Kolejny pracowniczy zryw

Walka klas w Finlandii nabiera rumieńców. Ponad 15 tysięcy pracowników przemysłu drzewnego przerwało pracę, przystępując do strajku. Żądają wyższych płac i krótszego czasu pracy. Kapitaliści zareagowali po swojemu – zapowiedzieli lokaut – uniemożliwią przystąpienie do pracy zatrudnionym w kilkunastu zakładach.

Produkcja została wstrzymana w 110 zakładach produkujących towary papiernicze, meblarskie oraz przetwarzających drewno. Dla gospodarki pięciomilonowej Finlandii jest to bolesny cios, bo sektory te stanowią jedną z najważniejszych gałęzi przemysłu – niemal 20 proc. wpływów z eksportu.
Strajk ma potrwać przez trzy tygodnie. Chyba, że wcześniej strony dojdą do porozumienia. Na razie jednak nic na to nie wskazuje, bo kapitaliści przyjęli taktykę konfrontacyjną – w lutym na dojść do lokautu, który na trzy doby zamknie przed pracownikami bramy kilkunastu zakładów. W ten sposób właściciele chcą zaprotestować przeciwko organizowaniu strajków jako metodzie prowadzenia sporów zbiorowych.
Pracownicy oczekują, że będą zarabiać więcej, a ich czas pracy zostanie skrócony. Powołują się na rosnące zyski przedsiębiorstw oraz coraz głośniej artykułowany przez fińską klasę pracującą postulat skrócenia tygodnia pracy do czterech dni.
Co ciekawe, zwolenniczką takiego rozwiązania była do niedawna obecna premier Finlandii, Sanna Marin. W sierpniu 2019 roku, jeszcze jako ministra transportu zaprezentowała takie stanowisko na konferencji naukowej. „Czterodniowy tydzień pracy, sześciogodzinny dzień pracy, dlaczego nie mógłby to być kolejny krok? Czy 8. rano to prawda ostateczna? Moim zdaniem ludzie zasługują na to, by spędzać więcej czasu z rodzinami czy poświęcać go na aktywności kulturalne. To mógłby być kolejny krok w naszym zawodowym życiu” – mówiła polityczka, która trzy miesiące później objęła stanowisko premiera, co sprawiło, że musiała złagodzić swój przekaz pod wpływem partii. Obecnie fiński rząd nie planuje wcielenia w życie konceptu 4-dniowego tygodnia pracy.
W trwającym strajku uczestniczą również pracownicy tartaków i zakładów obróbki mechanicznej przemysłu drzewnego – ok. 6 tys. osób zrzeszonych w federacji pracowników branży przemysłowej (Teollisuusliito). Co ważne, pracy odmówili również zatrudnieni na stanowiskach zarządczych i administracyjnych w przemyśle papierniczym – ponad 2 tys. osób.
W listopadzie w Finlandii trwał wielki strajk pocztowców, w wyniku którego do dymisji podał się rząd. Na luty zaplanowany został natomiast strajk pracowników sektora chemicznego.

„Czerwoni chcą unicestwić Finlandię”

Polska prawica może pozazdrościć estońskiej – i wyobraźni, i brawury!

Wprawdzie spiskowe antykomunistyczne obłąkanie jest nową normą świadomościową także w Polsce, jednak warto zwrócić uwagę na różnicę skali. Estońska prawica konserwatywno-narodowa rozwinęła antyintelektualne standardy typowe dla prawicy europejskiej i amerykańskiej, dodając do nich lokalny koloryt i wchodząc tym samym na jeszcze „wyższy” poziom. Taka jest i nasza przyszłość, jeśli nie dojdzie do masowego politycznego opamiętania.
Popis upadku politycznej kultury dał estoński minister spraw wewnętrznych Mart Helme. W popularnej publicystycznej audycji radiowej stacji TRE Raadio pt. Räägime asjast (est. porozmawiajmy o tym) polityk ten wygłosił w minioną niedzielę (15 grudnia) serię wstrząsających oświadczeń na temat Finlandii – państwa, z którym Estonię łączą bardzo bliskie więzy ekonomiczne i kulturowe. Minister Helme nie tylko obraził najważniejszą polityczkę najważniejszego partnera kraju, w którym sprawuje rządową funkcję, ale też zademonstrował paranoiczne myślenie i prostactwo.
Helme nie mógł przejść do porządku dziennego nad postacią nowej premierki tego kraju – Sanny Marin. Powiedział m. in., że ma ona emploi „kasjerki”, co wzdryga moralnie i politycznie estońskiego ministra, gdyż nasuwa mu mroczne skojarzenia z wypowiedzią „radzieckiego przywódcy, Władimira Uljanowa Lenina, który mówił, iż każda kucharka powinna zostać ministrem. No, to widzimy właśnie jak ekspedientka została szefową rządu” – grzmiał Helme. Nie szczędził też słów „krytyki” członkiniom gabinetu Marin. Określił je jako „zbiorowisko jakichś aktywistek” i „niewykształcone osoby”.
To oczywiście nie koniec osobliwych poznawczych wycieczek estońskiego ministra. Helme wyjaśnił m. in., że triumf „czerwonych” w Estonii to faktyczna realizacja rzekomych ich historycznych rewanżystowskich dążeń. „To kwestia – w pewnym stopniu – historycznej zemsty czerwonych na białych, czyli tych, którzy dążyli do zniszczenia fińskiej państwowości już dawno [chodzi o fińską robotniczą rewolucję z lat 1917-18 inspirowaną zwycięstwem „października” w Rosji, krwawo stłumioną przez miejscową prawicę przy pomocy niemieckiej – przyp. red.]. Oni teraz doszli do władzy i podejmują desperacką próbę unicestwienia Finlandii. Chcą jej przekształcenia jakiś euro-land, który będzie się nazywał Suomi czy Finlandia, ale zostanie on całkowicie podporządkowany ideologicznej filozofii tzw. końca historii, o którym pisał Fukuyama” – bredził minister Helme.
Sana Marin jest premierką Finlandii raptem kilka dni, została zaprzysiężona 10 grudnia. Siłą rzeczy nie mogła jeszcze podjąć żadnych szerzej zakrojonych działań. Co więcej, obserwatorzy fińskiego życia politycznego wróżą jej raczej poważne problemy już na starcie: przez kraj przechodzi fala strajków, a pracownicy i związki zawodowe krytykują socjaldemokratyczny rząd za brak dostatecznego wsparcia. Skąd zatem tak jednoznaczne oceny?
Otóż Marin wywołuje apoplektyczne reakcje u co bardziej zaślepionych prawicowców samą swoją osobą. Jest młodą kobietą, dorastała w tzw. tęczowej rodzinie, gdzie miała dwie matki, deklaruje lewicowe poglądy, jest energiczna i szybko stąpa po coraz to wyższych szczeblach politycznej kariery. Mało tego – jako osoba wychowana przez parę jednopłciową, nie została, jak widzi się to prawicy, przyuczona do homoseksualizmu; jest mężatką, pozostaje w heteronormatywnym związku z Markusem Räikkönenem, mają roczną córkę Emmę. Trudno doprawdy o konglomerat cech skuteczniej rozbudzający prawicowe kompleksy i agresję. Jeśli dodać do tego, że w rządzie Marin 12 na 19 resortów objęły kobiety, a każda z koalicyjnych partii ma obecnie przewodniczącą, a nie przewodniczącego, można sobie jedynie wyobrazić, jak poważny Weltschmertz musiało to wywołać na całej prawicy. W kontekście przywołanych wyżej enuncjacji ministra Helme warto dodać, iż jego konstatacja o „niewykształconych osobach”, które do rządu powołała Marin żenują w kontekście ignorancji, którą on sam ujawnił w tych kilku zdaniach.
Po pierwsze, Yoshihiro Francis Fukuyama w swoim powszechnie już uznanym za porażkę manifeście filozofii politycznej pt. Koniec Historii niczego nie pisał ani o Finalndii, ani jakimś wypieraniu państwowości przez ideologie. „Dzieło” to zawiera jedynie kilka luźnych spekulacji, iż rzekomy kapitalistyczny dobrobyt i liberalno-demokratyczna poza, tudzież – jak to się często mówi – „zachodnie wartości”, są największą i ostateczną cywilizacyjną zdobyczą ludzkości i teraz już wszystko zawsze dobrze, pięknie do końca świata i jeden dzień dłużej. Sam Fukuyama już dawno odżegnał się od tych wniosków. Teraz otwarcie mówi o konieczności wdrożenia rozwiązań socjalistycznych, jeśli ludzkość ma w ogóle przetrwać.
Po drugie, minister Helme, jak to prawicowcy mają w zwyczaju, powołuje się na jakieś słowa klasyków socjalistycznej myśli i praktyki, znając je tylko ze słyszenia i nie mając pojęcia, w jakich okolicznościach padły i czego tak naprawdę dotyczy. Słowa „Każda kucharka powinna nauczyć się rządzić państwem”, pochodzą z plakatu propagandowego (dziś nazywa się to reklamą społeczną) z 1925 r. autostwa Iliji Pawłowicza Makaryczewa. Rysownik podpisał pod tym sformułowaniem Lenina, jednak cytatu z Lenina w dokładnie takim brzmieniu nie ma. To jednak uproszczenie nieszkodliwe, gdyż ten ostatni zawarł podobne sformułowanie w bardzo pouczającej politycznej rozprawie pt. Czy bolszewicy zdołają utrzymać władzę w państwie?. Została ona wydana 14 października 1917 r., a dokładny cytat w tłumaczeniu na j. polski brzmi następująco: „Nie jesteśmy utopistami. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie każdy robotnik i nie każda kucharka mogą w tej chwili, z dnia na dzień, przejąć funkcję rządzenia państwem”. Potem tłumaczy, że w tym aspekcie zgadza się z innymi stronnictwami prorewolucyjnymi w Rosji. Niemniej piszący domaga się, by jak najszybciej „zerwać z tym przekonaniem, jakoby zarządzać państwem, wykonywać powszednią, regularną pracę zarządzającą byli w stanie tylko ludzie bogaci lub urzędnicy pochodzący z bogatych rodzin”. Tym samym Lenin wyrażał polityczną troskę o możliwość szybkiej, skutecznej i powszechnej demokratyzacji państwa, a nie o ustanowienie rządu głupków po to, by państwowość zamienić na ideologię. To już teoria spiskowa z kosmosu.
Na koniec warto dodać, że Mart Helme oraz jego syn Martin, też parlamentarzysta, słyną nie od dziś ze swojego ekstremistycznego skrajnego ekscentryzmu. Mówił on m. in., że celem jego i jego partii jest „Estonia biała w każdym znaczeniu”, skarżył się, że „liczba Murzynów w Tallinnie wzrosła lawinowo”, imigrantów zarobkowych z Ukrainy nazywał „ludźmi a priori obcymi kulturowo”. Obaj Helme nie znoszą też Unii Europejskiej, gdyż ta każe akceptować „zboczeńców” itp. Szerzej na temat tych indywiduów oraz antykomunistycznej histerii, dzięki której do głosu doszła w Estonii proto-faszystowska ekstrema piszą Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Radosław Czarnecki w artykule Jak naśladowcy Donalda Trumpa i żołnierze Odyna podbili europejską demokrację?
Pewną nadzieją napawa fakt, iż Helmemu tym razem może się nie upiec. Od jego wypowiedzi odciął się Jüri Ratas, premier Estonii i przewodniczący Estońskiej Partii Centrum, ten sam zresztą, który, chcąc utworzyć rząd, zaprosił do niego ekstremistów z EKRE i niewiele lepszych od nich (może bardziej oględnych w słowach) konserwatystów z partii Ojczyzna (Isamaa). Jednocześnie do ofensywy szykuje się liberalna opozycja – Estońska Partia Reform, której liderzy już zażądali dymisji nie tylko ministra spraw wewnętrznych, ale całego rządu. W tej chwili szefostwo tego stronnictwa dyskutuje nad podjęciem dalszych kroków.

Zielona socjaldemokratka premierem

Finlandia będzie mieć odnowiony centrolewicowy rząd z nową szefową – Sanna Marin, dotychczasowa minister transportu, została wytypowana przez Partię Socjaldemokratyczną do przejęcia schedy po Anttim Rinne. Przed 34-letnią polityczką stoją poważne wyzwania.

Światowe media zwróciły uwagę przede wszystkim na wiek Sanny Marin, która, gdy formalnie obejmie urząd, zostanie najmłodszą szefową rządu w historii Finlandii i najmłodszą aktualnie na świecie. Część dziennikarzy podkreśla również, że dzięki wyborowi Marin wszystkie pięć partii tworzących fińską koalicję rządową jest kierowanych przez kobiety.
Ale jeszcze bardziej warta uwagi jest spójna wizja, którą prezentuje polityczka w swoich poglądach. – Głównym celem socjaldemokratów jest kontynuowanie pracy nad budowaniem bardziej sprawiedliwego, egalitarnego społeczeństwa – napisała przyszła premier w liście do członków partii już po uzyskaniu rekomendacji do objęcia stanowiska szefowej rządu. – Moje wartości to równość, wolność i światowa solidarność – pisała z kolei na swojej stronie internetowej podczas kampanii wyborczej do parlamentu wiosną tego roku. Dała się również poznać jako przeciwniczka zbliżenia Finlandii z NATO, orędowniczka zielonej gospodarki i sprawiedliwej transformacji.
We wszystkim, o czym mówi Marin, jest wiarygodna: pochodzi z niezamożnej robotniczej rodziny z Tampere, wielkiego niegdyś ośrodka przemysłowego w centralnej Finlandii, była pierwszą osobą w rodzinie, której udało się ukończyć szkołę średnią i studia. Wielokrotnie podkreślała, że było to możliwe tylko w państwie opiekuńczym, jakim jest jej ojczyzna. O swoim życiu, trudnej sytuacji finansowej rodziny oraz o tym, jak zetknęła się z homofobią, gdy jej matka związała się z inną kobietę, szczerze pisała na blogu. Po studiach w zakresie administracji była radną Tampere, potem zdobyła mandat parlamentarzystki i w 2019 r. powtórzyła ten sukces. Należała do najbliższych współpracowników byłego premiera Anttiego Rinne.
34-letnia polityczka obejmie obowiązki – głosowanie w parlamencie nad jej kandydaturą wydaje się formalnością – w niełatwym momencie. Strajk na fińskiej poczcie, wsparty przez pracowników transportu miejskiego Helsinek i linii lotniczych Finnair, kosztował stanowisko premiera Rinne, który nie był w stanie przekonująco wytłumaczyć, czy jego rząd starał się wcześniej ratować korzystny dla pracowników układ zbiorowy na poczcie i nie dopuścić do eskalacji sporu w państwowej spółce. Dziś w Finlandii zbiorowo zastrajkowali robotnicy zrzeszeni w związkach zawodowych Unia Przemysłowa i Trade Union Pro, co oznacza zatrzymanie kopalń, firm farmaceutycznych i innych wielkich zakładów przemysłowych. Solidarnościowo przerwali pracę również elektrycy i budowlańcy.
Głosując na socjaldemokratów, obywatelki i obywatele Finlandii liczyli na zatrzymanie polityki cięć i prób uelastyczniania rynku pracy, wbrew zasadom państwa opiekuńczego. I chociaż gabinet Anttiego Rinne faktycznie odszedł od liberalnego kursu poprzedniego prawicowego gabinetu, to ludzie oczekiwali więcej. Czy Sanna Marin będzie w stanie spełnić te nadzieje? Na razie jej partia traci w sondażach, a zyskują skrajnie prawicowi Finowie.

Finlandia: Liberałowie przeciwko socjaldemokratom

Premier Finlandii Antti Rinne podał się do dymisji, ale i tak będzie miał wiele do powiedzenia podczas formowania nowego gabinetu; nadal będzie to rząd Partii Socjaldemokratycznej, zielonych i centrystów. To nieoczekiwany skutek zwycięskiego strajku fińskich pocztowców.

To Partia Centrum, jedyny liberalny członek koalicji rządowej, ogłosiła, że straciła zaufanie do socjaldemokratycznego premiera. Oficjalnie nie dlatego, że strajk zakończył się podpisaniem porozumienia gwarantującego pracownikom sortowni paczek zachowanie dotychczasowych zarobków. Centryści stwierdzili, że nie ufają już premierowi, gdyż dawał niejasne wyjaśnienia w sprawie przedstrajkowych prób rozwiązania konfliktu w państwowej spółce pocztowej.
Przypomnijmy, że po proteście z rządu odeszła minister samorządu lokalnego i zarządzania własnością Sirpa Paatero, a Rinne zarzucił jej, że nie działała w sprawie Posti zgodnie z jego zaleceniami, w szczególności niedostatecznie stanowczo dała zarządowi poczty do zrozumienia, że priorytetem rządu jest zachowanie warunków pracy i płacy na dotychczasowym poziomie. Wcześniej natomiast zapewniał, że Paatero bardzo aktywnie upominała się o pracowników, czemu z kolei zaprzeczał zarząd poczty.
Portal Italehti opublikował jednak materiały, z których wynika, że intencje Partii Centrum mogły być inne. To wycieki z prywatnej grupy polityków Centrum na komunikatorze WhatsApp, gdzie były premier z ramienia centrystów, Juha Sipilä, wspierany przez prawe skrzydło klubu centrystów, sugeruje rozdmuchanie i wykorzystanie całej sytuacji, by zmusić Anttiego Rinne do odejścia. Politycy Centrum oczywiście zaprzeczają całej intrydze i twierdzą, że mieli w całej sprawie najczystsze intencje.
Pewne jest jedno: ani centryści, ani socjaldemokraci nie chcą nowych wyborów, bo tylko by na nich stracili. Społeczeństwo, które poparło w ostatnich wyborach lewicę, by powstrzymać politykę cięć i zagwarantować utrzymanie fińskiego modelu państwa socjalnego, jest przekonane, że rząd robi za mało – to pokazują ostatnie sondaże, gdzie łącznie 52 proc. odpowiadających wyraża rozczarowanie jego dotychczasową aktywnością. Jedyną partią wchodzącą w skład koalicji, której notowania rosną, jest jej człon najbardziej konsekwentny w lewicowych poglądach – Związek Lewicowy, formacja demokratycznych socjalistów. Centrum chce więc innego premiera, nie byłego związkowca, ale nie przedterminowych wyborów.
Kto może pokierować nowym rządem Finlandii? Zainteresowanie zgłosił już Antti Lidtman, obecnie szef klubu parlamentarnego Partii Socjaldemokratycznej oraz minister transportu i komunikacji Sanna Marin, również z SDP. Tymczasem będący w opozycji konserwatyści z Koalicji Narodowej domagają się, by rozmowy o nowym gabinecie uwzględniały wszystkie siły reprezentowane w fińskim parlamencie. Targi wokół nowego składu rządu mogą potrwać nawet kilka tygodni.

Program przed rządem

Coraz bliżej do utworzenia koalicyjnego rządu lewicy i centrolewicy w Finlandii. Lider zwycięskich w ostatnich wyborach socjaldemokratów Antti Rinne poinformował w piątek, że zręby rządowego programu zostały przyjęte. Lewica zamierza wywiązać się z obietnic wstrzymania cięć wydatków publicznych.

To już prawie pewne: koalicję rządową w Finlandii tworzyć będą Partia Socjaldemokratyczna (SP), Związek Lewicowy (VAS), Zielona Unia (VIHR), Szwedzka Partia Ludowa w Finlandii (SFP-RKP) oraz Partia Centrum, która jako jedyna sytuuje się w centrum, a nie na lewicy sceny politycznej. Tak ukształtowana koalicja będzie miała 117 mandatów z ogółem 200 miejsc w jednoizbowym parlamencie Finlandii.
Socjaldemokraci zapowiadają, że pod ich rządami skończą się cięcia wydatków publicznych, a celem gabinetu będzie zwiększenie zatrudnienia i walka z ośmioprocentowym obecnie bezrobociem. Lider SP Antti Rinne stwierdził, że w czasie bieżącej kadencji możliwe będzie utworzenie nawet 60 tys. nowych miejsc pracy. Aby zdobyć fundusze na zwiększone wydatki publiczne – nawet rzędu 1,2 mld euro – lewica zamierza opodatkować podmioty dotąd zwolnione z takiego obowiązku. Chodzi o zagraniczne fundusze inwestycyjne oraz fundacje. Wzrośnie również akcyza oraz opłaty środowiskowe pobierane od przedsiębiorstw.
W programie rządu znalazły się również zmiany w szkolnictwie – z inicjatywy socjaldemokratów obowiązek szkolny zostanie wydłużony o poziom ponadpodstawowy (dotąd nie był on obligatoryjny), a uczniowie liceów i szkół zawodowych dostaną od szkół bezpłatne podręczniki. Wydłużenie czasu nauki było przedmiotem inicjatywy obywatelskiej na początku tego roku, jednak ówczesny liberalny rząd zdominowany przez Partię Centrum odrzucił tę koncepcję, twierdząc, że nie ma na nią pieniędzy.
Inne tematy, które nie budzą już kontrowersji wśród przyszłych koalicjantów, to reforma usług socjalnych i zdrowotnych – ma być ona odpowiedzią na starzenie się fińskiego społeczeństwa. A także płatny wychowawczy urlop ojcowski, który obecnie trwa ok. dwóch miesięcy, a po zmianie będzie dłuższy. Udało się wypracować również porozumienie w sprawie limitów eksploatacji drewna z fińskich lasów, co było tematem szczególnie ważnym dla Zielonych.
Sztandarowym projektem infrastrukturalnym gabinetu ma natomiast stać się rozwój kolei, w tym wjazd pociągów dużych prędkości na linie łączące Helsinki, Turku i Tampere.
Program fińskiej lewicy już został złośliwie skomentowany i oprotestowany przez część miejscowych liberalnych komentatorów i ekonomistów związanych głównie z sektorem bankowym. Zanim socjaldemokraci zdążyli cokolwiek zrobić czy nawet podzielić ministerialne teki, ich przeciwnicy już obwieścili, że opracowany w toku negocjacji program jest niewykonalny.
Skład fińskiego rządu ma zostać ustalony w przyszłym tygodniu – gdy koalicjanci ostatecznie ustalą podział ministerstw, a Związek Lewicowy, partia młodych demokratycznych socjalistów, przeprowadzi wewnątrzpartyjne konsultacje dotyczące wejścia do rządu. Na Finlandię z nadzieją patrzą partie lewicowe z całego kontynentu – wynik tamtejszych wyborów i perspektywa powstania rządu realizującego socjaldemokratyczny program zdają się pokazywać, że lewica w warunkach neoliberalnego kryzysu nie musi przegrywać z agresywnymi partiami nowej radykalnej prawicy.

Sukces lewicy

Finlandia po raz pierwszy od 2003 r. może mieć premiera-socjaldemokratę: partia o takim właśnie programie wygrała niedzielne wybory parlamentarne. Ale różnice między najpopularniejszymi ugrupowaniami są minimalne.

Lider Partii Socjaldemokratycznej Antti Rinne z triumfem ogłaszał wczoraj: jesteśmy po raz pierwszy od 1999 r. największą partią w Finlandii! Przewaga centrolewicy nad nacjonalistyczną Partią Finów była jednak minimalna: 17,7 proc. do 17,5 proc., co da najprawdopodobniej jeden mandat więcej w parlamencie. To wyniki po zliczeniu 99,5 proc. głosów. Konserwatywno-neoliberalna Koalicja Narodowa zdobyła 17 proc., zaś Partia Centrum, na czele której stoi dotychczasowy premier Juha Sipilä – 13,8 proc.
Na dalszych miejscach znaleźli się fińscy Zieloni, którzy dzięki swoim 8,5 proc. zdobędą 20 mandatów – o pięć więcej, niż mieli – oraz młoda lewica. Sojusz Lewicy, głoszący demokratyczny socjalizm, hasła równościowe i proekologiczne zyskał poparcie 7,1 proc. wyborców i 12 miejsc w parlamencie.
W centrum dyskusji podczas kampanii wyborczej była fińska wersja państwa opiekuńczego, zażarcie atakowana przez prawicę i broniona przez socjaldemokratów. Słabszy wynik Partii Centrum to zresztą odpowiedź obywateli na cięcia wydatków publicznych (m.in. na chwaloną na całym świecie oświatę) wprowadzane przez rząd Sipili. Oburzały one część społeczeństwa tym bardziej, że sam były premier jest milionerem… Nacjonaliści, oprócz tematyki antyimigracyjnej, grali w kampanii również kwestią ochrony środowiska, w tym rozważanego przez poprzedni rząd specjalnego podatku od mięsa: przekonywali, że Finlandia sama nie ocali świata, a planowane zmiany uderzą w wiejskich wyborców – i tam też znajdowali posłuch.
Co dalej z tworzeniem rządu? Przed głosowaniem i socjaldemokraci, i konserwatyści, i centroprawicowcy zapewniali, że nie rozważają nawet rozmów z Partią Finów, ale przy rozkładzie sił, jaki wyłonił się po głosowaniu, zaczynają wycofywać się z tego stanowiska. Antti Rinne powiedział, że będzie miał do nacjonalistów „pewne pytania”, ale to wartości, na które postawili socjaldemokraci, miałyby być spoiwem ewentualnego porozumienia. Partia Finów była nie tak dawno ogniwem koalicji rządzącej – w 2015-2017 r. wchodziła do rządzącego sojuszu prawicy razem z Partią Centrum i Koalicją Narodową. Gest Rinnego może być w tym kontekście „ucieczką do przodu”, próbą wciągnięcia nacjonalistów do kontrolowanej współpracy, zanim lepszą ofertę da im prawica.
W zaistniałej konfiguracji nie można wykluczyć żadnego scenariusza, łącznie z powtórzeniem głosowania. Pewne jest w każdym razie jedno: cięcie wydatków publicznych w wykonaniu konserwatywno-liberalnej prawicy większej grupie wyborców się nie podobało; to partie, które były przeciwko takiej polityce, zyskały. Lewica musi jednak dalej pracować na tym, by znowu przekonać ludzi, że właśnie jej program jest autentyczną alternatywą.

Nasi siatkarze o igrzyska zagrają z Francją, Słowenią i Tunezją

Nasza reprezentacja siatkarzy w rankingu FIVB znalazła się na 4. miejscu. Mistrzów świata na światowej liście wyprzedziły Brazylia, USA i Włochy.

 

Przy ustalaniu nowego rankingu FIVB liczyły się wyniki osiągnięte w ostatnich igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata oraz kwalifikacjach do mistrzostw świata, a także lokata zajęta w ostatnim Pucharze Świata i Lidze Światowej w 2017 roku. Sklasyfikowanie na czwartej pozycji sprawia, że nasi siatkarze w turnieju interkontynentalnym zagrają w jednej grupie z dziewiątym, szesnastym i dwudziestym pierwszym zespołem w rankingu. I tak rywalami reprezentacji Polski będą Francja, Słowenia i Tunezja. Prawo do gry o olimpijskie medale w Tokio uzyskają jedynie zwycięzcy sześciu turniejów interkontynentalnych. Drugą i ostatnią szansą na olimpijski awans będą turnieje kontynentalne w 2020 roku.

 

Grupy kwalifikacyjne do IO 2020

Grupa A: Brazylia, Egipt, Bułgaria, Korea Płd./Portoryko;
Grupa B: USA, Belgia, Holandia, Korea Płd./Portoryko;
Grupa C: Włochy, Serbia, Australia, Kamerun;
Grupa D: Polska, Francja, Słowenia, Tunezja;
Grupa E: Rosja, Iran, Kuba, Meksyk;
Grupa F: Kanada, Argentyna, Finlandia, Chiny.
Korea Południowa i Portoryko zajmują ex aequo 24. miejsce, decyzję o ich przydziale do grup podejmie FIVB.

 

Finowie strajkują

W poniedziałek 22 października rozpoczął się dwudniowy strajk przeciwko planom rządu w Helsinkach, który zamierza ograniczyć ochronę przed zwolnieniem pracowników małych przedsiębiorstw.

 

Strajk zorganizował go największy krajowy związek zawodowy JHL – zrzeszający pracowników z branży usług publicznych i socjalnych. Bierze w nim udział około 10 tysięcy osób. To sprzątacze i sprzątaczki, pracownicy cateringu, zarządcy budynków, personel domów kultury i ośrodków sportu, domów spokojnej starości, bibliotek. W poniedziałek, wtorek i środę zamiast do pracy, przychodzili protestować pod budynek parlamentu. W niektórych szkołach oraz przedszkolach w większych miastach poproszono m.in. rodziców uczniów, aby przygotowali im posiłki samodzielnie, ponieważ firmy cateringowe nie będą ich wydawać, a ekipy sprzątające nie podejmą pracy.

Rząd Finlandii wpadł na pomysł, aby walczyć z bezrobociem poprzez zwiększanie zatrudnienia w małych firmach (w sierpniu 2018 stopa bezrobocia w Finlandii wynosiła 6,8 proc., a w 2017 – 7,5 proc.). W tym celu postanowiono właścicielom małych przedsiębiorstw (zatrudniających do 10 osób) dać do ręki nowe narzędzie: w przypadku, kiedy właściciel firmy uzna, że pracownik zaniedbuje obowiązki i może się to przekładać na działalność całego przedsiębiorstwa – droga od upomnienia do zwolnienia będzie bardzo szybka i prosta.

Pierwsza, wrześniowa wersja nowych regulacji dotyczyła przedsiębiorstw do 20 osób, ale ponieważ przez cały miesiąc w większych miastach związkowcy z JHL konsekwentnie protestowali – zmieniono zapis – teraz mowa jest o 10 zatrudnionych. Rząd nie zmienił jednak zdania co do meritum: uważa, że zwiększona ochrona przed zwolnieniem stanowiła do tej pory dla pracodawców blokadę przed zatrudnianiem nowych pracowników w obawie, że „już się ich nie pozbędą’.

Premier Juha Sipila był pewien, że strajki skończą się, kiedy jego rząd otrzyma wotum zaufania. Nastąpiło to 17 października, ale strajki nie ustały, przeciwnie, zamierza się do nich włączyć kolejny duży związek – tym razem zrzeszający pracowników branży przemysłowej – Teollisuusliitto. Pod jego skrzydłami gotowych jest strajkować 7 tys. osób. Oni swoją akcję przeprowadzą po zakończeniu strajku JHL czyli od czwartku do soboty.

– Strajki mogą stać się codziennością w rozstrzyganiu sporów pracowniczych. To może być nowa norma rozwiązywania sporów. Nie jestem pewny, czy jest to dobre dla Finlandii i dla spokoju społecznego – powiedział przewodniczący związku przemysłowego Riku Aalto.