Feministki i przyszłość Tunezji

Rewolucja Arabskiej Wiosny rozpoczęła się w grudniu 2010 roku w Tunezji.

Ta wielka mobilizacja społeczna domagała się praw człowieka i praw socjalnych, płacy wystarczającej na godne życie i powszechnej sprawiedliwości społecznej. Pracownicy głównego tunezyjskiego związku zawodowego, Tunisian General Labor Union (UGTT), byli głównymi uczestnikami protestów, które miały miejsce na długo przed 2011 rokiem. W tym samym czasie kobiety z Tunezyjskiego Stowarzyszenia Kobiet Demokratycznych (ATFD) stanowiły znaczącą opozycję wobec reżimu przez całe lata dziewięćdziesiąte i nowe tysiąclecie, walcząc o równe prawa płci przeciwko państwowemu islamizmowi i konserwatyzmowi.
W toku demokratycznej transformacji Tunezji kobiety zapewniły sobie istotne osiągnięcia. To m.in. ustawy zwiększające prawa polityczne i zakres prawnej ochrony kobiet – np. ustawa 58, uchwalona w 2017 r., która kryminalizuje przemoc wobec kobiet. Pomimo tego tunezyjskie kobiety, osoby LGBTQ+ i aktywiści młodzieżowi nadal doświadczają powszechnej przemocy policyjnej i represji.
Przedstawiamy wywiad z Hendą Chennaoui – czołową tunezyjską feministką i działaczką na rzecz praw kobiet, skupiającą się na walkach społecznych, aktywizmie queer, oporze obywatelskim i nierównościach ekonomicznych.
Czy tunezyjskie protesty z 2021 r. są kontynuacją protestów z lat 2010-2011?
Tak, można powiedzieć, że mamy do czynienia z kontynuacją. Podobnie jak poprzednie ruchy, obecni protestujący domagają się reform sądowniczych i gospodarczych, a także większych swobód obywatelskich. Chcą też ochronić zdobycze rewolucji, takie jak wolność słowa i prawo do oddolnego organizowania się w życiu politycznym.
Byłam świadkiem każdej demonstracji od stycznia i zauważyłam ciągłość w ich stosunku do propagandy zarówno ze strony rządu, jak i mediów. Tym razem nowością, choć nie jest to dla mnie zaskoczeniem, jest intersekcjonalność ruchu. Hasła dotyczące praw kobiet i LGBT+ można usłyszeć obok postulatów sprawiedliwości społecznej. Świadczy to o dojrzałości protestów w Tunezji: pokolenie zjednoczone zarówno na poziomie oddolnym, jak i politycznym i bojowym, wywodzące się z klasy robotniczej i niższej, tworzy zjednoczony front głoszący te same żądania.
Jak władze tunezyjskie, a w szczególności policja, zareagowały na najnowszą mobilizację?
Policja zawsze stosuje te same metody represji, takie jak samowolne aresztowania i terroryzowanie całych społeczności i dzielnic. Jesteśmy świadkami torturowania dzieci w ośrodkach zatrzymań i brutalnych przesłuchań młodych protestujących. Od połowy stycznia do połowy lutego aresztowano co najmniej 1000 młodych ludzi. Procesy polityczne są wykorzystywane jako narzędzie do straszenia ich rodzin i społeczności.
Żaden z tunezyjskich przywódców politycznych nie mówi o tej przemocy. Nikt nie potępia tych praktyk ani nie ostrzega, że sprawcy zostaną ukarani zgodnie z przepisami, które uznają przemoc podczas demonstracji za przestępstwo. Policja nęka działaczy LGBTQ+, feministki i młodzież, a często osoby te są liderami i liderkami w swoich społecznościach, zwłaszcza w biednych rejonach. Celują w nich, aby uciszyć potencjalnych liderów ruchu.
Jest to niebezpieczny rozwój sytuacji i zagrożenie dla wolności, które zostały wywalczone przez rewolucję, takich jak prawo do organizowania się i demonstrowania. Pogłębi to tylko frustrację wielu Tunezyjczyków. Żyjemy w poważnym kryzysie gospodarczym, nie tylko z powodu pandemii, ale z powodu lat dyskryminacji i złego zarządzania.
Jakie nowe postulaty wysuwają tunezyjskie feministki?
Feministki były na pierwszej linii frontu ostatnich protestów, używając politycznych sloganów, które wzywają do sprawiedliwości społecznej dla wszystkich Tunezyjczyków, potępiają korupcję i popierają uznanie męczenników rewolucji. Obecnie organizacje takie jak Tunezyjskie Stowarzyszenie Kobiet Demokratycznych (ATFD) oraz subalternatywne ruchy feministyczne skupiają się szczególnie na sprawiedliwości ekonomicznej, takiej jak równość kobiet i mężczyzn w zakresie prawa spadkowego.
Jakie prawa osiągnęli aktywiści LGBTQ+ po rewolucji 2011 roku?
Nowe pokolenie młodych aktywistów LGBTQ+ promuje wizję intersekcjonalną. Angażują się w walkę LGBTQ+, ale jednocześnie są zaangażowani w wiele różnych walk społecznych i politycznych. Jest to bardzo odmienne w porównaniu z przeszłością.
Te nowe doświadczenia wynikają częściowo z nieustrukturyzowanej natury ruchu. Za ruchem nie stoi żadna partia polityczna; wyrósł on raczej z tradycji budowanej stopniowo od 2007 roku. W poprzednich latach nie byliśmy przyzwyczajeni do tego, by bojownicy LGBTQ+ brali udział w demonstracjach politycznych. Ale krok po kroku ruch ten nabierał doświadczenia i obecnie doszliśmy do punktu, w którym to ruch LGBTQ+ legitymizuje lewicowe bojówki polityczne, takie jak Front Ludowy. To nadaje nowy wymiar protestom we wszystkich krajach arabskich.
Ta intersekcjonalność jest widoczna zarówno na ulicach, jak i w sposobie formułowania żądań politycznych. Liderzy ruchów feministycznych i LGBTQ+ byli szczególnie widoczni podczas demonstracji w styczniu i lutym, w wyniku czego stali się celem ataków policji. Szczególnie wymowny jest przypadek Ranii Amdouni. Amdouni jest znaną polityczną i LGBTQ+ bojowniczką, która stała się celem represji i nienawiści.
Dlaczego sprawa Ranii Amdouni jest tak istotna?
Rania jest znana policji, ponieważ jest aktywistką queer. Bierze udział we wszystkich demonstracjach, a podczas ostatnich protestów była szczególnie widoczna. Wrogość wobec niej zaczęła się rok temu. Po śmierci innej działaczki Liny Ben Mhenni, Rania niosła jej trumnę razem z innymi kobietami, co jest zabronione przez prawo islamskie. Wzbudziło to gniew konserwatystów, którzy po pogrzebie zaczęli wysyłać jej groźby śmierci.
Rania należała również do grupy młodych ludzi wezwanych do sądu po demonstracji zorganizowanej przed parlamentem w listopadzie ubiegłego roku. Demonstracja ta była skierowana przeciwko projektowi ustawy, który po raz pierwszy został zaproponowany w 2015 roku, a który zwiększyłby bezkarność sił bezpieczeństwa. Niektórzy deputowani, partie polityczne i działacze społeczeństwa obywatelskiego postrzegali ten projekt ustawy jako antykonstytucyjny, ale był on silnie wspierany przez policję.
Nękanie Ranii trwało przez wiele miesięcy. Policja zachęcała obywateli do fizycznego atakowania Ranii i jej przyjaciół na ulicach tylko dlatego, że są homoseksualistami. Rania zgłaszała to władzom, ale jak dotąd nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Od stycznia ubiegłego roku wiedzieliśmy już, że Rania zostanie aresztowana przez policję. Wielokrotnie była nękana przez policję i zatrzymywana bez żadnego powodu – żądano od niej tylko dokumentów, wyśmiewano jej wygląd fizyczny i seksualność, grożono jej. Ta sytuacja bardzo ją zmęczyła, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Była wyczerpana tym pozornie niekończącym się nękaniem.
27 lutego, podczas zgłaszania tych gróźb i naruszeń na posterunku policji, została formalnie oskarżona o „podważanie moralności publicznej”. Podczas procesu miała silne wsparcie ze strony swoich towarzyszek, feministek, odmieńców i bojowników oraz szerszego społeczeństwa obywatelskiego. Czekałyśmy na jej uniewinnienie, ponieważ nie popełniła żadnego przestępstwa. Sądzono ją na podstawie niejednoznacznego i arbitralnego prawa pochodzącego z dawnego reżimu Ben Alego, które pozwalało sędziom na różne interpretacje. Ku naszemu zaskoczeniu, została skazana na sześć miesięcy więzienia.
Rania padła ofiarą wszelkiego rodzaju dyskryminacji, ponieważ jest „inna”, ponieważ jest sierotą, z powodu swojej orientacji seksualnej i z powodu ubóstwa. Zamiast więzienia, zasługuje na nagrodę za bycie dobrą, zaangażowaną obywatelką. A jej przypadek nie jest wyjątkowy. Wiele feministek czy aktywistów LGBTQ+ było aresztowanych, torturowanych, a nawet policja groziła ich rodzinom.
Tak surowe represje są dowodem na to, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych jest zaniepokojone intersekcjonalnością tych ruchów społecznych, zaniepokojone tak dużą różnorodnością wśród demonstrującej młodzieży. Dlatego władze zareagowały tak agresywnie. Są one świadome, że sytuacja jest krytyczna i że ten ruch, łącząc tak wiele różnych grup, ma prawdziwie historyczny potencjał.

Materiał ukazał się pierwotnie na stronie RoarMag. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Roman Polański #too?

„Kiedy byłam mała, marzyłam o teatrze i rodzice zapisali mnie na warsztaty teatralne. Uwielbiałam to. Być na scenie ze wszystkimi… przede wszystkim dlatego, że kiedy byliśmy na scenie, reżyser nie mógł nas dotykać. To był genialny reżyser, bo trzeba oddzielać człowieka od artysty” – ironizowała głośno humorystka Blanche Gardin pijąc do Polańskiego, który siedział przed nią na uroczystym rozdaniu Molierów, francuskich nagród teatralnych, dwa lata temu.

Sporo się od tego czasu zmieniło. Polański ma czynienia nie ze zgryźliwymi chichotami w teatrze, tylko kampanią feministek, na ulicy. Słowa „cenzura” i „antysemityzm” wtargnęły do tej historii.
Zaczęło się, przypomnijmy, od nagłego oskarżenia b. aktorki, później fotografki, 63-letniej Valentine Monnier: w połowie lat 70. ubiegłego wieku, kiedy miała 18 lat i zjechała ze szwajcarskiej góry na nartach, znalazła się w wynajętej przez Polańskiego górskiej chacie, gdzie miał ją pobić, zgwałcić i jeszcze na nią nasikać. Dlaczego dopiero teraz o tym mówi? Bo nie mogła wytrzymać z powodu wejścia na ekrany jego nowego filmu J’accuse, który w Polsce został nieszczęśliwie zatytułowany Oficer i szpieg. „Jak to? Po pretekstem jakiegoś filmu, pod pretekstem historii mam słyszeć ‘oskarżam’ z ust tego, który napiętnował mnie żelazem, a ja, ofiara, mam nie oskarżać? Jest zakaz?” – pytała w udzielonym wywiadzie, który poruszył szczególnie feministki.
Problem polega na tym, że jest zakaz: gwałt w górach, który miał miejsce przed 44 laty nie może być przedmiotem oskarżenia, gdyż działa przedawnienie. W zeszłym roku, z tego samego powodu prokuratura w Los Angeles umorzyła śledztwo w sprawie oskarżeń kobiety, która jako 10-latka miała być zgwałcona przez Polańskiego w tym samym 1975 r., co Francuzka Monnier.
W tej sytuacji feministki manifestowały przed kinami na rzecz bojkotu filmu o fałszywie oskarżonym Żydzie, by ukarać fałszywie oskarżonego Żyda. Tak to przynajmniej widzą niektórzy obrońcy Polańskiego, jak 85-letnia Nadine Trintignant, pisarka i reżyserka, która otwarcie oskarżyła o antysemityzm tych, którzy jadą po „dziecku warszawskiego getta” jako „seryjnym gwałcicielu”.
Nadine Trintignant prawie 60 lat temu poślubił wielki francuski aktor Jean-Louis Trintignant i mieli córkę, piękną Marie, aktorkę, którą w 2003 r. w Wilnie zabił jej partner Bertrand Cantat, gwiazda zespołu Noir Désir. „Zdenerwował się na skutek kłótni”. Stąd wielkie zaskoczenie feministek, że ona zarzuca im antysemityzm, podczas gdy musiała tyle wycierpieć po śmierci ukochanej córki z ręki nieopanowanego samca. I jeszcze broni Polańskiego, „bezkarnego gwałciciela, który zrobił film za publiczne pieniądze”. Zrobiło się dziwnie.
Wezwanie do bojkotu nie powiodło się ani oddolnie, ani odgórnie. Ludzie licznie poszli do kin na film, bo to „pewna marka”, no i pewnie przyjmują, że domniemana ciemna strona reżysera nie decyduje o dziele. Próby odgórnej organizacji bojkotu spełzły na niczym, gdy władze regionów skonsultowały sprawę z dyrektorami kin: ci woleli mówić o cenzurze, bo o zysku nie wypada. W każdym razie nie zgodzili się na wycofanie filmu z repertuaru i postawili na swoim. Krytyka chwali J’accuse, ale mówienie o nim jest zatrute dawnymi sprawami Franko-Polaka i nerwową atmosferą #metoo.
W tym miesiącu mniej znany od Polańskiego francuski reżyser został wykluczony ze Stowarzyszenia Reżyserów, gdyż miał również zachowywać się jak w opowieści Blanche Gardin: według oskarżeń znanej aktorki Adèle Haenel, dobierał się do niej, gdy miała 12 lat i zaczynała dopiero pracę w filmie. Sprawa tego reżysera nie jest jeszcze całkiem przedawniona, więc skończy się pewnie w sądzie, ale przeciwnikom Polańskiego chodzi o to, by i on wyleciał ze wszystkiego, co możliwe. Okazało się zresztą, że do czegoś należy, do innego Stowarzyszenia Autorów, Reżyserów i Producentów, które ma go zawiesić. Radykalne kobiety chcą obalić pomnik, jakby to była rewolucja i nieważne, że to tylko pomnik kinematografii. Afery wokół Polańskiego są publicznym pytaniem o społeczną sprawiedliwość, które od czasów #metoo nabrało nowych znaczeń. I to się raczej już nie zmieni.

Głos lewicy

Działaczki są rozżalone

Oświadczenie Inicjatywy Feministycznej w sprawie startu w wyborach parlamentarnych 2019

Ruchy feministyczne, z których wywodzi się partia Inicjatywa Feministyczna, to jak dotąd jedyna siła, która była w stanie postawić tamę pisowskiemu psuciu państwa i prawa. Naszym naturalnym sojusznikiem od zawsze były ruchy progresywne. Lewicę zawsze postrzegałyśmy jako oczywistego partnera w polityce.
Niestety, jak to się mówi, uczucie okazało się nieodwzajemnione. Trzech przywódców lewicowych partii nie przewidziało miejsca na listach dla feminizmu. W rozmowach postawiono nas przed faktem dokonanym: na wszystkich listach pierwsze trzy miejsca są już ustalone, nie do ruszenia. Choć owe „trójki” nie były jeszcze nawet ogłoszone, a wciąż znane jedynie sztabowi i (mamy nadzieję) samym zainteresowanym.
Co zszokowało nas chyba najbardziej, to fakt, że nie padło zaproszenie do współtworzenia czy konsultowania programu. (…) Inicjatywa Feministyczna od czterech lat naciska na zjednoczenie lewicy, współpracując z każdą lewicową siłą, która się o to do nas zwróciła. Jednocześnie pracowałyśmy nad obecnością prokobiecych postulatów w publicznej debacie, tłumacząc, jak walka z dyskryminacją, uznanie prawa do samostanowienia czy nawet uważne używanie języka (żeńskie końcówki!) może być drogą do lepszej, bardziej sprawiedliwej rzeczywistości.
(…)
Niestety dziś nie mamy żadnej gwarancji, że te postulaty będą realizowane. Czujemy, że musimy to jasno powiedzieć. Wiele wspaniałych kobiet, które są na listach lewicy i które ramię w ramię z nami protestowały i budowały feministyczną świadomość w Polsce, nie będzie miało istotnego wsparcia w prowadzeniu feministycznej polityki. Przypominamy, że połowę polskiego społeczeństwa stanowią kobiety. Bez ich głosów lewica nie ma szans w nadchodzących wyborach. (…)
Gdybyśmy przyjęły zaproponowaną nam konwencję współpracy, zdradziłybyśmy nasze siostry i sojuszniczki z ulic polskich miast, spod Sejmu i Senatu, z Manif i z Marszów Równości. Uparcie wierzymy, że inna polityka jest możliwa. Przyrzekamy, że zrobimy wszystko, żeby stała się rzeczywistością. Patriarchat nie przejdzie!
Mimo wszystko apelujemy o udział w głosowaniu 13 października. Wybierzmy te i tych, którzy stawiają na pierwszym planie progresywne wartości, szacunek i godność każdego i każdej. Bo równouprawnienie i demokracją są tak naprawdę polityczną sumą szacunku, wyrozumiałości i solidarności. I tego właśnie życzymy w tych wyborach sobie i wszystkim Polkom i Polakom.

Przywódca „całej” lewicy? Kiepski pomysł

Poproszono mnie, abym zastanowiła się, kogo widziałabym na stanowisku „szefa wszystkich szefów” na lewicy. Moim zdaniem potrzebny jest tandem, o ile nie trójka przywódców.

 

Lewica przede wszystkim nie jest jednorodna i nie ma co zaklinać rzeczywistości. Skuteczny działacz społecznie niekoniecznie jest dobrym politykiem, co pokazuje przykład Piotra Ikonowicza. Lider RSS od podszewki zna problemy lokatorskie Warszawy. Jako specjalista w tym temacie, byłby niewątpliwie cennym nabytkiem np. dla warszawskiego ratusza. Widać jednak wyraźnie, że pomimo ambicji politycznych, jakie RSS przejawia, Ikonowicz brzydzi się polityką sensu stricto. Na lidera „całej” lewicy w Polsce jest zbyt pryncypialny.
Pod bokiem RSS wyrosło wielu młodych działaczy zajmujących się lokatorami i reprywatyzacją (mamy tu Katarzynę Matuszewską, Piotra Ciszewskiego, prawniczkę Beatę Siemieniako – oni na współpracę polityczną z Sojuszem nie zapatrują się pozytywnie, jednak popierają bezpośrednie inicjatywy na rzecz pomocy eksmitowanym i nękanym przez czyścicieli).
Lewica, pragnąc szerokiego poparcia, musi przedstawić ofertę korzystną również dla liberalnego wyborcy – na przykład tego wypychanego z konieczności na działalność jednoosobową. Do tego elektoratu przemówiłby Włodzimierz Czarzasty, Andrzej Rozenek czy Ryszard Kalisz. Bogusław Liberadzki, Wincenty Elsner czy prof. Jerzy Kochan reprezentować by mogli „akademicką”, często teoretyzującą frakcję, odpowiadać za przygotowanie programowe. Janusz Zemke z kolei zajmuje się środowiskami mundurowymi, które zna jak własną kieszeń.
Grupę działaczek na rzecz praw kobiet również mamy na scenie lewicowej silną – nie tylko w Sojuszu, jeżeli więc miałby zawiązać się jakiś reprezentacyjny obóz, z pewnością ta część stanowiłaby ważny element jego działalności.
Idea „niehierarchiczna” czyli wielu liderów – to może nieco idealistyczny, choć dla mnie osobiście przekonujący koncept. Próbowała wdrożyć go Partia Razem, niestety w ostatnim czasie wyraźnie widzimy, że stołek „lidera” zajmuje sam Adrian Zandberg. Tymczasem na podzielonej lewicy to mogłoby się sprawdzić.
Potrzebne jest wzmocnienie frakcji propracowniczej (tu kłania się wieloletni działacz związkowy Piotr Szumlewicz), ale też i skrzydła liberalnego, kładącego nacisk na świeckość państwa, sprawy światopoglądowe, równościowe, ekologiczne. Nie do przecenienia jest tu współpraca z działaczami i działaczkami Zielonych.
Lewica, która nie może pogodzić się w warstwie ideologicznej, powinna zawiązać koło współpracy grup specjalistów i specjalistek. Reprezentację zostawić zaś politykowi z krwi i kości, który ma siłę przebicia i nie boi się parlamentarnych targów. Taką osobą jest właśnie Adrian Zandberg, a dla sojuszu – Andrzej Rozenek.