu i marzyłem jedynie by coś zjeść, ochlapać i do łóżka. Jakieś cztery kilometry od mojego wynajętego pokoju na Stockwood Crescent w Luton, zatrzymał się i twierdząc, że auto ma awarię, wyrzucił wszystkich pasażerów. Drugim razem, na zupełnie innej trasie, w pewnym momencie, kierowca ogłosił, że właśnie skończył pracę i też wyrzucił wszystkich z autobusu. Czegoś takiego jak komunikacja zastępcza jeszcze tu nie widziałem.
Poza trudnościami komunikacyjnymi autobusów, pojawiają się dosyć często werbalne trudności komunikacyjne, gdy kupuję bilet. Odwiedzając znajomych w Borehamwood, często zostaję u nich na noc. Następnego dnia, jadąc do pracy z lękiem wypatruję autobusu o numerze 658.
Kupując bilet mówię kierowcy nazwę przystanku – Colney Fields. Kierowca powtarza: „London Colney?” Nie, odpowiadam, bo bilet który chce mi sprzedać jest droższy. Więc powtarzam Colney Fields, a ten swoje „London Colney”. I tak czasami po kilka, kilkanaście razy. W końcu kierowca załapuje „A! Colney Fields. Dlaczego od razu nie mówisz?” I patrzy na mnie jak na kretyna.
Zirytowany tymi wiecznymi problemami, by uprościć sprawę, zatrzymałem sobie w kieszeni stary bilet, gdzie jest napisana właściwa nazwa przystanku. Pomysł przeszedł spodziewane granice i już nie tylko nie muszę sie spierać o który Colney mi chodzi, ale również przestałem płacić za przejazd.
Wchodząc do autobusu mówię kierowcy „Colney Fields” i wyciągam ten stary bilet, by sobie jeszcze przeczytał. Kierowca w pierwszej chwili mówi „London Colney”, gdy jednak patrzy na ten stary bilet, który podtykam mu pod sam nos, mówi ok, masz bilet, siadaj możesz jechać. I tak na lewym bilecie, lewą stroną drogi dojeżdżam do roboty.

c.d.n.

Łódź pamięta o rewolucji!

Okrzyki „Rewolucja!”, „Precz z wyzyskiem!”, „Solidarność robotnicza!”, „Wolność, równość, niepodległość!” mogli usłyszeć mieszkańcy Łodzi oraz turyści, którzy w sobotnie popołudnie znajdowali się przy ul. Piotrkowskiej.

 

W miejscach, gdzie 113 lat temu robotnice i robotnicy demonstrowali, ścierali się z carskim wojskiem i wznosili barykady, odbył się rocznicowy przemarsz i spektakl.
Kolejna już edycja efektownego upamiętnienia powstania łódzkiego, jednego z największych wystąpień robotniczych podczas rewolucji 1905 roku, zgromadziła około dwustu osób. W serii symbolicznych obrazów prezentowanych przez alternatywny teatr Chorea uczestnicy wydarzenia obserwowali wybuch robotniczego buntu, manifestacje i walkę pracownic i pracowników łódzkich fabryk, spory między organizacjami rewolucyjnymi działającymi w Królestwie Polskim, nieugiętość walczących i wreszcie stłumienie powstania i represje wobec rewolucjonistów. Aktorzy i aktorki występowali w tych samych miejscach, gdzie 113 lat temu robotnice i robotnicy zbierali się, organizowali i walczyli – na ul. Piotrkowskiej i okolicznych podwórzach; zaś złość wyzyskiwanych przeciwko wyzyskiwaczom pokazali w sąsiedztwie pomnika łódzkich fabrykantów Poznańskiego, Grohmana i Scheiblera.
Z uwagi na 100. rocznicę odzyskania suwerenności przez państwo polskie w spektaklu silnie wyeksponowany był wątek rozważań nad tym, czym jest niepodległość, wolność i samowola. Równocześnie przypomniano o początku rewolucji 1905 r. – Krwawej Niedzieli w Petersburgu i o solidarności robotników polskich i rosyjskich podczas kilkunastu miesięcy walk z caratem o społeczne i narodowe wyzwolenie. Ważnym punktem obchodów był śpiew połączonych chórów rewolucyjnych, które wykonały m.in. „Międzynarodówkę”, „Gdy naród do boju”, „Czerwony sztandar”, „Gdy naród do boju” i „Łodziankę”.
Nieprzypadkowo marsz zakończył się w okolicy ulic Piotrkowskiej i Wschodniej – przy niej właśnie 22 czerwca 1905 r. zbuntowani robotnicy starli się z rosyjskimi oddziałami piechoty i Kozaków. W ciągu kolejnych dwóch dni na ulicach Łodzi wzniesiono ponad sto barykad; w bitwie ulicznej, do której carat rzucił przeciwko proletariuszkom i proletariuszom łącznie osiem pułków wojska, zginęło ponad 160 osób. Powstanie zostało stłumione, w Łodzi ogłoszono stan wojenny, ale kolejne strajki robotnicze wybuchały jeszcze do 1907 r.
– Obecnie mało kto pamięta o Powstaniu Łódzkim 1905 roku, które przyniosło za sobą falę zmian i – mimo upadku – odegrało ważną rolę w walce o niepodległość Polski. Chcemy pokazać, że każdy społeczny ruch pozostawia jakieś zmiany, a to, że ludzie w krytycznych sytuacjach decydują się na wyjście na ulicę nie idzie na marne – nawet, gdy walka okazuje się przegrana – tłumaczyła Onetowi Ewa Otomańska, reżyserka widowiska. Obserwatorzy spektaklu i zarazem uczestnicy przemarszu nieśli, tak jak walczący robotnicy w 1905 r., sztandary czerwone i biało-czerwone, a także flagi historycznych partii: PPS-u czy Bundu. Eksponowali i skandowali hasła rewolucyjne – precz z caratem! precz z cenzurą! precz z czarną sotnią! precz z wyzyskiem! zakaz pracy akordowej! ośmiogodzinny dzień pracy! Wezwania odnoszące się do sytuacji robotników nie straciły aktualności po dziś dzień…
Takie też poczucie mieli uczestnicy marszu. Wielu z nich przyszło na Piotrkowską nie tylko po to, by upamiętnić wydarzenie historyczne, ale także w poczuciu identyfikacji z lewicowymi hasłami.