Księga wyjścia (35)

Ballada o kontrastach.

W związku z tym, że w poprzednim tygodniu nie było na łamach DT kolejnego felietonu z cyklu „Księga Wyjścia”, część jego treści poznali czytelnicy fb, ale wiem, że jest też spora grupa zwolenników tradycyjnych gazet i z reguły oni z tej platformy nie korzystają. Spróbuję w jakiś sposób połączyć te teksty, tak by czytelnicy tradycyjni poznali treść poprzedniego i użytkownicy fb także znaleźli coś nowego. Tym bardziej, że upłynął kolejny tydzień i zabrało się całkiem sporo nowych, wartych opisania historii.

W drodze do pracy. Pisane w pociągu

Kolejny tydzień pracuję jako ankieter. Trzy tygodnie zaowocowały czterema kluczowymi zauważeniami. Miejscowości ściśle przylegające do stolicy charakteryzują się bardzo bogatą architekturą. Te dalsze już bardziej mieszaną, z wydzielonymi enklawami i trzecie zauważenie to bieda domki takie między pięćdziesiąt, a sześćdziesiąt metrów, na równie mikroskopijnych działkach. Paradoks polega na tym, że taka chatynka wbita pomiędzy dwa ogromne i bogate domy, w miejscowości gdzie ceny gruntów przebiły skalę sufitu, tak naprawdę nie stanowią żadnej deweloperskiej wartości. Są zbyt małe, by postawić willę odzwierciedlającą bogactwo właściciela. Zazwyczaj żyją w nich starsze kobiety, naprawdę w tym przypadku statystyki nie kłamią, wszędzie mieszkała samotna babcia, ani razu nie trafiłem na mężczyznę. Ze względu na naprawdę niedużą wielkość tych działek, po śmierci leciwych mieszkańców, za niewielkie pieniądze, kupi to któryś z sąsiadów i będzie miał idealne miejsce na basen. Ostatnie z nietypowych zauważeń wprawiło mnie w zakłopotanie i refleksję. Jest to konkretny przypadek. Wśród domów klasy średniej wyższej, zauważyłem dosyć ładny, prawie nowy dom. Wykończony, widać, że kolor tynku w żywych jeszcze barwach, których nie pokrył brydny kurz i modna, ale skromna i nie ekstrawagancka architektura. Przy drzwiach wystawały ze ściany dwa grube przewody. Pomyślałem, że jeszcze wykańczają, a przewody zostały wyprowadzone, by powiesić tam jakąś lampę. Na ogromnej działce nic, prócz trawy, nawet jednego drzewka. Wniosek, dopiero zakończyli budowę i niedawno zamieszkali. Dom oddalony od furtki, ale właściciel krzątał się przy furtce. Na pytanie czym ogrzewa, powiedział, że drewnem, nawet mnie to nie zdziwiło, ponieważ spora część mieszkańców ogrzewających domy gazem, a posiadających również kominki sądzi, że o tym gazie mówić nie trzeba. Dopiero gdy dopytujemy okazuje się, że gaz jest ich głównym ogrzewaniem, natomiast kominek tylko okazjonalnie. A podają nam jedynie informację o drewnie myśląc, że wyłapujemy tylko te miejsca gdzie dymią kominy. Ale wracając. Ponieważ mężczyzna podał niewielką ilość zużywanego drewna, pewnym głosem powiedziałem – „to jeszcze gaz muszę zapisać”. Odpowiedź mnie powaliła. „Nie używam gazu, już mnie nie stać. Drewno dostaję od gminy i cała ogrzewana przestrzeń domu wynosi 25 mkw. Gdy zaczynałem budowę byłem całkiem zamożnym człowiekiem, zarabiałem naprawdę dobrze. Jednak już po zakończeniu budowy miałem wypadek, który wykluczył mnie z życia zawodowego. Teraz jestem na łasce pomocy społecznej i gminy. Jak pan widzi mam dom, ma on 140 mkw, ale pracując na zleceniach w momencie tragedii, zostaje się dziadem. Dom pewnie sprzedam” – podsumował nasz polski kapitalizm, jeszcze niedawny milioner.

Przesiadka. Pisane w metrze

Wbrew obawom, mieszkańcy tych naprawdę wypasionych willi, gdy tylko dowiedzieli się, że spisujemy piece i rodzaj ogrzewania, bardzo chętnie podawali wszelkie dane, zdawali sobie bowiem sprawę, że nawet jeśli sami mają ekologiczne ogrzewanie, to sąsiedzi nawet ci dalsi paląc „czymkolwiek” trują także ich i ich dzieci. W miejscowościach bardziej oddalonych, a zwłaszcza w ich starszych i biedniejszych częściach, ludzie nieufnie podchodzili do udzielania informacji. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że czegoś się boją. Nie sądzę jednak, że obawiali się tego, iż odkryjemy palenie śmieci, tylko nigdy dotychczas nic dobrego z tych spisów nie wynikało. Bo albo za PRL jakiś „domiar”, melioracja, nowa droga, która przetnie im i tak niewielką działkę, lub wzrost opłat za wywóz śmieci. Dlatego nie dziwiły mnie pytania, które zadawali. Pytali „po co, dla kogo, w jakim celu”. Akurat trafiliśmy na osiedle oddzielone lasem od głównej miejscowości i jak już wspomniałem poza jednym wydzielonym i ogrodzonym obszarem dla najzamożniejszych, były tam same leciwe domy sprzed 30, 40 a nawet i więcej lat. Pewnie kilka powojennych. Były m.in niedokończone tzw. „klocki polskie” i pięćdziesięciometrowe chatynki, w których nie tylko dach, ale i zewnętrzne ściany pokryte były papą, te zwykle były ogrzewane popularną niegdyś „kozą”. Gdy udało już się wyjaśnić w jakim celu zbieramy te informacje, często padało pytanie, zadane już miłym, lekko konfidencjonalnym tonem i zupełnie szczere – „a jak powiedzieć żeby było dobrze? Bo zameldowanych jest ośmioro, a mieszka nas piątka”, lub też odwrotnie „zameldowanych 16, a mieszka nas dwudziestka” – widać że uznali mnie za swojaka, lub wierzyli w szczerą, ludzką rozmowę. Nie sposób było wyjść z podziwu widząc niewielkie zabudowanie i stłoczone tam trzy czy cztery pokolenia wraz z rodzinami. Przypomniało mi się wtedy mieszkanie w bloku, w którym niegdyś mieszkałem i 20 metrowa kawalerka zasiedlona przez sześcioro mieszkańców – Matkę, syna z żoną i trójką dzieci. Przesiadka i biegiem żeby zdążyć na autobus. Pisane w autobusie: Po obejściu „ubogiej” części, co nie było łatwe. Leśna wcinka, która wydawała się ślepą dróżką z jedną chatą na końcu, nagle za drzewami się rozwidlał prowadząc do kolejnych domów. Zajęło nam więc to sporo więcej czasu niż zakładaliśmy i dodało do cholery i pracy i kilometrów. Po powrocie na główne ulice tych miejscowości czekały nas kolejne niespodzianki. Weszliśmy w świat skrajności, rażących kontrastów. Początek jeszcze w zabudowie z lat siedemdziesiątych. Z daleka jednak już widać gdzie zaczyna się najbogatsza część miejscowości. O ile te gierkowskie wille przylegały do chodnika oświetlonego starymi, betonowymi latarniami, to tuż przed pierwszym „nowopałacem” zaczęły się całkiem nowe wielopunktowe latarnie z wysięgnikami, tak by rozświetlić całą okolicę. Na ogromnych działkach zobaczyliśmy najrozmaitsze domy, które blaskiem włożonych w nie pieniędzy, przyćmiewały światła tych nowych ulicznych lampionów. Ludzie zwykle mili, tylko rozmowy bywały zabawne, bo jednocześnie odpowiadali nam i dyskutowali przez telefony. Podczas dnia niekiedy zastajemy pomoce domowe, lub rodziców właścicieli. Ale o tym później, bo czas wysiadać. Bo „Chodzonego czas zacząć”.

Pisane nocą

„Chodzonego czas zacząć”, starsi czytelnicy zapewne wiedzą o co chodzi, a młodszym wyjaśnię. Niegdyś tak zapowiadano polski taniec, czyli popularnego na studniówkach poloneza. Dawniej nazywano go po prostu „chodzonym”. Gdy dojedziemy na miejsce powtarzam sobie tę starą zapowiedź do utworu pt. „Pożegnanie ojczyzny” autorstwa Michała Ogińskiego. Upłynęły już dwa tygodnie od ostatniego felietonu, zdążyliśmy więc się już oddalić spory kawałek od miejscowości przylegającej bezpośrednio do stolicy. Trafiamy na coraz dziwniejsze anomalia adresowe, budowlane, ludzkie i osobowe. Ponieważ mamy ściągawki adresowe, to spis powinien zgadzać się z numeracją, którą dała nam gmina. Okazuje się jednak, że oprócz adresów podanych przez urząd, jest jeszcze kilka dodatkowych, lub kilku brakuje. Nowe nie wyglądają na samowolkę budowlana, bo są to budynki zarówno nowe jak i stare, widać że zamieszkałe, zasiedziałe niekiedy przez całe rodziny. O czym świadczą pozostawione przed drzwiami rowery dorosłych, rowerki dziecięce, zabawki i dużo obuwia wyjściowego. Poza tym na każdym z tych adresów „widm” wisi urzędowa tabliczka z adresem, nazwą miejscowosci i numerem. Bywają również przypadki, że w samym środku spisywanej ulicy, pomiędzy kolejnymi numerycznie mieszkaniami stoi dom, na widok którego zwykle stajemy jak wryci, to znaczy stawaliśmy. Nie chodzi o jakieś zjawisko architektoniczne, tylko tabliczka przy furtce informuje, że jest to adres ulicy z drugiego końca miejscowości. Gdy uda namówić się właściciela, by wyjaśnił tę anomalię to opowiada o jakiś lokalnych sporach o nazwy, wielokrotnych zmianach patronów, a co za tym idzie również numeracji. Na pytanie, że jednak jakiś porządek powinien być, zwykle odpowiadają podobnie. Przytoczę jedną taką odpowiedź, którą nawet sobie zapisałem: „Panie, co się władza zmieni, to ulice nam wymienia, przez jakiś czas miałem dokładnie ten sam adres co sąsiad naprzeciwko. Tutaj nie dziwcie się niczemu”. I faktycznie w jednej miejscowości zarówno ulica główna jak i jej odnogi nazywały się Generała Maczka. Dom narożny miał numer właściwy, np. 4, a reszta to było 4a, 4b, 4c aż do końca. Zwykle kończyło się na „G”, ale w innych miasteczkach dochodzi nawet do „O”. Bywają też domy, które doskonale funkcjonują na dwóch adresach. Z jednej strony numer od ulicy Andersa, z drugiej np. już Jabłoniowa. Różne ulice, różne numery, a poczta przychodzi raz pod jeden raz pod drugi. Nadawca ma więc wybór, bo adresat zawsze będzie ten sam. Wspomniałem wcześniej, że im dalej od zamożnych osiedli, tym drogi gorsze. O błocie i niedokończonych drogach pisał nie będę, ale zostawię to ku wyobraźni czytelnika. Zwłaszcza w słotne dni dają popalić. Niekiedy trudno przebrnąć krótki odcinek. Czasami jest powierzchowne i tylko brudzi podeszwy, ale zdarzają się takie, w które się zapadamy jak w bagno. Mam też kilka zauważeń kiedy najlepiej jest ankietować, a kiedy lepiej nie wychodzić z domu. Najlepiej w dni powszednie w okolicach południa. Wprawdzie są to godziny, podczas których ludzie zwykle pracują, ale wtedy ci, którzy są w domach bardzo ufnie nas witają i skrupulatnie odpowiadają na zadawane im pytania. Często trafiamy na kogoś w rodzaju pomocy domowej, lub rodziców właścicieli, którzy będąc już na emeryturze przyjechali popilnować wnuki podczas gdy ich dzieci pracują, by zarobić na spłatę kredytu zaciągniętego na ten dom. Ludzie ci zwykle znają odpowiedzi na nasze pytania, brali udział w inwestycji od samego początku, a i tak siłą rzeczy stali się tam stałymi, choć dojeżdżającymi mieszkańcami, a co jest najsmutniejsze również rodzicami dla swoich wnuków. Nic dziwnego, rodzice wyjeżdżają przed świtem, a wracają późno w nocy. Biorą po dwa etaty i zlecenia, by spłacić to zadłużenie bankowe wzięte na dom. Dziadkowie zazwyczaj też chętnie wdają się w rozmowę. Są bardziej otwarci. To zaleta pracy w tygodniu. Wadą jest to, że u bezdzietnych nikogo nie ma. Wtedy wracamy pod ten adres w niedzielę. Poza tym, że wszyscy są w domach – jedyna zaleta dni wolnych od pracy – to bardzo niechętnie i nieufnie podchodzą do rozmów. Są zdziwieni, że w niedzielę ktoś chodzi z ankietami i to na zlecenie gminy, wkurzeni, że przeszkadza w odpoczynku i zdezorientowani. Ostemplowany identyfikator na szyi, rozłożona teczka z blankietami, więc musi im się bardzo kotłować w głowie między drzwiami mieszkania, a furtką. Gdy już wyjaśnimy z czym i po co przychodzimy to czasami burkotliwie, czasami z pogardą, najczęściej jednak w sposób sympatyczny podają te dane. Gdy po raz pierwszy zaszedłem w niedzielę do pierwszego domu z naszego wykazu, zadzwoniłem wideofonem, powiedziałem że na zlecenie Urzędu Gminy spisujemy kto czym ogrzewa mieszkanie, to usłyszałem krzyk połączony ze zdziwieniem – „co, w niedzielę?!?! Dopiero spokojnie wytłumaczyłem, że byliśmy już tu dwukrotnie w ciągu tygodnia, a ponieważ nie udało nam się nikogo zastać, to musieliśmy specjalnie w niedzielę przyjechać. Już nie udawało się załatwić sprawy przez domofon. Prawie wszyscy wychodzili by obejrzeć identyfikator. Czasami powiedzą niby do siebie, że coś takiego każdy może sobie sam zrobić. Najgorzej było w niedzielę przed 11 listopada. Z warszawskiego Gocławia przeprowadziłem się do jednej z podwarszawskich miejscowości, w zasięgu Kolei Mazowieckich. Odległość jest trochę większa, ale czas dojazdu krótszy. Dodatkowym powodem było, że zamieszkałem u kolegi, z którym pracuję. Trochę rozpisałem się o ankietach, ale zdominowały one moje życie do tego stopnia, że jedyny dzień wolny wziąłem sobie w sobotę by pojechać do Lublina na cotygodniową terapię i dawkę substytucyjnego suboxonu. Nasz dzień wygląda następująco. Wstajemy między piątą a szóstą rano, żeby chociaż spokojnie zjeść śniadanie i wypić kawę. Kończymy wpisywać w ankiety brakujące dane takie jak numery działek. Zawsze coś na rano zostanie, a za chwilę dowiecie się dlaczego. Wychodzimy z domu między siódmą, a ósmą i po kilku przesiadkach po dziesiątej z minutami jesteśmy na miejscu. Jeśli autobus nie ma opóźnienia i uda się wstrzelić tak, by zbyt długo nie czekać. W skrajnym przypadku może to być nawet półtorej godziny. Ale jeśli nawet kwadranas to przy trzech przesiadkach daje to sporą obsuwę czasową. W drodze ustalamy kwadraty, którymi będziemy się poruszać i miejsca spotkań, by wymienić informacje. Koło piętnastej zwykle jesteśmy już ledwo żywi kończymy więc rozpoczęte ulice i okolo szesnastej szukamy gminnych autobusów, by dojechać do przystanku głównego z którego podobnym systemem wracamy. Powrót jest zwykle znacznie gorszy. Czekamy na autobus wielostrefowy, a bywa, że na niektórych liniach jeżdżą co pół a nawet co godzinę. Nie opłaca się wracać do ankietowanej wioski, by spisać jeszcze kilka domów, a poza tym ledwo już poruszamy nogami. Gdy dotrzemy do pierwszej warszawskiej pętli lub metra szukamy odpowiedniego transportu, który dowiezie nas na dworzec o odpowiedniej porze. Jeśli trafimy kilka minut przed pełną godziną, to udaje się złapać interesujący nas pociąg, jeśli dojedziemy minutę po, to czekamy na Dworcu Centralnym godzinę. I tak pomiędzy dziewiętnastą a dwudziestą jesteśmy w domu. Musimy jeszcze uzupełnić numery ewidencyjne działek, ale nigdy nie udaje się zrobić tego do końca, bo zwyczajnie zasypiamy. Więc jak już wspomniałem, kończymy to rano. Tak wygląda praca ankietera – którą wykonuję od trzech tygodni – ankietera spisującego czym ludzie ogrzewają mieszkania. Tak naprawdę w przypadku nałogowca jest to idealny rodzaj terapii. Jest trzecia w nocy. Jutro zrobię poprawki i wyślę tekst do redakcji. Do przeczytania za tydzień.

Księga Wyjścia

Ballada nogami pisana.

Od kilku dni mam nową pracę. Zajmuję się spisywaniem ogrzewania w podstołecznych gminach. Czyli krótko mówiąc zostałem ankieterem, wyposażony w torbę, stos odpowiednich blankietów chodzę od domu do domu wypytując mieszkańców kto czym ogrzewa. Kto ma zainstalowany gaz, kto panele, węgiel, kominek, albo zwykłą kozę i dogrzewa się zebranymi przy drodze fragmentami opon. Oczywiście właściciel nie przyzna się nigdy do takiego czynu, więc rolą ankietera jest również ocena, czy potencjalny użytkownik budynku odpowiada w miarę szczerze na liczne pytania.
Na początek trafiła mi się gmina ściśle przylegająca do Warszawy, granica jest tak płynna, że jeśli ktoś nie jest mieszkańcem, to może nie wiedzieć, że jedna strona to jeszcze stolica, a druga już nie. Tak więc trafiłem na same wypasione wille. Tutaj problem rysuje się odrobinę inaczej, trudno podejrzewać, że nowi milionerzy ogrzewają mieszkania starymi oponami, ale też nie należy spodziewać się uprzejmości, ani partnerskiej rozmowy z kimś, którego ego jest znacznie większe niż pięciuset metrowa „pałacowilla”.
Na całe szczęście z jakimś wyraźnym chamstwem się nie spotkałem, może dlatego, że wójt uprzedził mieszkańców wysyłając wcześniej informację, a może dlatego, że trafiłem na normalnych ludzi, którzy nie osiągnęli swojego poziomu zamożności ze sprzedaży „słomy”. Przepraszam wszystkich rolników za porównanie, ale zapewne wiecie kogo mam na myśli, niekoniecznie byłych mieszkańców wsi, ale tak zwanych nuworyszów, nowobogackich, chociaż Rosjanie mają lepsze określenie – nowowruski.
Moje obawy spotęgował też rodzaj, zawartych w ankiecie pytań. Niektóre dosyć drażliwe, o ile imię i nazwisko nie jest obowiązkowe, to ankieta nie jest również do końca anonimowa, ponieważ każda dotyczy konkretnego adresu. W obowiązkowych rubrykach muszę wpisać roczny koszt ogrzewania, ile osób mieszka, rodzaj własności i właśnie tego bałem się szczególnie. Bałem się, że wszędzie usłyszę: „a co to pana obchodzi”.
Uspokoiłem się już pierwszego dnia, gdy okazało się, że ludzie są jednak wyczuleni na powietrze którym oddychamy i mimo, że sami mają głównie ogrzewanie ekologiczne, to rozumieją, że musimy sprawdzić wszystkich. W trakcie pracy okazało się, że ta ich zbytnia uprzejmość ma też swoje wady, potwornie opóźnia pracę. Mieszkańcy są gotowi podać wszystkie dane, wyciągają rachunki, liczą i sumują roczne wydatki na energię, i choć mamy podać w przybliżeniu, to oni wolą to zrobić dokładnie. Często zapraszają do domów, częstują kawą i opowiadają kto może palić materiałami zakazanymi.
To wszystko jest bardzo miłe i interesujące, ale zabiera mnóstwo czasu, a mam określoną liczbę ankiet do zrobienia. Żeby się wyrobić, to mniej więcej muszę zapełnić sto dziennie.
Podzieliliśmy z kolegą obszar na kwadraty i staramy się systematycznie, kolejno przepytywać dom po domu. Czasami zdarzają się zmyłki. Dom, który ewidentnie ma ponad dwieście metrów, właściciel podaje ich sto, na pytanie, że chyba jednak dom ma więcej, odpowiada: „tak, ale mieszkam sam i ogrzewam jedynie część”.
Chodząc tak od domu do domu mam czas na myślenie. Ostatnio pisałem jak można w Polsce legalnie kupić broń palną. Nowiuteńką, prosto z włoskiej lub hiszpańskiej fabryki – akurat te kraje specjalizują się w tym rodzaju uzbrojenia – pod warunkiem, że wygląda jak model sprzed 1885 roku. Czyli broń kolekcjonerska, ale w pełni sprawna.
Teraz gdy już wiecie jak legalnie, bez żadnych zbędnych pierdół i pozwoleń, za pomocą samej gotówki lub karty nabyć pistolet lub karabin znacznie mocniejszy od tych standardowo używanych przez wojsko czy policję, napiszę dlaczego nie warto tej broni posiadać. Emocje. Znaczna część społeczeństwa ma do dyspozycji całą ich paletę. Od radości, przez smutek, złość, gniew czy nawet wściekłości.
Emocje nie są ani złe ani dobre, po prostu są. Nawet złości nie należy kwalifikować po tej złej stronie i nie starać jej eliminować. Po prostu jest i tylko od nas zależy co dalej z nią zrobimy.
Jeszcze przed terapią udało mi się osiągnąć stan bezemocjonalny. Nie odczuwałem żadnych emocji. Wynik długoletniego uprawiania nałogów. Nic nie było w stanie rozbawić mnie tak szczerze, do rozpuku, jeśli się uśmiechałem to grzecznościowo, ale też nic nie było w stanie mnie zdenerwować. Tego uczucia nie znałem – z jednym wyjątkiem. Gdy wsiadałem do samochodu, ta nieznana dotychczas złość, pojawiała się gdy tylko ktoś wcisnął się przede mnie w kolejkę, wściekłość, gdy zajechał drogę, a gdy raz jakiś człowiek cofając swoje auto dosłownie dotknął mojego, goniłem go przez kilka osiedli, aż dopadłem zajechałem drogę i wymusiłem odszkodowanie za szkody, których nie wyrządził, bo nie było nawet rysy. Odszkodowanie musiał oczywiście wypłacić od razu, co sugerowała zarówno moja postawa jak i jego siłowe wyciągnięcie z auta. Wyrwałem w ten sposób kilkaset złotych, bo tyle miał w portfelu, i ta źle ukierunkowana złość nagle opadła. Pomyślałem – co ja narobiłem. Chodząc teraz z ankietami i wracając myślami do lat dziewięćdziesiątych – to mniej więcej w ich okolicach się wydarzyło – przyszło mi do głowy co by było, gdybym miał wówczas broń?
Opisałem oczywiście przypadek skrajny – niespotykanie spokojnego człowieka i pacyfisty. Człowieka, któremu obce były wszelakie emocje, ponieważ wieloletnie uzależnienie mieszane – czyli od alkoholu, leków i narkotyków – skutecznie wygłuszyły te odczucia. Ale ideologicznie czułem się pacyfistą.
Teraz, po wielu terapiach wróciły zapomniane emocje. Od początku nauczyłem się śmiechu do rozpuku, zauważam złość, a czasami dopada smutek. Mimo to nadal jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem i o ile poprzednie wybuchy agresji za kierownicą można było zrzucić na karb uzależnia, to czy teraz nie pojawiają się czasami słowa, których później żałuję, których już nie da się odpowiedzieć?
Podobnie jest z bronią palną. Gdy ktoś zajedzie drogę, to w przypływie wściekłości, że zabrał nam cenne 10 sekund większość z nas jest gotowa rzucić kamieniem, wyzywać od najgorszych, krzyczeć przez szybę, czy wygrażać pięścią. Potem, gdy opadnie adrenalina i wracamy pamięcią, niektórym zapala się lampka wstydu, niektórzy to wypierają.
A gdyby każdy z nich miał pod ręką nabitą broń? Słowa ranią i bywają nieodwracalne, ale oddanie strzału przez szybę jest czymś nieporównywalnie gorszym. Możemy w ułamku sekundy zniszczyć życie wielu osobom. I to na zawsze. Tego już nikt nie naprawi. Mimo, że przecież jesteśmy oazami spokoju – jesteśmy o tym przekonani. I właśnie do takich wniosków doszedłem chodząc z tymi ankietami, dlatego postanowiłem pozbyć się kupionej legalnie, choć zabronionej w Polsce broni palnej. Wystawię na jakąś aukcję, a jeśli nikt się nie zgłosi to polecą z mostu do Wisły. Czasami chyba lepiej zebrać po mordzie od kilku agresywnych napastników, niż zniszczyć życie sobie i rodzinie ofiary. Myślę, że tak właśnie każdy pomyśli, gdy okaże się już za późno a on będzie zerkał przez lipo (okno) celi. I już nic nie da zrzucenie winy na chwilowy szał. Stało się. A wszystko przez głupie dziesięć sekund, które ktoś nieumyślnie, bądź umyślnie nam odebrał. Warto? Kolejne wnioski za tydzień w następnym odcinku Księgi Wyjścia.

Bigos tygodniowy

Milczy Przewodniczący Mało vel Zapluty Karzeł Reakcji. Może jest nadal jest wstrząśnięty i niezmieszany niezadowalającym wynikiem wyborczym? Ale co nowego knuje? Może ostatni owoc jego knucia to smieszno-straszne nominacje Pawłowicz i Piotrowicza, figur z grand guignolu oraz Chojny-Duch do Trybunału Konstytucyjnego? Te dwie pierwsze nominacje – wiadomo, gnomia, perfidna złośliwość Zaplutego Karła Reakcji. Chodzi o dodatkowe ośmieszenie i dokompromitowanie i tak już zgnojonego TK figurami, które ośmieszają i czynią groteskową każdą funkcję i instytucję, w której biorą udział. Ta trzecia, to sygnał, wskazówka że kapusiostwo i zaprzaństwo w państwie PiS bardzo się opłaca. Kaligula wprowadził do Senatu swoje wierzchowce.

W Polsce zagrożona jest wolność wyboru między połykaniem a niepołykaniem. Trzynastolatek w Bełchatowie nie połknął przepisowo tzw. hostii czyli wafla rozdawanego przez klechów w ramach tzw. komunii świętej i schował ją do kieszeni. Doktor Terlikowski powiedział w TVN, że trzynastolatek z Bełchatowa schował do kieszeni nie wafla, ale żywego Jezusa Chrystusa z kopytami (ludożerca?). Z tego powodu chłopaczek został siłą zatrzymany w kościele przez klechów, którzy wezwali policję pod pretekstem obrazy uczyć religijnych czy czegoś w tym rodzaju. A co, jeśli ktoś nie może łykać z powodu stanu chorobowego jamy ustnej, a chce przystąpić do komunii? Mój kolega, gdy leżał w szpitalu, na propozycję przyjęcia komunii z rąk kapelana szpitalnego, zapytał go grzecznie, czy może ją przyjąć doodbytniczo w postaci czopka. Nie było takiej możliwości, więc kolega z komunii zrezygnował, na czym ucierpiała jego duchowość. A poza tym właściwie tkwimy w Polsce XVIII wieku (1724), gdy kilku protestantów w Toruniu, z burmistrzem na czele, zostało ściętych za „sprofanowanie” hostii właśnie. Różnica między tamtymi krwawymi zdarzeniami a sytuacją dzisiejszą jest tylko w charakterze i skali kary. Niech żyje i rozkwita wolność połykania! A przez analogię można sobie wyobrazić policję nasyłaną na zajęcia z edukacji seksualnej, gdy już jej prawnie zakażą.

Banaś okopał się w twierdzy przy ulicy Filtrowej w Warszawie, czyli w siedzibie NIK. Opozycyjne media nieustannie ostrzeliwują tego nowego Nikodema Dyzmę w tym jego Banku Zbożowym, a pisiory oblegają go, ale bez napinki i gorliwości. Zachowują się jak zaciężne wojsko – siedzą pod murami twierdzy Banasia, pojadają, popijają, popalają i mruczą pod nosem: „To w końcu już nie nasz Banaś”.

Major „Łupaszka” „stracił”, decyzją rady miejskiej w Białymstoku, rolę patrona jednej z ulic w tym mieście. Z kolei rada miejska w Żyrardowie „odebrała” patronat ulicy generałowi Augustowi Fieldorfowi-„Nilowi” i przywróciła poprzednia nazwę „Jedności Robotniczej”. Prawicowe media straszliwie „grzeją temat”, prześcigając się w wyrazach oburzenia. Obie te sprawy mają jednak istotnie zróżnicowany sens i wydźwięk. Bandyta, morderca, rabuś i podżegacz wojenny „Łupaszka” nie tylko już dawno powinien „stracić” ulicę, ale hańbą jest, iż jego nazwisko patronuje jakiejkolwiek innej ulicy w Polsce. Fieldorf-„Nil” jest postacią zupełnie innego pokroju i formatu, moim zdaniem zasługującą na szacunek. Po pierwsze jednak, nie dziwię się mieszkańcom Żyrardowa, którzy czuli się okradzeni z nazwy „Jedność Robotnicza”, mającej nawiasem mówiąc, pierwotny rodowód w czasach XIX-wiecznych strajków. Jeśli chciano uhonorować „Nila”, należało znaleźć dla niego nową, prestiżową ulicę, a nie odbierać mieszkańcom starą nazwę, bo to właśnie oznacza zawłaszczanie przestrzeni publicznej przez prawolstwo. Po drugie, oba przypadki, białostocki i żyrardowski są znakiem, że ludzie zaczynają mieć po uszy ideologicznego zawłaszczania przestrzeni publicznej przez PiS i prawicę. Stąd ich „non possumus”.

Nerwy puszczają też posłowi PiS Tarczyńskiemu Dominikowi. Zagroził pobiciem Korwinowi-Mikkemu, a niedwuznacznie tym samym zagroził także jednej z posłanek Lewicy, nazywając ją „nowotworem demokracji”. Uważam, że kierownictwo Sejmu powinno w dniu inauguracji nowej kadencji izby zapewnić na sali obrad asekuracyjną obecność odnowionej Straży Marszałkowskiej, wyposażonej w stosowne środki przymusu bezpośredniego. Przy coraz bardziej zdenerwowanym, najbardziej nerwowym pośle PiS, pani Krysia (Pawłowicz), to gruchająca, łagodna gołąbeczka.

Na antenie Polsat News doszło do pyskówki między rozsądnym, liberalnym księdzem Jackiem Prusakiem z twardogłowym katolem Pawłem Lisickim, redaktorem naczelnym propisowskiego tygodnika „Do rzeczy”. Prusak opowiadał się za linią Franciszka i daleko idącą reformą Kościoła kat., między innymi w sprawie celibatu, a oburzony Lisicki pokrzykiwał ze szczytu Okopów Świętej Trójcy. Nasuwa się analogia z czasów saskich, z okresu Oświecenia, gdy grono światłych księży, m.in. Hugo Kołłątaj, Ignacy Krasicki, Stanisław Konarski czy Józef Meyer walczyło o reformę państwa i kościoła, a starych, ultrakonserwatywnych pozycji broniło wielu świeckich, w tym targowiczanie.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że Polska złamała prawo w sprawie przyjmowania uchodźców. Moja opinia, osoby bardzo często bywającej w Europie Zachodniej, a regularnie we Francji, nakazuje mi w ocenie tej sprawy zachować ostrożność, bo widzę co tam się dzieje. Francja, de facto największa obok Anglii potęga kolonialna (potęga kolonialna Hiszpanii to odległa przeszłość), połączona licznymi, w tym językowymi i administracyjnymi więzami z szeregiem narodów Afryki i Azji, nie poradziła sobie kulturowo i społecznie z imigracją, nie zdołała jej asymilować. Ja zatem może sobie z tym problemem poradzić północna, odległa od nich kulturowo Polska, której jedyny związek z kolonializmem, to historia Maurycego Beniowskiego z jego marzeniem o Madagaskarze i megalomańskie rojenia niektórych polityków sanacyjnych w latach trzydziestych (Liga Morska i Kolonialna)? Moim zdaniem Polska z powodów kulturowo-językowych nie ma żadnego potencjału asymilacyjnego dla większej rzeszy przybyszów z Afryki i Azji (w grę wchodzi – i tak dokonująca się od dziesięcioleci – indywidualna asymilacja wykształconych specjalistów, jak lekarze czy inżynierowie). Poza tym, to nie na Polsce powinien spoczywać obowiązek spłacania długu moralnego i materialnego narodom, które były kiedyś okrutnie kolonizowane przez Francję, Belgię, Holandię, Włochy i inne. Bardzo, ale to bardzo nie lubię zgadzać się w jakiejkolwiek kwestii z rządem PiS, ale to naprawdę jest zagadnienie bardzo skomplikowane i nieoczywiste, wymagające rozwagi i namysłu.

Bajkopisarz

W ostatnim numerze „Plus Minus”, tygodniowego dodatku Rzeczypospolitej, Eliza Olczyk rozmawia z Bartłomiejem Sienkiewiczem. Generalnie jest dobrze, Platforma Obywatelska świetna, idziemy do przodu. W tej sprawie nie będę się spierał. Ale mówiąc o chwale Platformy Pan Minister wspominając rok 2001 mówi: Siła tego środowiska było to, ż wszyscy wtedy wierzyliśmy, iż można zmienić reguły gry. Że to nie jest tak, iż SLD-owski beton, który w 2001 roku zalał Polskę jest nie do podgryzienia. Rodząca się PO potrafiła przeforsować w Sejmie ustawę o bezpośrednim wyborze wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, choć przeciwko temu pomysłowi byli PiS, SLD i w ogóle wszyscy”.
Otóż Pan Sienkiewicz mija się z prawdą. Ten postulat był w programie Konwencji SdRP (uprzejmie informuję Pana Ministra, że to poprzedniczka SLD) z 1994 roku. Znalazł się także w programie prezydenckim Aleksandra Kwaśniewskiego. Projekt ustawy zgłosił Klub Parlamentarny SLD w dniu 22 listopada 2001 roku (druk nr 154), swój projekt Platforma złożyła 17 grudnia. Marszałek Borowski zarządził wspólne czytanie, a za odrzuceniem projektu w I czytaniu głosowały Kluby PiS i LPR. W trzecim czytaniu tylko LPR głosował przeciw przyjęciu ustawy, która w ten sposób stała się faktem. Dodam, że w Senacie SLD miał wtedy bezwzględną większość i jednoznacznie ustawę poparł. A Prezydent Aleksander Kwaśniewski (tez z SLD) ją podpisał.
Nie zajmowałbym się tą kwestią, gdyby nie to, że Pan Sienkiewicz reprezentuje szeroki front wymazywaczy lewicy z historii III Rzeczypospolitej. Jak powszechnie wiadomo do NATO wprowadził nas Minister Geremek (sam, bez ówczesnego Prezydenta z SLD i Ambasadora Polski w USA, też związanego z lewicą). Do Unii Europejskiej wprowadził nas Mateusz Morawiecki (Miller z Kwaśniewskim się tylko przyglądali). Panie Ministrze, litości! Chwalmy się własnymi zasługami.

PO i inne demencje WYBORY SAMORZĄDOWE

We wtorek w TVP Ino zwyczajowo dochodzi do ostrej polemiki (kiedyś to się nazywało „pyskówka”) pomiędzy działaczka Platformy Obywatelskiej, a działaczem Prawa i Sprawiedliwości.

 

Działacz PiS

twierdzi, że jego partia już przedstawiła swój proogram samorządowy i przedstawia w kolejnych miastach, podczas gdy Platforma ograniczyła się do krytyki działalności PiS i to w sprawach tzw. wielkiej polityki – polityki na szczeblu ogólnopolskim, szczeblu państwa, nie zaś na szczebelku samorządowym, szczeblu „małych ojczyzn”.

 

Wzburzona działaczka PO

odpowiada, że Platforma ma badzo dobry i kompetentny program samorządowy, który wkrótce przedstawi na swojej konwencji.
Jak mówi działaczka Platforma jest za dużymi uprawnieniami samorządu terytorialnego, kosztem władzy centralnej, która jest oczkiem w głowie PIS.
Zdaniem PO w samorządach powinny pozostawać praktycznie wszystkie zbierane przez państwo podatki i powinny pozostawać w gestii władz samorządowych, gdyż to one wiedzą najlepiej jak sensownie wydatkować pieniądze podatników. Zdaniem Platformy – mówiła działaczka PO – samorządy wraz z większymi finansami powinny otrzymać zarówno większe kompetencje, jak i większe obowiązki.
Ale działaczka Platformy Obywatelskiej, opowiadając takie rzeczy, zapewne nie nie zna ani mechanizmów działania państwa, ani konstytucji Polski.

 

Można zapewnić

wspomnianą działaczkę Platformy, jak i całe PO, że nawet gdyby Platforma wygrała wybory do wszystkich samorządów w Polsce i to na wszystkich szczeblach, to i tak nie zmieni tym kompetencji samorządu, ani sposobu podziału podatków na różne struktury państwa.
Tak więc opowiadanie, że Platforma Obywatelska idzie na wybory samorządowe pod hasłami zwiększenia możliwości finansowych samorządów i ich kompetencji jest albo czystą nieznajomością polskiego prawa albo robieniem z wyborców idiotów.

 

I nie wiadomo co jest groźniejsze.

Oczywiście można zwiększyć wpływy podatkowe do samorządów (rzecz jasna kosztem wpływów do skarbu państwa – przecież to się musi sumować) i kompetencje samorządów, tyle tylko, że to jest w gestii parlamentu i pod takimi hasłami można oczywiście iść do wyborów – ale parlamentarnych.

 

Zresztą to nie jeden dowód

na pomieszanie przez Platformę Obywatelską problemów wymagających poruszenia w wyborach samorządowych i parlamentarnych – podobnie rzecz się ma z kilkoma rodzajami bilbordów „PiS wziął miliony i coś tam coś tam”.

 

Wspomniane bilbordy

nie dość, że są głupie, jakby robione przez półinteligentów dla ćwierć mózgów (co chlubnie świadczy o tym jak Platforma Obywatelska ocenia polskich wyborców), to jeszcze nie nie mają nic wspólnego z wyborami samorządowymi.

 

A powiedzmy sobie szczerze

– patrząc na dotychczasowy przebieg wyborczej kampanii samorządowej, to mam wrażenie, że wszyscy ją traktują jako ostatni akord poprzedniej kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu, albo próbę generalną przed następnymi wyborami parlamentarnymi. A przecież nie o to chodzi.
Marzy mi się taka chwila, kiedy do moich drzwi zadzwoni pani czy pan i powie: „Panie Ilka, kandyduję na radnego, bo już dostaję szału jak patrzę na to co robią z komunikacją miejską w naszej dzielnicy.
Jak już będę radnym, to zrobię porządek z przystankami w naszej okolicy, a zielone i czerwone światła na głównych skrzyżowaniach obok nas wreszcie będą działały.

 

No i ten skwerek obok to powinno się zazielenić.

No i z przedszkolem coś trzeba zrobić – jak by dostali większą dotację to przyjęliby więcej dzieci – a wie pan ile trzeba płacić w prywatnych przedszkolach w naszej dzielnicy? Czy nie uważa pan, że dobrze myślę? – Jeśli tak tak to niech pan na mnie zagłosuje”.
Jak taka pani/pan zapuka do moich drzwi to oczywiście na nich zagłosuję.