Z Petersburga i Leningradu do Warszawy

To już drugi absolwent słynnego Konserwatorium Leningradzkiego (teraz już oczywiście Petersburskiego), który w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci obejmuje funkcję szefa artystycznego warszawskiej Filharmonii Narodowej.

Tym pierwszym był maestro Kazimierz Kord, tak błyskotliwie kierujący warszawskimi filharmonikami przez niemal ćwierćwiecze, bo w latach 1977-2001; w swojej autobiografii Kord pisze, że sześć lat spędzonych na studiach pianistycznych w Leningradzie było najpiękniejszym podarkiem, jaki otrzymał w młodości. Tym drugim jest rozpoczynający właśnie swoją pracę w Warszawie Andrzej Boreyko – przybywający do nas z Niemiec obywatel świata, z polsko-rosyjskimi wszakże korzeniami.
*
Bo jest Boreyko synem Polaka, który podczas nauki w leningradzkim uniwersytecie poznał i poślubił rosyjską artystkę baletu; młode małżeństwo osiadło następnie w Poznaniu, gdzie urodzony w 1957 roku w Leningradzie Andrzej spędził pierwsze pięć lat życia. Kiedy rodzice się rozeszli, znalazł się wraz z mamą na powrót w Leningradzie; tam też dziesięć lat śpiewał w chórze chłopięcym i stamtąd po ukończeniu studiów dyrygenckich ruszył w Rosję. Pracując z kilkoma rosyjskimi orkiestrami, zdążył też przy okazji wziąć udział i zdobyć wyróżnienie na Konkursie im. Fitelberga w Katowicach w 1987 roku; ja poznałem go trzy lata później w Moskwie podczas corocznego festiwalu muzyki współczesnej „Moskiewska Jesień”, na który przyjechał już na czele Uralskiej Orkiestry Symfonicznej ze Swierdłowska. Poproszony przezeń, jako wicedyrektor Ośrodka Informacji i Kultury Polskiej w ZSRR, o pomoc i pośrednictwo w kontaktach z polskimi instytucjami muzycznymi, po kilku miesiącach znalazłem się na jego zaproszenie w tymże Swierdłowsku, gdzie na własne oczy i uszy mogłem dokładniej przekonać się, jak ciekawie buduje repertuar swej orkiestry, jak znakomicie ją prowadzi (przy tym osobiście komentując z estrady wykonywane podczas koncertu dzieła, podobnie jak wtedy w Moskwie czynił to czasem wielki Giennadij Rożdiestwienski) i jak bardzo upodobał sobie polską muzykę współczesną (w programie wieczoru, do którego się odnoszę, prezentującego swego rodzaju „przekłady muzyczne”, znalazły się też Wariacje na temat Paganiniego na fortepian i orkiestrę Witolda Lutosławskiego). Po kolejnych kilku miesiącach, kiedy to powiozłem doń nasz znany duet fortepianowy Tamarę Granat i Waldemara Malickiego, blisko półtoramilionowy Swierdłowsk był już na powrót Jekatierinburgiem (upamiętniającym carycę Katarzynę, ale nie tę Wielką, lecz Pierwszą – żonę i następczynię Piotra Wielkiego), a Boreyko sposobił się do… powrotu do miasta swego dzieciństwa, wygrawszy konkurs na dyrektora artystycznego Filharmonii Poznańskiej.
Jednak w Poznaniu, choć mieście z tak dużymi muzycznymi tradycjami i współczesnymi osiągnięciami – pamiętającym jeszcze Roberta Satanowskiego, a wtedy kierowanym przez Mieczysława Dondajewskiego teatrem operowym, znanym ruchem miłośników muzyki „Pro Sinfonika” Alojzego Andrzeja Łuczaka, chórami Jerzego Kurczewskiego i Stefana Stuligrosza – nie zadomowił się Boreyko w tych nieprostych latach transformacji najlepiej: mimo starań nie uzyskał polskiego obywatelstwa, zdarzało się też na przykład tak, że w odpowiedzi na swą propozycję umieszczenia w programie koncertu utworu Szostakowicza słyszał zarzut „komunistycznej propagandy”. Nic też dziwnego, że otrzymane w połowie lat dziewięćdziesiątych zaproszenie do objęcia funkcji generalnego dyrektora muzycznego niemieckiej Jeny przyjął bez większych wahań. Odtąd też przez kilkanaście lat z powodzeniem szefował znanym orkiestrom w Niemczech, Szwajcarii, Kanadzie, Belgii i USA, równocześnie z innymi zachodnimi zespołami – już tymi naprawdę najsłynniejszymi, w rodzaju filharmoników nowojorskich czy symfoników wiedeńskich – regularnie występując gościnnie. Gościem też już tylko bywał w Rosji i w Polsce – jednak gościem coraz to bardziej pożądanym i coraz goręcej oklaskiwanym. Dotyczyło to i Warszawy – do dziś pamiętam na przykład sukces jego koncertu wiosną 2011 roku, kiedy poprowadził warszawskich filharmoników między innymi w VIII Symfonii Szostakowicza.
Niewątpliwym wydarzeniem okazał się i pierwszy występ Boreyki z tą orkiestrą już w roli jej szefa, którego byliśmy świadkami kilka tygodni temu – koncert dany 1 września, a zamykający warszawski festiwal „Chopin i jego Europa”, imprezę, jak zwykle, znakomitą, choć tym razem można było jej zarzucić nadmierną już chyba egzaltację fortepianem historycznym i trochę zbyt skromne potraktowanie obchodzonego w tym roku 230-lecia urodzin naszej wybitnej Chopina poprzedniczki – Marii Szymanowskiej, znakomitej kompozytorki i pianistki, pierwszego cieszącego się wielką europejską sławą polskiego wykonawcy i pierwszej cieszącej się taką sławą kobiety wirtuoza fortepianu. Znalazło się za to w programie festiwalu godne odniesienie, i to właśnie w ramach wieczoru dyrygowanego przez Boreykę, do innego ważnego muzycznego jubileuszu – wykonany z okazji 100-lecia urodzin kompozytora I Koncert skrzypcowy tak dziś głośnego w świecie Mieczysława Wajnberga, z brawurową Aleną Bajewą jako solistką. Znowu był w programie Lutosławski – tym razem młodzieńcze Wariacje symfoniczne, a całość zwieńczyła bardzo ciekawie podana V Symfonia Beethovena, prowokując salę do nader żywego aplauzu. Zaczął Boreyko w Warszawie znakomicie!
*
A skoro już mowa o Chopinie – warto przypomnieć, że dokładnie 125 lat temu, w połowie października 1894 roku, zjechał z Petersburga do Warszawy w chopinowskich właśnie sprawach Milij Bałakiriew – znakomity rosyjski kompozytor i pianista, przywódca legendarnej „Potężnej Gromadki”, której członkami byli m. in. Musorgski i Rimski-Korsakow. Zjechał, by jako gość specjalny cieszyć się owocami przedsięwzięcia, które sam zainicjował. Trzy lata wcześniej bowiem Bałakiriew, jako świetny znawca, znakomity interpretator i gorliwy propagator muzyki Chopina zafundował sobie pielgrzymkę do miejsca urodzin swego bożyszcza – Żelazowej Woli, a znalazłszy tamtejszą oficynę Chopinów w stanie skrajnego zaniedbania i zapomnienia, zwrócił się publicznie do polskiej społeczności muzycznej z żarliwym apelem o przywrócenie tego miejsca powszechnej pamięci. W rezultacie działań, które nie bez Bałakiriewa rad i pomocy natychmiast podjęło Warszawskie Towarzystwo Muzyczne z Zygmuntem Noskowskim na czele, obok oficyny, gdzie Chopin przyszedł na świat, wzniesiono okazały, stojący po dziś dzień obelisk, a cały teren posiadłości doprowadzono do należytego porządku; 14 października 1894 roku na uroczystość odsłonięcia obelisku do Żelazowej Woli przybyło z Warszawy i okolic z górą dwa tysiące (!) osób, a Bałakiriewa, jedynego zaproszonego Rosjanina, poproszono o krótki plenerowy występ wraz z czołowymi pianistami polskimi. 17 października zaś, w 45. rocznicę śmierci Chopina, w Salach Redutowych w Warszawie dał Bałakiriew owacyjnie przyjęty wielki recital chopinowski, z którego dochód poszedł na stypendia dla polskiej młodzieży pianistycznej. Choć więcej już z Petersburga Bałakiriew do Warszawy i Żelazowej Woli nie przyjeżdżał, Chopin pozostał jego artystycznym ideałem do końca życia – nadal gorąco propagował jego muzykę, przygotowywał opracowania i transkrypcje jego utworów, budował jego kult, nie tylko w Rosji, lecz także na Zachodzie, na przykład angażując się w sprawę postawienia pomnika kompozytora w Paryżu; ostatnim akordem ziemskiej drogi Bałakiriewa stały się zorganizowane przezeń w Petersburgu i Moskwie bogate obchody stulecia urodzin naszego kompozytora. Po śmierci Bałakiriewa – w maju 1910 roku – Adolf Chybiński napisał w miesięczniku „Świat Słowiański”: „Naród nasz powinien dla Bałakiriewa zachować wspomnienie sympatyczne”.
*
A po swym wspomnianym tu wrześniowym koncercie Andrzej Boreyko zwierzył mi się, że zamierza w niedalekiej przyszłości wykonać z warszawskimi filharmonikami Koncert fortepianowy e-moll Chopina w instrumentacji Bałakiriewa…