Zmiana na szczycie Formuły 1

Podczas Grand Prix Rosji w Soczi ogłoszono, że od 1 stycznia 2021 roku nowym prezesem i dyrektorem generalnym Formuły 1 zostanie 55-letni Włoch Stefano Domenicali, który na tych stanowiskach zastąpi Chase’a Carey’a.

Zmiana na szczytach władzy Formuły 1 odbyła się bez zgrzytów. W piątek komunikat w tej sprawie opublikowano na stronie internetowej formula1.com. Ustępujący z posady 66-letni Amerykanin Chase Carey został w ciepłych słowach pożegnany przez Grega Maffeiego, prezesa i dyrektora generalnego Liberty Media, właściciela Formuły 1. „Chase wykonał fenomenalną robotę. Jego działania umocniły F1 na szczycie sportów motorowych” – stwierdził Maffei i zapewnił, że Carey nadal będzie odgrywał ważną rolę w tym sporcie.
Teraz jednak całą uwagę skoncentrował na sobie Stefano Domenicali, wcześniej znany z pracy w ekipie Ferrari i we władzach FIA. „Jestem podekscytowany dołączeniem do wielkiej rodziny Formuły 1, sportu, który zawsze był częścią mojego życia. Urodziłem się w Imola, a mieszkam w Monza. Pozostałem w kontakcie z tym sportem dzięki mojej pracy w FIA. Teraz nie mogę doczekać się nawiązania kontaktu z zespołami, promotorami, sponsorami i wieloma partnerami w Formule 1, ponieważ nadal będziemy rozwijać ten biznes” – powiedział 55-letni włoski menedżer w swoim pierwszy wystąpieniu w nowej roli. Domenicali w 1991 roku dołączył do zespołu Ferrari, w którym stopniowo awansował, aż w 2007 roku został szefem zespołu i utrzymał się na tym stanowisku do 2014 roku. Ostatnio był dyrektorem generalnym w Lamborghini.
Domenicali, gdy był jeszcze szefem zespołu Ferrari, podpisał kontrakt z Robertem Kubicą, na podstawie którego polski kierowca miał dołączyć do ekipy z Maranello w 2012 roku. Niestety, Kubica, jeszcze w barwach zespołu Renault, przed sezonem F1 6 lutego 2011 roku wziął udział w lokalny rajdzie samochodowy Ronde di Andora, w trakcie którego uległ poważnemu wypadkowi. Na tory Formuły 1 Polak wrócił dopiero w 2019 roku jako kierowca Williamsa, a w tym sezonie jest rezerwowym Alfa Romeo.

Hamilton znów manifestował

W niedzielę Lewis Hamilton wygrał wyścig o Grand Prix Toskanii i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji kierowców. Było to już 90. zwycięstwo brytyjskiego kierowcy w Formule 1 (lepszy jest tylko Michael Schumacher, który triumfował 91 razy). Ale Hamilton stając na podium pozwolił sobie na kolejny mocny protest, za który zgodnie z regulaminem FIA groziła mu surowa kara. Działacze światowej federacji sportów motorowych postanowili jednak darować.

Hamilton od dawna mocno wspiera wszelkie działania antyrasistowskie. To za jego przykładem także inni kierowcy F1 opowiedzieli się przeciwko dyskryminacji rasowej i nierówności społecznej, wspierając rosnący na sile na całym świecie ruch Black Lives Matter. Odbierając nagrodę za zwycięstwo w wyścigu na torze w Toskanii Hamilton wszedł na podium w koszulce z napisem: „Areszt dla policjantów, którzy zabili Breonnę Taylor”.
Nawiązał tym do sprawy 26-letniej ratowniczki medycznej Breonny Taylor, która została 13 marca tego roku zastrzelona we własnym domu przez detektywów z wydziału narkotykowego policji w Louisville (stan Kenntucky). Interwencję przeprowadzono jedynie na podstawie podejrzenia, ale wedle doniesień amerykańskich mediów w mieszkaniu ratowniczki nie znaleziono narkotyków. O śmierci Taylor znów stało się głośno gdy jej rodzina złożyła pozew przeciwko policji, a potem w czerwcu w wyniku policyjnej interwencji w Minneapolis życie stracił Afroamerykanin George Floyd.
Sprawa zabójstwa Breonny Taylor przez policjantów nadal nie została wyjaśniona, a na dodatek żaden z uczestniczących w interwencji policjantów nie poniósł konsekwencji, przeciwko czemu w niedzielny wieczór na torze Mugello Circuit pod Florencją postanowił zaprotestować Hamilton.
Tym razem jednak jego manifestacja w decyzyjnych kręgach FIA wzbudziła kontrowersje. Jak twierdzi dziennik „Daily Mail” działacze światowej federacji mieli stwierdzić, że kierowca Mercedesa jednak naruszył przepisy organizacji zabraniające manifestacji o charakterze politycznym. Ostatecznie jednak Hamilton uniknął kary i w najbliższy weekend na pewno zobaczymy go w wyścigu o Grand Prix Rosji na torze w Soczi, w którym zapewne powalczy o swój 91. triumf w wyścigach F1 i wyrównanie rekordu Schumachera.

Strach przed koronawirusem

Epidemia koronawirusa wybuchła przed Nowym Rokiem w Wuhan, stolicy prowincji Hubei w środkowych Chinach. Mimo ogromnych starań chińskich władz żeby ją zwalczyć, liczba ofiar i zakażonych rośnie, co powoduje rosnącą panikę na świecie. Także w środowisku sportowym. IAAF odwołał już zaplanowane w lutym w Nankinie halowe mistrzostwa świata.

Nowy koronawirus wywołuje zapalenie płuc, które może być śmiertelne. W Chinach kontynentalnych zakażenie potwierdzono już u ponad 17 tys. osób, a blisko czterysta osób już zmarło. Przypadki zakażeń wykryto także w innych krajach, w tym w Niemczech, Rosji, Francji i Włoszech. Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) nowy wirus stanowi zagrożenie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym.
Organizatorzy sportowych zawodów w Chinach mogli tylko ze zgrozą obserwować, jak narasta lawina odwołań. Zaczął FIS rezygnując z przeprowadzenia w lutym zawodów Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim w Yanqing. Potem taką samą decyzję podjęli działacze IAAF, którzy postanowili przenieść zaplanowane na marzec lekkoatletyczne halowe mistrzostwa świata w Nankinie na 2021 rok, a przy majowych mityngach Diamentowej Ligi w Shenzen i Szanghaju postawiono znaki zapytania. Jeszcze w styczniu dołączyła do nich Światowa Federacja Tenisowa (ITF) odwołując na razie tylko do końca kwietnia wszystkie turnieje organizowane w Chinach pod jej szyldem.
Rozwojowi sytuacji w Chinach przyglądają się też szefowie Międzynarodowej Federacji Samochodowej (FIA). „W związku z epidemią koronawirusa, która wybuchła w Chinach na początku roku, FIA ściśle monitoruje sytuację z odpowiednimi władzami i federacjami krajowymi. Jeśli będzie to konieczne, to FIA podejmie wszelkie działania w celu ochrony globalnej społeczności sportów motorowych i publiczności” – napisano w oświadczeniu przesłanym przez FIA do mediów. To oznacza, że federacja bierze pod uwagę odwołanie wyścigu o Grand Prix Chin w Szanghaju zaplanowanego w dniach 17-19 kwietnia.
A co z letnimi igrzyskami olimpijskimi w Tokio, których otwarcie ma się odbyć przecież 24 lipca? Niemiecka agencja DPA poinformowała, że działacze MKOl zwrócili się do Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z prośbą o opinię, czy rozwój epidemii wirusa może zagrozić igrzyskom. „To prawda, skontaktowaliśmy się z WHO w sprawie koronawirusa. Będziemy też współpracować z wszystkimi organizacjami, które monitorują występowanie chorób zakaźnych i próbują się im przeciwstawić. Bezpieczeństwo wszystkich olimpijczyków jest dla nas priorytetem” – potwierdzili przedstawiciele Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Reakcja japońskich władz była natychmiastowa. „Nasze przygotowania do igrzysk przyspieszyły. Musimy zmierzyć się z koronawirusem, aby go zatrzymać. Zrobimy wszystko, aby rozwiązać ten problem” – zapewnił gubernator Tokio Yuriko Koike na łamach brytyjskiego dziennika „The Guardian”.
Niepewność jednak rośnie, bo dzisiaj nikt nie jest jeszcze w stanie powiedzieć, kiedy wirus wyhamuje. To stanowi problem m.in. dla piłkarskich działaczy w Chinach. Liga w tym kraju miała rozpocząć rozgrywki 22 lutego, ale inaugurację odwołano bez podania nowego terminu. „Decyzja o odroczeniu krajowych zawodów piłkarskich w sezonie 2020 ma pomóc w zapobieganiu i kontroli epidemii zapalenia płuc wywołanego przez zakażenie koronawirusem. Naszym celem jest ochronić zdrowie kibiców, dziennikarzy, zawodników, trenerów i wszystkich pracowników klubu” – poinformowali w oświadczeniu działacze Chińskiego Związku Piłki Nożnej.
W chińskiej ekstraklasie występuje tylko jeden polski piłkarz – były reprezentant naszego kraju Adrian Mierzejewski, który w tej chwili jest związany rocznym kontraktem z klubem Chongqing Lifan. Należy do licznego grona cudzoziemskich graczy, także przybyłych tu z mocnych europejskich lig i markowych klubów, jak Brazylijczyk Paulinho (FC Barcelona), Hulk (Zenit Petersburg, FC Porto) czy Mousa Dembele (kiedyś Tottenham). Mierzejewski na razie czeka na rozwój wydarzeń i nie ulega panice, ale nie wszyscy obcokrajowcy wykazują się taką postawą.
Brazylijska piłkarka nożna Millene Fernandes, która podpisała kontrakt z piłkarskim klubem Wuhan Xinjiyuan, zamknęła się w swoim domu i zaczęła słać apele o pomoc. „Jestem bardzo zaniepokojona. Nie wychodzę ze swojego mieszkania. Chcę opuścić Chiny i mam nadzieję, że brazylijski rząd mi pomoże bo linie lotnicze zrezygnowały z lotów do Wuhan do odwołania” – skarży się Fernandes w przekazie wideo, który wysłała do agencji AFP.