Z Gruzą po Warszawie

Mija pierwsza rocznica śmierci Jerzego Gruzy (16.02. 2020), znakomitego reżysera telewizyjnego, teatralnego i filmowego, twórcy m.in. komedii „Dzięcioł”, seriali „Czterdziestolatek” czy „Wojna domowa”, znakomitego inscenizatora telewizyjnego (m.in. wspaniałe spektakle Teatru Telewizji – „Mieszczanin szlachcicem” Moliera (1969), „Cezar i Kleopatra” G.B. Shaw (1972) czy „Rewizor” Mikołaja Gogola (1977).

Mniej znany jest jego znakomity dorobek literacki (m.in. „40 lat minęło”, „Telewizyjny alfabet rozrywki”, „Człowiek z wieszakiem. Życie towarzyskie zawodowe”).
Jego „Pasaże warszawskie” to nie monotonny opis ulic, placów, kościołów i pałaców, nie „księgowy” rejestr jakich wiele. Gruza prowadzi nas po Warszawie przepuszczonej przez subiektywny filtr jego esprit, inteligencji i dowcipu. A humorystą jest Gruza wspaniałym, sytuującym się w ścisłej czołówce tego gatunku.
Z francuska pasaż (passage) to – przejście, ale nie tylko w znaczeniu krótkiego aktu przejścia przesmykiem z jednej ulicy do drugiej i nie tylko określenie zadaszonej handlowej uliczki czyli pasażu handlowego. Pasaż to chodzenie.
Chodzenie zaś jest jednym ze źródeł poznania świata. Tradycja pasaży jako tworzywa literatury sama w sobie jest bogata. Pasażem bez wątpienia jest „Ulisses” Joyce’a czyli wędrówki Blooma po Dublinie. Są też pasaże Balzaca w jego „Komedii ludzkiej”, czyli wędrówki Rastignaca czy Lucjana de Rubempre po Paryżu i pasaże bohaterów „Tajemnic Paryża” Eugeniusza Sue. Zapisem pasaży po starej, wesołej Anglii, jest „Klub Pickwicka” Dickensa, choć to takie pasaże nieklasyczne, bo podejmowane z pomocą dyliżansu, podobnie jak „Don Kichot” Cervantesa, gdy tytułowy bohater wałęsa się na chudym koniu z Sanczo Pansą u boku, po zapylonych traktach dawnej Hiszpanii.
Są też pasaże Waltera Benjamina i najnowsze jak dotąd, błyskotliwe pasaże paryskie Krzysztofa Rutkowskiego (nie mylić z posłem-detektywem). Wyliczankę tę można by ciągnąć długo. Ale dość tych paranteli i pokrewieństw, bliższych i dalszych, bo „Pasaże warszawskie” Jerzego Gruzy mają swój własny, oryginalny walor, urok i smak. Gruza nie jest nowicjuszem w pisaniu, przeciwnie, ma już na swoim koncie kilka książek, naznaczonych jego oryginalnym, pełnym inteligentnej ironii stylem pisania.
W ostatnim 15-leciu ukazało się sporo wywiadów-rzek lub wspomnień znanych aktorów i reżyserów, ale niestety większość z nich, mimo zawartych w nich interesujących informacji, jest literacko słaba, do tego nieraz naznaczona minoderią i – co gorsza – infantylizmem. Tymczasem Gruza to znakomity pisarze, obdarzony wyśmienitym zmysłem mądrej obserwacji, darem obrazowania, soczystym stylem i pyszną ironią. Jego książka sygnowana jest jako zbiór felietonów, ale to raczej powiastki, trochę filozoficzne, dyskretnie plotkarskie, pełne wolterowskiej ironii, to dobrotliwej, to sarkastycznej. To się po prostu pysznie czyta, znajdując co rusz istne perły wyrafinowanego lub inteligentnie stylizowanego na trywialny humoru. Równie cennym walorem „pasaży” Gruzy jest ich tytułowa warszawskość. Jego książka jest cennym wkładem w tworzenie legendy, duchowego obrazu współczesnej Warszawy.
To „miasto nieujarzmione”, owiane oficjalną legendą bohaterstwa i miłością narodową ponad podziałami politycznymi, nie miało szczęścia do miłości zwykłej nie tylko Polaków, ale i samych mieszkańców stolicy. Warszawę powojenną (bo przedwojenna była w lepszej sytuacji) lubiła i lubi jedynie garstka pożytecznych maniaków, jej smakoszy, umiejących docenić trudny wdzięk nadwiślańskiej stolicy.
Poza tym zewsząd słyszy się ton wobec Warszawy w najlepszym razie ironicznie protekcjonalny, a często niechętny, co streszcza się w określeniu „warszawka”, a w odniesieniu do Starego Miasta: „atrapa”, tak jakby to Starówka była winna temu, że ją Niemcy zburzyli. Nawet piosenki warszawskie w rodzaju „Warszawa da się lubić” czy „Sen o Warszawie” niewiele pomogły. Nie pomógł nawet „Zły” Leopolda Tyrmanda, być może najbardziej warszawska powieść w historii literatury polskiej od czasów „Lalki” Prusa. Bardzo wielu, i to także warszawian, nadal uważa uporczywie i niesprawiedliwie, że „Warszawa nie da się lubić”.
Fakt, Warszawa ma swoje liczne wady, ale jaki byt jest od nich wolny na tym padole łez? Szczęśliwie w ostatnich latach zaczyna się to zmieniać, Warszawa intensywnie szuka swojego współczesnego kształtu, kolorytu, własnej mitologii i legendy, nie tylko spod znaku Warsa, Sawy, Syrenki i Złotej Kaczki przy Tamce. J. Gruza dopisał swój cenny akapit do tego tworzącego się wizerunku stolicy. Pasaż z Gruzą po Warszawie to spacer od basenu „Legii” z jego niegdysiejszym kolorytem towarzyskim i dzisiejszym upadkiem, poprzez nieistniejącą już kamienicę z okolic Dworca Centralnego, z klimatem pachnącym „Wspólnym pokojem” Uniłowskiego, kawiarnię w hotelu MDM, „centralę zdrad małżeńskich”, straż pożarną przy Polnej, magiczną ulicę Tarczyńską, słynną niegdyś „Baryłeczkę” na rogu Marszałkowskiej i Wilczej (dziś „Paryż-Texas”), pełen odorów klub PTTK naprzeciwko pomnika Kopernika, niezapomniany bar „Praha”, niegdysiejszą sensacyjną nowinkę socjalistycznej gastronomii stolicy, po „Supersam” przy Puławskiej, socjalistycznego pradziadka dzisiejszych supermarketów.
Smaku dodają zabawnie wplatane wątki ze świata artystycznego i „erotyczne”, w której to dziedzinie Jerzy Gruza jest znanym, uznanym i bardzo doświadczonym koneserem. „Pasaże warszawskie”, to także lekko przewrotna „pochwała miasta”, żywiołu, w którym inteligent Gruza czuje się chyba najlepiej.
Bo tylko na 3/4 ironicznie pisze: „Precz z naturą! Wychowani wśród murów, ulic, sklepów, magazynów, kin, teatrów…zadymionych kawiarni, pubów, dyskotek, smrodów tysięcy rur wydechowych, wyziewów ze śmietników, a nawet klimatyzowanych pomieszczeń wytwornych biur i urzędów, gdy tylko opuścimy swoje legowisko, padamy ofiarą natury, która tylko czyha, aby napaść na człowieka z miasta”. W „Pasażach warszawskich” Gruzy odbija się też – co ważne dla dokumentacyjnej strony książki – ówczesny klimat polityczno-społeczny, opisany nie wprost, ale poprzez aluzje, nawiązania do osób, procesów, postaw i opinii politycznych.

10 najlepszych polskich filmów dekady

Poprzednia dekada była jedną z lepszych w historii polskiej kinematografii. Świadczą o tym nie tylko wysokojakościowe produkcje, kooperacje z twórcami zagranicznymi, ale także zdobywane nagrody na europejskich i światowych festiwalach. Gorące przyjęcie jednej z polskich produkcji na Berlinale to powoli standard, Oscar dla polskiego filmu czy reżysera przestał być czymś nieosiągalnym. I ja pokusiłem się zatem o stworzenie listy dziesięciu najlepszych polskich produkcji filmowych ostatnich dziesięciu lat.

Spisując swój TOP 10, postawiłem na filmy pełnometrażowe i fabularne, aczkolwiek na liście znalazł się również jeden film dokumentalizowany, który znalazł w moim sercu szczególne miejsce. I jeszcze gwoli wyjaśnienia: nie wszedł do dziesiątki żaden z głośnych filmów Jana Komasy, mimo że stworzył ich on w ostatnim dziesięcioleciu aż cztery. Nie jest to spowodowane jakąś awersją do jego produkcji. Sądzę jednak, że w latach 2011-2020 powstało naprawdę wiele ciekawszych dzieł, o których nie wszyscy mogą pamiętać. Nie ma w zestawieniu żadnego filmu Romana Polańskiego, ale to akurat spowodowane jest faktem, że nagrywa on w innych państwach, niż Polska.
Każdy, poza jednym, film w tym zestawieniu jest do obejrzenia w legalnych źródłach internetowych. Większość z nich nie wymaga wykupienia dodatkowego seansu w ramach VOD i znajduje się na Netfliksie. W przypadku braku jakiegoś filmu na platformie internetowej pozostaje poszukanie go na DVD lub Blu Ray.
Miejsce 10. – Plac Zabaw (2016), reż. Bartosz M. Kowalski
Bardzo mocny fabularny debiut młodego reżysera. Po premierze zebrał mieszane recenzje, a dla części widzów okazywał się zwyczajnie zbyt obciążający: część wychodziła z sali w połowie, reszta tuż przy końcówce. Aby nie zdradzić za wiele szczegółów ze scenariusza, skupię się na przekazie, jaki niesie ten film kręcony w bliskiej mojemu sercu Świdnicy. Kowalski w swoim filmie pokazuje, jak trudny jest los dziecka, który nie może polegać na swoim rodzicu; które samo dla siebie musi stać się rodzicem.
Ascetyczny, blady obraz narastającego gniewu i frustracji został skonstruowany tak, że oglądając Plac Zabaw można poczuć się, jakby uczestniczyło się w pokazie filmu Michaela Haneke. Odważna teza? Będę jej bronić, bo Kowalski to reżyser niezwykle ciekawy. Odważne i radykalne wybory scenariuszowe są tym, co pozwalają kinu się rozwijać i nie stać w miejscu.
Miejsce 9. – Ostatnia rodzina (2016), reż. Jan P. Matuszewski
Rodzina Beksińskich zdecydowanie zasługiwała na film biograficzny poświęcony każdemu z jej członków. Cieszę się, że w 2016 Netflix nie był jeszcze skory do produkowania w naszym kraju seriali, bo pomysł Matuszewskiego doczekałby się pewnie rozwleczonej wersji na kilka odcinku. A tutaj w niewiele ponad dwie godziny reżyserowi udało się oddać klimat tamtych lat i wyciągnąć ze swoich bohaterów wszystko co możliwe.
Najbardziej przed kamerą szalał Dawid Ogrodnik, wcielający się w rolę Tomka Beksińskiego, ale to nic dziwnego (ten aktor tak szaleje zawsze). Na uwagę zasługują w tym filmie wielkie-małe kreacje, takie jak Aleksandry Koniecznej w roli żony i matki dwóch artystów. Ostatnia rodzina nie jest filmem komediowym. Obraz genialnie balansuje na granicy ostentacyjnego szaleństwa i idealnej, pustej ciszy. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów sztuki i idealna odtrutka dla tych, którzy zawiedli się na Powidokach (2016) Andrzeja Wajdy.
Miejsce 8. – Cicha Noc (2017), reż. Piotr Domalewski
Trzeci z rzędu debiut fabularny, trzeci z rzędu film o patologicznej, dysfunkcyjnej rodzinie, o konflikcie ojca z synem i trudnym do przyjęcia na trzeźwo finale. Domalewski osobiście napisał scenariusz i wyreżyserował swój film, więc mamy tutaj do czynienia z autorską wizją w pełnej krasie. Cichej nocy niedaleko jest do osławionego Wesela (2004) w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Jeśli jednak zależy nam na porównaniach, to Cichą noc nazwałbym “polską Sieranevadą” – Domalewski w niektórych miejscach dorównał Cristiemu Puiu, mistrzowi rumuńskiej nowej fali w pokazywaniu cholernie trudnych relacji rodzinnych.
Cicha noc ma kilka słabych stron, takich jak dialogi, które momentami wychodzą bardzo nienaturalnie. No i nie warto jej oglądać przy rodzinnej kolacji, no chyba że w celu przejścia swego rodzaju terapii. Rodzina, jaka by nie była, pełna jest jednostek, które muszą ze sobą koegzystować, mimo, że tylko część z nich wyraziła na tę relację pisemną lub nieformalną zgodę.
Miejsce 7. – Wołyń (2016), reż Wojciech Smarzowski
Wołyń Smarzowskiego pierwszy raz widziałem podczas klasowego wyjścia do kina, bodajże w drugiej klasie gimnazjum. Wywarł na mnie bardzo duże wrażenie. To, co udało się stworzyć reżyserowi w tym filmie momentami zakrawa o majstersztyk. Dziś, mając już nieco więcej wiedzy filmowej i będąc po drugim seansie tego dzieła jestem przekonany, że Wołyń znajdzie się za jakiś czas w poczecie najlepszych polskich filmów wojennych.
Niektóre sceny pokazywane nam przez Smarzowskiego mogą być dla wielu niemożliwe do przyjęcia. Kto jednak przetrwał Idź i patrz (1985) albo Underground (1995), ten, sądzę, będzie w stanie zanurzyć się całkowicie w seansie Wołynia. Autor tego filmu zrobił naprawdę świetną robotę, przecinając supeł, jaki zawiązały środowiska nacjonalistyczne wokół prawdy o Wołyniu. Pokazał, że ani świat, ani pamięć po masakrze nie jest czarno-biała. I zarówno Ukraińcy, jak i Polacy mają swoje za kołnierzem.
Miejsce 6. – Body/Ciało (2015), reż. Małgorzata Szumowska
Z filmami Małgorzaty Szumowskiej zazwyczaj jest tak, że albo zapowiadają się na wielkie kino, a później wychodzą okropnie albo na odwrót – pozornie nudna i opowiedziana tysiąc razy opowieść staje się małym arcydziełem. I tak właśnie jest w przypadku tego, nagrodzonego na festiwalu Berlinale Srebrnym Niedźwiedziem obrazu. Produkcja Szumowskiej opowiada o młodej dziewczynie przegrywającej walkę z zaburzeniami odżywienia, jej ojcu – znudzonym życiem policjancie-wdowcu oraz terapeutce, która ma pomóc Oldze wyjść z anoreksji.
Stanowczo odradzam ten film osobom, które mają jakieś zaburzenia odżywiania i trudno radzą sobie ze słuchaniem na ich temat. Wszystkim innym jednak film serdecznie polecam. Szumowska zawarła w nim wzruszający portret relacji córki z ojcem. Choć przez cały seans trudno nawet na chwilę się uśmiechnąć, to dajcie sobie czas. Zakończenie filmu było potężną ulgą oraz plastrem na zszargane przez scenariusz serce.
Miejsce 5. – Ida (2013), reż. Paweł Pawlikowski
Jedyny polski obraz, który kiedykolwiek zdobył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Film, który podzielił Polaków, ale ustawiając linie podziału na zupełnie innej płaszczyźnie, niż dotychczas. Pawlikowskiemu zarzucano zbytnie upolitycznienie filmu, przekazywanie lewicowej narracji, bicie w polskie narodowe świętości, w tym w Kościół, a do tego uderzenie w kapitalizm i bezceremonialne podejście do polskiej historii pełnej porażek.
Ale nie czas teraz na streszczanie prawicowej histerii. Ida jest naprawdę pięknym, minimalistycznym i ascetycznym obrazem pełnym metafor i odniesień. I jeszcze te dwie genialne kreacje – Agaty Kuleszy wcielającej się w łódzką prokuraturę Wandę Gruz i Agaty Trzebuchowskiej, która odtwarzając rolę tytułowej bohaterki wygląda, jakby uciekła z planu zdjęciowego do Matki Joanny od Aniołów (1961).
Miejsce 4. – Monument (2018), reż Jagoda Szelc
Monument jest drugim po filmie Wieża. Jasny dzień pełnometrażowym filmem wrocławskiej reżyserki. I choć ten pierwszy jest znacznie bardziej przystępny, to poziom surrealizmu, do jakiego posunęła się Szelc w Monumencie nie pozwolił mi go tutaj nie umieścić. Historię grupy kelnerów można interpretować na wiele sposób. U części widzów obudzą się zapewne skojarzenia z klasykami polskiego kina, na czele z filmem Janusza Majewskiego Zaklęte rewiry (1975).
Mimo wszystko sugeruję oddać się Jagodzie Szelc, zaznać fenomenologicznego epoché i wyrwać się z tego transu dopiero na napisach końcowych. Monument jest filmem szalonym i każdy odbierze go inaczej. Tak jak w teorii Tomasza Raczka – choć oglądamy ten sam tytuł, to dla każdego widziany film jest czym innym. Filmografia Jagody Szelc to absolutne must see. Za kilka, kilkanaście lat ta autorka będzie wygrywać nagrody na światowych festiwalach.
Miejsce 3. – Zimna wojna (2018), reż. Paweł Pawlikowski
Choć umieszczanie dwóch filmów jednego reżysera w topkach uważam za nudne, to jednak nikt na to nie zasłużył w minionej dekadzie, jak Paweł Pawlikowski. Przy współpracy z odpowiedzialnym za zdjęcia Łukaszem Żalem odtworzyli losy dwójki zakochanych w znakomity sposób pełen słodyczy i goryczy. Pozwolili widzom całkowicie zanurzyć się w opowiadanej historii. Zaznać całkowitej immersji, gdy Joanna Kulig z zespołem Mazowsze śpiewa “Dwa serduszka, cztery oczy” na tle wielkiego płótna z wizerunkiem Józefa Stalina.
Pawlikowski wydobył ze swoich aktorów wszystko, co się tylko dało. Enigmatyczna rola Tomasza Kota, ponętna, ale jednocześnie silna Joanna Kulig, naprawdę dobry (a to rzadkość) Borys Szyc i świetna Agata Kulesza. Zimną wojnę doceniono zarówno w Polsce, jak i na zachodzie – słusznie, bo to naprawdę rewelacyjny film.
Miejsce 2. – Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham (2016), reż. Paweł Łoziński
Jedyny dokument w całym zestawieniu. Najprawdopodobniej także najkrótszy obraz ze wszystkich – dosłownie nagranie z terapii dwóch osób. Ale nawet nie wiecie jak bardzo mocny jest ten film. Łoziński dokonał wiwisekcji relacji pomiędzy matką, a córką. Zwrócił uwagę na to, co utrudnia nam, ludziom sobie bliskim, normalny kontakt. W roli terapeuty wystąpił najbardziej znany polski psycholog Bogdan de Barbaro. Cały film dzieje się w tylko jednym pomieszczeniu. Zmieniają się wyłącznie ubrania bohaterek, bo terapia, jak to terapia, nie trwa 45 minut, tylko kilka tygodni.
Osobiście nie jestem w stanie odnaleźć w produkcji Łozińskiego remedium na własne konflikty rodzinne. Czytałem jednak mnóstwo wypowiedzi innych, głównie młodych dziewczyn, które obejrzały film i czują, że zmienił ich życie. Dlatego zdecydowałem się umieścić go na tak wysokim, drugim miejscu. Jest to bowiem film inny niż reszta. Polecam do obejrzenia także synom, ojcom, babciom, dziadkom i innym, aby nie powielali błędów, jakie popełniły główne bohaterki.
Miejsce 1. – Córki Dancingu (2015), reż. Agnieszka Smoczyńska
Film Smoczyńskiej zdecydowanie nie jest pierwszym wyborem na podobnych listach, które dotychczas pojawiły się w internecie i prasie i wcale nie dziwię się, dlaczego. Mało która produkcja doczekała się tak koszmarnej reklamy. Marketingowcy skierowali go do starszej publiczności, która zachęcona klimatem posiadówek z lat 70. i 80. ruszyła do kin, by tam zderzyć się z szaloną wizją artystyczną Agnieszki Smoczyńskiej, kinem autorskim i niezależnym w pełnej krasie.
Córki dancingu opowiadają o historii dwóch dziewczyn, które są… syrenami. To nie sequel popularnego serialu młodzieżowego H2O. Wystarczy kropla. Film Smoczyńskiej to poważny traktat o tym, czym jest kobiecość. Czym jest nasza wewnętrzna i zewnętrzna tożsamość. To także rzecz o tolerancji wobec innych i wobec siebie. Dodatkowo, absolutnie pokręcony, jak na standardy polskiego kina, artystyczny performance.
Na szczególne wyróżnienie w tej produkcji zasługują jednak role pierwszoplanowe. To, co swoimi kreacjami aktorskimi zrobiły Marta Mazurek i Michalina Olszańska przeszło moje najśmielsze oczekiwanie. Nie tylko grały wybitnie, ale również śpiewały, bo film przymila się do gatunku kina muzycznego. Dla mnie – najlepszy obraz dekady w moim kraju.

Internet za zamkniętymi drzwiami

Państwowy instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa apeluje do dorosłych, by zgłaszali przypadki publikacji treści erotycznych samodzielnie wytworzonych przez osoby nieletnie.
Coraz częściej w sieci spotykane są intymne materiały foto lub wideo przedstawiające dzieci – i często wykonane są one przez nie same. Przypomnijmy, że w świetle polskiego prawa (ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka) za dziecko uznaje się istotę ludzką do chwili osiągnięcia pełnoletniości, czyli 18 lat. Taką osobę określa się też terminem prawnym: „małoletnia”.
Blisko co trzeci ankietowany polski nastolatek w badaniach Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej zadeklarował, że prowadził wideo rozmowy z osobami, których wcześniej nie znał, a co ósmy, że w trakcie takich rozmów dostał propozycję pokazania się bez ubrania. 25 proc. polskich nastolatków zadeklarowało, iż otrzymało czyjeś materiały erotyczne, a ponad 7 proc. – że wysłało komuś swoje. Taki wynik przynosi badanie NASK „Nastolatki wobec internetu” z 2014 r., jednak na podstawie tzw. technik projekcyjnych zastosowanych w kwestionariuszu badania, można wnioskować, że procent takich nastolatków jest znacznie wyższy.
W związu z tym państwowy instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa rozpoczął kampanię „Czy wiesz, co robią dzieci za zamkniętymi drzwiami?”, poruszającą problem wytwarzania oraz prezentowania w internecie i rozsyłania do innych osób intymnych obrazów lub filmów przez osoby małoletnie. Jak precyzuje NASK, chodzi tu o osoby małoletnie: „intencjonalnie angażujące się w erotyczną lub seksualną aktywność”. Eksperci Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej przekonują, że coraz więcej takich obrazów krąży w sieci – i za każdym z nich może stać krzywda dziecka.
Jak podkreśla państwowy instytut badawczy NASK: „Kampania ma zachęcać dorosłych użytkowników Internetu do zgłaszania przypadków publikacji treści erotycznych, samodzielnie wytworzonych przez osoby nieletnie”.
W sformułowaniu tym instytut badawczy NASK użył określenia „osoba nieletnia”, a nie „małoletnia”. Chodzi tu konkretnie o rok różnicy, jest to jednak ważna różnica.
Nieletni to w świetle polskiego prawa karnego osoba poniżej 17 roku życia, która tylko w szczególnych przypadkach może odpowiadać za popełnienie przestępstwa. Do tych przypadków nie należy wytwarzanie materiałów pornograficznych przez nieletniego, z udziałem własnym czy innej osoby nieletniej – za co może jednak karnie odpowiadać osoba małoletnia (w tym przypadku, będąca pomiędzy 17 a 18 rokiem życia).
Dziecko (czyli człowiek poniżej 18 roku życia) może zatem zostać skazane za wytwarzanie i upowszechnianie materiałów zawierających to, co wolno mu robić. Zgodnie z polskim prawem, minimalny wiek, od którego dziecko ma prawo wyrażenia zgody na czynności seksualne z inną osobą wynosi w naszym kraju 15 lat.
Osoba pomiędzy 17 a 18 rokiem życia może więc legalnie już podejmować czynności seksualne, ale nie może ich utrwalać ani ujawniać w internecie, gdyż grozi jej za to odpowiedzialność z art 202 kodeksu karnego (publiczne prezentowanie treści pornograficznych). A jest ona niemała: od 1 roku do nawet 12 lat pozbawienia wolności. Nie dla każdego „intymność” znaczy dokładnie to samo. Ale większość z nas uznaje, że sprawy intymne, czyli związane z seksualnością, należą do sfery najbardziej prywatnej i powinno się je dzielić wyłącznie z najbliższymi osobami. Niestety, nie zawsze młode osoby w pełni zdają sobie sprawę ze znaczenia tego faktu. Albo z innych, zewnętrznych powodów, decydują się postąpić wbrew swojej potrzebie zachowania prywatności. Eksperci, którzy na co dzień zajmują się treściami szkodliwymi i nielegalnymi w Internecie, w tym materiałami przedstawiającymi seksualne wykorzystywanie dzieci, coraz częściej otrzymują zgłoszenia na temat materiałów z bardzo intymnymi treściami wideo i zdjęciami, na których dzieci zarejestrowały same siebie, a potem udostępniły je innym osobom – mówi Anna Rywczyńska, kierownik działu edukacji cyfrowej w państwowym instytucie badawczym NASK.
„Wśród tych zdjęć czy filmów znajdują się takie, gdzie dziecko jest całkowicie rozebrane, widać intymne części ciała lub wręcz jest w trakcie czynności seksualnych” – podkreśla instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa. Mogą to być treści sextingowe, które młodzi przesyłają sobie nawzajem (np. jako dowód miłości, zaufania, element flirtu, zabawy).
Treści takiej korespondencji niekiedy „wypływają” i są upubliczniane wbrew początkowym intencjom pary – na skutek kłótni, pozyskania materiałów przez osoby postronne lub błędu w zabezpieczeniach. Zdarzają się jednak również materiały, które nastolatki przesyłają na prywatnych kanałach osobom nieznajomym lub publikują w szeroko dostępnych serwisach.
Według badań brytyjskiej organizacji Internet Watch Foundation, wśród znalezionych w Internecie materiałów o charakterze seksualnym wykonanych przez osoby nieletnie, 96 proc. treści przedstawiało te dzieci znajdujące się w domowym otoczeniu, przeważnie w pokojach lub sypialniach pełnych zabawek lub młodzieżowych dekoracji. 98 proc.zbadanych materiałów przedstawia dzieci w wieku 13 lat i mniej. Słowem, jest to raj dla pedofilów. W Polsce na razie nie ma podobnych statystyk. – Nie można uznawać, że materiały wytworzone samodzielnie zawsze są wykonane dobrowolnie. W wielu przypadkach są to materiały powstałe w wyniku procesu uwodzenia dziecka, szantażu, pod wpływem presji rówieśników lub środowiska bądź w wyniku podejmowania czynności przez nieletnich, którzy naśladując starszych, nie do końca rozumieją cały kontekst sytuacji – wyjaśnia Martyna Różycka, kierownik należącego do Naukowych i Akademickich Sieci Komputerowych zespołu Dyżurnet.pl, zajmującego się reagowaniem na szkodliwe i nielegalne treści w sieci.
W 2019 r. Dyżurnet.pl przeanalizował 12 517 zawiadomień, z czego 2 295 (czyli 18 proc. analizowanych treści) zostało zakwalifikowanych jako treść pornograficzna z udziałem dziecka. Były to więc materiały bezsprzecznie nielegalne.
Eksperci Naukowych i Akademickich Sieci Komputerowych zauważają, że coraz częściej wśród materiałów atrakcyjnych dla osób o pedofilskich skłonnościach znajdują się materiały samodzielnie wytworzone przez osoby małoletnie. W 2019 r. stanowiły one blisko 10 proc. treści zakwalifikowanych jako pornografia dziecięca. Trudno zrozumieć, co siedzi w głowach nastolatków, którzy samodzielnie wytwarzają pornografię dziecięcą z własnym udziałem, lecz jak wynika z badań NASK, jest to realny problem w Polsce.
Celem kampanii jest zwrócenie uwagi osób dorosłych na to, że nawet drobne działanie, takie jak zgłoszenie nadużycia do moderatora lub administratora serwisu, może zapobiec poważnym konsekwencjom dla dziecka. O ile bowiem młody autor czy autorka intymnego selfie może nie do końca zdawać sobie sprawę, jak poważny błąd popełnia, to dorośli powinni.
Publikowanie materiałów intymnych może prowadzić do nadużyć wobec dziecka, na przykład agresywnych i wulgarnych komentarzy, dalszej seksualizacji oraz przemocy polegającej na wymuszaniu dostarczania kolejnych filmów czy zdjęć. Intymne materiały są oczywiście atrakcyjne dla osób o pedofilskich skłonnościach.
Należy podkreślić, że według polskiego prawa utrwalanie i publikacja treści pornograficznych z udziałem osoby poniżej 18. roku życia są nielegalne. Nakłanianie przez dorosłych osoby nieletniej do prezentowania nagości również jest niezgodne z prawem.
„Wielką rolę mają tu do odegrania rodzice, którzy powinni poważnie traktować internetowe doświadczenia swoich dzieci, słuchać ich i interweniować zawsze wtedy, gdy dziecko czuje, że sobie nie radzi” – podkreśla instytut badawczy NASK. I wskazuje, że to często dorośli krzywdzą dzieci. Tym bardziej na pozostałych dorosłych, którym dobro dzieci leży na sercu, ciąży obowiązek reagowania, gdy dzieje się coś niepokojącego.
Zgłaszanie treści, w których osoby małoletnie są widoczne w seksualnym kontekście, prowadzi do weryfikacji, czy nie doszło do przestępstwa?. Prowadzi też przeważnie do usunięcia filmu czy zdjęcia z danego serwisu a czasem nawet z wyników wyszukiwania lub z dostępnych stron portalu społecznościowego. To ważne dla młodych osób, dla których oglądanie krępujących materiałów przez rodzinę czy przyjaciół może być źródłem cierpienia psychicznego.
„Dlatego, nawet jeśli nie jesteśmy pewni, czy osoba, którą oglądamy jest niepełnoletnia, czy tylko młodo wygląda, powinniśmy zgłosić materiał do sprawdzenia przez moderatora lub do zespołu Dyżurnet.pl” – apeluje instytut badawczy Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa.

Ennio Morricone Ostatni koncert

Kilka miesięcy temu pisałem o spaghetti westernach to pamiętam jaki dreszczyk emocji odczuwałem, gdy przypominałem sobie sceny z dzieł Sergio Leone, w których tajemniczy nieznajomy grany przez Clinta Eastwooda stawał przed kolejnymi przeciwnikami i następowała idealnie skomponowana scena pełna napięcia.

Emocje z podobnej sceny można było podzielić na kilka współczesnych dreszczowców. Niektórzy współcześni twórcy mogą tylko pomarzyć o podobnym napięciu w swoich dziełach. W sumie Sergio Leone również, gdyby kilka lat wcześniej nie poznał w szkole podstawowej cichego i skromnego chłopca interesującego się głównie muzyką. Tym chłopcem był Ennio Morricone bez którego szkolny kolega nie zdobyłby światowej sławy, a my byśmy nie pokochali włoskiego kina strzelanego. Niestety, urodzony w Rzymie kompozytor muzyki filmowej odszedł w poniedziałek aby zagrać ostatni koncert. Może największy.
Żeby stworzyć ścieżkę dźwiękową, nie potrzebował oglądać gotowego filmu. Wystarczał mu sam scenariusz. O współpracę z nim zabiegali najwięksi reżyserzy (w tym między innymi nasz Roman Polański dla którego Morricone napisał muzykę do „Frantica”), a już nie mówiąc o filmowcach z półwyspu apenińskiego.
Jak już wspominałem włoskiego artystę świat poznał kiedy skomponował muzykę do spaghetti westernu Leone „Dobry, zły i brzydki”, czyli początku tak zwanej w Italii „trylogii dolara”. Współpraca obu rzymian była jedną z najbardziej popularnych we włoskim kinie i mimo wyraźnych różnic w charakterach (wybuchowy Sergio i milczący Ennio) nie tylko układało im się na poziomie zawodowym, ale też i prywatnym.
Dla mnie fascynujące było to, że mimo światowej sławy Morricone nadal pozostawał skromnym i bardzo skupionym na swoim fachu muzykiem. Łącznie stworzył on lub współtworzył muzykę do ponad pięciuset filmów, a całe pokolenia kompozytorów wzorowało się na jego twórczości. Można powiedzieć, że muzyka Ennio Morricone była istotnym elementem każdej sceny jak nie dodatkową postacią w filmie.
Aby podkreślić napięcie w scenach przemocy albo stonować przebieg brutalnej walki na ekranie, zamiast pełnego, orkiestrowego brzmienia typowego dla hollywoodzkich superprodukcji z pełnym patosem używał różnorodnych efektów dźwiękowych, takich jak wycie kojotów, odgłosy stąpania konia czy gwizdnięcia. To wzmacniało wrażenie egzotyki, potęgowało efekt pustki, dodając kinu gatunkowemu szczyptę europejskiej ironii. Ta „prostota” była spoiwem w współpracy obu rzymian.
W 2007 roku został nagrodzony przez Akademię Filmową nagrodą honorową – Oscarem Specjalnym. Można pomyśleć, że taki Oscar jest w pewnym sensie pożegnaniem artysty przed przejściem na zasłużoną emeryturę (a ci złośliwi nazywają go zwyczajnie „goodbye Oscar”). Jednak nie w przypadku Morricone, ponieważ już w 2016 roku otrzymał Oscara za ścieżkę dźwiękową do „Nienawistnej ósemki” Quentina Tarantino. Uwierzcie mi, widać było po zazwyczaj spokojnym włoskim artyście ogromne poczucie satysfakcji.
Co kuriozalne nawet w okresie największej sławy nigdy nie dał się namówić na przeprowadzkę do Hollywood i naukę języka angielskiego, aby lepiej nawiązywać współpracę z wielkimi studiami filmowymi, do czego miał go usilnie przekonywać sam Dino de Laurentis – znany włoski producent filmowy pracujący przez dłuższy okres w Kalifornii. Kiedy pewna dziennikarka nie mogła się nadziwić czemu nie chce skorzystać z takiej okazji to jej prosto odpowiedział: wszystko co potrzebuję mam tutaj – w Rzymie.
Liczni reżyserzy stawiali go na równi z wielkimi mistrzami muzyki, czasami może nawet przesadzając i wywołując u samego Morricone zakłopotanie, ale to też mówi o emocjach wyzwalanych przez jego muzykę.

10 filmów, dzięki którym zrozumiesz, co się dzieje w USA

To, co w ostatnich tygodniach ma miejsce w Stanach Zjednoczonych i w większości państw zachodnich coraz bardziej przypomina rewolucję. Płoną komisariaty, burzone są pomniki, a liczba protestujących nie spada. Poniższa lista zawiera filmy, które pozwolą zrozumieć, skąd ten gniew, jakie przerażające wydarzenia i lata dyskryminacji go napędzają.

Część z filmów to dokumenty, opowiadające o tym, co miało miejsce naprawdę. Ale i w obrazach przynależących do sfery fikcji nawet mniej uważny widz dostrzeże analogie do scen, które naprawdę się wydarzyły. Celowo pominięto w tym zestawieniu megaprodukcje, o których trąbił cały przemysł filmowy. Część proponowanych filmów nie doczekała się nawet swojej oficjalnej premiery w Polsce. Dobór jest skoncentrowany na produkcjach amerykańskich, dotyczących sytuacji ludzi czarnoskórych w Stanach Zjednoczonych i ich walki o godne życie. Jednak podobne akty przemocy mają miejsce na całym świecie.
Hej dzieciaki, niech zapłoną serca! Dwa filmy od Spike’a Lee

Lee uchodzi za niekwestionowanego mistrza czarnego kina naszych czasów. Gdy tworzy filmy o społeczności, z której się wywodzi, bardzo często używa niekonwencjonalnych metod i praktyk. Nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak robi. Może być to po prostu chęć eksperymentowania, a także próba zwrócenia uwagi, jak niejednorodne są społeczności czarnoskórych w USA.
Pierwszym filmem, który polecam wszystkim zobaczyć jest postmodernistyczne Ona się doigra (1986), o którym pisałem już przy okazji poprzedniej, tęczowej listy. Do tego jest dobra wiadomość dla osób, którym jednak lepiej wchodzą seriale niż filmy: Spike Lee w latach 2017-2019 nakręcił również serial na podstawie oryginalnej produkcji filmowej. Jedno i drugie dostępne jest na platformie Netflix.
Z kolei
Rób co należy (1989 )

to film, który wiernie pokazuje na ekranie to, co działo i dzieje się teraz w USA. Widzimy dzielnicę, która ledwo sobie radzi z falą upału, im dłużej film trwa, tym bardziej sytuacja staje się napięta, a atmosfera między czarnoskórymi i białymi gęstnieje z minuty na minutę. Film znajdziecie na dwóch polskich portalach VOD.
Paryż Płonie (1990)
jest jednym z trzech dokumentów w całym zestawieniu. Opowiada on o środowisku osób transpłciowych i homoseksualnych w Harlemie oraz Bronxie. Problemy miłosne i z rodziną nakładają się na konflikty klasowe i chociaż obraz Jennie Livingston powstał 30 lat temu, to nie stracił na aktualności. Tak właśnie żyje czarna społeczność LGBT+ w Stanach Zjednoczonych. Obraz dostępny jest za darmo na portalu YouTube.
Chłopaki z sąsiedztwa (1991)
to z jednej strony dramat rodzinny. Z drugiej – naprawdę porządnie zrobiony film gangsterski, można się też w nim doszukać jeszcze co najmniej kilku innych podgatunków. Nie zdradzam szczegółów fabuły, zalecam natomiast oglądanie w pełnym skupieniu, by poczuć klimat bijący z tego dzieła, zanurzyć się w gorącą atmosferę, podkręcaną oprawą muzyczną. Po seansie, zrozumienie motywacji uczestników amerykańskich protestów naprawdę stanie się prostsze. Aż cztery portale umożliwiają legalne obejrzenie filmu w internecie.
Historyczny film
Czarne Pantery. Awangarda Rewolucji (2015)
zniknął z portalu streamingowego Netflix szybciej niż na niego trafił. Ten, kto chce poznać historię jednej z najważniejszych grup politycznych domagających się równości dla praw osób czarnoskórych, może jednak znaleźć go w zasobach YouTube. Warto: dowiecie się, kim byli członkowie Partii Czarnych Panter, kim są teraz i co udało się im osiągnąć.
Dwa filmy od Jordana Peele,
czyli zupełnie nowe spojrzenie na horror oraz problematykę rasową. Określane mianem posthorroru filmy Uciekaj (2017) i To my (2019) są niepowtarzalnymi seansami. W Polsce ten gatunek nie cieszy się zbytnią popularnością, chociaż podbił serca widzów na całym świecie. Jordan Peele jest niezwykle utalentowanym scenarzystą, który potrafi oddać w filmie to, czego sam był świadkiem, a może nawet i przeżył. Oba filmy pokazują dystopijną, ale silnie inspirowaną teraźniejszością rzeczywistość. Pierwszy film dostępny jest na trzech platformach VOD, To my zaś, można zobaczyć aż w czterech miejscach.
Film
LA 92 z 2017 roku
bardzo często przywoływany jest w kontekście dzisiejszych wydarzeń. Tytuł sugeruje, że dokument ten dotyczy zamieszek, które wybuchły po pobiciu Rodneya Kinga. Jednak aby wytłumaczyć sens tamtych wypadków, obraz na początku zagłębia się w problematykę rasowo-klasową lat 50. i 60. Co to za kraj, w którym jesteśmy w stanie wysłać człowieka na księżyc, a nie potrafimy opanować choroby w naszych miastach – słyszymy w pewnym momencie. Czy te słowa się zdezaktualizowały? Bynajmniej. Choć pierwsze zdjęcia ukazane w filmie i nasze czasy dzieli kilkadziesiąt lat, to łatwo zauważyć, że w kwestii równości nie zmieniło się praktycznie nic. Możecie zobaczyć go w serwisie Netflix.
Nienawiść, którą dajesz (2018).
Film bardzo trudny do oceny, ale na pewno warty obejrzenia. George Tillman Jr. stworzył manifest skierowany przeciwko rasizmowi, państwu i systemowej przemocy wobec jednostki. Polityczna otoczka scenariusza rozwijana jest przy pomocy młodej nastolatki o imieniu Starr. Jej świat wywraca się o 180 stopni, gdy jej przyjaciel zostaje zamordowany przez policjanta. Skojarzenia same cisną się na usta, ale problematyka filmu okazuje się jeszcze trudniejsza: wszystko rozgrywa się w świecie ludzi dopiero wchodzących w dorosłość. Trzy polskie serwisy VOD umożliwiają jego obejrzenie – szykujcie się na niełatwy w odbiorze seans. Niesprawiedliwość bijąca z ekranu powoduje, że chce się wejść na barykady i położyć jej kres.
Przepraszam, że przeszkadzam (2018)
jest filmem o jednym z nowszych wynalazków kapitalizmu – telemarketingu. Scenariusz skupia się bowiem na zdesperowanym mężczyźnie, który nie potrafi odnaleźć się w neoliberalnej rzeczywistości, w jakiej żyje. Zatrudnia się zatem w firmie sprzedającej praktycznie wszystko. Na każdym kroku przekonuje się, jak rasistowski jest kapitalistyczny rynek pracy. Elementy science-fiction przedstawione w produkcji nie służą wcale przeniesieniu akcji poza prawdziwy świat, a właśnie temu, by ukazać go w pełni, takim, jakim jest. Obraz Bootsa Rileya znajdziecie na czterech polskich platformach VOD.
Zamiast zakończenia
Jeśli zaczynaliście seans jednego z tych filmów całkowicie nieprzekonani do idei walki o prawa represjonowanych, mam nadzieję, że wasz pogląd na te sprawy się zmienił. Natomiast, jeśli oburzenia nie wzbudziło w was pobicie Rodney Kinga, jeśli nie nie oburzyło was zabójstwo George’a Floyda, jeśli nadal uważacie, że problem was nie dotyczy, bo dzieje się za oceanem i dotyczy ludzi o innym pochodzeniu niż wy, to ruszcie wasze białe dupy pod najbliższy komisariat policji. Nie musisz od razu wybijać szyb, ani wszczynać zamieszek. 9 czerwca Polskę obiegła wiadomość, że sąd w Poznaniu umorzył śledztwo w sprawie zabójstwa Igora Stachowiaka przez policję. Nie będzie pokoju bez sprawiedliwości. Weź ze sobą znicz, znajomych lub rodzinę i zapal choćby to małe światło dla solidarności z ofiarami systemowej, policyjnej przemocy.

Trzy chińskie filmowe hity 2019 roku

W ostatnich latach chińska kinematografia szybko się rozwija. Wśród filmów, które miały swoją premierę w Chinach w 2019 roku, 15 z nich osiągnęło wynik ponad 1 miliarda juanów zysku, w tym 10 z nich to produkcje chińskie. Co warto zauważyć chińskie produkcje są coraz lepszej jakości, dzięki czemu budzą zainteresowanie coraz większej rzeszy widzów. Jednocześnie widzowie coraz bardziej świadomie kupują bilety do kina, wybierając te produkcje, które mają dobre opinie krytyków lub w których występuje ich ulubiona gwiazda.

Niekwestionowanym sukcesem filmowym w Chinach był obraz „The Wandering Earth”, które premiera miała miejsce na początku roku 2019. Osiągnął on rekord kasowy kontynentalnych Chin w wysokości 4,7 miliarda juanów. Film został wyprodukowany z niezwykłym rozmachem, dzięki czemu zyskał uznanie wśród odbiorców. „Ne Zha” to animacja dla dzieci, która wypracowała 5 miliardów juanów zysków. Co warte podkreślenia, żadna z tych produkcja nie został stworzona przez profesjonalnych filmowców. Guo Fan, student prawa, spędził siedem lat, przygotowując „The Wandering Earth”, a Jiao Zi to z wykształcenia lekarz, który stworzył „Ne Zha”. Obaj to młodzi twórcy, którzy nie mając wykształcenia kierunkowego ani uprzywilejowanej pozycji w branży filmowej, podążali za swoimi marzeniami. Dzięki temu osiągnęli sukces.
Film „The Captain” jest oparty na prawdziwych wydarzeniach. Zyski tej produkcji osiągnęły wartość 2,8 miliarda juanów. Jest to opowieść o chińskiej załodze lotnictwa cywilnego, która nie boi się niebezpieczeństwa.
Film „Ne Zha”
Premiera filmu „Ne Zhe” w Chinach miała miejsce 26 lipca 2019 roku. Filmowa opowieść oparta jest na starożytnej chińskiej mitologii. Tytułowy bohater „urodził się jako diabeł”, ale „walczył z swoim losem”.
Bóstwo to nazywane często „Trzecim Księciem” (San Taizi) toczy walki ze smokami, wężami i innymi potworami. Poświęcono mu wiele opowieści, w których opisano jego przygody, w trakcie których wykorzystuje podstęp i żarty. Pojawia się jako jeden z bohaterów w powieści Wu Cheng’ena „Wędrówka na Zachód”. W ikonografii przedstawiany jest często stojący w ognistej obręczy podczas walki z wrogami.
Film to połączenie tradycyjnej kultury chińskiej z rozrywką popularną, cieszącą się dużym zainteresowaniem wśród młodych i starszych widzów. Jego przesłanie wiąże się z ideą bycia niezależnym, przełamuje też wiele stereotypów. Chociaż Ne Zha został reinkarnowany jako dziecięcy diabeł, to dzięki przeżytym przygodom, potrafił on kontrolować swoje złe myśli, co przyniosło wiele korzyści dla ludzi. Jego rodzice mówili mu, że nie powinien być bojaźliwy ani słaby, tylko dlatego, że czuje się odrzucony przez ludzi. Dzięki radom udzielonym przez ojca Ne zha w końcu zrozumiał, że poglądy innych ludzi są ważne, ale kiedy są one niesprawiedliwe, nie należy się nimi przejmować, a najlepszą odpowiedzią jest dawanie przykładu swoim działaniem.
Film” The Captain”
Film ten oparty jest na prawdziwym wydarzeniu załogi Syczuan Airlines 3U8633, która sprostała niebezpiecznej sytuacji mającej miejsce 14 maja 2018 roku. Podczas lotu, ze 119 pasażerami na pokładzie, odnotowano pękanie szyb w kabinie pilotów oraz uwolnienie ciśnienia na wysokości 10 tysięcy metrów. Członkowie załogi poradzili sobie w tej trudnej sytuacji i uratowali życie ponad 100 osobom na pokładzie. Jest to jeden z bohaterskich czynów zapisanych w historii światowego lotnictwa cywilnego.
Dystrybucja „The Captain” rozpoczęła się w Chinach 30 września 2019 roku. Prefesjonalizm w chwili kryzysu, odwaga w podejmowaniu trudnych decyzji oraz etyka zawodowa – to tematy poruszone w tym obrazie filmowym. Historia opowiedziana jest z perspektywy różnych bohaterów. W filmie katastroficznym przedstawiono w jaki sposób załoga wdrożyła procedury obniżania ciśnienia czy poinstruowała pasażerów, aby używali masek tlenowych. „Uwierz nam, mamy pewność, że wszyscy wylądujemy bezpiecznie” – słyszymy słowa jednego z bohaterów filmu. Szczególną postacią jest kapitan samolotu Liu Chuanjian. W produkcji przedstawiono także współpracę między pracownikami wieży kontrolnej na lotnisku, wojskowej floty powietrznej czy Biura Zarządzania Ruchem Lotniczym, co odegrało ważną rolę w popularyzacji wiedzy o zawodach związanych z lotnictwem.
Film “The Wandering Earth”
Film science fiction „The Wandering Earth” został oparty na powieści Liu Cixin o tym samym tytule. Fabuła rozgrywa się w 2075 roku. Oto Słońce ulega destrukcji, a życie na Ziemi jest zagrożone. W obliczu tej tragedii ludzie rozpoczynają projekt „The Wandering Earth”, mający na celu ucieczkę poza Układ Słoneczny oraz znalezienie nowego domu.
Interpretując „The Wandering Earth” można doszukać się chińskiej koncepcji rodziny, bohaterstwa, poświęcenia, patriotyzmu i współpracy międzynarodowej. Nie jest to opowieść o superbohaterach ratujących świat, ale o zwykłych ludziach, którzy razem zmieniają swoje przeznaczenie. Jest to również przełom w narracyjnej rutynie hollywoodzkich filmów science fiction, gdyż jest głosem w dyskusji na temat przyszłości ważnych wartości dla ludzkości oraz poszerzając wizję dotyczącą przyszłości.
Chińscy widzowie odnajdą tu wiele rekwizytów, które inspirowane są tradycyjną kulturą. Budzi to w nich uczucia patriotyczne wobec kraju.
Oprócz doskonałych efektów specjalnych, które można zobaczyć we wszystkich trzech produkcjach, niosą one z sobą także pytania egzystencjonalne i głębokie myśli: kim jest bohater?, mój los zależy ode mnie a nie od kogoś innego.
W 2019 roku na srebrnym ekranie pojawiło się także wiele innych chińskich tytułów, między innymi „My People,My Country”, „Crazy Alien ”, „Sheep Without A Shepherd”, „Better Days” itp., które zdobyły duże uznanie wśród publiczności. Jakie premiery filmowe przyniesie 2020 rok? Można liczyć, że filmowych wachlarz propozycji dla widzów w Chinach będzie bardzo różnorodny, co przyniesie także duże zyski dla producentów i dystrybutorów.

Kino jest najważniejszą ze sztuk

– Podział środowiska na „prorządowe” i „antyrządowe” byłby bardzo szkodliwy dla polskiej sztuki filmowej, szczególnie w czasie, w którym kino polskie idzie w górę. „wylatuje ponad poziomy”, staje się coraz ciekawsze, podejmując tematykę współczesną – z Mieczysławem Wojtczakiem, w latach 1973-1977 pierwszym wiceministrem Kultury i Sztuki, szefem polskiej Kinematografii, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Co Pan pomyślał, kiedy usłyszał Pan o konflikcie między środowiskiem filmowców a władzą na tegorocznym Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni wokół filmu Jacka Bromskiego? Skojarzyło się to z czasami PRL, z konfliktem o „Człowieka z marmuru”? A może jednak uznał Pan, że żadnych podobieństw tu nie ma?

Skojarzenie, jeśli miałem, to bardzo dalekie, bardzo naskórkowe, bo żyjemy jednak w diametralnie innych czasach. Kiedy wspominam przeszłość z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, nie tylko kontrowersje, związane z filmami Andrzeja Wajdy, Jerzego Skolimowskiego, Grzegorza Królikiewicza, Krzysztofa Zanussiego, Krzysztofa Kieślowskiego czy Marka Piwowskiego, to przypomina mi się zrodzona wtedy idea Forum Dyskusyjnego, bo w gronie decydentów od kultury i twórców doszliśmy do wniosku, że polskie filmy trzeba nie tylko kręcić, ale i o nich dyskutować szeroko i głęboko. Podjąłem więc decyzję o powołaniu Forum, które przetrwało jeszcze do dziś, dokonując konfrontacji myśli twórców z udziałem ich samych, krytyków i opinii społecznej. Te dyskusje wpływały wtedy nie tylko na konkretną twórczość, ale i na postawy innych środowisk twórczych. Pamiętam, jak Krzysztof Teodor Toeplitz nawiązał do zatrzymania na półce w 1967 roku filmu Skolimowskiego „Ręce do góry” i stwierdził, że zatrzymanie tego filmu „złamało kręgosłup polskiej kinematografii”. Głos zabrał też Wajda, który stwierdził, że on także nie może zrobić szczerego filmu o tematyce współczesnej. Replikowano mu, że zrobił właśnie „Ziemię Obiecaną”, ale propozycji zrobienia filmu współczesnego nie próbował złożyć, a przecież z uwagi na prestiż jego nazwiska taka propozycja na pewno nie byłaby odrzucona. Wkrótce potem Wajda z Bolesławem Michałkiem przynieśli scenariusz „Człowieka z marmuru”, którego inicjatorem był Aleksander Ścibor-Rylski, a rok później w 1976, nie bez obaw, ale bez poprawek skierowałem ten film do produkcji. No i okazało się, że film jest dla części aparatu władzy „niecenzuralny”, a ponadto nie zyskał wsparcia także ze strony części krytyki i środowisk artystycznych. By „Człowieka z marmuru” nie nagrodzić na festiwalu, sięgnięto nawet po nowy film Krzysztofa Zanussiego „Barwy ochronne”, który też zawierał aluzyjne akcenty antysocjalistyczne, choć zawoalowane, podczas gdy „Człowiek z marmuru” był otwarcie filmem politycznym. Ta zamiana była pomysłem Janusza Wilhelmiego, który wystąpił z konceptem przekupienia twórców, nie finansowego, ale prestiżowego, personalnego. Mając silne oparcie we władzach partii, prowadził swoją grę, atakował również ostro film Zanussiego, ale uznał, że w zestawieniu z „Człowiekiem z marmuru” jest on bardziej politycznie strawny, a poza tym odnosi się do węższych środowisk inteligenckich. Filmowcy to jednak ludzie inteligentni, a Zanussi tym bardziej, więc dowiedziawszy się o nagrodzie dla „Barw ochronnych”, celowo opóźnił swój przyjazd z Krakowa na wręczenie nagród, co było gestem solidarności wobec Wajdy, któremu filmowcy wręczyli w dowód uznania jako nagrodę „cegłę”. Mieliśmy okazję przekonać się, że walka o swobody twórcze i nastrój tego festiwalu był przedsmakiem nastrojów, które miały wyrazić się trzy lata później w wydarzeniach sierpnia 1980 roku, traf chciał, że szczególnie w Gdańsku. W rezultacie tamtych zdarzeń zostałem odwołany za „wypaczenie ideologiczne w polityce kulturalnej i utratę zaufania kierownictwa partii”, ale nie miałem do nikogo o to pretensji. Gdy obejmowałem swoje stanowisko, zastrzegłem sobie u premiera Piotra Jaroszewicza oraz w KC PZPR większą samodzielność w podejmowaniu decyzji i nie ingerowaniu w nie, także w zakresie stopniowego poszerzania swobody pracy zespołów filmowych, czy w zakresie finansowania produkcji oraz rozpowszechniania filmów fabularnych i dokumentalnych. Podjąłem to ryzyko i poniosłem za to konsekwencje. Jednym z dowodów na charakter ówczesnej polityki były niebywale burzliwe dyskusje podczas kolaudacji. Twórcy dążyli do zwiększania swobód twórczych oraz roli zespołów filmowych, odgrywających podstawową rolę w polskiej kinematografii, a także do realizacji ostrych społecznie i politycznie utworów. Takich utworów domagano się ode mnie również na posiedzeniach Biura Politycznego – były to jednak różne wyobrażenia o współczesności. Nie powinniśmy też zapominać o nurcie rozliczeniowym ze stalinizmem, szczególnie w końcu lat 70-tych i 80-tych, kiedy powstały takie dzieła jak „Matka Królów” Janusza Zaorskiego czy „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. Chociaż na ekranach znalazły się z dużym opóźnieniem, to ich zaistnienie wpłynęło na klimat twórczy. Nie można oczywiście pomijać wspierania produkcji tak ważnych dzieł, jak oskarowe: „Potop” Jerzego Hoffmana, „Ziemia Obiecana” Andrzeja Wajdy czy „Noce i dnie” Jerzego Antczaka.

Po tej krótkiej wycieczce w odległą dość przeszłość powróćmy do teraźniejszości. Jak Pan odczytał źródło nastrojów panujących tego roku w Gdyni?

Tegoroczna Gdynia pokazała, że objawiła się już w pełni wśród twórców kina, w postaci poszerzającej się fali, nowa grupa pokoleniowa. Pojawiła się oskarowa „Ida” Pawła Pawlikowskiego, a w zeszłym roku mieliśmy „Kler” Wojciecha Smarzowskiego, teraz „Boże Ciało” młodego reżysera Jana Komasy, „Politykę Patryka Vegi czy „Ukrytą grę” Łukasza Kośmickiego – filmy podejmujące ważne tematy społeczne i polityczne, otwierające drogę twórczości odważnej, znajdującej wsparcie widzów i krytyki. Niedawno krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski przyznał wartość produkcjom filmowym z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, które obecnie określa się jako „kino nowej fali”. Zauważył, że obecnie pojawiło się nowe kino, które „podjęło wielki problem Kościoła Katolickiego w życiu społecznym, a na scenie pojawiła się postać księdza, tak jak w latach siedemdziesiątych pojawiła się postać robotnika”. Kwestie funkcjonowania Kościoła były dotychczas tematem tabu i te filmy owo tabu naruszyły, a podejrzewam, że przed nami kolejne naruszenia politycznych i społecznych tematów tabu, co wywołano na tym festiwalu. Dlaczego wiążę to z wejściem nowego pokolenia, bo tylko ono jest z racji metryki wolne od samoograniczeń, które tkwią zazwyczaj w świadomości pokolenia starszego.

Awantura wokół wycofania przez TVP, współproducenta, filmu Jacka Bromskiego „Solid Gold” pokazała, że film jest niezmiennie, w każdym ustroju, filmem politycznym…

Reżyserzy już na planie zdjęciowym kręcili różne ujęcia, aby dopiero w montażu dokonywać wyboru. Tak, kino było i będzie sztuką, którą politycy się interesują szczególnie z dwóch powodów. Po pierwsze, bo ma najszerszy zasięg spośród wszystkich sztuk; po drugie, bo jest sztuką kosztowną, też nieporównywalnie z innymi sztukami. W końcu, mówiąc trochę żartobliwie, ale i zgodnie z prawdą, pisarz, żeby napisać powieść, potrzebuje ryzy papieru, a reżyser – wielu milionów. Co do filmu Bromskiego, to jako twórca miał prawo kształtować film według własnego uznania. Z drugiej jednak strony TVP, współproducent, też ma coś do powiedzenia, więc sprawę trudno jednoznacznie rozstrzygnąć. Doradzam skonfliktowanym stronom jedno – elastyczność i dialog, a nie pouczanie twórców, żeby robili filmy a nie uprawiali polityki. Tego bowiem nie robiono nawet w zupełnie innych warunkach politycznych w PRL.

Wygląda na to, że wykpiwane przez przeciwników ideologicznych i szyderców sławne hasło Lenina: „Kino jest najważniejszą ze sztuk” jest trafne w swoim najbardziej podstawowym sensie…

A żeby Pan wiedział. Fakt, że wypowiedział je nielubiany przez wielu Lenin, ani trochę nie umniejsza jego sensu. W pierwszych latach po wojnie, jeszcze przed zapanowaniem mrozu stalinowskiego, ukazało się wiele książek bynajmniej nie po linii nowego, rodzącego się ustroju, ale nie zawsze wszczynano wokół tego jakichś awantur. Jako przykład podam powieść Jerzego Andrzejewskiego „Popiół i diament”, według której powstał słynny film Wajdy. A już pierwszy powojenny film „Zakazane piosenki” z 1947 roku wzbudziły burzliwą dyskusję polityczno-ideową. Twórcy filmowi, chcąc nie chcąc staja się lub potencjalnie mogą stać się także politykami, co potwierdził reżyser Andrzej Jakimowicz, prezes Gildii Reżyserów, stwierdzając, że twórcy nie dążą do bojkotu, ale do uwolnienia festiwalu od kontekstów politycznych i atmosfery Gdyni od wszelkich nacisków, nie tylko politycznych. Z kolei na festiwalu wiceminister Jarosław Sellin, zapewnił o woli uczestnictwa władz państwowych w otwartej dyskusji na kolejnej edycji festiwalu gdyńskiego. Wiceminister zapewnił też, że widzi szansę na to, by festiwal gdyński nadal był świętem polskiego kina, co potwierdza fakt, że na tegorocznym 44 Festiwalu 19 filmów zostało wytypowanych przez twórców do konkursu głównego, a 18 otrzymało dofinansowanie w ramach mecenatu państwa.

Przed chwilą wspomniał Pan o dialogu, ale niedługo po konflikcie gdyńskim Minister Kultury podjął decyzje o likwidacji zespołów filmowych i połączeniu ich zasobów, sił i środków w jedno wielkie studio filmowe. Twórcy, z Krzysztofem Zanussim na czele, zaprotestowali. Posypały się podszyte drwiną oskarżenia, że resort kultury buduje coś na kształt „Mosfilmu”…

Tu jestem krytyczny wobec takich decyzji, bo uważam, że dorobek zespołów przez kilkadziesiąt lat ich istnienia jest bardzo cenny i nie należy go przekreślać. Mam też nadzieję, że twórcy krytycznie usposobieni do obecnej władzy, nie spełnią swojej groźby i nie zbojkotują przyszłorocznego festiwalu w Gdyni, organizując własny festiwal. Skonfliktowane strony powinny natomiast dążyć do dialog, po którym powinny być ustępstwa z obu stron. Może jednak martwić to, że podjęto tę decyzję bez dyskusji ze środowiskiem filmowym, ze Stowarzyszeniem Filmowców Polskich, z Gildią Reżyserów. Taki podział środowiska na „prorządowe” i „antyrządowe” byłby bardzo szkodliwy dla polskiej sztuki filmowej, szczególnie w czasie, w którym kino polskie idzie w górę. „wylatuje ponad poziomy”, staje się coraz ciekawsze, podejmując tematykę współczesną. Strona rządowa nie jest już jedynym „płatnikiem”, jedynym dysponentem finansów kina, jak było to w moich czasach oraz nie ma powrotu do stanu pełnej, państwowej kontroli nad kinematografią. Z drugiej strony twórcy powinni pamiętać, że samymi środkami prywatnymi wszystkiego nie zwojują i że potrzebne są im też dotacje państwowe. Obie strony powinny i muszą się dogadać, choć obawiam się, że w warunkach obecnych napięć może to być trudne. Proszę zauważyć, że bardziej realistycznie od władzy zachowuje się Kościół Katolicki. Przeciw „Matce Joannie od aniołów” w 1961 roku Episkopat protestował listem do władz państwowych, bo wiedział, że one są dysponentem losu filmu. Przeciw „Klerowi” oficjalnego protestu nie było, bo Kościół wie, że byłoby to bezprzedmiotowe, bo władza nie ma już takich prerogatyw. Przywołam tu wypowiedź Agnieszki Holland, która stwierdziła, że tamta władza (w PRL – M.W.) bała się sztuki, bo ją szanowała, a obecna boi się mniej. „Spotkałam się z Lechem Kaczyńskim, rozmawialiśmy, zabiegał o to, bym go zrozumiała, ja prosiłam, by i on rozumiał mnie” – mówiła w artykule Pauliny Reiter – „Ale nowi politycy mają artystów w dupie”. Powiedziała też, że obecnie filmowcy mają kłopoty, bo ich produkcje nie znajdują dystrybucji. „Robienie dziś filmu politycznego, dokumentalnego czy serialu jest szalenie trudne”. Podobnie przed laty Krzysztof Kieślowski, artysta o ugruntowanej już wtedy pozycji w kraju i na świecie głosił, że „cenzura ekonomiczna”, wprowadzona po 1989 roku ma większą moc niszczącą niż cenzura polityczna w PRL.

Jakie powinno i może być polskie kino? Jeśli nie drugim Hollywood , bo nie może, to jakim? Może powinno iść śladem dawnych sukcesów polskiej szkoły filmowej czy kina moralnego niepokoju, kina społecznego?

Proponuję, by nie zamykać się w żadnej formule. Jestem za różnorodnością tematyczną w polskim kinie, tym bardziej, że krytycy zaczynają dziś, po czasie, doceniać walory „szkoły polskiej” oraz kina lat siedemdziesiątych. Polskie kino dawało zawsze szerokie spektrum tematyczne, od kina poważnych zagadnień społecznych, po dobre kino rozrywkowe. Tak bardzo ostro krytykowano i ośmieszano Bareję za „bareizm”, a dziś jego komedie są bardzo chętnie oglądane i traktowane jako „obraz PRL”. Komedie Sylwestra Chęcińskiego o Pawlakach i Kargulach przyciągały miliony widzów. Potrafiliśmy też robić wielkie widowiska kostiumowe jak „Krzyżacy” Aleksandra Forda czy „Trylogia” Jerzego Hoffmana oraz filmy muzyczne, choć nie zawsze doskonałe. Ale przecież zawsze można zrobić coś lepszego i w tym gatunku. Mówi się często, że dobre kino rozrywkowe to nie polska specjalność, a zupełnie niedawno obejrzałem świetny film Janusza Majewskiego „Czarny mercedes”.
Nie trzeba zadawać polskim filmowcom tematów na wypracowanie, ale dać swobodę ich inwencji. Nie możemy tkwić w dalekiej przeszłości i mówić, że jeśli polskie kino przedwojenne, te wszystkie „Antosie w Warszawie”, „Wacusie” i „Ułani księcia Józefa” były tandetne i że tzw. kryminały milicyjne w PRL były często nieporadne, to zawsze tak musi być. Świat się zmienia, przychodzą do kina nowe generacje i nie jest powiedziane, że Polska nie może stać się czempionem w dziedzinie komedii czy innych odmian kina rozrywkowego, byle zakorzenionego w polskim kontekście. Kino polskie powinno być użyteczne i różnorodne, pokazywać wszystkie okresy historii kraju i rozmaite problemy – piękne, patriotyczne karty naszej historii, ale też te ciemnie, ponure, haniebne, a przy tym powinna w nim być warstwa wysoce artystyczna. Do różnorodności gatunkowej kina jestem przywiązany od dzieciństwa na łódzkich Bałutach, bo w tamtejszym kinie wyświetlano repertuar bardzo zróżnicowany, od przygód Toma Mixa po radzieckie filmy socrealistyczne.

Co skłoniło Pana do stanięcia w obronie „Człowieka z marmuru” i innych krytycznych filmów, zważywszy, że postawa ta naraziła Pana na przykrości, a następnie spowodowała wyrzucenie Pana ze stanowiska?

Bo aprobowałem scenariusze i kierowałem je do produkcji, a „Człowiek z marmuru” wyrażał prawdę, opowiadając także o czasach młodości, całym pokoleniu, a także mojej rodzinie, moich przyjaciołach i znajomych. Przyznam, że oglądając go po raz pierwszy miałem łzy w oczach, choć wiedziałem, że film ten spotka się z oporem nie tylko ze strony władzy i krytyki prasowej, ale i części ludzi pracy, którzy uważali, że deformuje on obraz tamtych lat, szczególnie jeśli chodzi o ukazanie współzawodnictwa pracy. Myślę, że jeśli Polska Ludowa była taka, jaka była, jak mówiono „najweselszym barakiem obozu”, co znajdowało także potwierdzenie w potężnym ruchu satyryczno-kabaretowym, bez pomników Stalina i kołchozów, ze swoim większym zakresem wolności niż w innych „demoludach”. A nawet „oknem na świat zachodni”, z większym poszanowaniem dla prywatnej własności, dla tradycji patriotycznych, co znajdowało odzwierciedlenie w programach nauczania historii i języka polskiego w szkołach, to zawdzięczaliśmy to m. in. formacji patriotycznej młodego pokolenia lewicy, które już wtedy coraz odważniej prezentowało czynnie swoje stanowisko, w latach po przełomie październikowym. Proszę zważyć na symboliczną wymowę faktu, że Władysław Gomułka i kardynał Stefan Wyszyński, zdecydowani przeciwnicy polityczni, ale obaj wybitni Polacy i patrioci, zostali aresztowani i poddani represjom stalinowskim w tym samym okresie, a uwolniony w wyniku wydarzeń 1956 r. Gomułka natychmiast po dojściu do władzy spowodował uwolnienie z internowania kardynała Wyszyńskiego. Warto w tym kontekście spojrzeć na fakt, że Gomułka został odsunięty i uwięziony z tzw. odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne. Dla dobra Polski i narodu nie należy pomijać 45 lat Polski Ludowej pomimo jej „czarnych plam” i deprecjonować osiągnięć, nie tylko w odbudowie narodowej gospodarki, ale także od podstaw polskiej kinematografii.

Dziękuję za rozmowę.

Mieczysław Wojtczak – ur. 1933 roku w Ozorkowie, działacz powojennego jeszcze skautingowego harcerstwa, drużynowy 2 Łódzkiej Drużyny Harcerzy im. Waleriana Łukasińskiego, założonej w 1912 r. w Łodzi. W 1949 roku w czasie reorganizacji i podporządkowywania ZHP celom politycznym harcerze przedwojenni, jak również nie będący uczniami szkół podstawowych, przestawali być harcerzami.
M. Wojtczak, opuszczając na stałe Izbę Harcerską (Szkoła Podstawowa nr 25 im. Bolesława Chrobrego) potajemnie wyniósł Sztandar Drużyny z wizerunkiem W. Łukasińskiego i Orłem w koronie, później poszukiwany przez władze. Dopiero w 1957 roku po przewrocie październikowym „matka druha M. Wojtczaka przechowując sztandar przez 8 lat – wręczyła go ponownie Drużynie” (2 Łódzka Drużyna Harcerzy im. Waleriana Łukasińskiego – Tomasz Kajkowski, 1970 r.). Działacz społeczny i polityczny, absolwent wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, dziennikarz i publicysta, przez jedenaście lat szef oddziału warszawskiego Polskiej Agencji Prasowej. W latach 1973-77 pierwszy Wiceminister Kultury i Sztuki, szef Kinematografii, współzałożyciel Fundacji Kultury Polskiej. Autor m.in. ”Kroniki nie tylko filmowej” (2004), „Zdobywanie Moskwy” (2006), „O kinie moralnego niepokoju i nie tylko” ​(2009), „Wielką i mniejszą literą. Literatura i polityka w pierwszym ćwierćwieczu PRL” (2014), a ostatnio dwutomowej pracy „Przeminęło… jednak pozostało. Od „Zakazanych piosenek” do „moralnego niepokoju” (2019) – cenionych książek dokumentujących społeczną i polityczną rolę polskiej kultury, w tym szczególnie filmu (wszystkie wydane przez Studio Emka). Nagrodzony w 1975 roku przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich okolicznościową nagrodą „za wybitny wkład w rozwój polskiej kinematografii”. Odznaczony też medalem Zasłużonego Kulturze „Gloria Artis” i nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Złotą Odznaką Zasłużonego dla Warszawy.

Bulterier Pana Boga

Jeżeli myśleliście, że Tomasz Terlikowski jest katolickim radykałem, to co powiecie na to?

 

Z okazji 1 sierpnia media odkopały zaiste fascynujący tekst niejakiego Mirosława Salwowskiego, publicysty portalu Fronda. Wprawdzie powstał on już w 2014 roku, ale wówczas przeszedł bez echa. To ogromne niedopatrzenie.
Salwowski jest bowiem nie tylko autorem dość chybotliwej tezy, iż Powstanie Warszawskie miało być karą Bożą za grzechy warszawiaków, między innymi za homoseksualizm. Jest też zwolennikiem kar fizycznych za seks pozamałżeński, a swego czasu był twórcą portalu „kultura dobra” – recenzującego kinowe hity w ujęciu katolickim. Do innych dokonań publicysty należą m.in. postulat zakazu pozamałżeńskich tańców damsko-męskich, krytyka zjawiska pocałunków podczas randek i opracowanie definicji „stroju frywolnego”.

 

Cofnijmy się do 1944

„Podczas, gdy w większości krajów w tamtym czasie nielegalne i karalne były homoseksualizm, cudzołóstwo i prostytucja, w przedwojennej Polsce obrzydliwości te nie stanowiły przestępstwa ani nawet wykroczenia. Od 1932 roku, nawet niektóre z aborcyjnych morderstw zostały w II RP zalegalizowane (wówczas, gdy ciąża pochodziła z gwałtu lub innego przestępstwa, kiedy zagrażała życiu lub zdrowiu matki lub też nienarodzone dziecko było poważnie uszkodzone)”.

 

Tak to było.

„Trudno zatem nie podejrzewać, iż zniszczenie Warszawy oraz II wojna światowa, która tak tragicznie doświadczyła nasz kraj były karą Boga za ogrom grzechów i nieprawości, który rozlewał się niczym wielka fala po przedwojennej Polsce”.
Czy może dziwić zatem, że Pan Bóg nie mógł na to wszystko spokojnie patrzeć, podobnie jak wtedy, gdy zalał całą ziemię hektolitrami wody, pozostawiając przy życiu jedynie Noego i jego zwierzęta?
„Z pewnością Bóg nie chciał zatem, by w czasie Powstania Warszawskiego kobiety były gwałcone przez SS-manów, a małe dzieci zabijane z zimną krwią przez strzał w głowę. Wszechmogący pozwolił jednak na te złe działania, by pokazać nam, że zło rodzi zło. I w tym sensie była to Jego karą” – dowodzi autor.
Czy już czujecie, że tęsknicie za „starą” Frondą z czasów Terlikowskiego?

 

Jak króliki!

Delegalizacja aborcji będzie połowiczna bez delegalizacji i penalizacji cudzołóstwa!
To kolejna myśl-perełka Salwowskiego, wyrażona w płomiennym manifeście, którego na szczęście nie opublikowało żadne szersze medium, upubliczniła go jedynie żona prawicowego publicysty na Facebooku. Ale i tak zrobił furorę w mediach plotkarskich w połowie 2016.
„20-letnie dziewczę uwiedzione przez 45-letniego żonatego faceta winno być skazane na zaledwie prace społeczne, ale np. ów 45-letni facet, jeśli ów wyskok był u niego kolejnym z rzędu, chwalił się takowym przed innymi, a może jeszcze nawet organizował i ułatwiał innym seksualne schadzki, mógłby zostać skazany nawet na karę śmierci”.

 

Groźnie? To czytajcie dalej.

„Popieranie przez katolików postulatu prawnej karalności niewierności małżeńskiej jest dla nich obowiązkiem religijnego posłuszeństwa serca i rozumu”.
Bloger żałuje, że współcześni rządzący nie wzięli sobie do serca nauk zawartych w Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego, które zatwierdził sam Benedykt XVI. Mowa w nim o konieczności zapobiegania grzechowi przez „zakazywanie stosownymi prawami”. Salwowski wyraził przy tym nadzieję na to, że któryś z kolejnych papieży zezwoli na stosowanie kar fizycznych wobec niewiernych…

 

Złowrogi taniec

Jeśli dwoje ludzi tańczy, i nie są to ludzie, którzy przysięgali sobie miłość przed Bogiem, to też śmierdzi tu grzechem. I te wynurzenia już oficjalnie zatwierdziła Fronda na swoich lamach.
„Mimo zmieniających się w ciągu wieków tak konkretnych form tańca d-m, jak i pewnych społecznych konwenansów i obyczajów, jedna rzecz pozostaje w omawianej kwestii niezmienna. A jest nią łatwo zauważalna prawidłowość polegająca na tym, iż w tańcach d-m zawsze idzie się o kilka mostów za daleko”,
Kiedyś to było… „Kościół święty niejednokrotnie oficjalnie piętnował rozpowszechnione i popularne w swych czasach tańce jako: haniebne (Synod Akwizgrański) szaleńcze (Synod Reński); bezwstydne (Pius XI, encyklika „Ubi Arcano”); jedne gorsze od drugich, najskuteczniejszym środkiem do pozbycia się wszelkiej wstydliwości (Benedykt XV, encyklika „Sacra Propediem”); będące sztuką i ponętą szatańską (Synod Turyński); brudną rozrywką (Benedykt XIV o balach); prawie wszystkie najgorszego pochodzenia (oświadczenie Episkopatu Austrii z 1926 r.)”.

 

A dziś?

„W Kościele katolickim ze świecą szukać duchownych, którzy poddawaliby pozamałżeńskie tańce surowej krytyce. Ba, niektórzy z księży nawet owe jawnie wspierają” – ubolewał publicysta.
Po tym, jak już nawet czytelnicy Frondy ogłosili ową perełkę ośmieszaniem ich wiary, głos zabrał sam św. Terlik:
– Nie wiem, czy to jest ośmieszanie katolicyzmu, ale po prostu się z nim nie zgadzam. Ten jego tekst to nie jest rzecz nowa, bo on już od jakiegoś czasu takie poglądy głosi i wiem, że są popularne w niektórych środowiskach. Zaznaczam, że pisze w swoim imieniu – powiedział, starając się zabrzmieć koncyliacyjnie.

 

Kultura Dobra

Pozwolę sobie zautoplagiatować fragment własnego tekstu z tygodnika „NiE” na temat katolickiego przewodnika po meandrach popkultury:
Szkodliwość dzieł wyraża się liczbą przyznanych przez recenzentów trupich czaszek. Czaszka należy się za nieprzyzwoity język, przemoc, seks, nieskromność, wątki antychrześcijańskie oraz fałszywe doktryny.
Łącznie aż 8 czaszek zdobyły 2 filmy z udziałem komika Sashy Barona Cohena: „Borat: podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej” i „Brüno”. „Brüno” przynosi moralne wsparcie sodomii, a jako taki ma wiele wspólnego ze świętym Pawłem Apostołem, który pouczał: o nierządzie zaś i wszelkiej nieczystości albo chciwości niechaj nawet mowy nie będzie wśród was, jak przystoi świętym, ani o tym, co haniebne, ani o niedorzecznym gadaniu lub nieprzyzwoitych żartach, bo to wszystko jest niestosowne. Przy okazji dowiedzieć się można, że homoseksualizm jest zakaźny i złapać go można drogą nie płciową, ale via zmysł wzroku. Następną pozycją obowiązkową dla kinomanów jest więc „Borat”, czyli niesamowite nagromadzenie obrzydliwości w postaci epatowania widza wulgarnością, obscenicznością, brzydotą i pornografią.
Dzieła zakwalifikowane jako 4-czaszkowce łączy jedno: pragną ekscytować widza tym, co antychrześcijańskie, niemoralne, obrzydliwe i odrażające. Można mieć spore wątpliwości, czy choć w śladowych ilościach zostało tam z życzliwością pokazane jakiekolwiek dobro. Produkcje z tą notą są po prostu odrażające, plugawe i wstrętne.
(…) Bezbożna jest też radość oglądania „Allo, allo”, serialu komediowego o Francji czasów okupacji niemieckiej: Niech dobry Bóg chroni chrześcijan przed delektowaniem się tym wstrętnym serialem. Za bawienie widzów niewybrednym humorem klejącym się od nierządu, cudzołóstwa, transwestytyzmu, prostytucji i homoseksualizmu – dwie czaszki. „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese skusiło i Salwowskiego, co widać po dużym ładunku emocjonalnym zawartym w podsumowaniu wrażeń z seansu: to ohydna herezja i straszne bluźnierstwo przeciwko Panu Jezusowi. (…)

 

Zasadą jest,

że filmy 3 – i 4-gwiazdkowe muszą mieć w tytule jakiś smaczek dla katoli, np. „Boska interwencja”, „Przysięga małżeńska” lub „Listy do Boga”. Trudno też, aby do ścisłej czołówki nie weszła tutaj produkcja zatytułowana po prostu „Biblia” – co prawda bliżej nieznanego reżysera.
Po obejrzeniu katokulturalnego TOP 10 chce się zacytować niejakiego Hannsta Johsta – dramaturga, który miejsce w światowej kulturze zawdzięcza zdaniu: kiedy słyszę słowo „kultura”,odbezpieczam rewolwer.
Wśród najdobrzejszych filmów kultury dobra królują świątobliwe gnioty znane bliżej jedynie bogu i krytykom filmowym Kulturadobra.pl. Mają one tę ważną zaletę, że można je puszczać w paśmie dla widzów od lat siedmiu. U redaktorów „Frondy” w szczególe, a u katoli w ogóle – jest to poziom rozumienia otaczającego ich bożego świata.
Tak oto przypomniałam sobie wybitną twórczość tuza katolickiej myśli. Nie mogłam więc odmówić sobie podzielenia się nią z szanownymi czytelnikami.