Dzwonnik z „Trybuny”

Są książki na które wystarczy spojrzeć. Na ich autora, brzmienie tytułu, zasób spisu treści, indeksu też. Dlatego pochylając się nad zbiorem felietonów „A dzwony, dzwonią” zapewne usłyszycie bliskie wam melodie.
O zakłamywanej przez prawicowe media naszej najnowszej historii. O opluwanej Polsce Ludowej i lukrowanej II Rzeczpospolitej. O dorobku polskiej lewicy rugowanym ze zbiorowej pamięci. Wykoślawianym w szkolnych programach.
O nowej poprawności polityczno-historycznej ustanawianej przez największe krajowe media.
Poprawności, jak wszystkie inne, prowadzącej do wyjaławiania polskich debat. Nie tylko tych historycznych.
Trudno dziś przecież rzetelnie dyskutować o odmrożeniu relacji z Rosją, kiedy już sam postulat wznowienia rozmów z sąsiadami, grozi klątwą zjednoczonego frontu propagandowego. Oskarżeniem o kremlowską agenturalność. Podobnie niełatwo rzetelnie rozmawiać o relacjach polsko-ukraińskich, polsko-żydowskich. A o polsko-polskich najbardziej. Trudno wznieść się ponad wszechobecny front plemiennej wojny dwóch, skłóconych ze sobą polskich prawic. Dowodzić, że poza ich sporami istnieje jeszcze inne życie umysłowe. A lewicowa myśl jeszcze nie zginęła.
Polecam brzmienie tych dzwonów. Nie tylko dlatego, że autor to publicysta naszej „Trybuny”, co już gwarantuje jakości publikacji. Zresztą niektóre z tonów tych dzwonów zabrzmiały już na naszych łamach. Polecam lekturę „A dzwony, dzwonią”, bo znakomicie przewentyluje mózgi ich czytelników. Wzbudzi ruch myśli.
I usunie przy okazji wiele bezmyślnie nabytych, zalegających w głowach szumów. Niepotrzebnych.

Ryszard Marek Groński Wspomnienie

(1939-2018)

 

„Panu Markowi z sympatią” – luty 93… To pierwsza dedykacja, którą mnie zaszczycił. Trochę zdawkowa, sucha – ot, jak to się pisze na spotkaniach autorskich, kiedy kolejna ręka podsuwa ci twoją książkę:
– Dla…?
– Marka.
– Proszę bardzo.
– Dziękuję…
To nie była łatwa znajomość, potrzebowała lat.
On zaparkował w „NIE” opromieniony sławą swoich piosenek scenariuszy filmowych, reflektorami kabaretów, scen teatralnych i filmowych planów. Ja – opromieniony „niesławą” komucha z DTV. On zdystansowany, jakby rzucony przez los na mieliznę nigdy wcześniej niezaznaczoną na jego mapie podróży przez życie, ja onieśmielony jego legendą. Był zbyt dobrze wychowany, żeby okazywać mi niechęć wprost, ale doskonale wytrenowany w omijaniu wzrokiem niemiłych widoków. A jednak coś nas ku sobie ciągnęło. Zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw, jak to na sesjach redakcyjnego ględzenia zwanych „kolegiami”, potem przed, a nawet po. Jakaś kawa, jakaś książka, wspomnienie sprzed wojny. Ani on, ani ja przed wojną nie żyliśmy, ale gdy on mówił, „Czarny Kot”, albo „Qui pro Quo”, to wiedziałem, o czym mówi. To już wtedy nie było takie częste. Nie były mi też obce takie nazwiska jak Fryderyk Jarossy, Zula Pogorzelska, Ordonka, Lopek Krukowski, Andrzej Włast… On wiedział o nich wszystko. Z każdym rokiem okazywało się, że mamy podobne poczucie humoru, choć on znacznie subtelniejsze. Zwłaszcza jednak zbliżała nas do siebie okrążająca nas coraz ciaśniej rzeczywistość III RP. Powracały echa „nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”, Dyzmów ci wokół był coraz większy dostatek – od prezydenckiego urzędu począwszy.
Groński reagował po swojemu:
„SdRP przeprasza za PZPR. Przeprasza za Bieruta, Gomułkę, Gierka. Przeprasza za całokształt i przyrzeka poprawę. Zapewnia jak w balladzie Wieszcza: „Ach, bierzcie wozy, ach, bierzcie dostatek, tylko puszczajcie nas…”.
Unia Socjaldemokratyczna (fiszbachowcy) przeprasza za SdRP. Przeprasza, że żyje. I odpuszczenia grzechów pragnie dostąpić w św. Brygidzie.
Senat przeprasza za Marzec 68.
Prezydent przeprasza za grudzień 70.
Premier przeprasza emigrację za to, co o niej mówiono i pisano.
Krajowi wydawcy przepraszają redaktora Giedroycia za niedocenianie zasług „Kultury”.
Sejm przeprasza narody czeski i słowacki za udział w inwazji w 68.
Literaci zrzeszeni w tak zwanym Zlepie przepraszają kolegów ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich za przejęcie majątku ZLP w stanie wojennym.
Samorządne związki funkcjonariuszy MO przepraszają za niedemokratyczny sposób bicia.
TV przeprasza tych, którzy nie przeszli weryfikacji w stanie wojennym. Zapraszając ich do powrotu.
PKP przeprasza (przez megafon) za opóźnienia pociągów.
Nieświęci przepraszają garnki, że je lepili…”
W tym sensie współczesna epoka PiS-u obu nas nie zaskoczyła. Obezwładniała raczej swą masowością, powszechnością, całkowitym zatarciem wszelkich granic jakiegokolwiek wstydu. Tsunami chamstwa. Wniosła też nowy element do naszych rozmów – strach przed brunatną falą. Choć były to strachy wspólne, to jednak wynikające z innych przeżyć. Mój – z opowieści domowych o facetach tłukących lagami szyby i ludzi na ulicach, jego z przeżyć osobistych. Niechętnie o tym mówił, nie miał zwyczaju się wywnętrzać, nigdy nie wystawiał swej poranionej duszy na widok publiczny. Ale raz opowiedział mi o przerażeniu dziecka ze strychu, które przez okienko widziało granatowego policjanta wyprowadzającego do lasu małą dziewczynkę. A także o traumie jego znajomego, wielkiego reżysera, któremu nawet jako dorosłemu mężczyźnie zdarzało się moczyć w nocy z przerażenia snem, który przenosił go na powrót do krakowskiego getta.
Pasją tego dziecka ze strychu stały się później słowa. Układanie liter w ciągi wyrazów, którymi potrafił opisać najsubtelniejsze stany duszy, marzenia, miłość, serdeczność. Ale potrafił również swym słowem ukłuć, a nawet przeszyć jak szpadą. Był przede wszystkim subtelnym poetą, ale też pisarzem, autorem kabaretowym, mistrzem pointy, suspensu, artystą skojarzeń, zadziornym, błyskotliwym felietonistą – bystrym obserwatorem cnót i przywar, prawości i niegodziwości, prawdy i fałszu:
„Coraz więcej memuarystyki. Najmniej piszą pisarze. Najwięcej aktorzy. Daniel Olbrychski opisał chrzest Marty Umer. Wychowana w komuszej rodzinie piosenkarka przyjęła wodę chrztu dopiero w latach osiemdziesiątych. Chrzest przyjął się nad podziw. Umer to blondynka”.
„W Galerii Porczyńskich promocja zbioru kazań Sławoja Leszka Głódzia. Śpiewał Centralny Zespół Artystyczny WP. Wygłaszający laudację porównał kazania biskupo-generała do kazań księdza Skargi. Niestety, Matejki przy tym nie było”.
„Wałęsa opowiada w niemieckiej telewizji, że kontaktuje się ze społeczeństwem jak Harun al-Raszyd w bajeczce. Przebrany za prostego człowieka wtapia się w tłum, bada nastroje. Ażeby go nie rozpoznano – wkłada różne peruki. Tylko głowa pozostaje ta sama”.
„Lata trzydzieste. Pensjonat w Świdrze. Do właściciela pensjonatu zgłasza się letnik
– Rezygnuję z pobytu.
– Pan rezygnuje. A czemu?
– Powiedziano mi, że pan jest antysemitą.
Właściciel pensjonatu jest wstrząśnięty:
– Ja mam być antysemitą? Teraz, w pełni sezonu?”.
Wszystko czytał, wszystko widział, bardzo wiele opisywał. Po co? Wyjaśnił w przedmowie do swojej „Puszki z Pandorą”: „Historia sekretna, plotka, impertynencja, zbiór anegdot, przypomnienie dowcipów, mód, sezonowych sensacji… dlaczego zdecydowałem się otworzyć tę puszkę? Nie znam lepszego wytłumaczenia niż to, jakie przedstawił kiedyś Zygmunt Kałużyński: Pisze się po to, żeby było napisane”.
Współpracując z legendarnymi dziś kabaretami Szpak, Wagabunda, Pod Egidą, z teatrem Syrena, też stał się legendą.
Marek Groński nigdy jednak nie zapomniał tego, co sam przeżył. Stąd jego zrozumienie – zwłaszcza dla postaw z czasów nocy, które dziś tak łatwo klasyfikuje się jako mało heroiczne. Patrząc oczami swych bohaterów i wtapiając się w okoliczności, w których im przyszło podejmować różne decyzje, nigdy nikogo nie potępiał jednoznacznie i nieodwołanie.
Jedną z jego najważniejszych książek jest „Proca Dawida. Kabaret w przedsionku piekieł”. Unikatowy zapis dziejów humoru w getcie warszawskim, w krainie śmierci, śmiechu nie przez łzy, a we łzach, kupletów śpiewanych z kostuchą pod rękę. Jest w tej książce kronikarzem, odnotowuje każdy występ na każdej scenie, wszystkich bardziej znaczących artystów Dzielnicy za Murem. Wbrew popędliwym „patriotom”, bezlitosnym ortodoksom i kapłanom całopalenia nikogo nie ocenia, nie potępia, nie osądza. Nie czuje się w mocy:
„Moraliści prowadzący pedantycznie kartoteki cudzych grzechów zapominają, czym był głód. Większość opisów głodu wyszła spod piór ludzi sytych. Ci, którzy poznali prawdziwy głód Dzielnicy Zamkniętej, nie zdążyli go sportretować”.
„Proca Dawida. Kabaret w przedsionku piekieł” to książka z ostatnią dedykacją dla mnie od Marka Grońskiego:
„Markowi z przyjaźnią zlustrowaną przez lata”…
Ryszard Marek Groński był niewątpliwie postacią w polskiej kulturze zjawiskową. Człowiekiem-wierszem, rymem, skojarzeniem. Kimś z mgły i paproci, z obłoków strzępiastych i z morskiej piany, z ulicznego zgiełku i harmidru braw w kabarecie. Gdziekolwiek się zjawił, z kimkolwiek współpracował, był niezależny, wolny w sądach i osądach.
Wiedział, że wychodzi z mody, że nadeszły czasy walenia na odlew, wbicia obcasem w ziemię, czasy „co ja z tego będę miał”. Czasy nie dla niego. Już nie zamawiano u niego scenariuszy wielkich rewii skrzących się cekinami, piórami i przebojami:
Za ileś lat, przez Nowy Świat
Już inni ludzie wieczorami będą szli.
A jednak wiem na pewno,
że melodyjką zwiewną
Powrócą nasze dni.
Lata dwudzieste, lata trzydzieste
Wrócą piosenką, sukni szelestem
Błękitnym cieniem nad talią kart
I śmiechem który kwitował żart.
Komu dziś chciałoby się zastanawiać, czyj był ów „błękitny cień nad talią kart”, skoro każdy widzi, że dziś im człowiek mniejszy, tym pomnik większy.
Owszem zamawiano u niego dziełka do grania w teatrze, miniaturki, którym niepotrzebny jest Broadway, wystarczy kamienica. Nie wchodziły jednak na scenę, bo wychodziły za drogo. Kilkuosobowa obsada? A po co? Przecież ja sam zagram za dwóch, trzech – ilu trzeba… Śpiewogro-samograj…
Ostatnie dwa lata Marek chorował, nie wychodził z domu, przyjmował tylko lekarzy i rehabilitantów. Mimo to nie przerwaliśmy kontaktów. „Na pewno spotkamy się już niedługo. Niech się tylko trochę pogoda poprawi. Damy radę”. „Damy radę”, to jego ulubione powiedzonko z tych miesięcy.
Niestety, znów okazało się, że Woody Allen miał rację, mówiąc: Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość”.
Zamiast być cnót i zalet pomnikiem
Piszę list papierosa ognikiem
Wrzucam go w tę noc
W skrzynkę z mgły
W liście tym radzę Ci, hmmm …
Radzę Ci
Sprzedaj mnie wiatrowi na dobre i na złe
Sprzedaj mnie wiatrowi, sprzedaj mnie
Sprzedaj mnie wiatrowi,
Chcę z wiatrem lecieć w świat
Niebo się różowi, wieje wiatr
A ja z nim, a ja tam… gwiżdżę
Bo filozofię wiatru znam
Tak jak wiatr gwizdać chcę
Więc sprzedaj mnie wiatrowi,
Sprzedaj mnie!